W połowie lutego Jeremy Sochan odszedł z San Antonio Spurs i przeniósł się do Nowego Jorku. Reprezentant Polski zdążył już nawet zadebiutować w barwach Knicks. Powalczy tam o swój kolejny kontrakt w NBA. Jak pokazuje przeszłość – czasem zmiana klubu i otoczenia dobrze robi.
Co prawda powiedzieć nie mogą tego Cezary Trybański i Maciej Lampe (dwaj pierwsi polscy gracze w NBA), ale już Marcin Gortat – jak najbardziej.
Warto więc prześledzić, jak Polacy w NBA kluby zmieniali.
Spis treści
- Cezary Trybański, Hubie Brown i niechęć do Europejczyków
- "Marbury? To będzie transfer Macieja Lampego!"
- Maciej Lampe został wymieniony w NBA jako... najmłodszy w historii
- Marcin Gortat klub zmienił już w noc draftu NBA
- Rozchwytywany jak Marcin Gortat, czyli transfer do Phoenix
- To była "era Gortata" w Washington Wizards
- Marcin Gortat mógł być mistrzem NBA
- CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
Cezary Trybański, Hubie Brown i niechęć do Europejczyków
Pierwszy Polak w NBA był transferowany trzykrotnie. We wrześniu 2003 roku po ledwie kilkunastu miesiącach skończyła się jego przygoda z Memphis Grizzlies, choć latem 2002 roku podpisał z klubem trzyletni kontrakt. To było ogromne zaskoczenie, że szerzej nieznany zawodnik, który w polskiej lidze był zresztą tylko rezerwowym, nagle znalazł się w NBA. Swoje zrobił agent Trybańskiego. Ale w Memphis naprawdę widzieli w nim potencjał.
Jerry West, ówczesny menedżer zespołu, był zafascynowany warunkami fizycznymi i mobilnością Trybańskiego. Było jednak jasne, że Polak, który koszykówkę zaczął trenować ledwie kilka lat wcześniej, będzie potrzebował czasu. Grizzlies chcieli mu ten czas dać, a tak się przynajmniej wydawało.
Trybański w debiutanckim sezonie grał więc mało. Jego drużyna zaczęła tymczasem rozgrywki od ośmiu kolejnych porażek, co doprowadziło do zmiany szkoleniowca. Nowym trenerem został doświadczony Hubie Brown. Jak potem twierdził Trybański, uznany szkoleniowiec nie lubił za bardzo europejskich zawodników, na których w tamtym okresie panowała już w NBA moda. Wiele drużyn szukało perełek, wiele też wtedy przestrzeliło. Grizzlies po zakończeniu rozgrywek postanowili się jednak z polskim środkowym rozstać.
Był zresztą jednym z kilku Europejczyków, których ekipa z Memphis wtedy wytransferowała. Może więc rzeczywiście zdecydowała tutaj wspomniana „europejska” niechęć trenera Browna?
Polak trafił do Phoenix Suns, ale tam długo miejsca nie zagrzał. Wziął udział w dużej wymianie Stephona Marbury’ego do New York Knicks, w której znalazł się też… Maciej Lampe. Do niego zaraz jeszcze wrócimy.

Trybański został dorzucony do transferu w zasadzie tylko po to, by jego kontrakt pomógł „wyrównać” wymianę i by transfer spełniał finansowe wymogi NBA. Środkowy znalazł się więc w Nowym Jorku, ale po zakończeniu sezonu znów, po raz trzeci w karierze, został wymieniony. Tym razem do Chicago Bulls. Wtedy ponownie był tylko dodatkiem do transferu, żeby Knicks mogli pozyskać Jamala Crawforda.
Więcej transferów nie było, bo kończyła się przygoda Trybańskiego z NBA. W barwach Bulls grał tylko w meczach przedsezonowych, a przed startem rozgrywek chicagowska drużyna zdecydowała się go zwolnić. Środkowy miał jeszcze co prawda ważny kontrakt na sezon 2004-05, ale władze Byków nie wiązały z Polakiem przyszłości.
„Marbury? To będzie transfer Macieja Lampego!”
Choćby jednego spotkania w drużynie New York Knicks nie rozegrał Maciej Lampe. No, przynajmniej oficjalnie, bo Lampe zakładał koszulkę Knicks w lidze letniej i w meczach przedsezonowych. Drużyna wybrała go na samym początku drugiej rundy draftu z 2003 roku z 30. numerem. W wywiadach już po zakończeniu kariery przyznawał też, że logotyp Knicks otwierał mu wiele drzwi w samym Nowym Jorku, z czego 18-letni wtedy Polak chętnie korzystał. Po latach nie ukrywał, że jako samotny młody człowiek w wielkim mieście zachłysnął się sławą.
Finalnie nie doczekał się jednak nawet oficjalnego debiutu w Nowym Jorku. Sztab trenerski Knicks po jego słabych występach w starciach przedsezonowych umieścił go na liście kontuzjowanych. W międzyczasie władze klubu szukały kolejnej dużej gwiazdy.
Lampe – przez wielu określany wtedy jako możliwy „przechwyt” naboru z 2003 roku (w którym z pierwszymi numerami do ligi trafili m.in. LeBron James, Dwyane Wade czy Carmelo Anthony) – mógł posłużyć jako istotny element transferu. I tak się rzeczywiście stało. Trzy tygodnie przed jego 19. urodzinami Knicks oddali go w wymianie do Phoenix Suns. W jej ramach do Wielkiego Jabłka przenieśli się m.in. Stephon Marbury oraz Penny „Anfernee” Hardaway. Szczególnie ten pierwszy, mimo problemów zdrowotnych, był wtedy dla nowojorskich fanów dużą nadzieją jako długo wyczekiwany rozgrywający z poziomu all-star. „Starbury” jako chłopak z Coney Island od dziecka marzył zresztą o grze dla Knicks w Madison Square Garden, ale koniec końców okazał się… niewypałem.
Lampe trafił natomiast do Phoenix, a w wymianie wziął też udział wspomniany już Cezary Trybański – wrzucony do transferu ze względu na kontrakt. Jeden z ekspertów, cytowany anonimowo przez The Arizona Republic, mówił wtedy, że po kilku latach ta wymiana będzie znana jako „transfer Lampego”, a nie „transfer Marbury’ego”.
No, nie do końca tak wyszło…
Maciej Lampe został wymieniony w NBA jako… najmłodszy w historii
– Bardzo mi się podoba, ma duży talent – mówił jednak niedługo po transakcji Mike D’Antoni, ówczesny szkoleniowiec Suns. – Jest młody, potrzebuje czasu, ale ma talent – dodawał. Wciąż 18-letni Lampe został wtedy najmłodszym w historii NBA wymienionym graczem.
Ten „rekord” należy zresztą do niego cały czas.
Polak zadebiutował więc w NBA właśnie w barwach Suns i choć miał przebłyski, a przed drugim sezonem zgłaszał nawet akces do wyjściowej piątki, to władze klubu całkiem szybko postanowiły z niego zrezygnować. Po roku spędzonym w Arizonie znalazł się w paczce transferowej do New Orleans Hornets w zamian za weterana Jima Jacksona. Wydawało się, że w słabej drużynie Szerszeni będzie miał wreszcie szansę na przełom. Przed startem swojego trzeciego sezonu w NBA zaliczył nawet bardzo efektowny występ (23 punkty, 12 zbiórek) w starciu z San Antonio Spurs. Błysnąć na tle Tima Duncana nawet w meczu przedsezonowym to dużo.

Mimo tego po rozpoczęciu fazy zasadniczej rozegrał dla Hornets… dwa mecze, choć drużynie brakowało podkoszowego wsparcia. Trener Byron Scott wściekał się na Polaka, który w trakcie sezonu często narzekał na różne problemy zdrowotne.
– Nie widzę u niego pasji do gry – twierdził, cytowany przez The Oklahoman. Lampe z kolei mówił, że choć dwukrotnie był już wymieniany i wolałby nie przeżywać tego ponownie, to najbardziej zależy mu na graniu. Szczególnie że był to ostatni rok jego kontraktu. Klub finalnie posłał go więc do Houston Rockets przed zamknięciem okienka transferowego, ale i tam Lampe nie znalazł uznania w oczach trenera. Dla Rakiet rozegrał tylko cztery spotkania, które okazały się jego ostatnimi w NBA.
Marcin Gortat klub zmienił już w noc draftu NBA
Kilka transferów w NBA przeżył też Marcin Gortat, który de facto klubowe barwy zmienił jeszcze tej samej nocy, gdy do ligi trafił. Środkowy zgłosił się do draftu w 2005 roku i został wybrany z 57. numerem przez Phoenix Suns. Jak sam po latach pisał w artykule dla The Players’ Tribune, nie miało dla niego w zasadzie żadnego znaczenia, że 10 minut po wyborze Słońca oddały jego prawa do Orlando Magic.
– Zostałem właśnie wybrany do gry w NBA i to było dla mnie najważniejsze – wspominał.
Na swój debiut w lidze przyszło mu jednak jeszcze trochę poczekać. Na Florydzie jeszcze przez jakiś czas uznawali, że Polak – który w koszykówkę zaczął grać ledwie parę lat wcześniej – nie jest gotowy. Do składu załapał się dopiero w sezonie 2007-08. Już w następnych rozgrywkach znalazł regularne minuty w rotacji jako zastępca Dwighta Howarda. W fazie play-off, gdy Magic dość zaskakująco maszerowali aż do wielkiego finału (po raz drugi i jak na razie ostatni w swojej historii) pokazał się nawet z solidnej strony. Kilka tygodni po finałach Dallas Mavericks zaproponowali mu zresztą spory jak na tamte czasy kontrakt: 34 milionów dolarów za pięć lat gry.
Magic mieli prawo wyrównania tej oferty. Długo się zastanawiali, czy warto, bo przecież chodziło tylko o zmiennika dla Howarda – ówcześnie największej gwiazdy drużyny i jednego z najlepszych graczy w całej lidze. Finalnie postanowili Gortata u siebie zatrzymać. To dla polskiego środkowego było sporym rozczarowaniem, bo w Dallas mógł liczyć na więcej minut.
Rozchwytywany jak Marcin Gortat, czyli transfer do Phoenix
Jego życzenie o większej roli spełniło się dopiero w grudniu 2010 roku. Wtedy to Phoenix Suns po słabym starcie sezonu postanowili trochę zamieszać w składzie. Dogadali się z Magic w sprawie dużej wymiany obejmującej sześciu zawodników – w tym Gortata. „Polski Młot” po raz pierwszy w karierze zmieniał więc otoczenie. Trafił do zespołu, który… wybrał go w drafcie pięć lat wcześniej.
I choć to Vince Carter był w tym transferze najbardziej rozpoznawalnym nazwiskiem, to jednak miał już wtedy 33 lata i nie skakał już tak wysoko jak kiedyś. Eksperci byli zgodni, że dla Suns najważniejszym elementem tej transferowej układanki był właśnie Gortat. W lidze panowało wtedy zresztą przekonanie, że Polak marnuje się za plecami Howarda. Z Orlando chciało go więc wyciągnąć wiele zespołów. Nawet zaraz po transferze do Phoenix sporo drużyn… dzwoniło do Suns, starając się przejąć Gortata.
– Wiedzieliśmy, że potrzebujemy kogoś pod kosz. Kogoś wysokiego, kto dobrze zbiera. Gortat jest kimś, kogo obserwowaliśmy od dawna. Chrapkę na niego miało wiele, naprawdę wiele zespołów w lidze – mówił Lon Babby, czyli menedżer ekipy z Arizony.
Polak w Phoenix udowodnił, że rzeczywiście warto było dać mu szansę. U boku legendarnego rozgrywającego Steve’a Nasha – najlepszego gracza ligi w 2005 i 2006 roku – Gortat zaczął grać najlepszą jak dotychczas koszykówkę w karierze. Regularnie dostarczał double-double, a w sezonie 2011-12 zaliczył „życiówkę”, jeśli chodzi o średnią punktów na mecz (15,4).

Podkoszowy w Arizonie spędził dwa i pół sezonu. W tym czasie trochę się w Phoenix zmieniło, a drużyna pod koniec pobytu Gortata zaczęła zmierzać w kierunku mocnej przebudowy. To także dlatego klub wycofał Polaka z gry w końcówce rozgrywek 2012-13. Potem latem mówiło się, że wymiana środkowego jest niemal pewna. 29-letni wtedy Gortat nie był uwzględniony w planach Suns na przyszłość. Na dodatek wchodził on w ostatni rok swojej umowy. Władze klubu miały więc tak naprawdę ostatnią szansę, by jeszcze jakoś go „spieniężyć”.
I wtedy pojawili się Washington Wizards, którzy chętnie Gortata przejęli.
To była „era Gortata” w Washington Wizards
Stołeczna ekipa szukała pewniejszego środkowego niż ciągle kontuzjowany Emeka Okafor. I znalazła właśnie takiego w osobie polskiego zawodnika, który jako gracz Suns zbudował już sobie naprawdę solidną markę w NBA. Wizards w oświadczeniu wydanym już po transferze pisali, że ściągnięcie Gortata pozwoli im zrobić kolejny krok w kierunku fazy play-off. To okazało się prawdą. Gortat z kolei tweetował, że wymianą nie jest zaskoczony i że nie ma żalu do Suns. Po latach mówił zresztą, że w Phoenix panował „organizacyjny burdel”, dlatego przenosiny ponownie przyjął z radością.
To właśnie w Waszyngtonie polski środkowy wrócił do play-off po kilku latach przerwy. Już w swoim debiutanckim sezonie w koszulce Wizards pokazał, że może być ważnym ogniwem drużyny na wiele kolejnych lat. Wizards tak samo szybko się do Gortata przekonali. I latem 2014 roku, po ledwie jednym sezonie, zaproponowali mu jego najwyższy jak się okazało w NBA kontrakt: 60 milionów dolarów za pięć lat gry.
Kibice stołecznej ekipy do dziś bardzo miło wspominają „erę Gortata”. Polak dla Wizards rozgrywał przecież swoje najlepsze mecze w karierze. Przez długi czas był podstawowym zawodnikiem zespołu, który regularnie grywał w fazie play-off. Przez pięć sezonów zaliczył tam ponad 400 meczów i do dziś w niektórych kategoriach statystycznych jest w topowej dziesiątce wszech czasów klubu:
- zbiórki w ataku – siódme miejsce;
- bloki – ósme miejsce;
- skuteczność z gry – szóste miejsce;
- double-double – trzecie miejsce.
Zawsze zapewniał drużynie solidne liczby, a jego współpraca z Johnem Wallem – choć miała też swoje nieporozumienia – była momentami wzorcowym przykładem tego, jak rozgrywający może korzystać z pomocy środkowego i jak środkowy może wykorzystać mądrego rozgrywającego.
Nie bez powodu Marcin Gortat jest dziś synonimem dobrze stawianych zasłon („zasłona Gortata” to termin nadal często używany w koszykówce na całym świecie), a Wall swego czasu regularnie był jednym z najlepiej asystujących zawodników w całej lidze.
Marcin Gortat mógł być mistrzem NBA
Po zakończeniu sezonu 2017-18 władze stołecznej drużyny zdecydowały się jednak z Gortatem pożegnać. Polak miał już wtedy 34 lata, a za sobą najsłabsze rozgrywki od lat. Nadal był co prawda w bardzo dobrej fizycznej formie, lecz wchodził – tak jak kilka lat wcześniej w Phoenix – w ostatni rok swojej umowy, przez co stał się oczywistym kandydatem do transferu.
Sięgnęli wtedy po niego Los Angeles Clippers, którzy chcieli ubezpieczyć się na ewentualne odejście DeAndre Jordana. Ten rzeczywiście opuścił Miasto Aniołów. Dzięki temu Gortat temu wskoczył nawet do pierwszej piątki Clippers, lecz w połowie rozgrywek kalifornijska ekipa wykonała kilka ruchów transferowych, by przygotować się pod nadchodzące lato (gdy „do wzięcia” z rynku wolnych graczy było kilka dużych gwiazd jak np. Kawhi Leonard). Jedną z ofiar tych przygotowań był właśnie Polak.
35-latek w barwach Clippers nie błyszczał, ale zimą 2019 roku nadal wydawało się, że może pomóc drużynie walczącej o mistrzostwo. Sporo się wtedy mówiło, że Gortat może dołączyć do Golden State Warriors. On sam w mediach społecznościowych pisał, że temat jego gry w NBA nie jest jeszcze zamknięty:
Dziękuje za wszystkie wiadomości ze wsparciem! Ale naprawdę nie wydarzyło się nic strasznego:) są ludzie na tym świecie którzy maja większe problemy.Ciesze się ze reprezentowałem Polske w NBA tak długo. Temat mojej gry nie jest zamknięty jeszcze dlatego bądźcie cierpliwi. 💪🏼
— Marcin Gortat🇵🇱 (@MGortat) February 8, 2019
Okazało się jednak, że polscy kibice nie zobaczyli już Marcina Gortata na boiskach najlepszej koszykarskiej ligi świata. Środkowy nie podpisał kontraktu z żadnym zespołem. Po latach mówił, że mocno liczył wtedy na Warriors, ale ci powiedzieli mu, że szukają obrońcy (choć finalnie… zakontraktowali innego podkoszowego – Andrew Boguta). W międzyczasie po Gortata zgłosili się też Toronto Raptors, lecz im „Polski Młot” odmówił.
– Żałuję, że nie przyjąłem tej oferty. Dzwonili do mnie sześć razy, a ja nie zdecydowałem się tam przejść. Gdybym to zrobił, to dzisiaj byłbym mistrzem NBA – wspominał w wywiadzie dla portalu HoopsHype. Raptors w 2019 roku pokonali bowiem Warriors w wielkim finale ligi i zdobyli pierwsze w historii klubu mistrzostwo NBA.
TOMASZ KORDYLEWSKI
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Jeremy Sochan zadebiutował w nowym zespole. „Pokazał się z dobrej strony”
- Sochan uwolnił się od Spurs. Czy nowy klub to dobry wybór?
- Jeremy Sochan w New York Knicks. Czy to dla niego dobre miejsce?
fot. Newspix, YouTube/screen