To było w czasie pandemii. Prowadzony przez Spółdzielnię Socjalną Honolulu lokal Drzwi Zwane Koniem musiał zostać zamknięty. Wiadomo, lockdown. Trzeba było znaleźć sobie inne zajęcie. Ktoś wpadł na pomysł założenia sklepu z rękodziełem wytwarzanym przez osoby z niepełnosprawnościami. Pojawiły się projekty maskotek, w tym Pieroguszki. Pandemia się skończyła, sklep został. A dziś Pieroguszkę – i jej twórców – zna cały sportowy świat. Czasem śmiesznie plotą się ludzkie losy.
Pieroguszka, czyli symbol polskich igrzysk. Historia maskotki, którą chciał Snoop Dogg
Wchodzę do Drzwi Zwanych Koniem. Katowice, ulica Mariacka. Dobra lokalizacja. Ale że jest 14:00, początek tygodnia, to w środku spotykam tylko kilka osób. Ktoś popija piwko, toczą się rozmowy, w tle leci muzyka z każdego możliwego gatunku. Przyglądam się plakatom, bo lokal jest też miejscem spotkań i wielu eventów. Jak mówią mi pracownicy – właściwie wszystkich. Od wieczorów poezji, przez DJ-skie sety, po hardcore punkowe koncerty.
Dla wąskiego grona osób, bo przesadnie wiele tam nie wejdzie. Ale Drzwi mają wiele do zaoferowania.
Drzwi Zwane Koniem to knajpa – tak nazwie je potem Przemysław, na którego na razie czekam – należąca do Spółdzielni Honolulu. Poza Drzwiami spółdzielnia ma też w swoim posiadaniu Luft, czyli miejsce gdzie powstają maskotki uśmiechniętego (choć nie zawsze) pieroga, w wielu wariantach. Maskotki nazywają się Pieroguszkami, a ich wersja podstawowa właśnie opanowała zimowe igrzyska olimpijskie, bo zabrała ją na nie jedna z naszych łyżwiarek i z uśmiechem pokazywała do kamery w czasie zawodów.
Pieroguszka dziś to symbol naszych łyżwiarzy figurowych… i może jeden z symboli całych igrzysk. Pokochali ją w Kanadzie – tam szukają właśnie maskotki dla swojej kadry – i w USA. Swojej Pieroguszki szukał nawet Snoop Dogg, będący na igrzyskach w roli specjalnego wysłannika jednej z telewizji.
Dziś duża część sportowego świata mówi o polskim pierogu. Często tylko o nim.
A Spółdzielnia Honolulu to więcej, niż twórcy jednej maskotki. To działalność, która narodziła się ze szczytnej idei – aktywizacji zawodowej osób z niepełnosprawnościami (OzN). I do dziś tych idei się trzyma, nawet jeśli oznacza to rezygnację z szybkiego zarobku.
Dlatego w mojej rozmowie z Przemysławem Sołtysikiem, prezesem Honolulu, i Piotrem, jednym z pracowników wytwarzających Pieroguszki (a co za tym idzie – osobą z niepełnosprawnością intelektualną), poruszamy wiele wątków.
Nie ograniczamy się do igrzysk. Wychodzimy daleko poza sport.
Bo warto.
Honolulu, czyli jak to się zaczęło
Siadamy przy stole. Ja z herbatą, Piotr ma kawę, Przemek popija – tak zakładam – wodę z własnej butelki. Rozmowa zaczyna się od… tego, że ktoś wcześniej wjechał mu w zderzak i właściwie skasował auto. Stąd nieco się spóźnił i przeprasza. Ale wiadomo – siła wyższa. Po chwili dyskusji o ubezpieczeniach przechodzimy jednak do właściwego tematu.
– Jak się to wszystko zaczęło? – pytam po prostu.
– Sama spółdzielnia ma już ponad 10 lat – mówi Przemek. – Zarówno ja, jak i Piotrek jesteśmy od samego początku, zakładaliśmy spółdzielnię razem z naszym kolegą, Pawłem Paściakiem. Zaczynaliśmy od gastronomii i nadal mamy tę działalność, prowadzimy lokal. Jednak pięć lat temu, gdy pandemia nakazała nam go zamknąć, szukaliśmy czegoś, co pozwoliłoby nam przetrwać ten czas. Nowej inicjatywy. No i postawiliśmy na rękodzieło autorstwa osób z niepełnosprawnościami. Tak powstały Pieroguszki. Postawiliśmy też sklep internetowy na czas pandemii, ale on z czasem został. I teraz mamy i lokal, i sklep.
W Honolulu OzN są od początku. Taka była idea powstania Drzwi Zwanych Koniem. Początkowo była czwórka: Piotr, Agnieszka, Maciek i Rafał. Pierwsza trójka nadal pracuje, choć niekoniecznie w lokalu. Rafał zrezygnował, ale to była jego decyzja. Ogółem dziś w ramach dwóch działalności w Honolulu pracuje dziewięć osób z niepełnosprawnością intelektualną. Wszyscy długo.
– Raczej nie mamy rotacji. Każda z tych osób jest u nas przynajmniej od siedmiu-ośmiu lat u nas – mówi Przemek. Ja z kolei pytam Piotra, jak wyglądała jego przygoda ze spółdzielnią.
– Moja kariera zawodowa zaczęła się właśnie w spółdzielni. Najpierw pracowałem troszkę na kuchni, a troszkę jako pracownik gospodarzy. Aż przyszła pandemia. Nie ukrywam, że jak dowiedzieliśmy się o tym, że musimy się zamykać, to był smutek i pytania co dalej. Szukaliśmy szybko lokalu, aż udało się znaleźć taki, gdzie szyjemy Pieroguszki. Mi się to spodobało i jestem tam do dzisiaj – opowiada.

Przemysław (po lewej) i Piotr (po prawej) to jedni z twórców Pieroguszek. Z nimi spotkałem się w Drzwiach Zwanych Koniem.
Tak skrócone opowieści brzmią szybko, łatwo i przyjemnie. Ale wcale tak nie było. Na pomysł założenia spółdzielni, a przez nią lokalu wpadł wspomniany Paweł Paściak, pierwszy prezes Honolulu. Pracował w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Właśnie za sprawą tej pracy dowiedział się o funduszach unijnych na założenie spółdzielni. Paweł znał osoby z niepełnosprawnościami szukające – lub takie, które szukać planowały – pracy, ale znał też Przemysława. Poznali się, bo ten drugi z zawodu jest animatorem kultury. Współpracowali w przeszłości przy kilku eventach.
Teraz to jednak było inne przedsięwzięcie. Trudniejsze.
– Pomysł? To była po prostu knajpa. Paweł wyszedł przy tej okazji do mnie, Piotra i innych osób z propozycją założenia spółdzielni. […] Do mnie odezwał się z pytaniem, czy nie chciałbym pomyśleć o miejscu, które poza gastronomią żyłoby też kulturą. Taki był oryginalny pomysł.
– Jak sprawnie wam to poszło? – pytam.
– Samo znalezienie odpowiedniego miejsca, to było wiele miesięcy pracy i kilka porażek po drodze. Bo musieliśmy szukać lokalu w centrum, który jednak nie „zabiłby” nas czynszowo. To trwało. A potem też był remont, który ciągnął się prawie rok. Czyli od pomysłu do otwarcia minęły prawie dwa lata – wylicza Przemek.
Knajpa w końcu się jednak otworzyła i już po kilku latach w lokalnej prasie była opisywana jako „kultowa” (z czasem tylko się zamknęła, zmieniła miejsce i otworzyła na nowo). Zatrudniała, oczywiście, kilka osób z niepełnosprawnościami. Taki był jej główny cel, o aktywizację zawodową w końcu chodziło. I wszystko to jakoś sobie istniało przez kilka lat.
Nikt nie mógł wówczas przewidzieć pandemii, szukania innego zajęcia, rękodzieła. Nikt nie mógł też przewidzieć maskotek w kształcie pieroga.
I tego, jaki zapanuje na nie szał.
Olimpijska reklama
To były jedne z pierwszych dni rywalizacji. Nasza łyżwiarska reprezentacja po raz pierwszy w dziejach wystawiła pełen skład w rywalizacji drużynowej. Zajęła ostatnie miejsce – czyli 10. – ale to i tak były historyczne chwile. A na ławce, którą pokazuje się po ocenie każdego występu, poza zawodnikami, zawodniczkami i sztabem trenerskim, była też ona.
Pieroguszka. Model klasyczny. Biała, może wpadająca w lekki beż. Czarne oczy. I uśmiech. Tak szeroki jak naszych zawodników.
Pasowała tam idealnie.
– Akurat oglądałem to łyżwiarstwo, ale to był zupełny przypadek. Patrzyłem na coś innego, przełączyłem – mówi Piotr. – I tak patrzę się w telewizor: „Zaraz! To chyba nasza pieroguszka”. No i zachwyt, takie wow, że to poszło w świat. Pomyślałem sobie, że nasza maskotka jest fajnie, na igrzyskach. Super. Ale nie myślałem wtedy, że będzie z tego taki duży odzew. Że nawet Snoop Dogg będzie się o tę pieroguszkę dopytywać.
Przemysław pierwotnie nawet się nie zorientował. Łyżwiarstwo figurowe było wieczorem, nie oglądał. W sumie to, owszem, zauważył, że ma nieco więcej powiadomień, niż zwykle. Ale zignorował je, odpoczywał. Dopiero następnego dnia uznał, że warto byłoby się dowiedzieć, o co chodzi. A tam igrzyska, łyżwiarstwo i Snoop Dogg, który faktycznie tej maskotki chciał i szukał. No i szał, wielki szał – nie tylko w Polsce, ale i na świecie.

Kadra Polski w łyżwiarstwie figurowym. I Pieroguszka, najwyżej z nich wszystkich. Fot. Newspix
W social mediach: tagi, komentarze, więcej obserwujących. Telefon? Rozdzwoniony, nawet i po 40 rozmów dziennie, o ile nie więcej.
A w sklepie szybko wykupione… właściwie wszystko.
– Dla nas to było totalne zaskoczenie. Mieliśmy wcześniej jakąś mikrorozpoznawalność jako lokal, ale to co się stało, przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania – mówi Przemek. – Ile było wejść na stronę sklepu? Na pewno dużo, ale niestety aktualnie nie ma tam nawet po co wchodzić. (śmiech) Można co najwyżej pooglądać sobie wzory – dodaje, na co wtóruje mu Piotr:
– Tam są pustki!
Telefonów, jak mówią, jest już trochę mniej. Powoli spada zainteresowanie. Ostrzegam ich jednak, że Katia Kurakowa – od której to wszystko się najpewniej zaczęło – jeszcze startuje. Są spokojni, mówią, że przynajmniej wiedzą, czego się spodziewać. I faktycznie, Pieroguszka towarzyszyła Katii. A wcześniej – naszej parze sportowej, czyli Michałowi Woźniakowi i Julii Szczecininie. Poduszka stała się maskotką całej kadry łyżwiarzy figurowych.
– Macie poczucie satysfakcji? – pytam.
– Mam – mówi Piotr. – Na początku nie dowierzałem, że w pewnym sensie stanę się słynny na cały świat – tak to można ująć. Ale teraz zdaję sobie z tego sprawę. Może to nawet ja robiłem tę Pieroguszkę?
Tego się, niestety, nie dowiemy. Bo to nie była zorganizowana akcja. Pieroguszka została kupiona prywatnie i po prostu zabrana na igrzyska. W Honolulu czy też Lufcie nic o tym nie wiedzieli. Dlatego tak ich to zaskoczyło.
I momentami zdaje się, że nadal są pod wrażeniem tego wszystkiego, co się wydarzyło.
Pusty sklep
Jak powiedzieli obaj: na stronie Luftu, czyli sklepu, z którego dorwać można Pieroguszki – nie ma aktualnie nic. Wszędzie czekać będzie na was informacja, że towar jest wykupiony. Zainteresowanie było jednak tak duże, że ludzie nadal próbowali jakąś poduszkę zdobyć. Przychodzili na przykład do Drzwi Zwanych Koniem, pytali. Ale tam sprzedaży nie ma.
Jest za to kilka Pieroguszek dla ozdoby. I zdarzało się, że niektóre z nich w tajemniczych okolicznościach znikały z lokalu.
Dziwne, co?
– Tu trafiają odrzuty z taśmy. (śmiech) Takie Pieroguszki, których nie sprzedalibyśmy i tak, więc są tu dla dekoracji – mówi Przemek. Dlatego przesadnie się tym podkradaniem nie przejmują, choć wiadomo – lepiej byłoby, gdyby ludzie jednak nie próbowali Pieroguszek podkradać. Albo wystawiać podróbek na OLX-a czy inne tego typu portale. Bo gdy tam wejdziecie i wpiszecie „Pieroguszka” właśnie, wyskoczy wam mnóstwo aukcji.
Jakaś połowa to zupełnie nowe licytacje. Ciekawy zbieg okoliczności.
Część to po prostu maskotki pierogów – bo przecież Luft nie jest jedynym zakładem, który takie tworzy. Część jednak to ewidentna próba podrobienia oryginalnych Pieroguszek. Ale widać, że to nie to. Są krzywe, nieidealne. Gdyby zrobili je ich faktyczni twórcy, to trafiłyby co najwyżej do Drzwi właśnie. Na pewno nie na sprzedaż. A z podróbkami przesadnie nie walczą – bo to jak walka z wiatrakami – o ile ktoś nie używa ich nazwy. Tę mają zastrzeżoną i na to zwracają uwagę.

Możecie mi nie wierzyć – sam bym nie wierzył – ale jedyną inscenizacją tego zdjęcia jest to, że gdy wszedłem do Drzwi Zwanych Koniem, to „Spalony” leżał płasko na stole. Poza tym faktycznie tam był i faktycznie na stoliku obok którego akurat leżały Pieroguszki.
Zresztą, co warto wiedzieć: online Pieroguszki kupić można w dwóch miejscach – na stronach Luftu i Ministerstwa Gadżetów z Bytomia. Poza tym stacjonarnie: w kilku sklepach w Warszawie i Krakowie oraz w Nowym Jorku.
Zaraz, chwila. Nowym Jorku?!
– Tak. Raz na jakiś czas przychodziły do nas zapytania, czy byśmy nie wysłali Pieroguszek zagranicę. A największe – jakieś dwa czy trzy lata temu – przyszło z pierogarnii „Pierożek”. Prowadzi ją polskie małżeństwo na Brooklynie, nasza maskotka im się z oczywistych względów spodobała, więc już dwukrotnie zamawiali jej większą liczbę. Wysłaliśmy im. Teraz oczywiście odezwali się znowu, że chcą dużo, dużo większe ilości – mówi Przemek
Sęk w tym, że obecnie to nie tak łatwa sprawa.
– Mamy teraz naprawdę dużo zapytań ze Stanów i Kanady, bo tamtejsze stacje telewizyjne mocno podchwyciły temat. Obecnie jednak nie jest łatwo wysyłać paczki do Stanów przez cła. Na przykład Poczta Polska zawiesiła wysyłanie paczek do USA – dodaje.
A zresztą – na razie nie ma czego wysyłać. I w sumie to trudno uwierzyć, że w momencie takiej ekscytacji tymi maskotkami, sklep stoi pusty. Akurat teraz, gdy mógłby solidnie na siebie zarobić.
W Honolulu chcą jednak zrobić wszystko zgodnie ze sztuką.
A to oznacza – w zgodzie ze swoimi zasadami.
Mają misję. I to ważną
– Oczywiście, że pojawiła się myśl, że relatywnie łatwo byłoby teraz skontaktować się z jakimś, dajmy na to, azjatyckim producentem, który zrobiłby dość tanio i maszynowo bardzo dużą ilość Pieroguszek, które z łatwością by się sprzedało. Nie o to jednak chodzi. Jesteśmy spółdzielnią i to nie byłyby te Pieroguszki. Nie chcemy robić tego inaczej, niż do tej pory, bo „inaczej” nie ma dla nas sensu – mówi Przemek.
Honolulu powstało w końcu, jak zaznacza, w określonym celu. I jasne, zainteresowanie poduszkami jest aktualnie ogromne. Znacząco przekracza ich możliwości, nie są w stanie się z niego odrobić. Ale pracują nad tym, możliwe, że za niedługo produkcja przyspieszy. Ale – znowu – zrobi to na ich zasadach. Bo mogą nie nadążać, mogą uginać się pod tym natłokiem pracy, reakcji i telefonów (w czym nie pomógł sezon chorobowy, przez który na kilka dni musieli zawiesić pracę w Lufcie).
Ale zasady – zwłaszcza te narzucone samemu sobie – są ważne. Jak mówią: każda Pieroguszka musi być „przytulona” przez osobę z niepełnosprawnością.
Innej drogi nie ma.
– Jesteśmy malutkim zakładem. Pieroguszki to jest pięć osób, które nad tym pracują. Każda Pieroguszka to jest od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu minut pracy, bo to ręczna robota. Zupełnie nie nadążamy, a jeszcze musząc odpowiadać na maile, zapytania, telefony, to zupełnie nie nadążamy. Ale właśnie po to uruchomiliśmy Zrzutkę – by móc sobie pozwolić na dodatkowe ręce do pracy, które nam pomogą – mówi Przemek.
Wyświetl ten post na Instagramie
– Nie pozwolimy sobie na to, by zlecić produkcję Pieroguszek jakiejś zupełnie komercyjnej firmie. To nadal będzie musiało być robione przez osoby zagrożone wykluczeniem społecznym, czyli zgodnie z naszą misją i tym, co postawiliśmy sobie za cel jako spółdzielnia socjalna. Prowadzimy teraz rozmowy z różnymi instytucjami, które mają podobny profil do nas, które mogłyby nam być może szyć Pieroguszki. Rozmawiamy z warsztatami terapii zajęciowej z Zawiercia oraz z zakładem aktywności zawodowej z Częstochowy – kończy temat.
Na wspomnianej Zrzutce ustawili cel – 15000 złotych. Osiągnęli go w 48 godzin.
Ba, Przemyslaw wspomina, że włączył ją w piątek o 22:30 i nie dowierzał, gdy po dwóch godzinach było już tam ponad 2000 złotych. Może wtedy zrozumiał, że to faktycznie dzieje się coś sporego. I totalnie nieoczekiwanego, stąd po części ten zastój i braki.
Braki są jednak w porządku. Gorsze byłoby, gdyby odebrali tę pracę z rąk osób, które dużo tym Pieroguszkom poświęciły. Czyli Piotrowi, Patrycji, Krystianowi, Dominikowi i Zuzie.
Zwłaszcza, że mówimy tu też o osobach z niepełnosprawnościami. A dla takich praca to coś niezwykle cennego.
Pracodawcy się boją
Zostańmy zresztą przy tym wątku. Pytam bowiem Piotra – jak trudno jest osobie z niepełnosprawnością znaleźć pracę?
– Na początku to jest problem, ale nie od strony osoby niepełnosprawnej, tylko pracodawcy. Żyjemy w takich czasach, że pracodawcy boją się trochę przyjmować osoby z niepełnosprawnościami. Nie wiem, co jest przyczyną – czy obawiają się, że taki pracownik sobie nie poradzi, czy że będzie miał trudności? – pyta Piotr. I dodaje:
– Moje życie wraz z pracą zmieniło się na lepsze. Czy ludzie inaczej na mnie patrzą przez to, że mam pracę? Myślę, że tak. Jest naprawdę okej.
Przemek potwierdza jego słowa. Wspomina, że kiedyś realizowali projekt Gastrosprawni – szukali osobom z niepełnosprawnościami miejsc pracy w, jak łatwo się domyślić, gastronomii. Bo równanie było proste – OzN szukają pracy. W gastronomii praca zawsze jest. Warto się dogadać. Udało się znaleźć ją dwóm osobom z pięciu czy sześciu zaangażowanych w projekt. Niewiele, ale zawsze coś. Prezes Honolulu domyśla się jednak, skąd jeszcze może wynikać niechęć do zatrudniania takich osób.
– Jak mówił Piotrek: pracodawcy się boją i czasem jest to związane ze stereotypizacją, negatywnym postrzeganiem samej niepełnosprawności, w co wierzymy, że da się zmienić. Ale jest też trochę barier czysto formalnych. Osoba z niepełnosprawnością ma na przykład inną liczbę godzin na etacie, co niby jest łatwe do zrozumienia, ale oznacza, że trzeba robić dwa różne grafiki – jedną dla osób bez, a drugie dla osoby z niepełnosprawnością. Trochę inaczej rozlicza się też taką osobę kadrowo, co wiąże się z dodatkowym kosztem dla biura rachunkowego. To są takie trudności obiektywne.
Do tego dochodzi samo zaopiekowanie się taką osobą, wdrożenie jej do pracy. Często nawet odkrycie jej mocnych stron, znalezienie odpowiedniego zajęcia. To jest metoda prób i błędów. Nie da się inaczej. W dodatku to nie tak, że wnioski z jednej osoby z niepełnosprawnością intelektualną można „przerzucić” na inną. Mówi Przemek:
– To jest powszechny błąd o myśleniu o osobach z niepełnosprawnością, że próbuje się je wrzucać do jednego worka. A sprawa jest zupełnie inna, bo każdy jest „osobny”, ma inne plusy, inne minusy i inaczej choroba wpływa na jego codzienne funkcjonowanie. Trzeba bardzo indywidualnie podchodzić do każdej takiej osoby.
Piotr, jak wspominał, od początku aktywności zawodowej jest związany właśnie z Honolulu. Tam się odnalazł. Podobnie jak i kilka innych osób. Najpierw w knajpie, teraz przy poduszkach. Nie planuje zmieniać fachu, nawet gdyby było to łatwiejsze, niż jest.
– Teraz byłoby mi ciężko znaleźć coś innego, niż tę pracę w spółdzielni. Ale powiem ci szczerze, że niczego innego nie szukam. Chcę dalej tutaj zostać, bo tu mi się naprawdę podoba. Jestem zżyty z tymi ludźmi i jest naprawdę spoko – twierdzi.
Aktualnie – razem z nim – w Lufcie i Drzwiach Zwanych Koniem pracuje dziewięć osób z niepełnosprawnościami. Wszystkie – jak już wiecie – od dawna.
I nic nie wskazuje na to, by ktoś miał tę pracę zmienić.
Codzienny trud
Pytam chłopaków, czy wierzą w dobrą karmę. Bo przecież od dekady działają w szczytnym celu, a tu nagle – zupełnie z przypadku – taki rozgłos. Sami mówią, że nie byliby w stanie podobnego wygenerować. Nie stać ich na reklamy, nie wykupią billboardów. Jeśli ktoś sam się nimi nie zainteresuje, to pozostaną w cieniu.
Jasne, zdarzało się, że dostarczali Pieroguszki jako nagrody na jakieś wydarzenia – urzekł mnie absolutnie squashowy Pierogi Cup – ale to malutki rozgłos. Czasem pisano o nich w prasie, głównie lokalnej. I to w sumie tyle.
Przy czym to nie tak, że walczą o przetrwanie. Po prostu nie są dużą firmą, a co za tym idzie – nie są bogaczami. Zresztą być tak naprawdę nie mogą.
– Spółdzielnia jako prawna forma funkcjonowania jest… dość skomplikowanym bytem. I bardzo mało popularnym, bo my nie jesteśmy też taką spółdzielnią jak te mieszkaniowe czy „Społem”. Jesteśmy spółdzielnią socjalną i to jest rzeczywistość gdzieś pomiędzy firmą a fundacją. Z jednej strony musimy na siebie zarobić i prowadzić działalność gospodarczą, czyli musimy mieć zatrudnienie i pieniądze na nie. Ale z drugiej strony wszystkie ewentualne zyski, jakie spółdzielnia wypracuje nie mogą być rozdystrybuowane pomiędzy członków i członkinie, tylko muszą iść w zgodzie z naszym statutem, czyli na reintegrację zawodową osób zagrożonych wykluczeniem – mówi Przemek.
Wyświetl ten post na Instagramie
Innymi słowy: wszyscy pracujący w Honolulu mogą mieć umowy – koniecznie o pracę – ale prezes nie może sobie przyznać premii za wypracowany dochód. Jeśli taki się trafi, to idzie dokładnie tam, gdzie to określa statut – na wspomnianą reintegrację. Sam Przemysław ma też własną firmę, spółdzielnia to dla niego poniekąd działalność „poboczna”. Przy okazji – działalność, która czasem potrafi zaskoczyć.
– Problemy? Oj, najrozmaitsze. Przez to, że bardzo mało popularna forma prawna, to zderzyłem się na przykład z tym, że nie mogłem pobrać BIK-u [Biuro Informacji Kredytowej]. Dla siebie mogłem to zrobić, na moją jednoosobową działalność też. Ale nie mogłem pobrać BIK-u na spółdzielnię, bo on nie rozpoznaje tej formy działalności prawnej. Co jest absurdalne, bo to przecież instytucja państwowa, publicznego zaufania. Jest trochę takich śmiesznostek, takich prawnych kwestii, które czasem spędzają nam sen z powiek – mówi.
W rozmowie pojawia się wątek wielu innych codziennych trudów. Ale to już te w miarę znane każdemu. Duży ZUS. Sezonowość w gastronomii. Spore koszty działania lokalu. Aktualnie też ogrzewanie w Lufcie. – To priorytet – mówi z miejsca Piotr. Luft jest bowiem w budynku, który nie jest podłączony do sieci miejskiej, nie ma też ogrzewania gazowego, jedynie elektryczne. Trzeba je poprawić, bo szczególnie przy niedawnych mrozach robiło się tam zimno. Czyli kolejna pozycja na liście do zrobienia. Pilnego.
Choć aktualnie numer jeden na niej to kolejne Pieroguszki.
Bo mimo wszystko wypadałoby skorzystać z tego zainteresowania.
Będzie… Figuruszka?
Na pytanie o karmę Przemek nie odpowiedział wprost. Powiedział za to, że wierzy w maksymę Bruce’a Lee.
Bądź wodą.
Dostosowuj się, próbuj, działaj. Adaptuj. W końcu się uda. Tak zrobili w czasie pandemii. I tak – jak już zdążyliście się przekonać – chcą zrobić i teraz. W zgodzie z własnymi zasadami, ale jednak jakoś się do nowej sytuacji dopasować. Czyli w sumie z jednej strony jak woda, a z drugiej – jak stare drzewo, któremu wyrwać korzeni nie jest łatwo.
Stąd pytam o proces – jak wygląda powstawanie Pieroguszki. I czemu tak trudno uzupełnić szybko te zapasy?
– Wszystkie nowe wzory albo sama wymyśla, albo musi przynajmniej zaakceptować Zuza Hasiewicz. To dziewczyna, która koordynuje pracę w Lufcie i jest główną osobą od krojów i szycia. Wybiera do tego materiał, który zamawiamy, czyli polar i puch – mamy tu już kilku dostawców, więc zazwyczaj bierzemy od nich. Jak mamy materiał, to bierzemy się za szycie. Trafia to do osoby, która… niekoniecznie ma duże doświadczenie krawieckie, ale potrafi pracować na maszynie do szycia. Ona wycina z materiału, a potem obszywa powłokę. To chwilę trwa, ale jak się nauczy robić pierwszą, to każda kolejna jest łatwiejsza. Jak jest już wyszyta, to wraca do Luftu, do ekipy, która wypycha Pieroguszkę puchem. I to wypychanie może być dłuższym procesem, bo szczególnie te „falbanki” wokół – je trzeba często wypychać kijkiem.
Trzeba, dodajmy, starannie. Wypychanie to często ta najdłuższa część, bo chodzi o to, by Pieroguszka była miękka, ale by przypadkiem nie porwać szwów. – Trudna, żmudna i wymagająca praca – mówi Piotr. Łatwiej byłoby zrobić zwykłą poduszkę. Ale cóż, kiedyś wpadli na pomysł poduszki-pieroga. Narzekać nie mogą. W końcu inna poduszka mogłaby nie pojawić się na igrzyskach.

W maskotkę po swoim występie wgryzają się Julia Szczecinina i Michał Woźniak. Fot. Newspix
Pieroguszki mają zresztą swoje warianty. Była Ufoluszka, Draculuszka, była też Gniewuszka. A teraz? Teraz może będzie Figuruszka.
– Pieroguszka dla łyżwiarzy? Jakąś zrobimy, bo dostaliśmy już poniekąd propozycję. Polski Związek Łyżwiarstwa Figurowego będzie chciał się z nami spotkać, gdy wrócą z igrzysk. My się do tego przygotowujemy. Gdzieś tam padła jakaś – jeszcze nie konkretna – propozycja, żebyśmy pomyśleli wspólnie o oficjalnej maskotce. Bo do tej pory to wszystko było spontaniczne, przypadkowe i nieoficjalne.
Nie wiedzą co prawda jeszcze, jak ta Pieroguszka będzie wyglądać. Bo trudno na pierogu przedstawić – na przykład – łyżwy. Ale pewnie w końcu na coś wpadną. Możliwe też, że wpadną – ale do nich – nasi łyżwiarze, gdy już wrócą z Włoch.
I będzie to miłe spotkanie.
Snoop Dogga na razie się w Lufcie nie spodziewają. Ale kto wie, może życie znowu ich zaskoczy?
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Własne/Instagram Luftu/Newspix