To już nie są żarty. Spadek zagląda w oczy Legii, Widzewa i Pogoni

Michał Kołkowski

10 lutego 2026, 08:15 • 10 min czytania 48

To już nie są żarty. Spadek zagląda w oczy Legii, Widzewa i Pogoni

Do końca sezonu ligowego jeszcze daleko, ale pomału wkraczamy w ten etap rozgrywek, gdy krystalizuje się wreszcie czołówka, a także grupa klubów, które będą się martwić przede wszystkim o utrzymanie w Ekstraklasie. No i wszystko wskazuje na to, że w tej drugiej grupie ugrzęzną aż trzy ekipy, które przystępowały do sezonu ze znacznie większymi ambicjami. Zbrojący się na potęgę Widzew Łódź, znająca przepis na mistrzostwo Legia Warszawa, a także przeżywająca rok nieśmiertelności Pogoń Szczecin. Zastanówmy się zatem luźno – czy któraś z tych drużyn faktycznie może w maju pożegnać się z najwyższą klasą rozgrywkową? Jakie przemawiają za tym argumenty?

Reklama

Wciąż wydaje się to bardzo mało prawdopodobne, jasne, no ale trudno bez końca się kłócić z faktami. A fakty są takie, że Legia czeka na zwycięstwo w lidze od 28 września. Pogoń po 25 października sięgnęła w Ekstraklasie po komplet punktów zaledwie raz. Z kolei Widzew przegrał pięć z sześciu ostatnich meczów ligowych.

Nie mamy tu do czynienia z niegroźnymi dołkami formy, tylko trzema poważnymi kryzysami zespołów o niemałych apetytach.

Reklama

Tabela rozgrywek dostarczony przez Superscore

 

Czas zatem zapytać…

Dlaczego Widzew może spaść z Ekstraklasy?

Bo nie ma tam jeszcze zespołu. No i umówmy się, że przy takiej skali transferowej ofensywy nie jest to jakimś wielkim szokiem. Łodzianie w zasadzie już latem dokonali gruntownej przebudowy składu, a zimą jeszcze docisnęli gaz do dechy, jeśli chodzi o zatrudnianych zawodników. I wiadomo – kwoty odstępnego robią wrażenie, CV niektórych nowych nabytków również rozbudza wyobraźnię. Ale na koniec dnia chodzi przecież o to, żeby wszystkie te elementy poskładać w spójną całość. Tymczasem do Widzewa trafili gracze wywodzący się z najrozmaitszych klubów. Lig. Krajów. Piłkarskich kultur. A lepić to wszystko próbuje, jak dotąd nieudolnie, Igor Jovićević, też nowa postać w Ekstraklasie. I szkoleniowiec niekoniecznie przyzwyczajony do szarpania się z rywalami w dolnych rejonach tabeli.

Czy Widzew Łódź wydaje tyle, że psuje rynek transferowy w Polsce?

No i widać wyraźnie, że na razie Chorwat ma poważne trudności, by się w tym całym galimatiasie połapać. Poprawy w grze Widzewa nie widać ani na boisku, ani w zaawansowanych statystykach. Zwraca jednak uwagę również wypowiedź po niedzielnej porażce z GKS-em Katowice, cytowana przez portal WidzewToMy.

Jesteśmy w strefie spadkowej, ale moim zadaniem jest budować zespół. Chcemy grać jak duży zespół, czyli operować piłką. Nasz rywal skupił się dzisiaj na destrukcji. Wysokie posiadanie piłki mieliśmy również przeciwko Jagiellonii, która jest w Polsce autorytetem. Na tym opieram swój optymizm. Widzew ma być drużyną, który buduje sytuacje i osiąga w ten sposób przewagę – stwierdził Jovićević.

Igor Jovicević

Co z tych słów wynika? Ano – bardzo poważny wniosek.

Najwyraźniej Jovićević – jego piłkarze zapewne również – nie przestawił się jeszcze mentalnie na batalię o utrzymanie w Ekstraklasie. Trener mówi bowiem o narzucaniu warunków, dominacji w posiadaniu piłki, a nie o walce do upadłego o każdy centymetr boiska, co byłoby retoryką typową dla szkoleniowca skoncentrowanego przede wszystkim na tym, by uciec katu spod topora i uniknąć degradacji. I niby wszystko jest w porządku, brawo za ambicję. Można zakładać, że właśnie takiego podejścia oczekują działacze Widzewa, a także sam Robert Dobrzycki. Ale półmetek sezonu już dawno za nami, a Widzew tkwi pod kreską. Na przestrzeni ostatnich ośmiu kolejek odniósł zaledwie jedno zwycięstwo w lidze. Na papierze jest w jego składzie sporo jakości, ale jednak nie wystarcza ona do przepychania korzystnych rezultatów.

Nawet gdy łodzianie utrzymują się przy piłce dłużej od przeciwników, to nie przekuwają tego w klarowne sytuacje podbramkowe. A to jest zawsze przepis na katastrofę w przypadku drużyn uwikłanych w kotłowaninę w dolnych rejonach tabeli. Gdy grasz o ligowy byt, liczą się wyłącznie konkrety. A nie bajeczki w stylu Maxa Moeldera.

Może się zatem okazać, że Widzew myślący dziś o grze jak duży zespół skończy jak ten słynny indyk, który rozmyślał o niedzieli. Robert Dobrzycki chce zwalczać w polskim futbolu „kult dziadostwa”, Igor Jovićević chce dominować nad oponentami, ale za tymi szumnymi zapowiedziami na razie nie stoją czysto boiskowe argumenty. I dlatego Widzew jest obnażany przez poukładane, rzetelne ekipy, takie jak GKS. O Jagiellonii nawet nie wspominamy, bo to obecnie zupełnie inna półka.

Dwanaście porażek w dwudziestu meczach… No sami powiedzcie, czy to nie brzmi jak „kierunek: 1. liga”?

Dlaczego Pogoń może spaść z Ekstraklasy?

Bo niemiłosiernie pudłuje na rynku transferowym. Za rządów Alexa Haditaghiego i Tana Keslera do Szczecina trafił już cały tłum nowych piłkarzy – a właściciel Portowców ostatnio zmienił zdanie i na antenie Canal+Sport zapowiedział dalsze wzmocnienia – ale ilu wniosło do gry drużyny cokolwiek pozytywnego? Albo przynajmniej wzniosło się ponad ligową przeciętność? Przecież nawet Sam Greenwood, czyli największy hit transferowy w wykonaniu szczecinian, na razie gra od przebłysku do przebłysku. Natomiast listę transferowych rozczarowań można ciągnąć bardzo długo. I już nawet nie chodzi o tego nieszczęsnego Benjamina Mendy’ego, który – zgodnie z przewidywaniami – po prostu prawie w ogóle nie pojawia się na murawie. Jak dotąd uciułał zaledwie 160 minut w Ekstraklasie.

Haditaghi zapowiadał TOP3 w sezonie 26/27. Ale w której lidze?

Uznajmy jednak wyrozumiale, że mistrz świata miał być jedynie transferem-ciekawostką. Na zasadzie: jak odpali, to pięknie, a jak nie, to trudno, przynajmniej udało się zrobić trochę zamieszania. Ale tacy gracze jak Musa Juwara, Paul Mukairu, Jose Pozo, Mor Ndiaye, Jan Biegański, Hussein Ali, Marian Huja czy Rajmund Molnar byli już ściągani do Szczecina – ujmijmy to – na poważnie. I żaden nie wyrósł na przestrzeni ostatnich miesięcy na gościa, którego moglibyśmy zaliczyć do grona liderów zespołu. Huja już zresztą został odpalony, co jest o tyle zabawne, że akurat on z całego tego zaciągu uzbierał w lidze… najwięcej minut.

Tymczasem taki Ali liczbą rozegranych minut w tym sezonie w Pogoni (259) nie prześcignął jeszcze sprzedanego latem Koulourisa (334).

Kamil Grosicki

Osobną kwestią jest to, jaka myśl przewodnia przyświecała Portowcom przy kompletowaniu kadry. Nie wie chyba tego nawet trener Thomas Thomasberg, który wciąż miota się w swoich taktycznych posunięciach. Dość powiedzieć, że Pogoń zaczęła rundę wiosenną w ustawieniu z trójką stoperów. Na prawym wahadle pojawił się Juwara, linię ataku stworzył duet Mukairu – Grosicki, a w obronie zadebiutował wypożyczony dopiero co Attila Szalai. A zatem mamy: wahadłowego, który nie jest wahadłowym, napastników, którzy nie są napastnikami, no i stopera niedawno odebranego z lotniska. I cały ten taktyczny manewr tylko po to, by przegrać z Motorem Lublin i wrócić z podkulonym ogonem do formacji 4-4-2, która… również zdaje się nie najlepiej pasować do szczecińskiej ekipy w jej obecnym kształcie.

Po remisie u siebie z Bruk-Bet Termalicą Nieciecza trener Thomasberg rozprawiał o mentalności. O tym, że jego podopieczni „przestraszyli się zwycięstwa”. Powiedzmy sobie szczerze, że tego rodzaju pomeczowe diagnozy świadczą na ogół o bezradności szkoleniowca. Co gorsza, Kamil Grosicki też nie wygląda już na piłkarza, który zaraz pociągnie drużynę za uszy do lepszych rezultatów. Po przerwie zimowej weteran należy bowiem do najgorszych na placu w barwach Pogoni.

O ile w przypadku Widzewa i Legii można zakładać, że piłkarska jakość – mimo wszystko – w tych zespołach tkwi, tylko jeszcze nieuwolniona z takich czy innych względów, tak w przypadku Pogoni sprawy wyglądają bardziej pesymistycznie. Choć Portowcy wciąż liderują przecież w Ekstraklasie, jeśli chodzi o współczynnik spodziewanych goli (xG) na mecz – kreują sobie w bieżącej kampanii średnio więcej sytuacji nawet od Lecha, Korony, Rakowa czy Górnika. Czyli co: cała nadzieja na utrzymanie w tym, że Karol Angielski zdoła wkrótce wejść w buty Efthymiosa Koulourisa i podrasuje choć trochę skuteczność zespołu?

Nadzieja to, przyznacie, oparta na kruchych podstawach, skoro na razie Angielski nie przebił się jeszcze nawet do wyjściowego składu.

Dlaczego Legia może spaść z Ekstraklasy?

Bo ona z kolei w tej chwili całą nadzieję pokłada w jednej osobie – Marku Papszunie.

Na ratunek! Kto będzie nowym Deyną Legii?

A Papszun przecież nie dał się poznać jako specjalista w zakresie walki o utrzymanie w Ekstraklasie, prawda? Po prostu nie było takiej potrzeby – w Częstochowie pracował w komfortowych warunkach, miał kolosalny wpływ na cały pion sportowy, klub realizował jego – czasem trafione w dziesiątkę, a niekiedy koszmarnie chybione – transferowe zachcianki. W takich okolicznościach klasowy trener może pokazać, co potrafi i spokojnie, na przestrzeni lat konstruować zespół do rywalizacji o najwyższe cele. No a co zastał Papszun przy Łazienkowskiej? Bałagan. Drużynę mentalnie zgniecioną, pogrążoną w totalnej rozsypce. Zero transferów na życzenie. Rozwścieczonych kibiców, którzy z coraz większą agresją reagują na niepowodzenia drużyny. I oderwanego od rzeczywistości właściciela, który w wywiadzie dla beIN Sports sprawiał wrażenie, jak gdyby w jego wyobrażeniach kryzys został już w zasadzie zażegnany, a Legia znowu grała o puchary.

To nie są realia, do jakich Papszun jest przyzwyczajony. A czasu na naukę nie ma… wcale, czego dowiódł początek rundy wiosennej, który nie przyniósł Wojskowym cudownego odrodzenia. No chyba że za cud uznamy wyszarpanie remisu z gardła Arki Gdynia, też walczącej o utrzymanie. Sęk w tym, że jesienią jeden taki cud już się Legii przytrafił – mamy tu oczywiście na myśli zwycięstwo nad Szachtarem Donieck po dublecie Rafała Augustyniaka.

I co ten triumf zmienił? Otóż – nic.

Trener Marek Papszun

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że skoro do Legii trafił trener z mistrzostwem Polski na koncie, który dopiero co zanotował znakomitą jesień w Lidze Konferencji, to tym bardziej powinien się uporać z takim zadaniem jak utrzymanie klubu w lidze. Zwłaszcza że nie jest to Bruk-Bet Termalica Nieciecza z mocno ograniczonym potencjałem kadrowym, tylko Legia Warszawa po letniej, transferowej ofensywie za kilka milionów euro. No ale to nie zawsze tak działa. Wystarczy przypomnieć historię Henryka Kasperczaka – szkoleniowca, jak na polskie realia, wybitnego – który w sezonie 2008/09 sensacyjnie zleciał z ligi z Górnikiem Zabrze.

Na razie poznaliśmy Marka Papszuna jako znakomitego trenera-architekta. W najbliższych tygodniach się przekonamy, jaki z niego trener-strażak. Ale też trudno się dziwić kibicom Legii, że jeśli komuś w tej chwili ufają, to wyłącznie nowemu szkoleniowcowi. No bo w kim innym mieliby pokładać wiarę?

Przecież nie w Milecie Rajoviciu.

Legia, Widzew lub Pogoń w 1. lidze? To naprawdę może się wydarzyć

Na zakończenie – rzut oka na wyliczenia trzech portali, które opierają swoje prognozy na analizie terminarza w połączeniu z oceną siły poszczególnych drużyn. Tak się zabawnie złożyło, że każdy z nich przewiduje w tym momencie degradację innego z omawianych przez nas zespołów.

World Club Ratings:

  • Pogoń Szczecin – 45 punktów na koniec sezonu (14. miejsce)
  • Legia Warszawa – 43 punkty (15. miejsce)
  • Widzew Łódź – 41 punktów (17. miejsce)

Euro Club Index:

  • Legia Warszawa – 41 punktów (13. miejsce)
  • Widzew Łódź – 41 punktów (14. miejsce)
  • Pogoń Szczecin – 40 punktów (16. miejsce)

SymuLiga:

  • Pogoń Szczecin – 39,9 xPts (25,5% szans na spadek)
  • Legia Warszawa – 37,2 xPts (48,0% szans na spadek)
  • Widzew Łódź – 36,2 xPts (57,1% szans na spadek)

Z kolei z wyliczeń Piotra Klimka wynika, iż jest 87% szans na to, że ktoś z tercetu Widzew-Legia-Pogoń pożegna się niebawem z Ekstraklasą.

Jeszcze jesienią o spadku Legii, Widzewa czy Pogoni można było zatem dyskutować, ale raczej w ramach niezobowiązującej szyderki. Teraz – jak widać – jest to już scenariusz, który trzeba po prostu realnie brać pod uwagę. Oczywiście przy zastrzeżeniu, że różnice punktowe w tabeli nadal są niewielkie. Wystarczy jedna seria lepszych rezultatów, by wydostać się spod kreski. I odwrotnie – pasmo gorszych wyników może strącić do strefy spadkowej ekipę, która w tej chwili śpi spokojnie.

Tak czy owak, gracze Widzewa, Legii i Pogoni utknęli po uszy w bagnie. I, co gorsza, zaczęli robić przysiady.

Dlatego na koniec pytamy was – sądzicie, że któraś z tych ekip (a może więcej niż jedna?!) faktycznie spadnie w tym sezonie z ligi? A może wszystkie się jednak wkrótce ogarną i zaczną punktować na tyle przyzwoicie, by wygrzebać się z okolic dna tabeli? Zapraszamy do dyskusji!

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

fot. NewsPix.pl

48 komentarzy
Michał Kołkowski

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama
Reklama