Brak punktów z Lechią Gdańsk. Brak punktów z Piastem Gliwice. Trudny wyjazd do Zabrza i pewne zwycięstwo. Lech Poznań wygrał z Górnikiem, zagrał bardzo solidnie, pewnie, konsekwentnie. Pokazał, że w pierwszych spotkaniach wiosny więcej było pecha niż prawdy o formie mistrza Polski.
Bo było, taka prawda. Może nie pasuje do ogólnie przyjętej narracji, lecz ciężko głosić teorie o statku idącym na dno, gdy Lech:
- miał o ponad 1,5 wyższe xG z Lechią, ale zmarnował trzy duże szanse (o wartości min. 0,2) + dwie kolejne, które otarły się o granicę pozwalającą na użycie takiego sformułowania;
- miał o ponad 1,5 wyższe xG z gry z Piastem, ale zmarnował trzy duże szanse (w dodatku każda o wartości powyżej 0,3).
Wiadomo, że nie można opisać przebiegu spotkania wyłącznie liczbami, ale biadolenie nad Lechem było mocno przesadzone. Weźmy nawet to, że Bartosz Mrozek z Lechią popisał się genialną interwencją tylko po to, żeby po chwili wyciągać piłkę z siatki po kuriozalnym kiksie swojego kolegi z zespołu.
Albo to, że z Piastem Gliwice wybronił rzut karny i znów nie wystarczyło to do ugrania choćby punktu.
Lech sam sobie przysporzył tych kłopotów, marnował przecież na potęgę. Nie był jednak w koszmarnej dyspozycji, bo potrafił wykreować sobie naprawdę sporo jakościowych szans. I teraz, w Zabrzu, gdy zespół z Poznania utrzymał koncentrację oraz solidność, okazało się, że nie ma nad tym rozpaczać.
Ekstraklasa. Lech Poznań wygrał z Górnikiem Zabrze. Zdecydował stały fragment gry
Oglądamy ligę stałych fragmentów gry. Wiosna, kiepskie murawy i to, co robisz, gdy piłka stoi w narożniku boiska lub gdy wywalczysz rzut wolny w ostatniej jego tercji, nabiera nawet większego znaczenia niż zwykle. Tylko w tej kolejce zobaczyliśmy osiem (!) goli ze stałych fragmentów gry, przy czym zaledwie raz chodziło o rzut karny. Nie minął kwadrans i Lech dołożył dziewiąte, lecz pochwałę rozwiązań wypracowanych przez nowego trenera – Andy’ego Parslowa – trzeba zacząć od umiejętnej gry w obronie.
Górnik mógł przecież prowadzić, ale goście bronili się przed dośrodkowaniem z rzutu wolnego przed szesnastką i sprawili, że Michał Rakoczy owszem trafił do siatki, jednak najpierw spalił.
Dopiero wtedy zobaczyliśmy to, co najbardziej namacalne w pracy trenera od stałych fragmentów gry – gola po ciekawym schemacie. Szwedzkim schemacie, bo tak trzeba określić sytuację, w której:
- Patrik Walemark piłkę dogrywał,
- Leo Bengtsson piłkę zgrywał (ładnie, piętą!),
- Mikael Ishak piłkę umieścił w siatce.
Kapitan Lecha wręcz zdemolował w powietrzu Michala Sacka. Wystartował zza pleców obrońcy, przepchnął go, przestawił, pokonał w bezpośrednim pojedynku główkowym. Nie było czego zbierać.
Mikael Ishak znów skuteczny! 😎
Lech prowadzi w Zabrzu! ⚽
📺 Oglądaj w CANAL+: https://t.co/ggj8f4RI2h pic.twitter.com/JMk109dT6q
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) February 7, 2026
Bartosz Mrozek znów broni genialnie. Pablo Rodriguez powinien mieć asystę
W Lechu najbardziej imponowała jednak konsekwencja w obronie. Tak, Antonio Milić raz dał się przepchnąć Sondre Lisethowi, który wpadł w pole karne i kropnął z ostrego kąta. Ogólny obraz był jednak taki, że pewnie bronił Robert Gumny, skutecznie bronił Wojciech Mońak i wybornie interweniował Bartosz Mrozek. Trzeba faceta docenić, bo od kiedy poczuł na plecach oddech Plamena Andreeva jego forma wyraźnie zwyżkuje.
To, w jaki sposób odbił strzał z dystansu Patrika Hellebranda, nic nie robiąc sobie z faktu, że widoczność ograniczyli mu obrońcy, zasługiwało na aplauz trybun. Nawet tej ich części, która ściskała kciuki za to, żeby Czech umieścił piłkę w siatce.
Defensywa kasowała zapędy Maksyma Chłania i spółki bez zarzutu. Ofensywę napędzał Pablo Rodriguez. Obdarzony zaufaniem, pozytywnie sfrustrowany ostatnim występem czarował, gubił rywali techniką, balansem ciała. Pięciokrotnie leżał na murawie, był najczęściej poniewieranym zawodnikiem właśnie dlatego, że potrafił utrzymać się przy piłce jak nikt. Wywalczył żółtko na Rafale Janickim, ale nie tym powinien zapisać się w liczbach.
Gdy zagrał klepkę z Alim Gholizadehem wydawało się, że w końcu doczeka się premierowej asysty w Ekstraklasie. Bo wypracował przecież kolegom blisko dwadzieścia strzałów, ale ci marnowali jego podania na potęgę. Okazało się, że nie wystarczy jednak wyłożyć piłki na pustaka. Yannick Agnero i to może spieprzyć – zaplątać się, potem trafić w ofiarnie interweniującego Janickiego.
Niesamowite. Szkoda, bo Rodriguez zasłużył na spuentowanie tego występu asystą. Natomiast i bez niej będzie zadowolony, w końcu Lech się przełamał i wciąż gra o mistrza.
Zmiany:
Legenda
WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE NA WESZŁO:
- Jagiellonia efektownie rzeźbi z tego, co ma
- Kibice zbluzgali piłkarzy Legii Warszawa. Kolejna granica przekroczona
- Dwa miesiące w strefie spadkowej. Legia Mioduskiego pisze historię
fot. Newspix