Gdy Sportowcem Roku zostaje osoba, która przez bukmacherów uznawana była za kandydatkę do ewentualnego wskoczenia na podium, a dla niektórych zwykłych kibiców jest kompletnie nieznana, potrzebne jest wyjaśnienie. Jak to się stało? Dlaczego mój faworyt nie wygrał? Czy to spisek przeciwko dyscyplinie, której jestem fanem? Tenisowi, siatkówce, żużlowi, rajdom samochodowym? Co takiego ma w sobie Klaudia Zwolińska, że wygrała?
Spis treści
- Dlaczego Klaudia Zwolińska została Sportowcem Roku?
- Jak porównać nieporównywalne?
- Problemy sezonu tenisowego
- Z kim właściwie wygrała Iga Świątek?
- Iga postawiła wysoko poprzeczkę w ostatnich latach
- Czy Bartosz Zmarzlik jest najlepszym żużlowcem świata?
- Motor a siła mięśni
- Sto różnych wersji sportów motorowych
- Kubica nie wygrał Le Mans samodzielnie
- Toksyczna fanbaza sądzi, że pomaga, a szkodzi swojej dyscyplinie
- Największe osiągnięcie w indywidualnym letnim sporcie olimpijskim od 75 lat
- Sport olimpijski to jest to!
Dlaczego Klaudia Zwolińska została Sportowcem Roku?
Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie mam zamiaru umniejszać osiągnięciom żadnego sportowca. Uważam, że nawet komuś, kto zajął dwudzieste miejsce w mistrzostwach świata w czymkolwiek, należy się olbrzymi szacunek. Podziwiam to, ile wysiłku włożył w osiągnięcie wyniku lepszego od 99,999% Polaków. Nieważne, czy są to bojery, szybownictwo, czy bieg na 100 metrów. Dziś chodzi mi jedynie o to, by pomóc zrozumieć wczorajszy werdykt tym, którzy są nim szczerze zaskoczeni i nie do końca jest dla nich jasne, dlaczego tysiące Polaków kajakarkę górską stawiają wyżej od piłkarza, siatkarza, żużlowca, tenisistki, lekkoatletów czy rajdowców.
Zacząć trzeba od tego, czym jest, a czym nie jest Plebiscyt Przeglądu Sportowego. Z pewnością nie jest wymierną i obiektywną próbą oceny, kto w ostatnich dwunastu miesiącach był najlepszy. Jednak bardzo wielu głosujących kieruje się właśnie takimi kryteriami i przynajmniej stara się spróbować uczciwie określić, czyje sukcesy w danym roku były większe.
Jak porównać nieporównywalne?
To bardzo trudne. Bo choć sport jest wymierny i jesteśmy w stanie dzięki konkretnym wynikom ocenić, kto jest najlepszym sprinterem, skoczkiem wzwyż, łucznikiem, czy pływakiem długodystansowym w Polsce, to już porównywanie między sobą sportowców rywalizujących w różnych dyscyplinach nie jest tak łatwe.
Trzeba w takiej sytuacji porównywać rzeczy nieporównywalne. Na chwilę zostawmy popularność konkretnych dyscyplin sportowych i załóżmy, że wszystkie są równo ważne. Nieco łatwiej jest z oceną sportów, które mają podobnie usystematyzowane rozgrywki. Na przykład te, w których odbyły się w 2025 mistrzostwa świata, do tego przeprowadzany jest w jakiejś formule Puchar Świata. Tak jest w większości sportów zimowych oraz łucznictwie, szermierce, licznych odmianach kolarstwa, żeglarstwa, strzelectwa, wioślarstwie, kajakarstwie i w wielu innych.
Mamy określone konkurencje, w większości pokrywające się z tymi, w których rozdaje się co cztery lata medale olimpijskie. Cała światowa czołówka mierzy się ze sobą regularnie, a ukoronowaniem tego są zawody o mistrzostwo świata, w których mierzą się wszyscy najlepsi z całego globu na równych warunkach rywalizujący o tytuł najlepszego na świecie.
Problemy sezonu tenisowego
Nie w każdym sporcie mamy jednak taką wymierność. Niestety do takich, w których nie ma takiego komfortu należą tenis czy sporty motorowe. W tenisie odbywa się rocznie piętnaście turniejów obowiązkowych: Wielkie Szlemy, finały WTA oraz dziesięć turniejów WTA 1000. Do tego dochodzą zawody typu United Cup, czy Billie Jean King Cup, a także turnieje niższej rangi.
Iga Świątek wzięła udział w 2025 roku w dwudziestu turniejach. Wygrała trzy z nich. Słabiej obsadzony turniej WTA 500 w Seulu. W Cincinnati, gdzie nie musiała walczyć z nikim z czołowej ósemki światowej. Oraz Wimbledon. Największe i najbardziej prestiżowe zawody na świecie. To jeden z największych sukcesów w polskim sporcie XXI wieku.
W dodatku osiągnięty kosmicznym wynikiem 6:0, 6:0 w finale. Był to pierwszy taki rezultat w decydującym meczu Wimbledonu od 1911 roku. Na ostatnie tysiąc spotkań, rozegranych później niż w czwartej rundzie we wszystkich kobiecych turniejach wielkoszlemowych od 1989 roku, wygrana bez straty gema zdarzyła się dopiero drugi raz. W czym więc problem? W specyfice tenisa.
Iga w drodze do finału Wimbledonu nie mierzyła się z ŻADNĄ rywalką z czołowej dziesiątki światowej. Łącznie w całym 2025 roku nie wygrała ani jednego turnieju, w którym musiała zmierzyć się z kimś z czołowej ósemki. To nie jest wina Igi Świątek. Tak działa tenis.
Z kim właściwie wygrała Iga Świątek?
Średni ranking rywalki Polki w 2025 roku to… 61. miejsce w świecie. Średni ranking rywalki Polki w meczach, które wygrała w 2025 roku to 72. miejsce w świecie. Iga rozegrała JEDNO spotkanie z rywalką, która zajmowała w tym momencie pierwsze lub drugie miejsce w rankingu WTA. Była to porażka w finale w Paryżu (0:6 w trzecim secie). Najwyżej notowana przeciwniczka pokonana przez Świątek do czwarta w świecie Paolini.
Tenis nie jest wbrew pozorom sportem, w którym najlepsi bez przerwy mierzą się ze sobą i wyłaniają obiektywnie najlepszego. Tak jest być może podczas WTA Finals, ale w tych akurat Polce poszło słabo. Gdyby w tenisie były mistrzostwa świata, moglibyśmy na to spoglądać inaczej. Tymczasem jest to sport, w którym zawodnicy pomijają niektóre turnieje, w którym jest dość duża specjalizacja odnośnie nawierzchni, w którym to z kim się mierzysz zależy w dużej mierze od losowania drabinki, a następie tego, czy ktoś mocny odpadnie w twojej akurat jej części. Sądzę, że to w dużej mierze przyczyniło się do postrzeganie tego sezonu Igi Świątek nieco krytycznie.
Dodatkowym argumentem mogą być sprawy pozasportowe, a przede wszystkim spięcia z dziennikarzami na konferencjach prasowych. Tu akurat ja trzymałbym stronę Polki, jednak jej pełne irytacji i złości reakcje pewnie zburzyły obraz idealnej i grzecznej dziewczynki, który miała w oczach wielu kibiców.
Plebiscyt to bowiem nie tylko ocena wyników sportowych, ale także ocena popularności danego zawodnika i tego, jak bardzo lubi go opinia publiczna w naszym kraju, bo jest po ludzku sympatyczny.

Iga Świątek
Iga postawiła wysoko poprzeczkę w ostatnich latach
Oddzielną kwestią jest powtarzalność sukcesów. Gdyby był to pierwszy sezon Polki w tourze, pewnie wygrałaby plebiscyt. Tymczasem Świątek prowadziła przed 2025 rokiem przez ponad dwanaście miesięcy w rankingu światowym. W dodatku media robiły z niej dominatorkę, która nigdy już nie odda prowadzenia. Dlatego rok, który zakończyła na drugim miejscu może być przez niektórych traktowany jako zawód.
Małyszomania w Polsce wybuchła nie tylko dlatego, że Adam wygrywał wszystko jak leci. Istotnym czynnikiem był fakt, że zaczął królować nagle i bez jakichkolwiek wcześniejszych symptomów, że akurat w skokach narciarskich moglibyśmy mieć z dnia na dzień, właściwie w trakcie jednego Turnieju Czterech Skoczni, najlepszego zawodnika na świecie, choć nic na to nie wskazywało. Lubimy, gdy ktoś nagle wspina się na szczyt. Jeżeli jest tam dość długo, nudzimy się jego sukcesami.
Czy Bartosz Zmarzlik jest najlepszym żużlowcem świata?
Tak jest nie tylko z Igą Świątek, ale także w pewnym stopniu z Aleksandrą Mirosław, Robertem Lewandowskim, ale także z Bartoszem Zmarzlikiem. W przypadku tego ostatniego, problemem mogą być też wyniki. Paradoksalnie, bo przecież mamy do czynienia z zawodnikiem, który czwarty raz z rzędu został mistrzem świata.
Spójrzmy jednak na wyniki Grand Prix od połowy czerwca:
- Gorzów: wygrał Brady Kurtz przed Bartoszem Zmarzlikiem
- Malilla: wygrał Brady Kurtz przed Bartoszem Zmarzlikiem
- Ryga: wygrał Brady Kurtz, Bartosz Zmarzlik czwarty
- Wrocław: wygrał Brady Kurtz przed Bartoszem Zmarzlikiem
- Vojens: wygrał Brady Kurtz przed Bartoszem Zmarzlikiem
Ostatecznie Polak wyprzedził Australijczyka w klasyfikacji generalnej o punkt, jednak patrząc na chronologię zdarzeń fani speedwaya prawdopodobnie zaczęli sobie zdawać sprawę z tego, że… Zmarzlik może nie być obecnie najlepszym żużlowcem świata, przynajmniej jeżeli weźmiemy pod uwagę wyniki w zawodach Grand Prix w drugiej połowie roku, bo w lidze Polak dominował.
Główna przyczyna braku zwycięstwa Zmarzlika jest jednak inna. Nie jest aż tak ważne, czego dokona. Mógłby wygrać wszystkie wyścigi w roku, a i tak pewnego pułapu nie przeskoczy. Problemem jest sport, który uprawia. I znów: nie chodzi o to, by umniejszać speedwayowi, a jedynie wyjaśniać: dla olbrzymiej grupy kibiców w Polsce (i nie tylko) sporty motorowe są po prostu czymś nieco mniej wartościowym.

Bartosz Zmarzlik
Motor a siła mięśni
Dlaczego? No przede wszystkim pewną rolę odgrywa w nich silnik, który napędza pojazd, w którym znajduje się zawodnik. I oczywiście można wskazywać na unifikację pojemności, standardy techniczne i to, że każdy teoretycznie może zapewnić sobie dostęp do takiego samego sprzętu, co mistrz świata. Tyle że to nieprawda. Pewną rolę w osiągniętym wyniku odgrywa motor i można dyskutować czy jest to 1% czy 70%, ale dla wielu będzie to oznaczać, że sukcesy w tego typu sportach są postrzegane nieco inaczej. Dotyczy to także Roberta Kubicy.
Oczywiście, Klaudia Zwolińska siedzi w kajaku, w skokach narciarskich ważne są (jak się ostatnio przekonaliśmy) smary, w skoku wzwyż – tyczka, ale ich znaczenie jest nieporównywalnie mniejsze, niż silnika. Kajak, w którym startuje Polka nie różni się praktycznie niczym od tych, w których płyną konkurentki, a jej wynik zależy wyłącznie od jej głowy i siły mięśni. Na ściankę, po której wspina się Aleksandra Mirosław, może próbować wspiąć się każdy na świecie – ma ona identyczne wymiary i jest wszędzie taka sama. Sporty motorowe postrzegane są nieco inaczej.
Jeżeli twój wynik zależy od tego, czy twój motocykl nie zaliczy defektu, albo czy twoi mechanicy szybciej zmienią opony lub zadbają o żywotność twoich hamulców, to istnieje grupa osób, która będzie uważała, że na twoje rezultaty trzeba patrzeć nieco inaczej niż na wyniki innych sportowców.
Sto różnych wersji sportów motorowych
Ze sportami motorowymi jest jeszcze jeden problem. Ich odmian i wersji jest tyle, że ich mistrzami jest kilkadziesiąt różnych osób. Mamy przecież:
- wyścigi samochodów jednomiejscowych (Formuła 1, 2, 3, wiele mniej ważnych serii, Formuła E, IndyCar)
- wyścigi długodystansowe
- NASCAR
- wyścigi samochodów turystycznych
- wyścigi ciężarówek
- gokarty
- rallycross
- drag racing
- zawody w driftingu
- rajdy samochodowe (WRC, WRC2, WRC3)
- rajdy terenowe (np. Dakar)
- wyścigi motocyklowe (MotoGP, Moto2, Moto3)
- żużel
- enduro
- wyścigi łodzi motorowych
- wyścigi lotnicze
- wyścigi dronów
I dziesiątki innych znacznie mniej popularnych. A do tego w wielu z nich odbywa się nie tylko walka o mistrzostwo świata, ale zupełnie oddzielnie o prymat w Europie – często niższej rangi, a często w obu startują zupełnie inni zawodnicy. W dodatku w trakcie sezonu odbywa się od kilku do kilkunastu zawodów mistrzowskich. Daje to setki okazji do zwycięstwa, po których można powiedzieć, że nasz zawodnik jest mistrzem. Bo jest i nikt mu tego nie odbierze. Jednak jest grupa kibiców, dla których ranga takich wygranych po prostu nieco się rozwadnia.
Nie ma w tym złośliwości, czy nieuzasadnionej niechęci. Te osoby spoglądają na wygraną Kubicy jako na zwycięstwo w jednych z dosłownie setek zawodów w sportach motorowych w roku. Oczywiście – bardzo prestiżowych zawodach, jednak nie najważniejszych na świecie.
Czy Robert Kubica jest najlepszym kierowcą świata? Czy jest w czołowej dziesiątce kierowców świata? Nie sądzę i wątpię, czy jest w czołowej pięćdziesiątce. Czy to umniejsza jego sukcesom? Nie. Po prostu wygrał wyścig. Jeden z ośmiu, w jakich startował. Bardzo wymagający i słynny, ale nie okazał się najlepszym kierowcą świata nawet w wyścigach długodystansowych.

Robert Kubica
Kubica nie wygrał Le Mans samodzielnie
W jego przypadku trzeba jeszcze dokonać dwóch korekt wyniku: pozytywnej i negatywnej. Pozytywna: trzeba wyżej cenić rezultaty człowieka, który zmaga się z ogromnymi problemami ze zdrowiem, które w olbrzymim stopniu wpływają na jego zdolność do kierowania. To fakt.
Z drugiej strony: w przeciwieństwie nawet do Zmarzlika, jego sukces nie był osiągnięciem indywidualnym. Robert startował w zespole, w skład którego wchodziło oprócz niego jeszcze dwóch kierowców. Ponownie: nie chodzi o umniejszanie osiągnięciu, a stwierdzenie faktu. Specyfiką plebiscytu od zawsze było to, że osiągnięcia indywidualne głosujący wyceniali znacznie wyżej od grupowych.
Pierwszy triumfator z 1926 roku – Wacław Kuchar – uprawiał co się da. Serio: był hokeistą, lekkoatletą, panczenistą i piłkarzem. Po nim tylko kilka razy wygrał ktoś, kto nie uprawiał sportu indywidualnego: Boniek w 1982 roku, kajakarze Łbik i Dopierała w 1987 roku, Bartosz Kurek w 2018 roku i trzykrotnie Robert Lewandowski. Zatem by wygrać trzeba albo zdobyć medal mistrzostw świata w piłce nożnej (a nie zawsze to wystarczyło), albo zostać mistrzem świata w sporcie drużynowym, albo być wśród największych gwiazd światowego futbolu. 1987 rok to kompletna aberracja. W czołowej dziesiątce znaleźli się wtedy: alpinista, tenisista stołowy, pilot, pięcioboista i kick-bokser.
Zresztą wystarczy spojrzeć na tegoroczne wyniki. Anna Puławska, jedyna oprócz Klaudii Zwolińskiej podwójna mistrzyni świata z 2025 roku nie znalazła się nawet w czołowej dziesiątce. Pewne znaczenie mógł mieć fakt, że jeden z tytułów zdobyła w parze z Martyną Klatt.
Nawet w zeszłym roku jedyne nasze medalowe dyscypliny z Paryża, których przedstawiciele nie znaleźli się w czołowej dziesiątce to drużyna szpadzistek i osada wioślarzy. Od zawsze nieco mniejszą estymą w plebiscycie cieszą się wyniki osiągane niesamodzielnie, a w większym gronie. Tak też mogło zostać potraktowane osiągnięcie Roberta Kubicy.
Toksyczna fanbaza sądzi, że pomaga, a szkodzi swojej dyscyplinie
Jest jeszcze jedna – nieco delikatna kwestia. Bańki internetowe różnych, czasem niszowych, sportów są w Polsce niezwykle mocne. Gdy zamienią się w kółko wzajemnej adoracji, ich członkowie wzajemnie napędzają się w nieobiektywnym spojrzeniu na swoją ulubioną dyscyplinę i zaczynają sądzić, że odgrywa ona w życiu Polaków rolę o wiele większą, niż jest w rzeczywistości. W dodatku im mniej ważny sport, tym przekonanie o jego wyższości i istotności jest większe.
Później często reakcja na wyniki plebiscytu jest agresywna i skupia się na szkalowaniu tych, którzy śmieli wyprzedzić naszego faworyta. Takie podejście odrzuca wielu postronnych kibiców od sportów z toksycznymi fanbazami. Także wtedy, kiedy przed rozstrzygnięciem próbują promować na siłę swojego kandydata nie tylko promując jego (czasem wątpliwe) sukcesy, ale przede wszystkim umniejszając osiągnięciom innych. Powoduje to, że uczestnicy plebiscytu oddając swoje głosy unikają takich właśnie dyscyplin, często bez żadnej winy samych sportowców, o których chodzi.
Wiemy już dlaczego nie wygrała Iga Świątek, Robert Kubica i Bartosz Zmarzlik. Triumfatorem nie okazał się też Wilfredo Leon, oczywiście ze względu na półfinałową porażkę z Włochami na mistrzostwach świata. Robert Lewandowski drugi raz z rzędu poprawił swoją pozycję w plebiscycie, co nie zdarzyło mu się od 2020 roku. W jego wieku to, co osiąga jest fenomenalne i wydaje mi się, że siódme miejsce jest w miarę odpowiednie. Choć sam po słabszych latach umieściłem go w swoich typach na wyższej pozycji. Jemu szansę na lepszą lokatę odebrał przede wszystkim Michał Probierz.

Robert Lewandowski
Największe osiągnięcie w indywidualnym letnim sporcie olimpijskim od 75 lat
Wystarczy tłumaczenia, dlaczego inni nie wygrali. Oddajmy cesarzowi, co cesarskie – dlaczego tak wiele osób zagłosowało na Klaudię Zwolińską. Jej sylwetkę nakreślił dla Was Maciej Piętak.
Pani Klaudia dokonała czegoś wielkiego. Została mistrzynią świata w dwóch różnych indywidualnych letnich konkurencjach olimpijskich. To nie jest po prostu duży sukces. Wiecie ilu Polaków ma na koncie takie osiągnięcie? Helena Rakoczy w 1950 roku zdobyła mistrzostwo świata w gimnastycznym wieloboju, ćwiczeniach wolnych, na równoważni i w skokach. Oczywiście wygrała wtedy plebiscyt.
Nikt aż do Zwolińskiej nie powtórzył tego w sportach letnich, a w zimowych dokonali tego Adam Małysz w 2003 roku i Justyna Kowalczyk sześć lat później. Także oni zostali wtedy Sportowcami Roku. Czy można zatem być zdziwionym jej tegoroczną wygraną? Tym bardziej, że w Australii wywalczyła jeszcze brąz w kayak crossie, który także będzie rozgrywany na igrzyskach. To nie jest po prostu tytuł w jakimś niszowym sporcie. To dominacja na kilku polach, jaką ma obecnie na koncie tylko kilku sportowców na świecie. Dlatego właśnie Polacy tak tłumnie zagłosowali na naszą kajakarkę.
Sport olimpijski to jest to!
Ważne jest dziś także to, jak duże znaczenie odgrywają mimo wszystko sporty olimpijskie. Zawsze sukces w nich będzie w plebiscycie traktowany lepiej, niż osiągnięcia w darcie czy snookerze i sportach motorowych. Warto pamiętać, że takie są właśnie preferencje polskich kibiców. Nie ma co się na nie obrażać, ale warto zdawać sobie z tego sprawę. Dotyczy to także sugestii młodych rodziców odnośnie tego, jakie sporty uprawiają na poważnie ich pociechy.
Jest w naszym kraju tendencja do pójścia na łatwiznę i wybierania dyscyplin kompletnie niszowych, nieuprawianych prawie przez nikogo, ale w których dość łatwo można zdobyć jakiś puchar, albo zostać medalistą mistrzostw Polski. Wielu z nas może spojrzeć na listy stypendiów sportowych przyznawanych w naszych miejscowościach, na których roi się od mistrzów w sportach, o których niewielu wie, że istnieją. Jednocześnie utalentowani lekkoatleci, pływacy czy nawet piłkarze nie są wspierani, bo nie są na przykład w czołowej ósemce kraju.
Nie będę wymieniał tu konkretnych dyscyplin, bo nie chodzi o to, by sprawiać komuś przykrość, ale można podać przykład taekwondo. Nie chodzi o to, że nie jest to fajny sport – wręcz przeciwnie, droga do medalu olimpijskiego jest w nim jedną z prostszych ze względu na reguły kwalifikacji, licznych wag i braku meczu o trzecie miejsce (przyznawane są dwa brązowe krążki). Polska przez lata była w nim potęgą. W odmianie nieolimpijskiej. Serio. Cały świat mierzył się w wersji, która znalazła się na igrzyskach, a nad Wisłą kilkadziesiąt klubów szkoliło zawodników w wersji, która na świecie nie była uznawana i nie dawała szans na olimpiadę.
Może zatem wyniki plebiscytu za rok 2025 pomogą młodym sportowcom w podejmowaniu decyzji o rozwoju swojej kariery. Im większa grupa spośród nich pójdzie w kierunku sportów olimpijskich, tym większa nadzieja, że za kilkanaście lat usłyszymy wiele Mazurków Dąbrowskiego na igrzyskach.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Kiedyś wybuchowa, dziś profesjonalistka. Historia Klaudii Zwolińskiej
- Klaudia Zwolińska z dwoma złotymi medalami w olimpijskich konkurencjach!
- Zdobyła pierwszy medal dla Polski. „Wiedziałam, że oddam go na aukcję”
Fot. Newspix