Rozbici. Polacy bez szans w starciu z Turcją. EuroBasket kończymy na ćwierćfinale

Sebastian Warzecha

09 września 2025, 18:07 • 6 min czytania 28

Reklama
Rozbici. Polacy bez szans w starciu z Turcją. EuroBasket kończymy na ćwierćfinale

Była walka. Tego nie można Polakom odmówić. Ambicja też – do samego końca, bo w czwartej kwarcie mało brakło, żeby poważnie Turkom zagrozić. Ale zabrakło sił, umiejętności i skuteczności, a za dużo było prostych błędów. W efekcie Polacy skończyli EuroBasket na ćwierćfinale I jest to zasłużona porażka. Rywale byli dziś po prostu znacznie lepsi.

Reklama

EuroBasket. Polacy gorsi od Turcji. Koniec turnieju dla Biało-Czerwonych

Przed meczem powtarzaliśmy sobie, że to będzie trudny mecz. Nawet bardzo trudny. Ale nie niemożliwy do wygrania, a wręcz taki, że na pewno można było trafić w tej fazie turnieju na rywala gorszego. Niemniej, Turcja jawiła się jako rywal być może najtrudniejszy, z którym Polakom przyszło się do tej pory zmierzyć. To ekipa świetnie zorganizowana, mająca na ławce jednego z najlepszych trenerów w Europie w osobie Ergina Atamana. W dodatku Ataman twierdził, że Biało-Czerwonych i ich grę łatwo przeczytać, że nie stanowią dla niego zagadki.

I w sumie może faktycznie tak było. W TOP 5 zawodników z największą liczbą minut na tym turnieju znalazło się trzech reprezentantów Polski – Michał Sokołowski, Mateusz Ponitka i Jordan Loyd. Ostatnia dwójka przede wszystkim odpowiadała za kreację naszej gry. Loyd rzucał, Ponitka robił na parkiecie właściwie wszystko. I tak co mecz. Zatrzymać ich próbowali już rywale w poprzednich meczach, ale skupiając się na jednym z nich. A Turcy – do czego jeszcze wrócimy – uznali, że trzeba pilnować obu.

I uznali słusznie. Bo Polacy faktycznie właściwie niczym nie zaskoczyli rywali. Graliśmy tak, jak w poprzednich meczach i tylko Aleksander Dziewa, który pojawił się na parkiecie, stanowił element odmienny od poprzednich spotkań. W dodatku skuteczny, bo szybko nabił 11 oczek.

Reklama

Aleksander Dziewa

Na początku meczu niespodziewanie dobrze punktował Aleksander Dziewa. Fot. Newspix

Ale na Turków trzeba było czegoś więcej, jakiegoś świetnego planu. Bo co z tego, że wszyscy wiedzieli, że pilnować trzeba koniecznie Alperena Senguna, skoro ten – gdy uniemożliwialiśmy mu rzucanie – wziął się za rozgrywanie? Co z tego, że staraliśmy się blokować wejścia pod kosz, skoro rywale znajdowali pozycje do rzutów z dystansu, a ich wysocy gracze czaili się na dobitki? Co z tego, że zagraliśmy raz czy drugi dobrze w obronie, skoro z przodu czasem nie tyle nic nie wpadało, co nawet nie było próby rzutu, bo akcja kończyła się stratą?

Wreszcie można by zapytać: co z tego że próbowaliśmy? No w sumie nic. I jasne, „dzięki za walkę” jak najbardziej można zakrzyknąć. Ale dziś ta walka wystarczała tylko w pierwszej kwarcie.

Reklama

Dobre początki… i tylko początki

Bo w pierwszych dziesięciu minutach Polacy sobie radzili. Wspomniany Dziewa niespodziewanie zapakował Turkom dwie trójki. Problemem były głównie nasze faule – w kilka minut dobiliśmy do stanu, w którym każde kolejne przewinienie kończyło się osobistymi. Wtedy jednak nieco grę uspokoiliśmy, byliśmy w stanie kontrolować rywali w defensywie, bez konieczności faulowania. No, przynajmniej w większości przypadków. I to wystarczało.

Wystarczało, bo nie popełnialiśmy prostych błędów, a przynajmniej nie w nadmiarze. Z przodu nie było nam łatwo, bo rywale fantastycznie pokrywali Jordana Loyda, momentami przy naszym najskuteczniejszym graczu czaiło się nawet trzech rywali, a dwóch – właściwie zawsze. Podobnie zresztą sprawa miała się z Mateuszem Ponitką. Obaj byli doskonale pilnowali przez rywala i nie mieli swobody ani w rzucaniu, ani w rozegraniu. Dlatego tak ważne były punkty Dziewy.

One zaskoczyły Turków. I pozwalały nam walczyć z rywalami.

Pierwszą kwartę skończyliśmy wynikiem 19:19. Było naprawdę nieźle… a potem wszystko się popsuło. Bo w drugiej części gry po prostu nie było nas na parkiecie. Niby od czasu do czasu coś tam trafiliśmy – łącznie 13 punktów – ale rywale uzbierali w tej kwarcie ponad dwa razy więcej oczek. Nasze problemy się mnożyły. Jednym z nich była nieskuteczność, ale to był ten problem mniejszy. Bo po niecelnym rzucie na ogół wracaliśmy do defensywy i mogliśmy akcję wybronić.

Reklama

A po naszej stracie Turcy momentalnie przechodzili do kontry i zdobywali darmowe punkty. Co gorsza – te straty się mnożyły. Raz piłkę zgubił Andrzej Pluta, innym razem Jordan Loyd, szukający pozycji. Zdarzyło się też Mateuszowi Ponitce. Brakowało nam też zbiórek – zresztą nie tylko pod koszem rywali, w defensywie też było z nimi kiepsko. Był taki moment, gdy rywale odjechali nam na sześć punktów, ale szybko zmniejszyliśmy straty do dwóch. I co? I nic, bo Turcy od razu zaliczyli dwie akcje za trzy punkty i było osiem oczek różnicy.

A to był tak naprawdę tylko początek. Do końca tej kwarty zrobiło się -14 z polskiej perspektywy. Ale to jedna rzecz. Druga – nie mieliśmy pomysłów na to, jak tych Turków zatrzymać i jak przedrzeć się przez ich defensywę.

Moment nadziei to za mało

Był taki moment, gdy Turcy odskoczyli nam na 23 punkty. Był też taki moment, gdy odrobiliśmy większość strat i traciliśmy tylko osiem punktów. W dodatku rywale wtedy nie trafili, dobrze wybroniliśmy ich akcję, a Dominik Olejniczak zebrał piłkę, po czym… podał ją niemal prosto w ręce rywala. Potem był rzut za trzy. Trafiony. I właściwie urwały się nasze nadzieje, dobiła nas ta trójka całkowicie. Niedługo potem Turcy trafili tak jeszcze raz.

Szalał Shane Larkin, genialnie rozmontowujący naszą defensywę. Sengun nadal robił swoje, choć tak naprawdę mógłby usiąść na ławce i oglądać końcówkę tego meczu, bo był dziś głównym architektem wygranej Turków – już w trzeciej kwarcie był bliski triple-double, a osiągnął je finalnie w czwartej części gry. 19 punktów, 12 zbiórek i 10 asyst – to jego dorobek.

Reklama

Nasi liderzy ostatecznie też nie zagrali źle. Loyd miał 19 punktów, 3 zbiórki i 2 asysty. Ponitka też 19 oczek, ale po 6 zbiórek i asyst. Solidny wynik. Jednak w tym meczu zobaczyliśmy to, o czym wiedzieliśmy już wcześniej – że nie mamy zawodników zdolnych odmieniać wynik z ławki.

Pokazał się co prawda Dziewa, ale po szybko rzuconych 11 punktach, potem albo nie było go już na parkiecie, albo niewiele z siebie na nim dawał. Ba, nawet postaci, które powinny być pierwszoplanowe, dziś cierpiały. Andrzej Pluta długo nie miał na koncie żadnego punktu, ostatecznie skończył z dziewięcioma. Aleksander Balcerowski nie odnalazł nagle dobrej formy i skończył z 3 punktami i 6 zbiórkami. A to nie wystarczało, żeby przeciwstawić się tureckiej, zespołowej i fantastycznej koszykówce.

Reklama

W zespole naszych dzisiejszych rywali 7 (!) koszykarzy rzuciło minimum 10 punktów. Czterech z nich miało co najmniej 5 asyst. Koncentrowało się to wszystko wokół Senguna, oczywiście, ale nie był tak osamotniony, jak na przykład Luka Doncić w Słowenii, co pomogło nam z tą akurat ekipą wygrać. Z Turkami o tym zwycięstwie nie było mowy od połowy drugiej kwarty.

I choć na moment odżyły nasze nadzieje w ostatniej części gry, to właśnie – był to tylko moment.

Polakom jednak wypada pogratulować. Zagrali naprawdę dobry turniej, doszli do ćwierćfinału, robiąc coś „ponad” oczekiwania, bo celem miało być raczej po prostu wyjście z grupy. Grali ambitnie, dobrze, i radzili sobie z mocnymi rywalami. Ale nie z takimi jak Turcja.

Na zespół tej klasy byliśmy po prostu za słabi. I trzeba to zaakceptować.

Reklama

Polska – Turcja 77:91 (19:19, 13:27, 18:19, 26:27)

Fot. Newspix

Czytaj więcej o EuroBaskecie na Weszło:

28 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Koszykówka

Reklama