Reklama

Świetny sportowiec może być kruchy psychicznie. „Szedł na zagrywkę blady jak ściana”

Jakub Radomski

Autor:Jakub Radomski

26 kwietnia 2024, 13:56 • 14 min czytania 3 komentarze

Torey DeFalco najpierw w prostej sytuacji wywalił piłkę w aut, a chwilę później nie potrafił lekko przebić jej na drugą stronę. Dwa błędy na poziomie juniorskim, popełnione przez słynnego Amerykanina, rozstrzygnęły genialną rywalizację Jastrzębskiego Węgla z Asseco Resovią Rzeszów w półfinale PlusLigi. Czy zawodnik, świetny w tym, co robi, może być jednocześnie kruchy psychicznie i często nie wytrzymywać najważniejszych momentów? Okazuje się, że siatkówka, podobnie jak inne dyscypliny, zna takie przypadki. – Powiedziałem Antidze, że ten mecz skończy się jego błędem, atakiem w aut. I tak się stało. Wiedziałem, że nie wytrzyma – opowiada w tekście jeden z naszych rozmówców.

Świetny sportowiec może być kruchy psychicznie. „Szedł na zagrywkę blady jak ściana”

Twarz Tomasza Fornala, którą akurat pokazała kamera, była smutna. Reprezentant Polski wydawał się coraz bardziej pogodzony z losem. Trudno było mu się dziwić, bo Jastrzębski Węgiel w rewanżowym meczu półfinału PlusLigi przegrywał z Asseco Resovią Rzeszów 1:2 w setach i 15:21 w czwartej partii. Na twarzach gości powoli pojawiały się uśmiechy. Wiedzieli, że finał rozgrywek jest o krok. Ale „o krok” znaczyło w tym przypadku blisko, a jednocześnie daleko. Fabian Drzyzga wystawił piłkę Toreyowi DeFalco, Amerykanin został zablokowany. Kolejna akcja – znowu wystawa idzie do przyjmującego z USA, ale DeFalco panikuje – uderza w pół siatki. Jastrzębski Węgiel ostatecznie dogania Resovię, broni dwa meczbole i wygrywa partię.

Dochodzi do tie-breaka, w którym gospodarze prowadzą 13:12. Piłka przechodząca, wystarczy ją wbić w parkiet, ale DeFalco fatalnie pudłuje i zamiast remisu 13:13, jest 12:14. Chwilę później Amerykanin idzie na zagrywkę przy stanie 13:14, patrząc od strony Resovii. Komentatorzy zastanawiają się, jak bardzo zaryzykuje. DeFalco uderza nie dość, że lekko, to jeszcze w pół siatki. Genialne widowisko, jedno z najlepszych w PlusLidze w ostatnich latach, skończyło się w absurdalny sposób. Tak, jak nie powinien kończyć się mecz na takim poziomie.

Zwalał na sędziego

A w mediach zaczęła się dyskusja. Bo to nie pierwszy raz, kiedy Amerykanin w najważniejszych akcjach niezwykle istotnego meczu gubi się i popełnia błędy, jakby nagle stał się swoją marną kopią. Sezon 2021/2022, DeFalco był zawodnikiem Indykpolu AZS Olsztyn. Przed tamtymi rozgrywkami mało kto go chciał, bo właśnie spadł z włoskiej Serie A z Tonno Callipo Vibo Valentia. Nie miał dobrej opinii na rynku. Działacze z Olsztyna zaryzykowali, a Amerykanin został jedną z gwiazd ligi. Ale w decydującym meczu ćwierćfinału ligi z PGE Skrą Bełchatów, gdy doszło do tie-breaka, przestał być sobą i do najlepszej czwórki awansowali gospodarze.

Reklama

Minęło kilka miesięcy, w Polsce odbywały się mistrzostwa świata. W ćwierćfinale nasza drużyna zmierzyła się właśnie z USA. Wygrała po tie-breaku, a DeFalco po raz kolejny zawiódł, zwłaszcza przy najważniejszych piłkach. Gdy schodził do szatni i zadałem mu kilka pytań o mecz, raczej nie mówił o swojej słabszej grze. Stwierdził natomiast, że Polakom trochę pomógł sędzia, co później odbiło się dużym echem.

Sporo tych sytuacji, prawda? Jak to możliwe, że jeden z najlepszych przyjmujących świata jest jednocześnie tak kruchy psychicznie? I czy w siatkówce, tej na najwyższym poziomie, dużo jest zawodników, którzy dość często w kluczowych momentach nie wytrzymują presji?

Torey DeFalco w barwach Resovii, podczas obecnego sezonu.

„Zasugerowałbym zmianę”

Oskar Kaczmarczyk pracował w siatkówce jako statystyk, analityk, asystent i pierwszy trener. Obecnie działa dla firmy VolleyStation, zajmującej się statystykami. Gdy DeFalco mylił się jako zawodnik Indykpolu w meczu ze Skrą, bronił go, tłumacząc, że to był tylko wypadek przy pracy, ale po kilku kolejnych sytuacjach patrzy już na Amerykanina trochę inaczej.

On na tę zagrywkę przy piłce meczowej dla Jastrzębia szedł blady jak ściana. Gdybym był w sztabie i zobaczył jego stan, od razu zasugerowałbym trenerowi, że trzeba człowieka zmienić, mimo że DeFalco normalnie jest bardzo mocny w polu serwisowym. Tutaj wziął piłkę i już jej wyrzut był całkowicie niekontrolowany, taki skrócony. W ten sposób zachowują się zawodnicy skrajnie niepewni siebie. Ale wróciłbym jeszcze do czwartego seta. Kiedy Resovia wysoko prowadziła, DeFalco najpierw został zablokowany. Wtedy akurat zachował się dobrze, tylko koledzy nie pomogli mu z asekuracją. Ale gdy chwilę później wpakował piłkę w siatkę, stracił głowę. Późniejsze zachowania były trochę konsekwencją tamtego momentu. Nie stwierdziłbym z całą mocą, że on jest słaby psychicznie, ale na pewno nie jest zawodnikiem gotowym, żeby w tego typu momentach radzić sobie z sytuacją na boisku – analizuje Kaczmarczyk.

Reklama

Oskar Kaczmarczyk, w ubiegłym roku, podczas pracy w Aluronie CMC Warcie Zawiercie. 

Jakub Bednaruk nie stawiałby jednoznacznej tezy, że DeFalco brakuje odporności psychicznej. Mówi, że w sporcie nie ma ludzi całkowicie odpornych, może poza Michaelem Jordanem i Tigerem Woodsem.

– Ta piłka przechodząca to był trochę przypadek. Myślę, że na 100 takich zagrań 99 by skończył. Później, na zagrywce, było już widać, że nie wytrzymał nerwowo. Temat Amerykanina jest mocno na tapecie trochę dlatego, że Resovia po prostu nie miała prawa wypuścić tej szansy. To, co popsuł DeFalco, było na swój sposób spektakularne. W reprezentacji USA też zdarzały mu się gorsze spotkania, ale on w kadrze jest szybko pacyfikowany. Zdejmują, go i starają się doprowadzić do pionu. Jego problem bardziej polega na tym, że Amerykanin albo zaczyna mecz jak wojownik, albo tak, jakby już chciał wyjść z hali. W tym drugim przypadku swoim zachowaniem frustruje wszystkich dookoła. Być może te końcówki są po prostu konsekwencją bardziej ogólnego problemu – tłumaczy ekspert Polsatu Sport.

W książce „Piłkarscy hakerzy. O rewolucji w futbolu i sztuce zbierania danych” Christoph Biermann w bardzo ciekawy sposób pokazuje, jak w piłce nożnej coraz umiejętniej korzysta się z liczb. Siatkówka nie jest jeszcze w tej kwestii na tym poziomie. Rozwinęła się, jeżeli chodzi o analizę gry przeciwnika, ale wyławianie niuansów gry, dotyczących własnego zawodnika i jego odporności na stres, nadal raczkuje.

W czołowych klubach, zatrudniając zawodnika, przygotowując taktykę na mecz albo szukając słabych stron u rywala, najczęściej patrzy się na liczby, pokazujące jak ten zachowuje się po 20. punkcie – nie tylko w ataku, ale też w przyjęciu zagrywki. Ale czym innym jest przecież stan 20:20, a czym innym prowadzenie 20:17. Od kiedy uznać sytuację za trudną, stresogenną? Poza tym, często mecz siatkarski odmienia się, gdy ktoś zaczyna tracić wysokie prowadzenie, niekoniecznie w samej końcówce seta. Albo np. kluczowa dla losów spotkania okazuje się wygrana przez jedną ze stron wyjątkowo długa akcja, gdy było 1:1 setach, a w trzecim 10:10, bo jedni są od tego momentu na fali, a drudzy zostali złamani. Poza tym w jakiś sposób trzeba by oddzielić zwykłe mecze od tych najważniejszych, granych pod największą presją.

Zmiennych jest dużo, można się w tym trochę pogubić.

Kruchy Francuz, kruchy Argentyńczyk

Igrzyska w Rio de Janeiro, 2016 rok. Polacy, występujący w grupie B, akurat nie grają, więc na hitowe spotkanie Brazylii z Francją w grupie A jadą ówczesny trener naszej kadry, Stephane Antiga, jego asystent Philippe Blain i Kaczmarczyk, który w tamtej drużynie był statystykiem. Stawka meczu gospodarzy z Francuzami jest olbrzymia – kto przegra, odpadnie już w grupie. To taka jakby 1/8 finału. Tuż przed meczem Kaczmarczyk mówi do Antigi: „Stephane, ja wiem, jak to spotkanie się skończy. Będzie równa walka i w ostatniej akcji Antonin Rouzier wywali piłkę na aut”. Antiga tylko uśmiecha się ironicznie, jakby chciał powiedzieć: „Akurat”. Mecz wygląda tak, że Brazylijczycy napierają, a Francuzów, którzy są na kolanach, trzyma przy życiu głównie grający znakomicie Rouzier. Czwarty set, Brazylia prowadzi 24:23, piłka wędruje do atakującego reprezentacji Francji, Rouzier się myli, choć wcześniej zdobywał punkty z takich piłek. Koniec.

Kaczmarczyk: – Antiga spojrzał wtedy na mnie z takim „Wow!”. A ja po prostu pracowałem z tym zawodnikiem na tyle długo w ZAKS-ie, że wiedziałem swoje. Rouzier był gościem, który często przez całe spotkanie był najlepszy na boisku, ale w tym najważniejszym momencie popełniał błąd.

Antonin Rouzier w barwach reprezentacji Francji w 2016 roku.

Rozgrywający reprezentacji Francji, znany z gry w ZAKS-ie i Jastrzębskim Węglu Benjamin Toniutti, widział ten problem kolegi z kadry i próbował z Rouzierem o tym rozmawiać. Ale w takich sytuacjach trzeba być ostrożnym. Marcos Milinković to legenda reprezentacji Argentyny, FIVB wybrało go nawet do grupy 25 najlepszych zawodników XX wieku. Ale ten świetny atakujący też okazywał się kruchy przy kluczowych piłkach. Daniel Castellani, który prowadził drużynę narodową w latach 90., zapraszał go do siebie i próbował o tym rozmawiać. Raz, drugi, trzeci. Efekt? Ich relacje mocno się popsuły, bo Milinković uznał, że nie dostaje od selekcjonera odpowiedniego wsparcia.

Gołota, koszykarze, tenisiści

Jest taki termin, używany często w kontekście koszykarskiej NBA – „money time player”. To ten gracz, któremu w ostatnich trzech minutach, przy stykowym wyniku, ręce nie drżą. Który trafia wtedy decydujące o zwycięstwie rzuty. W zasadzie wszyscy najwięksi koszykarze mieli taką cechę: świetny w końcówkach był np. Reggie Miller, gwiazda Indiany Pacers. Znakomity jest w decydujących rzutach Stephen Curry. Ale w koszykówce, podobnie jak w innych sportach, byli też ci, którzy potrafili wiele, ale w kluczowych sytuacjach często nie wytrzymywali. W 1995 roku w finale NBA Nick Anderson z Orlando Magic nie trafił czterech rzutów osobistych z rzędu, dzięki czemu Houston Rockets doprowadzili do dogrywki i ostatecznie wygrali pierwszy mecz.

Piłka nożna? Tu przede wszystkim dwa nazwiska: Loris Karius (pewnie pamiętacie, co zrobił w finale Ligi Mistrzów w 2018 roku przeciwko Realowi Madryt) i Gonzalo Higuain (m. in. fatalne pudło w finale mistrzostw świata w 2014 roku, który po dogrywce wygrali Niemcy). Boks to Andrzej Gołota, który z tylko sobie znanych powodów, walcząc wcześniej kapitalnie, uderzał poniżej pasa Riddicka Bowe’a, a kilka ważnych walk już na samym początku przegrywał w głowie, nie wytrzymując presji. Tenis? Ciekawym przykładem jest Rosjanin Andriej Rublow, który 10 razy grał w ćwierćfinale Wielkiego Szlema i za każdym razem taki mecz przegrywał. Choć w tym przypadku warto dodać, że często mierzył się w tej fazie z kimś rozstawionym wyżej, czasami z głównym faworytem imprezy. Z presją przegrywa często na korcie Alexander Zverev, który na korcie kilkukrotnie zawodził w najważniejszych momentach (wyróżnia się tu finał US Open 2020).

Norweski skoczek narciarski, Johann Andre Forfang, pięć razy w karierze wygrywał zawody Pucharu Świata. Dwa razy udało mu się to w 2024 roku – w Willingen i Oslo – ale wcześniej, mimo widocznego dużego potencjału, przez prawie sześć lat nie zwyciężał. Michał Chmielewski, dziennikarz TVP Sport, specjalizujący się m.in. w skokach, stworzył nawet specjalne pojęcie, odnoszące się do jego nazwiska. „forfangowanie (nor.) – rozbudzanie nadziei, korzystając z gigantycznego potencjału, w chwilach mniej ważnej próby i następnie rozczarowywanie samego siebie w kluczowych momentach” – napisał na Twitterze (dzisiaj – na platformie X) 9 grudnia 2023 roku, jeszcze przed wspomnianymi zwycięstwami Norwega.

Johann Andre Forfang w tym roku w Planicy. 

Z jednej strony Butryn, z drugiej – Muzaj

Gdy rozmawia się z ludźmi ze środowiska siatkarskiego o zawodnikach, którzy częściej mają problem w ważnych momentach, można usłyszeć dwa nazwiska: Maciej Muzaj i Bartłomiej Bołądź. Ten pierwszy sezon 2018/2019 spędził w Treflu Gdańsk. Spotkanie ligowe z GKS-em Katowice Muzaj rozpoczął od kilku piekielnie trudnych zagrywek, które dały mu trzy asy serwisowe. Następnie chciał uderzyć bardzo mocno, ale źle trafił w piłkę i ta ledwo doleciała do siatki. Rzadko spotykana w siatkówce sytuacja speszyła Muzaja do tego stopnia, że później popełnił siedem błędów.

Maciek był i trochę wciąż jest zawodnikiem, który ma bardzo słabą umiejętność regeneracji w trakcie meczu, czyli jest bardzo podatny na błędy. Tego nie pokazują ogólne liczby, trzeba uważnie oglądać spotkanie. Maćkowi dwie, trzy pomyłki podcinają skrzydła. Po drugiej stronie umieściłbym w tej kwestii Karola Butryna, który może pomylić się cztery razy, ale dalej stoi i potrafi grać swoją najlepszą siatkówkę – ocenia Kaczmarczyk.

Maciej Muzaj w tym sezonie, w barwach Stali Nysa.

Butryn, atakujący, przeniósł się przed tym sezonem z Olsztyna do Aluronu CMC Zawiercie. Jeszcze rok temu miał opinię zawodnika, który nie potrafi rozgrywać najważniejszych spotkań, ale w obecnych rozgrywkach jest jednym z najlepszych zawodników ligi. Świetnie zaprezentował się również w turnieju finałowym o Puchar Polski, który jego drużyna wygrała w imponującym stylu. Może tamta opinia brała się głównie z tego, że występował w zespole o mniejszym potencjale?

Bednaruk: – Butryn ma coś takiego, co można nazwać pamięcią złotej rybki. On w ogóle nie zastanawia się, co się przed chwilą wydarzyło, a to jest bardzo ważne. Tiger Woods powiedział kiedyś, że on po chwili nie pamięta już o poprzednim dołku, bo im dłużej by o tym myślał i zastanawiał, co mógł zrobić lepiej, tym miałby większy problem. To jedna z istotnych składowych jakości zawodnika.

Ciekawy przypadek Bartłomieja Bołądzia

Kolejny ciekawy przypadek to Bartłomiej Bołądź, atakujący Projektu Warszawa. Ten sezon był pierwszym, który spędził w czołowym zespole bardzo mocnej ligi i o ile w rundzie zasadniczej grał bardzo dobrze, o tyle w play-offach i finale Pucharu Challenge już tak różowo to nie wyglądało. – Historia tego sezonu pokazuje, że Bołądź nie do końca jest gotowy na takie granie. W pierwszym spotkaniu finału Pucharu Challenge z włoską Monzą miał gorączkę. Ok, to może się zdarzyć, ale jeżeli wkleisz to sobie w pewną całość, to może była to forma reakcji organizmu? Z Lublinem w ćwierćfinale play-off grał bardzo przeciętnie. Półfinał z Zawierciem? Pierwszy set drugiego meczu to jedyny fragment tej rywalizacji, który w miarę mu wyszedł – wymienia Kaczmarczyk.

Mateusz Bieniek, środkowy reprezentacji Polski, w niedawnym wywiadzie dla Weszło przyznał, że klub z Zawiercia chciał go pozyskać już w 2020 roku. Rok później do drużyny jako dyrektor sportowy oraz analityk dołączył Kaczmarczyk i on zaczął jeszcze bardziej przekonywać prezesa, Kryspina Barana, do pozyskania Bieńka. Powód? Olbrzymie umiejętności plus fakt, że to zawodnik, który często prezentuje najlepsze zagrania, np. zagrywa asy, w najważniejszych momentach setów. – Byłem z przyjaciółmi na finale Pucharu Polski. Zawiercie prowadziło 2:1 z Jastrzębskim Węglem, ich trener Michał Winiarski wziął czas. Ważny moment. Znajomi pytają: „Co on teraz zrobi?”. Zażartowałem, że weźmie na stronę Bieńka i rozgrywającego Miguela Tavaresa i powie im: „Miguel – Mateusz. Poznajcie się. Dokończcie to razem”. Zespół wrócił na boisko, Portugalczyk od razu zagrał do „Bienia” i zdobyli punkt – opisuje Kaczmarczyk.

Mateusz Bieniek – obecnie jeden z najlepszych środkowych świata. 

Ważne jest też to, by w porę dostrzec słabszą grę, ale i gorszy stan mentalny zawodnika, bo to może mieć olbrzymi wpływ na całe rozgrywki. W sezonie 2018/2019 zespół z Zawiercia był blisko sprawienia wielkiej sensacji. W półfinale PlusLigi był o krok od wyeliminowania ZAKS-y: wygrał pierwszy mecz w Kędzierzynie, a w drugim prowadził 2:0 w setach. Grał koncertowo. Nie każdy zauważył scenkę, która wtedy miała miejsce w hali. Iwo Wagner, statystyk ZAKS-y, złapał za rękę trenera drużyny, Andreę Gardiniego i usilnie mówił do niego: „Ściągnij Kaczmarka! Zmień go, to może być nasza ostatnia szansa”. Włoch zdecydował się tak zrobić, ZAKSA zaczęła grać w eksperymentalnym zestawieniu, z Aleksandrem Śliwką jako atakującym, i odwróciła mecz, a także całą rywalizację. To ona zagrała w wielkim finale.

Kurek jak Jordan

Michael Jordan powiedział kiedyś: „Spudłowałem prawie 9000 razy w mojej karierze. Przegrałem prawie 300 meczów. 26 razy nie trafiłem, kiedy miałem oddać decydujący rzut. Ciągle zaliczałem w życiu porażki – znowu, i znowu, i znowu. I to dlatego odniosłem sukces”. Te słowa legendy koszykówki można w pewnym aspekcie odnieść do Bartosza Kurka. U obecnego kapitana reprezentacji Polski też kiedyś różnie było ze skutecznością w najważniejszych momentach. Puchar Świata w siatkówce, 2015 rok. Polacy wygrali 10 kolejnych spotkań i są o krok od awansu do igrzysk. Wszystko poukładało się tak, że w ostatnim meczu przeciwko Włochom potrzebują dwóch setów. Jest 1:1 w setach, końcówka trzeciej partii, remis. Kurek dostaje piłkę w ataku, ale popełnia błąd. Po tamtej akcji cała drużyna zaczęła się gubić. Efekt? Polska przegrała 1:3, zajęła trzecie miejsce w turnieju i nie wywalczyła awansu do Rio – zrobiła to dopiero później, w turnieju kwalifikacyjnym.

Osoby z otoczenia reprezentacji Polski przekonują, że Kurek zmienił się mentalnie i prawdziwym killerem, który chce brać na siebie grę i raczej nie zawodzi, stał się podczas mistrzostw świata w 2018 roku, gdy był największą gwiazdą turnieju. Od tego czasu jest w tym aspekcie równie mocny, jak przez lata był Mariusz Wlazły.

„Jesteśmy frajerami”

W pierwszym spotkaniu finałowym PlusLigi w tym sezonie Jastrzębski Węgiel wygrał 3:0 w Zawierciu, a MVP spotkania został Jurij Gładyr. „Jesteśmy frajerami” – mówił o sobie i kolegach z drużyny ten sam Gładyr w lutym ubiegłego roku. Jastrzębski Węgiel przegrał wtedy 0:3 mecz z ZAKS-ą o Puchar Polski, mimo że w jednym secie prowadził 20:16, a w drugim 21:16. Później uległ jeszcze, mając w zasadzie wygrane spotkanie, drużynie z Kędzierzyna-Koźla w meczu o Superpuchar Polski. Dziś wydaje się, że Jastrzębie to grupa ludzi silniejszych mentalnie, a uosobieniem tego jest chociażby jeden z liderów zespołu, czyli Fornal.

Tomasz Fornal w barwach Jastrzębskiego Węgla.

Przykładem siatkarza, który chce dostawać ostatnie piłki i doskonale wie, co z nimi robić, jest od dłuższego czasu Olek Śliwka. Ale na jego pułapie jest już też w tej kwestii Fornal, u którego widzę pewną przemianę. Mam wrażenie, że Tomek od dłuższego czasu jest na podobnym, niezwykle wysokim poziomie technicznym. Ma tu olbrzymi potencjał, jeden z największych na świecie. Jakiś czas temu widziałem w Fornalu siatkarza, który wychodzi na boisko i chce grać, a teraz widzę w nim zawodnika, który wychodzi na parkiet i pragnie wygrać. To jest ta subtelna różnica, którą nie do końca da się zobrazować liczbami. Kiedy w czwartym secie meczu z Resovią stanął na zagrywce przy stanie 22:23, widać było w jego oczach coś w stylu: „Zagram asa”. I on tego asa chwilę później zagrał. Dziś, gdy Tomek dostaje piłkę w najważniejszym momencie, może nie jestem pewny, że ją skończy, ale postawiłbym duże pieniądze, że nie popełni błędu – mówi Kaczmarczyk.

I jeszcze dodaje na koniec: – Zaczęliśmy rozmowę od DeFalco, który ewidentnie czasami nie radzi sobie przy najważniejszych punktach. Ale to nie jest też tak, że ja bym go skreślił, szukając odpowiedniego siatkarza do drużyny. Nie zrobiłbym tego, bo z drugiej strony to jest gość, który jak mało kto potrafi cię doprowadzić do tego, że masz wynik 23:23. A później zawsze możesz zareagować.

Fot. Newspix.pl

WIĘCEJ O SIATKÓWCE NAWESZŁO:’

Bardziej niż to, kto wygrał jakiś mecz, interesują go w sporcie ludzkie historie. Najlepiej czuje się w dużych formach: wywiadach i reportażach. Interesuje się różnymi dyscyplinami, ale najbardziej piłką nożną, siatkówką, lekkoatletyką i skokami narciarskimi. W wolnym czasie chodzi po górach, lubi czytać o historiach himalaistów oraz je opisywać. Wcześniej przez ponad 10 lat pracował w „Przeglądzie Sportowym” i Onecie, a zaczynał w serwisie naTemat.pl.

Rozwiń

Najnowsze

Polecane

Komentarze

3 komentarze

Loading...