Reklama

Hołub-Kowalik: Czuję się sportowcem spełnionym

Kacper Marciniak

Autor:Kacper Marciniak

07 kwietnia 2024, 12:03 • 8 min czytania 0 komentarzy

Małgorzata Hołub-Kowalik w przeszłości powtarzała, że jeśli kiedykolwiek urodzi dziecko, to nie będzie już uprawiać zawodowego sportu. Teraz koleżanki jej to wypominają, bo matka niespełna rocznej córeczki przygotowuje się do sezonu olimpijskiego. Igrzyska w Paryżu będą jednak jej ostatnim przystankiem. – Czuję się sportowcem spełnionym – mówi nam mistrzyni olimpijska z Tokio.

Hołub-Kowalik: Czuję się sportowcem spełnionym

To dwudziesty trzeci artykuł z realizowanego we współpracy z ORLEN S.A. cyklu „Droga do Paryża”, opowiadającego o igrzyskach olimpijskich, który ukazuje się na naszym portalu.

***

KACPER MARCINIAK: Renata Mauer wspominała mi, że po urodzeniu dziecka spała cztery godziny dziennie, miała pełno treningów oraz pracy, a mimo tego nie brakowało jej energii. Też zauważasz u siebie taką matczyną siłę?

MAŁGORZATA HOŁUB-KOWALIK: Muszę przyznać, że sama czasem jestem w szoku, jak można się zorganizować i po nie do końca przespanej nocy mieć bardzo dużo energii. Jeszcze przed tym, jak urodziłam dziecko, to bez odpowiedniej dawki snu byłam kompletnie nieprzytomna, a mój trening był bardzo słaby. Teraz natomiast lepiej sobie w takich sytuacjach radzę. Ale wiadomo, regeneracja dalej jest bardzo ważna. I nie mam jej na tak wysokim poziomie jak przed ciążą. Więc podziwiam panią Renatę, u mnie aż tak dobrze to nie wygląda (śmiech).

Reklama

Ten sezon halowy na dobrą sprawę był już trzecim z rzędu, który ominęłaś.

Tak to wyszło. Bywało, że miałam plany, aby wystartować, ale kontuzje mi je krzyżowały. Nad tym, że zabrakło mnie w tegorocznym sezonie halowym, też nie ubolewam. Szczególnie, że znacznie lepiej czuję się na stadionie. Mam zatem nadzieję, że w tym roku wszystko potoczy się tak, jakbym chciała i na niego wrócę.

Na pewno jednak obserwowałaś sezon halowy. Z rzeczy, które robiły wrażenie: na pewno forma Femke Bol, prawda?

Zgadza się, choć jej wyniki to też na pewno żadna niespodzianka. Femke od kilku lat pokazuje, że jest fenomenalną zawodniczką. Czasem się śmiejemy, że jest kobietą z kosmosu. Patrzę na nią z ogromnym podziwem, ale trzeba przyznać, że inne zawodniczki też zrobiły ogromny progres. Na przykład Brytyjki. Widać, że poziom poszedł do przodu. Przez ten rok, który ominęłam, bardzo dużo się zadziało. Trzeba ciężko pracować, aby dorównać tym dziewczynom i rywalizować na najwyższym poziomie.

Na 400 metrów obecnie biega się szybciej niż parę lat temu?

Reklama

Na pewno. To, co miało miejsce na stadionie w poprzednim sezonie już pokazywało, że poziom jest bardzo wysoki. Kilka lat temu poniżej 50 sekund biegały głównie Jamajki i Amerykanki. A teraz tych zawodniczek mamy naprawdę cały wachlarz. Są wśród nich również Europejki, co jest bardzo budujące. Jako kontynent nie zostajemy w tyle.

Patrząc na wyniki, czy to w minionym sezonie halowym, czy to rok temu na stadionie: polska lekkoatletyka coraz mocniej opiera się na biegach.

Szczerze mówiąc, kilka lat temu nie przewidziałabym, że w sprincie będziemy zdobywać medale. O naszej sile stanowiły konkurencje techniczne. To, co się dzieje, bardzo jednak cieszy i pokazuje, że trenerzy, zazwyczaj ci z młodszego pokolenia, odrobili lekcje. Obserwują resztę świata, cały czas się rozwijają. To przynosi efekty. Ewa Swoboda, Pia Skrzyszowska oraz Kuba Szymański pokazali, że nie tylko zawodnicy z USA oraz Karaibów mogą się liczyć w biegach krótkich czy w biegach przez płotki na międzynarodowych imprezach.

CZYTAJ POZOSTAŁE TEKSTY Z CYKLU DROGA DO PARYŻA

Na jakim etapie przygotowań jesteś?

Cały czas szykuję się do sezonu letniego. Niedługo wylatuję na obóz do Hiszpanii. Tam na pewno będą mogła popracować nad szybkością, z którą jest u mnie obecnie najgorzej. Siła wróciła fajnie, wytrzymałość też jest na niezłym poziomie. Ale cały czas walczę właśnie z tą mocą, szybkością. Wiadomo, że łatwiej się ją buduje, kiedy jest ciepło. Dlatego mam nadzieję, że hiszpańskie warunki mi pomogą. No i zobaczymy, w maju będą musiały pojawić się pierwsze starty, bo sezon czeka nas szalony. Zaczniemy biegać, a po chwili przyjdą mistrzostwa Europy, a już pod koniec lipca otwarcie igrzysk.

W trakcie ubiegłych dwóch sezonów w gronie polskich biegaczek na 400 metrów było sporo przerw, pecha czy kontuzji. Teraz przed Paryżem wszystko musi wyjść na prostą?

Właśnie na to liczę. Limit pecha u wszystkich zawodniczek został wyczerpany. Ja oczywiście o pechu nie mogę mówić, ale moje życie tak się potoczyło, że też byłam poza bieżnią. Myślę, że biegaczki tej starszej daty są głodne startów i będą chciały udowodnić, że się nie skończyły – jak to czasem określa się w mediach. Na pewno też ta zdrowa rywalizacja, aby załapać się do sztafety na igrzyska, będzie bardzo ciekawa i będzie nas napędzać. Wierzę, że uda nam się zaprezentować taki poziom jak na igrzyskach w Tokio.

Trener Matusiński wspominał, że jeśli w sezonie olimpijskim na wysoki poziom wrócą przynajmniej dwie biegaczki z grona Iga, Gosia, Ania i Justyna, to polska sztafeta będzie bardzo mocna. Cały czas więc patrzy w kierunku weteranek.

W końcu współpracuje z nami od wielu lat. Zna też nasze charaktery i wie, że nawet jeśli jesteśmy indywidualnie przygotowane na bieganie w okolicach 51 czy 52 sekund, to w sztafecie możemy pobiec znacznie szybciej. To też jest ten fenomen, którego nie potrafię zrozumieć. Sama biegałam w okolicach 51.30 sekund, ale w Tokio w sztafecie na swojej zmianie lotnej zeszłam poniżej 50 sekund. Trener Matusiński to wie: jeśli będziemy na swoim dobrym poziomie, to w sztafecie pokażemy jeszcze większy pazur. I tego też staramy się uczyć młodsze pokolenie, że dla drużyny robi się nawet więcej, niż przy starcie indywidualnym.

A jak dużym komfortem będzie to, że igrzyska odbędą się stosunkowo niedaleko, czyli w Paryżu?

Szczerze? Nie zwracam na to uwagi. Trzeba przygotować formę, niezależnie od tego, gdzie by one były. Na pewno pozytywny będzie dla nas brak zmiany czasowej. Przed Tokio musieliśmy udać się na obozy aklimatyzacyjne. Ale ja i tak o tym zbytnio nie myślę. Gdziekolwiek igrzyska się nie odbędą, najważniejsze jest zbudowanie wysokiej formy.

W porównaniu do igrzysk w Tokio wszystkich generalnie czeka spory przeskok. Tamta impreza, ze względu na pandemię, miała swoją specyfikę.

Dokładnie. W Paryżu na pewno buforem będzie wsparcie kibiców. Na poprzednich igrzyskach panowała cisza. A w stolicy Francji, również ze względu na odległość, powinno pojawić się sporo Polaków. Mamy w końcu świetnych kibiców, którzy jeżdżą za nami po całej Europie. Polskie flagi na trybunach, doping mają dla nas ogromne znaczenie.

Z perspektywy czasu: dwa medale na igrzyskach w Tokio dały pewne poczucie komfortu, spełnienia, w kontekście dalszej kariery?

Uważam, że tak. Ja się czuję sportowcem spełnionym. Medale ze wszystkich imprez sportowych już mam. Ale wiadomo, że człowiek jest głodny rywalizacji i chce jeszcze więcej. Bo inaczej nie miałby motywacji trenować i wracać do zawodowego sportu. Z racji jednak, że ten olimpijski krążek już zdobyłyśmy, panuje u nas pewien spokój. Choć ja często żartuję, że choć mamy złoto i srebro, to brązu dalej nie, więc nie można powiedzieć, że jesteśmy multimedalistkami. A do tego trzeba dążyć (śmiech).

Po igrzyskach planujesz zakończyć karierę. Poczułaś, że choć łączenie macierzyństwa i sportu jest możliwe, to nie jest to coś, co chcesz robić na dłuższą metę?

Zdecydowanie tak. Dla mnie dziecko jest numerem jeden. Na nim chciałabym się skupić. Ale też trzeba spojrzeć sobie w pesel i nie ukrywać: nie jestem już młodą zawodniczką. Czuję już, że regeneracja jest nie taka, jak była. I wielkich szczytów formy mogę nie zbudować. Trzeba szukać swojego miejsca gdzieś indziej. Na pewno chciałabym pozostać w strefie sportowej, ale zobaczymy, jak moje życie się potoczy.

Mimo wszystko, jak popatrzymy choćby na Shelly-Ann Fraser-Pryce – bieganie po urodzeniu dziecka na bardzo wysokim poziomie też jest możliwe.

Oczywiście. Możemy też wspomnieć o Marice Popowicz z naszego podwórka. Chapeau bas, ja się kłaniam w pas. Dlatego też zresztą zaryzykowałam i wróciłam do sportu po urodzeniu dziecka, mając w głowie to, co te dziewczyny zrobiły. Natomiast na dłuższą metę nie widzę siebie w wielkiej formie i z małym dzieckiem. Jak wspominałam, jako sportowiec czuję się spełniona. I od początku sobie mówiłam, że jeśli wrócę, to tylko na jeden sezon, żeby spróbować i nie mieć sobie nic do zarzucenia.

Co ciekawe, wcześniej zawsze powtarzałam, że jeśli kiedykolwiek urodzę dziecko, to na pewno do sportu nie wrócę. Teraz wszystkie dziewczyny wypominają mi te słowa (śmiech). Bo dalej trenuję i sama nie jestem w stanie tego wytłumaczyć. Zamiłowanie do rywalizacji musiało mi w sercu pozostać. Ale tak jak mówiłam: to już końcówka. Chciałabym zająć się innymi rzeczami i ustąpić pola młodszym zawodniczkom, które będą reprezentować nasz kraj na wielkich imprezach.

Po igrzyskach w Paryżu tych pożegnań w teorii może być więcej. Ale trener Matusiński mówił, że przed Tokio też to słyszał, a jednak nikt nie skończył kariery. I teraz liczy, że Paryż również nie doprowadzi do wielkiej rewolucji w sztafecie.

Oczywiście może być różnie. Po Rio byłyśmy totalnie niespełnione. Po Tokio natomiast byłyśmy tak spełnione, że chciałyśmy udowodnić, że te medale nie były przypadkowe. Tego co zadzieje się po Paryżu, nie można przewidzieć. Sama jestem jednak w stu procentach zdecydowana, co do swojej przyszłości. Za inne dziewczyny wypowiadać się nie mogę, ale myślę, że dobry wynik w Paryżu miałby szansę trochę zamieszać. I przekonać je, żeby przy sporcie jeszcze chwilę pozostały.

Pamiętam, że jak rozmawiałem w poprzednim roku z Asią Jóźwik, to wspomniała, że „broń Boże nie będzie rezygnować z biegania”. Jak to wygląda u ciebie?

Pozostanę sportowym świrem. Coś związanego ze sportem na pewno będę robić. Podziwiam Asię, która teraz decyduje się na maratony. Nie jestem pewna, czy byłabym w stanie robić aż takie rzeczy. Na pewno chciałabym spróbować innych dyscyplin. Na przykład zimowych. Nigdy wcześniej nie jeździłam na nartach i desce, bo w trakcie kariery nie mogliśmy sobie na to pozwolić, ze względu na ewentualne kontuzje.

Więc to jedna rzecz. Poza tym byłam na kilku lekcjach boksu, co bardzo mi się spodobało. Tu też chciałabym próbować swoich sił. Jeśli natomiast chodzi o bieganie – jest bardzo mocno zakorzenione w moim sercu. I trudno będzie mi się od niego całkowicie odciąć. Zatem może sprawdzę się w takich krótszych biegach ulicznych.

Bieganie akurat jest ściśle powiązane z boksem. To takie typowe cardio.

Trochę tak. Na pewno jedno drugiemu mogłoby bardzo pomóc (śmiech).

ROZMAWIAŁ KACPER MARCINIAK

Czytaj więcej tekstów o igrzyskach olimpijskich:

Fot. Newspix.pl

 

Na Weszło chętnie przedstawia postacie, które jeszcze nie są na topie, ale wkrótce będą. Lubi też przeprowadzać wywiady, byle ciekawe - i dla czytelnika, i dla niego. Nie chodzi spać przed północą jak Cristiano czy LeBron, ale wciąż utrzymuje, że jego zajawką jest zdrowy styl życia. Za dzieciaka grywał najpierw w piłkę, a potem w kosza. Nieco lepiej radził sobie w tej drugiej dyscyplinie, ale podobno i tak zawsze chciał być dziennikarzem. A jaką jest osobą? Momentami nawet zbyt energiczną.

Rozwiń

Najnowsze

Igrzyska

Komentarze

0 komentarzy

Loading...