Reklama

Bracia Williams wprowadzili Athletic Bilbao do finału Pucharu Króla

Piotr Rzepecki

Autor:Piotr Rzepecki

29 lutego 2024, 23:49 • 4 min czytania 9 komentarzy

Znamy skład finału Pucharu Króla. Zapomnijcie o Barcelonie, Realu czy Atletico. Ci ostatni zresztą dotarli najdalej z wielkiej trójki, bo do półfinału. Tam jednak uznali wyższość Athleticu Bilbao. Dziś ekipa z Kraju Basków była o kilka klas lepsza i wyrwała bilet do finału. Tam 6 kwietnia w Sewilli spotka się z Mallorką i zagra o trofeum.

Bracia Williams wprowadzili Athletic Bilbao do finału Pucharu Króla

Tegoroczna edycja krajowego pucharu w Hiszpanii jest wyjątkowo romantyczna. Mówimy bowiem o sytuacji, gdzie dwaj giganci odpadli na dość wczesnych etapach – Real Madryt pożegnał się z turniejem już w 1/8 finału z Atletico Madryt. Barcelona z kolei została wyrzucona za burtę w ćwierćfinale. Poległa z Athleticiem. Ale najwięksi fani „Blaugrany” dziś się dowiedzieli, że to żaden wstyd.

Szybkość

W czwartkowy wieczór oglądaliśmy rywalizację żółwi z zającami – oczywiście spłycamy, natomiast długimi fragmentami to gospodarze byli zdecydowanie szybsi od swoich rywali. Chociażby hasający na flance Nico Williams (fenomenalna kontra na początku drugiej połowy). Strzelec drugiego gola momentami bawił się z mozolnymi obrońcami Atletico. Z drugiej strony – starszy z braci Williams, Inaki, miał dziś hektary wolnego miejsca. I nie bał się z tego korzystać.

Zarówno Nahuel Molina, jak i Samuel Lino nie byli w stanie nic stworzyć na skrzydłach. Boki zarezerwowali w czwartek zawodnicy z Bilbao.

W Atletico zawiedli liderzy. Angel Correa wyglądał bardzo źle. Mistrz świata, jak większość jego kolegów, całkowicie nie mógł się odnaleźć. Oszczędził go zresztą Diego Simeone i zdjął na początku drugiej połowy.

Reklama

Memphis Depay? Był wściekły, że nie zagrał od początku, ale swoim wejściem wcale nie pokazał, że Simeone się mylił, sadzając go na ławce od początku. Wypadł bladziutko.

Presja

W pierwszym starciu lepsi byli zawodnicy Athletiku. Minimalna wyjazdowa wygrana 1:0 dała im pewność siebie i spowodowała, że to zawodnicy z Madrytu byli na musiku.

Jak zareagowali podopieczni Ernesto Valverde? Doskokiem, agresywną grą bez piłki. W zasadzie gospodarze grali dziś w stylu Atletico. Jakby zamienili się koszulkami. Rywale z kolei byli bezzębni, a z każdą kolejną traconą bramką zapadali się w swoim marazmie.

Pochwalić należy także i obronę. Gospodarze fantastycznie się przesuwali, doskonale się organizowali, właściwie tylko raz dopuścili do groźnej sytuacji zawodników z Madrytu – mowa jednak o samej końcówce, kiedy Rodrigo Riquelme sprawdził formę bramkarza Athleticu, Julena Agirrezabali. Ten jednak bezproblemowo interweniował.

Skuteczność

Ofensywa Athleticu to był prawdziwy walec. Gospodarze nie chcieli odpuścić – cały czas kąsali rywali, prezentując przy tym widowiskowy i brawurowy futbol. W ofensywie zgadzało się wszystko. I było wszystko! Akcja skrzydłem i dośrodkowanie – proszę bardzo, piękny gol Inakiego Williamsa na 1:0. Rajd i dogranie w pole karne po ziemie – a jakże, bramka na 2:0, trafił młodszy z braci. Trzeci gol to połączenie pasjonujących ataków gospodarzy z oszałamiającą biernością gości. Wrzutka, przedłużenie, strzał, wypluta piłka przez Jana Oblaka i dobicie Gorka Guruzeta. Uderzenie z zimną krwią, dookoła czterech statystów.

Reklama

Prezentując taki futbol: ekspansywny, intensywny i radosny (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), drużyna z Kraju Basków nie tylko może ostrzyć sobie zęby na trofeum w Pucharze Króla, ale i być może na awans do Ligi Mistrzów. Sytuacja w tabeli jest obiecująca: podopieczni Valverde tracą tylko trzy punkty do Atletico, które zajmuje czwarte miejsce.

Cel na najbliższe tygodnie? Utrzymać tę formę. Przełożyć to, co dziś oglądaliśmy na Estadio San Mames na mecze ligowe i oczywiście na finał Pucharu Króla. Ten zostanie rozegrany z Mallorką, bezapelacyjnie największym kopciuszkiem tej edycji.

Klub z Bilbao za triumfem w Pucharze Króla tęskni od sezonu 1983/84. Od tego czasu Athletic grał w finale aż sześciokrotnie. Za każdym razem czegoś brakowało. Czas więc przełamać klątwę, czas zdobyć puchar i czas zaatakować czołowe drużyny z tabeli, bo tak grająca ekipa nie może nie awansować do Ligi Mistrzów.

Athletic Bilbao – Atletico Madryt 3:0, 4:0 w dwumeczu

13′ I. Williams, 42′ N. Williams, 61′ Guruzeta

WIĘCEJ O HISZPAŃSKIEJ PIŁCE:

Fot. Newspix

Urodził się dzień po Kylianie Mbappe. W futbolu zakochał się od czasów polskiego trio w Borussi Dortmund. Sezon 2012/13 to najlepsze rozgrywki ever, przynajmniej od kiedy świadomie śledzi piłkarskie wydarzenia. Zabawy z kotem Maurycym, Ekstraklasa, powieści Stephena Kinga.

Rozwiń

Najnowsze

Skoki

Zniszczoł dla Weszło. Chcę być najlepszy na świecie [WYWIAD]

Kacper Marciniak
0
Zniszczoł dla Weszło. Chcę być najlepszy na świecie [WYWIAD]
Ekstraklasa

Media: Xavi stawia warunki Barcelonie. Jeżeli ma zostać, zarząd musi zapewnić mu wzmocnienia

Damian Popilowski
0
Media: Xavi stawia warunki Barcelonie. Jeżeli ma zostać, zarząd musi zapewnić mu wzmocnienia
Felietony i blogi

Trela: Po co to wszystko? „Stałe fragmenty gry” jako odnowienie przyrzeczeń kibicowskich

Michał Trela
0
Trela: Po co to wszystko? „Stałe fragmenty gry” jako odnowienie przyrzeczeń kibicowskich
Polecane

Trener-słup wraca do Ekstraklasy. Tym razem Cracovia obśmiewa „surowe” przepisy

Szymon Janczyk
0
Trener-słup wraca do Ekstraklasy. Tym razem Cracovia obśmiewa „surowe” przepisy

Hiszpania

Ekstraklasa

Media: Xavi stawia warunki Barcelonie. Jeżeli ma zostać, zarząd musi zapewnić mu wzmocnienia

Damian Popilowski
0
Media: Xavi stawia warunki Barcelonie. Jeżeli ma zostać, zarząd musi zapewnić mu wzmocnienia
Felietony i blogi

Trela: Po co to wszystko? „Stałe fragmenty gry” jako odnowienie przyrzeczeń kibicowskich

Michał Trela
0
Trela: Po co to wszystko? „Stałe fragmenty gry” jako odnowienie przyrzeczeń kibicowskich
Polecane

Trener-słup wraca do Ekstraklasy. Tym razem Cracovia obśmiewa „surowe” przepisy

Szymon Janczyk
0
Trener-słup wraca do Ekstraklasy. Tym razem Cracovia obśmiewa „surowe” przepisy

Komentarze

9 komentarzy

Loading...