Reklama

Krew, amulety, proszki i szamani. Czary piłkarskiej Afryki

Jan Mazurek

Autor:Jan Mazurek

30 stycznia 2024, 12:08 • 18 min czytania 20 komentarzy

Emmanuel Adebayor nie chodził. Miał sześć lat, mieszkał w domu bez prądu, z dziurą w dachu, kąpał się i załatwiał na plaży przy Zatoce Gwinejskiej. Rodzice wozili go po meczetach, ale wstawiennictwo Allaha nie skutkowało. Nie pomógł też „marabu”, czyli szaman, którego po latach piłkarz nazwie oszustem. Wtedy lokalny pastor poprosił matkę chłopca, żeby oddać go do protestanckiego kościoła, gdzie obiecano modlić się za niego od poniedziałku do niedzieli. Adebayor dniami i nocami leżał krzyżem. I nic. Aż do świątyni wleciała piłka…

Krew, amulety, proszki i szamani. Czary piłkarskiej Afryki

Przekozłowała, dotoczyła się do chłopca, który krzyknął ze strachu, stanął na nogach i zaczął chodzić. Wszyscy płakali, bo zdarzył się cud. Za młodu trafił do Francji. Przebił się do Ligue 1. Strzelał dla Arsenalu. Manchester City zapłacił za niego blisko 30 milionów euro. Kilka lat spędził w Tottenhamie. Zahaczył o Real Madryt. W 2014 roku przyznał publicznie, że zerwał kontakty z matką. – Wraz z moimi siostrami stosują wobec mnie „juju”. Rodzina powinna przestać blokować mnie czarami – uzewnętrzniał się Togijczyk w radiu PeaceFM, co przyjęto za dość karkołomny sposób tłumaczenia się ze słabej formy.

Przy tym Adebayor faktycznie uwikłany był w patologiczne rodzinne układy. Jednemu bratu zasponsorował mieszkanie w Niemczech, ale ten prowadził rozpustne życie i wciąż próbował naciągać go na szemrane interesy. Drugiemu załatwił miejsce w szkółce piłkarskiej we Francji, żeby potem dowiedzieć się, że ten ukradł kolegom z szatni… dwadzieścia jeden telefonów. Siostrze kupił dom w Ghanie, a ta na złość przekształciła go w komunę. Skarżył się matce, ta wyzywała go od „niewdzięczników”. Naprawdę wierzył, że kobieta stosuje przeciw niemu „juju”, czyli magię zaklętą w amuletach i totemach. Zrujnowany stosunkami z najbliższymi wyznawał, że wielokrotnie przymierzał się do popełnienia samobójstwa.

W odmętach internetu znaleźć można informacje o Adebayorze nawróconym na islam. Nagrano nawet film, na którym paraduje w białej dżellabie. Ponoć tylko solidaryzował się z muzułmańskim przyjacielem, któremu umarła mama. Ale to fakt, że w obecności siedmiuset osób imam zadał mu pytanie: „Czy chcesz zostać jednym z nas?”, na co odpowiedział: „Może pewnego dnia”. Imam kazał mu złożyć przysięgę. Adebayor złożył przysięgę. – Przy sobie noszę krzyż, codziennie czytam Biblię – uspokajał w So Foot. Wciąż jest chrześcijaninem. To Afryka, tu duchowość wykracza poza granice rozumu, również na boisku.

Telewizyjne mity o Afryce

Magia? Czary? Szamani? Ja nic o tym nie wiem! – śmieje się do słuchawki Martins Ekwueme. Mówią na niego „człowiek-uśmiech”. Urodził się w Nigerii. Jako nastolatek przyjechał do Polski na wakacje. Odwiedzał brata Emmanuela, który w reprezentacji „Super Orłów” grywał z Jay-Jay Okochą. Został na dwie dekady, poznał smak trzecioligowych boisk w Jezioraku Iława, zdobył dwa mistrzostwa Polski z Wisłą Kraków, kopał w Polonii i Legii, buty na kołku zawieszał w KS Legnickie Pole. W Lubinie założył niedawno szkółkę piłkarską z Mateuszem Szczepaniakiem.

Reklama

Gdzie ludzie są bardziej religijni – w Afryce czy w Polsce?

Martins Ekwueme: – Polska jest bardzo religijnym krajem. Prawie wszyscy to katolicy. Mnóstwo ludzi chodzi do kościoła. Nigeria jest w tym względzie bardziej podzielona. Na południu więcej jest chrześcijan, na północy przeważają muzułmanie.

W centralnej, południowej i wschodniej Afryce dominują chrześcijanie, na północy Afryki górę biorą muzułmanie, w zachodniej Afryce i w rogu Afryki podział jest dość równy.

Są też ludzie, którzy nie praktykują albo wierzą w tradycyjne religie afrykańskie. Nie jest jednak tak, że szamanów widuje się na ulicach. Ale wiem, że są. Tak, ja to wiem, że są. Najczęściej jednak na wsiach, w mieście ich nie zobaczysz. Jak ktoś zaznajomiony w temacie ci nie powie, nie będziesz nawet wiedział, że coś takiego istnieje.

Mówi się jednak, że prawie każda reprezentacja na Pucharze Narodów Afryki ma swojego szamana. 

To są też opowieści…

Reklama

Nieprawdziwe?

Wiadomo, że może dawno, dawno temu coś takiego miało miejsce, ale ja nigdy tego nie doświadczyłem. Może jak patrzy się na śpiewy, tańce, ubiór kibiców, to można odnieść wrażenie, że zaklęta jest w tym magia, ale dla mnie to puste gadanie. Inaczej wszystko wygląda też z perspektywy Europy. Mnóstwo ludzi stąd nigdy nie było ani w Nigerii, ani w Wybrzeżu Kości Słoniowej, ani w żadnym innym państwie Afryki.

Lubimy postrzegać Afrykę w kategoriach egzotyki. 

Telewizja trochę zakłamuje rzeczywistość. Nie wszystko jest przecież tak, jak w niej mówią o tych czarach i szamanach. Nawet jak ktoś pojedzie do Afryki i wraca z niej do Europy z różnymi opowieściami, to też wiadomo, jak to działa, co innych interesuje i dlaczego niekoniecznie sama prawda. Tradycje w Nigerii czy Afryce są zupełnie inne niż w Europie. Inna mentalność. Inne zwyczaje. Inne myślenie. W ogóle inne życie. Ludzie wychowują się w innych warunkach, wierzą w inne rzeczy, to naturalne. Ale niektóre historie o tych wierzeniach są naciągane, tyle powiem.

Kobieta zamieniła się w węża

Osaze Odemwingie urodził się w Taszkencie, dorastał w juniorskich drużynach CSKA Moskwa, zadebiutował nawet w młodzieżowej reprezentacji Rosji, ale jako młody dorosły przeniósł się z rodzicami do ich ojczystej Nigerii. Tam na jednym z treningów złamał rękę. Działacze zabrali go do szamana, który mięśnie polał gorącą wodą, pomachał kijkami, ucisnął kość, piłkarz krzyknął z bólu. – Był jeszcze rytuał z zarzynaniem kurczaka. Wróciłem do domu. Mama zobaczyła rękę. Spytała, czy jest złamana. Odparłem, że tak, jest złamana. Zawiozła mnie do szpitala, dostałem znieczulenie, założyli mi gips – relacjonował Odemwingie w rozmowie Championat.com. Nigeryjczyk, który występował później choćby w Lille czy West Bromwich Albion, twierdzi, że większość afrykańskich piłkarzy w przypadku kontuzji woli leczyć się mocami „juju” niż u klasycznych lekarzy.

Bokang Mothoana, wielokrotny reprezentant Lesotho, opowiadał w gazecie „Maseru Metro”, że gdy rehabilitował się po groźnych kontuzjach, koledzy z drużyny przekonywali go, żeby codzienny różaniec wesprzeć metodami „muti”, z języka zuluskiego oznaczającymi lekarstwo, które może być wykonane z roślin, zwierząt albo… ludzi. Memory Mucherahowa, w latach dziewięćdziesiątych kapitan Dynamos F.C z Zimbabwe, pisał zaś w głośnej autobiografii „Soul of Seven Million Dreams”, że był skłonny wykonywać każde polecenie „sangomy”, czyli szamana, który był pełnoprawnym, pobierającym niemałą pensję członkiem sztabu. – Podczas meczów obwieszałem się amuletami. Wierzyliśmy, że wygrywamy dzięki „juju”, a nie własnym umiejętnościom. Gdy „sangoma” stwierdził, że winny gorszym wynikom jest trener Peter Nyama, trener Peter Nyama z miejsca stracił pracę – przyznawał Mucherahowa.

Podobno Thierry Henry nigdy nie zetknął się z twardszym obrońcą od Taribo Westa. Nigeryjczyk odwiedzał czarowników voodoo, szamani „babalawo” wyposażali go w amulety i dziwił się, że część kolegów się tego wypiera. Jego zielone warkoczyki stanowiły jeden z piłkarskich symboli przełomu XX i XXI wieku, podobnie jak szare dresy Kiraly’ego, pomarańczowe okulary Davidsa czy nawet plastry Mięciela. Wygrał igrzyska olimpijskie w Atlancie i mistrzostwo Francji z Auxerre, występował w Interze i Milanie. Żarko Zacević, prezes Partizana Belgrad, zarzucał mu, że grzebał przy metryce i ma dwanaście lat więcej niż podaje. Piłkarz od dawna miał inne priorytety. Marcelo Lippi pytał, dlaczego nie wykonuje jego poleceń. West odpowiadał, że Bóg kazał mu stać w innym miejscu. Utrzymywał, że w Jugosławii na jego oczach obca kobieta zamieniła się w węża, a w Mediolanie podczas modlitwy z siostrą samoistnie otwierały się szafki i szuflady. Po karierze został pastorem własnego kościoła „Shelter in the Storm Ministries of all Nation”.

„Juju” w białej torbie

W 2012 roku Ghana przegrała półfinał Pucharu Narodów Afryki z Zambią i mecz o trzecie miejsce z Mali. Selekcjoner Goran Stevanović grzmiał, że jego drużynę rozbiła tzw. „czarna magia”. Serb przekonywał, że piłkarze kierowali się egoistycznymi pobudkami i stosowali czary, żeby zaszkodzić kolegom. Zdravko Logarusić, chorwacki sternik kadry Zimbabwe, utrzymywał zaś, że Kameruńczycy zarżnęli nietoperza, żeby pokonać jego zespół 1:0 na otwarcie Mistrzostw Narodów Afryki.

Henryk Kasperczak często opowiada, jakiś czas temu choćby w Onecie, że gdy w 1994 roku jechał na swój pierwszy Puchar Narodów Afryki i przyszło mu obgadywać temat ewentualnych premii dla drużyny z władzami federacji Wybrzeża Kości Słoniowej, ci pokazali mu listę nagród finansowych dla iworyjskiej reprezentacji z 1992 roku, kiedy WKS wygrało PNA. Polak patrzy, a tam nieznane mu nazwiska. Pyta, co to za piłkarze. Żadni piłkarze, słyszy w odpowiedzi, a „marabu”.

Szamani z Wybrzeża Kości Słoniowej za ten 1992 roku śmiertelnie się zresztą obrazili. Iworyjczycy wygrali Puchar Narodów Afryki bez straty gola. Bramkarz Alain Gouamene, który pokonać dał się tylko w seriach rzutów karnych w półfinale z Kamerunem i w finale z Ghaną, słynął z umieszczania za swoją bramką białej sportowej torby. – Ghańczycy się jej bali. Krzyczeli, że mam tam „juju”. „Torba, torba, zobacz”, wołali do sędziego. A nic takiego tam nie miałem. Chciałem im to pokazać. „Proszę, otwórzcie”, powiedziałem. Odskoczyli jak oparzeni – śmiał się Gouamene w rozmowie z „L’Équipe”. Podczas finału PNA torbę ukradł mu dzieciak z trybun. Kibice „Czarnych Gwiazd” zajrzeli do środka. Tam ręcznik i rezerwowa para rękawic.

Udział w triumfie przypisywali sobie jednak „marabu” z Wybrzeża Kości Słoniowej, którym zapłacić obiecał tamtejszy minister sportu. Rachunków nie uiścił, szamani rzucili klątwę, że nici z kolejnych zwycięstw w Pucharze Narodów Afryki, więc dekadę później minister obrony Moise Lida Kouassi musiał z oficjalną delegacją, butelkami z trunkami i dwoma tysiącami dolarów wyruszyć do zabitej dechami wiochy Akradio, oddalonej o godzinę drogi Abidżanu, żeby prosić „marabu” o przywrócenie „Słoniom” boiskowej pomyślności.

Zarzynane cielaki 

Wojciech Łazarek był obieżyświatem na miarę czasów, w których na obczyźnie zmyślał nawet Ryszard Kapuściński. Prowadził dwa kluby w Izraelu – Hapoel Kefar Sawa i Hapoel Taibe, klub w Arabii Saudyjskiej – Ettifaq FC, a także reprezentację Sudanu. Jego wyniki, zwycięstwa, porażki, sukcesy i klęski, taktyki, plotki i anegdotki z tamtych wojaży należy zamknąć zgrabną sentencją Kurta Vonneguta z „Rzeźni numer pięć”: „To wszystko zdarzyło się mniej więcej naprawdę”. Albo maksymą z Pawła Zarzecznego: „Niech prawda nie przeszkadza w narracji”. W Tanzanii jego piłkarzy pogryzły aligatory, w Egipcie po kielichu pijackim buzi-buzi zhańbił żonę jakiegoś prezesa, co go trzeba było tekstem „masz jeszcze trzy, więc się bujaj naleśniku i nie pierdol” naprostować, rozumiecie…

W Wirtualnej Polsce ściszonym głosem zdradzał, że nad Nilem widział, jak piłkarze na stadionie zarżnęli byka, jego krwią skropili całe pole bramkowe, żeby „w końcu przełamać strzelecką niemoc, bo od kilku meczów nie mogli zdobyć gola”. Cały rytuał wydał mu się obrzydliwy, na widok lepiącej krwi wzięło go na wymioty.

W grudniu 2023 roku Kazimierz Jagiełło odebrał nagrodę Lingue d’Or dla trener roku w Gwinei za mistrzostwo kraju zdobyte z zespołem Hafia FC, którego piłkarze, co Polak odnotowywał w udzielonym nam wywiadzie, są bardzo wierzący: modlą się przed każdym treningiem i każdym meczem oraz po każdym treningu i każdym meczu, zarzynają cielaka albo kurę, spuszczają krew zwierzą na boisko, myją się tylko od dołu do góry, smarują się olejami, znoszą liście.

Przed sezonem zarzynali cielaka. Sprowadzili go, postawili taką dużą płachtę, dali na nią tego cielaczka. On biedny zaczął sikać, bo już wiedział, co się szykuje. Wszyscy wokół niego stali, odmawiali modlitwy. W końcu zarżnęli go i dzieliliśmy mięso między zawodników. Potem żeśmy jechali i rozdzielali mięso między kibiców na ulicach. Zatrzymywało się i dawało trochę w torebce. To wszystko trzeba zaakceptować i absolutnie nie wolno ignorować czy się z tego śmiać – referował Jagiełło.

Sławomir Cisakowski, dziś asystent trenera w Stali Rzeszów, jeszcze niedawno szkoleniowiec w Zambii, stwierdził na Weszło, że tylko nieliczni jego podopieczni z City of Lusaka FC wierzyli w działanie „juju”.

Psychologia w proszku

W 1976 roku mistrzem Afryki zostało Maroko. Wicemistrzostwo przypadło Gwinei, której piłkarze trwali w przekonaniu, że o wyniku decydującego spotkania zaważyła „czarna magia”. Raz, że nad Addis Abebą zaszło słońce, a to omen najgorszy z możliwych. Dwa, że na murawę wpadł trójnogi pies, którego formę przyjąć miała wiedźma. Może też dlatego kadra „Syli Nationale” w eliminacjach przed turniejem z 2008 roku woziła ze sobą dziewięcioletniego albinosa, o czym opowiadał Krzysztof Zięcik, asystent selekcjonera reprezentacji Gwinei, w „Przeglądzie Sportowym”.

W książce „Afryka gola! Futbol i codzienność” Michał Zichlarz opisuje losy Erwina Wilczka, gwiazdora Górnika Zabrze przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, w schyłkowym dziesięcioleciu PRL-u pracującym jako trener w Gabonie. – Wchodzę do szatni, a tu pałęta się nie wiadomo kto. Wysypuje na piłkarzy jakiś proszek i tylko przeszkadza mi w pracy. Powiedziałem mu, żeby się wynosił. Kolega z Francji wziął mnie jednak na bok i delikatnie wytłumaczył, że to „preparatoire psychologique” – mówił Wilczek, który z klubem AS Sogara doszedł do finału afrykańskiego Pucharu Zdobywców Pucharów, gdzie „preparatoire psychologique” przed meczem z Al-Ahly ostrzegł go, że spadnie rzęsisty deszcz. Polak tylko się zaśmiał. O 15:00 upał zwykle był niemiłosierny. I tym razem słońce świeciło, aż tu zegar wybił pięć minut do finału, a na niebie pojawiły się czarne chmury. Lunęło.

W 2000 roku Nigeria pokonała Senegal w ćwierćfinale PNA. Dwa gole zdobył osiemnastoletni Julius Aghahowa, który po każdy z trafień celebrował saltami. Bohaterem narodu został jednak dyrektor techniczny reprezentacji Nigerii, Kashimawo Laloko, który tuż przed strzałami Aghahowy wyjął z bramki golkipera rywali Oumara Diallo ni to amulety, ni to fetysze, ni to jeszcze jakieś inne zaczarowane przedmioty. Na Youtube można odnaleźć skrót tego meczu z tytułem: „How late Kashimawo Laloko rescue Nigeria from Senegalese”.

Jeszcze większy skandal wybuchł w 2002 roku. Diallo usiadł na ławce, dostępu do bramki Senegalu bronił wybitnie dysponowany Tony Sylva, a ktoś widział jak przed spotkaniem z Zambią szaman „Lwów Terangi” podejrzaną maścią smaruje słupki. W czasie tego samego Pucharu Narodów Afryki aresztowany został Thomas N’Kono, wielokrotny reprezentant Kamerunu w latach 1975–1994, wówczas asystent selekcjonera Winfrieda Schäfera. Wcześniej przeskoczył płot stadionu Stade du 26 Mars w Bamako, a gospodarze z Mali uznali, że chce rzucić na murawie urok, który sprawi, że „Nieposkromione Lwy” wygrają półfinał z tutejszymi „Orłami”. N’Kono nie był żadnym czarnoksiężnikiem i oczywiście takich zamiarów nie miał. Za nieprozumienie w dyplomatycznym trybie przepraszać musiał sam malijski prezydent Alpha Oumar Konare.

Szamani leczą Mane i straszą Guardiolę

Był 8 listopada 2022 roku, Sadio Mane doznał urazu kości strzałkowej prawej nogi podczas meczu Bayernu Monachium z Werderem Brema. Pierwszy mecz Senegalu na mistrzostwach świata zaplanowano na 21 listopada. W pierwszej chwili wydawało się, że kontuzja na pewno wykluczy go z wyjazdu do Kataru. Niemcy informowali jednak, że rehabilitacja piłkarza przebiega nadzwyczaj sprawnie. Selekcjoner Aliou Cisse liczył na swojego gwiazdora. I wtedy właśnie Fatma Samoura, senegalska sekretarz generalna FIFA, w rozmowie z Europe 1 przekazała, że federacja w procesie leczenia Mane wykorzysta szamanów. – Nie wiem, czy są skuteczni, ale to nagły przypadek, więc tak czy siak, ich wezwiemy. Liczymy na cud. On musi być razem z nami na mundialu – rzuciła. Cud się nie zdarzył. Kontuzja okazała się poważniejsza niż pierwotnie zakładano.

W ostatnich latach załamało się życie Paula Pogby. Kulminacyjnym momentem była publiczna wojna z Mathiasem, własnym bratem, szantażystą i bandytą, który w mediach społecznościowych nazywał sławniejszego członka rodziny manipulatorem, tchórzem, hipokrytą i zdrajcą, trąbił o opuszczenie go na skraju śmierci i insynuował, że gwiazdor kadry „Trójkolorowych” zatrudnił zachodnioafrykańskiego szamana Ibrahima do rzucenia klątwy na Kyliana Mbappe, który od razu zaznaczył, że w starciu słowa ze słowem ufa swojemu przyjacielowi. Pogba przyznał, że istotnie szukał pomocy u szamana Ibrahima. Nie po to jednak, żeby zaszkodzić Mbappe, a prosić o uleczenie kontuzji, odwrócenie trapiącego go losu i łaskę dla biednych afrykańskich dzieci. Niedługo później oblał testy antydopingowe.

Magazyn „FourFourTwo” sugerował swojego czasu, że Francuzom w zdobyciu złotego medalu mistrzostw świata w 1998 roku wydatnie pomógł niejaki Aguib Sosso, czarownik z Bamako. Gwiazdorom „Les Bleus” porozdawał specjalne opaski na nadgarstki, dla Zinedine Zidane przygotowywał wyjątkową kąpiel, a tak w ogóle to myślicie, że zapaść zdrowotna brazylijskiego Ronaldo z finału w Saint-Denis wzięła się z przyczyn niemagicznych?

Gdy Pep Guardiola przez pierwsze sześć sezonów pracy z Manchesterem City nie potrafił wygrać Ligi Mistrzów, angielskie tabloidy z pewną złośliwością przypominały o klątwie rzuconej na niego przez afrykańskich szamanów. W 2018 roku Yaya Toure na łamach „France Football” oskarżył Hiszpana o rasizm, który miał być czynnikiem decydującym o odstrzeleniu go po ośmiu latach gry dla „Obywateli”. Wtedy odpalił się też Dmitri Seluk, znajomy piłkarza, jego samozwańczy agent, od lat znany z kretyńskich wypowiedzi i psucia koledze wizerunku, generalnie szemrany typ. Rosjanin bredził, że Afryka odwróciła się od Guardioli, że afrykańscy szamani nie pozwolą wygrać mu Ligi Mistrzów. Toure po czasie Pepowi wybaczył, a i „rzep” Seluk złagodził tony i w 2023 roku oznajmił, że czary zostały zdjęte.

Piramida Olisadebe

W Tychach stoi czterogwiazdkowy Hotel Piramida. Bryła budynku posiada proporcje analogiczne do piramidy Cheopsa. W ofercie na stronie internetowej odnajdujemy „pobyt dla zdrowia” z pomysłodawcą tego miejsca, uzdrowicielem, naturopatą  Tadeuszem Ceglińskim. W opisie jest dużo o energii czakramu, oczywiście wyjątkowej, pozwalającej na wzmocnienie organizmu, odnowę sił życiowych i powrót do zdrowia, ceny zaczynają się od niecałych trzystu złotych.

Na początku XXI wieku częstymi gośćmi Ceglińskiego byli piłkarze reprezentacji Leo Beenhakkera czy Wisły Kraków, ale przede wszystkim podopieczni zespołów Jerzego Engela, w tym Emmanuel Olisadebe. Na stronie Ślązag.pl czytamy, że „przesądny Nigeryjczyk traktował Ceglińskiego jak wielkiego czarownika czy szamana”. Martins Ekwueme jest dobrym znajomym byłego napastnika reprezentacji Polski, więc wykorzystuję okazję, żeby podpytać, co tam u Olisadebe słychać.

Dwa lata temu KS Legnickie Pole wrzuciło twoje zdjęcie z Emmanuelem Olisadebe. Co teraz porabia?

Martins Ekwueme: – Mamy stały kontakt. Nie powiem, że codziennie, ale często rozmawiamy. Dzwoni do mnie, ja dzwonię do niego. Jest szczęśliwy. Mieszka na co dzień w Nigerii. Pod koniec grudnia mówił mi, że planuje przylot do Polski. Odpowiedziałem mu, że fajnie by było. A on na to, że na pewno nie teraz, bo zimno jest! I, że jak już będzie cieplej, to się pojawi. Ja, że wiadomo. Jest deweloperem. Buduje i sprzedaje nieruchomości. Ma swoje hotele. Jest spoko, wszystko u niego jest dobrze, nie ma powodów do zmartwień. Na zdjęciach widać było, że mu trochę kilogramów przybyło, ale trenuje jeszcze piłkę, w oldbojach sobie gra.

Czary rozczarowujące

Ponga Liwewe, były sekretarz generalny Zambijskiego Związku Piłki Nożnej, pisze w doskonałym tekście „Czar afrykańskiego futbolu” na „New Lines”, że choć Afryka podłączona jest do internetu, a w wielu jej krajach ludzie niemal na stałe przyspawani są do telefonów komórkowych, to nad Pucharem Narodów Afryki w 2024 roku wciąż unosi się mgiełka magii. Rywalizujące w Wybrzeżu Kości Słoniowej reprezentacje rzadziej przyznają się do zatrudniania szamanów, stosowania „juju” czy „muti”, ale wystarczy spojrzeć na trybuny, żeby dostrzec tam ludzi… z innej bajki. Na boisku zresztą też ich nie brakuje.

W 2016 roku do kuriozalnych scen dochodziło podczas meczu Rwanda Premier League między Makurą i Rayon Sports. Napastnik Moussa Camara umieścił jakiś przedmiot w bramce rywali, ganiał się z wściekłymi przeciwnikami po całym boisku, a po wszystkim musiał zapłacić karę w wysokości stu tysięcy franków rwandyjskich za stosowanie czarów.

Ibrahima Ndiaye jeszcze niedawno wykręcał całkiem niezłe liczby w szwajcarskim FC Luzern, które latem 2022 roku zamienił na egipski Zamalek, ale zanim to się stało ochrzczono go mianem „chłopaka-juju”, ponieważ za pomocą fetyszu próbował odwrócić losu przegranego 0:2 przez Senegal U-20 spotkania z kadrą Zambii.

Podobne oskarżenia wystosowywano również w stronę Andre Ayewa, legendy reprezentacji Ghany, rozsypującego na murawie niezidentyfikowany biały proszek. Zarzuty pojawiały się i w 2012, i w 2015, i w 2017 roku.

Emile Thiakane, który w ojczyźnie grywał towarzysko z Sadio Mane, a w Polsce znalazł żonę, nauczył się języka i zalicza już dziewiąty klub, ciekawie opowiadał kiedyś na Łączy nas Piłka: – Mieliśmy grać turniej. Załatwili szamana. Zawsze mówił, że na pewno wygramy. Graliśmy trzy mecze grupowe i wszystkie trzy przegraliśmy. A on dalej, że obiecuje, wszystko wygramy. Nawet nie wiedział, że już odpadliśmy z grupy. To tylko pokazuje, że szaman nie gra w piłkę, nie? Śmieję się teraz, że szaman był do zwolnienia. Podczas takich turniejów widać amulety, rzucają je na boisko. Wierzą mocno, że to ma pomóc. Ja w to nie wierzę, nie używam. Może kiedyś coś próbowałem, ale jak byłem w Afryce, odkąd jestem w Polsce wiem, że trzeba się uczyć taktyki, jak się przesuwać na boisku i wtedy to będzie działało. Same amulety nie zadziałają.

Awudu Issaka z Ghany na przełomie wieków był całkiem obiecującym piłkarzem, brał udział w wygranym mundialu U-17 z 1995 roku, wyciągnął go Anderlecht, krótką szansę dało Auxerre, próbowało TSV 1860 Monachium. W tym ostatnim klubie Issaka zazdrościł talentu Thomasowi Hässlerowi. Ghańczyk ubzdurał sobie, że Niemiec blokuje mu miejsce w składzie, więc zapłacił za rytualne zabicie krowy i wykorzystanie jej krwi przeciwko mistrzowi świata z 1990 roku. Gdy i to zawiodło, Issaka zaczął głosić, że nie warto marnować pieniędzy na czary, tylko skupić się na kopaniu piłki, bo ostatecznie decydujące zawsze będą umiejętności. 

Nchimunya Mweetwa, były reprezentant Zambii, w Finlandii wplątał się w proceder korupcyjny. Wyszedł z tego, jego wyznanie można przeczytać w tekście „How match-fixing led me to my lowest point in life” na stronie Athlete365 przy Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim. W rozmowie z „New Lines” zwraca jednak uwagę na coś zupełnie innego: w im mniej profesjonalnych afrykańskich szatniach się znajdował, tym częściej wierzono tam w „juju”.
Afrykanie wierzą w tradycję, a jedną z nich jest używanie amuletów. Nawet wykształconych ludzi ciągnie do korzeni. Sukces to zasługa „juju” w postaci olejków wsmarowanych w nogi, a nie treningu. Sam widziałem, że ci, którzy w „juju” wierzyli odnajdywali w sobie większe pokłady energii niż ci, którzy w „juju”  nie wierzyli. Tak samo trenerzy, dla których od taktyki ważniejsze było rozpylenie w szatni proszku i włożenie piłkarzom magicznych liści do butów – opowiadał Zambijczyk. Dopiero w Finlandii, gdzie brakowało specyfików potrzebnych do  przygotowania „juju”, Mweetwa odkrył, że najlepiej grają ci, którzy najwięcej umieją, a nie ci, za którymi stoją sztuczki rodem z innego wymiaru. Konkludował ze smutkiem, że ludziom w biednej Afryce „brakuje tak wiele, że muszą wierzyć w rzeczy, które nie istnieją”.

Bóg odpowiada

W artykule „Czar afrykańskiego futbolu” na „New Lines” przytoczona jest rozmowa między Andrew Kamangą i Augustinem Senghorem, prezesami odpowiednio piłkarskich federacji Zambii i Senegalu, po aferze o użycie „juju” przez Ibrahima Ndiaye w 2017 roku. Kamanga się oburzał, że jak to tak można „juju” zaprzęgać do boiskowych zmagań. Senghor odparował, że przecież Zambijczycy modlili się przed meczem i jakoś nikt się temu nie sprzeciwiał. – Wy zwracaliście się do swojego boga, my kierowaliśmy się tradycyjnymi wierzeniami. Czy naprawdę dostrzegasz w tym jakąś różnicę? – pytał.

Emmanuel Adebayor mawia, że kiedy pada na kolana i prosi o coś dobrego Pana, zawsze otrzymuje odpowiedź.

Czytaj więcej o Pucharze Narodów Afryki:

Fot. Newspix

Urodzony w 2000 roku. Jeśli dożyje 101 lat, będzie żył w trzech wiekach. Od 2019 roku na Weszło. Sensem życia jest rozmawianie z ludźmi i zadawanie pytań. Jego ulubionymi formami dziennikarskimi są wywiad i reportaż, którym lubi nadawać eksperymentalną formę. Czyta około stu książek rocznie. Za niedoścignione wzory uznaje mistrzów i klasyków gatunku - Ryszarda Kapuscińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Toma Wolfe czy Huntera S. Thompsona. Piłka nożna bezgranicznie go fascynuje, ale jeszcze ciekawsza jest jej otoczka, przede wszystkim możliwość opowiadania o problemach świata za jej pośrednictwem.

Rozwiń

Najnowsze

EURO 2024

Historia a’la Piszczek. „Dwa dni temu byłem na wakacjach”, teraz strzelił gola

Szymon Piórek
2
Historia a’la Piszczek. „Dwa dni temu byłem na wakacjach”, teraz strzelił gola

Piłka nożna

EURO 2024

Historia a’la Piszczek. „Dwa dni temu byłem na wakacjach”, teraz strzelił gola

Szymon Piórek
2
Historia a’la Piszczek. „Dwa dni temu byłem na wakacjach”, teraz strzelił gola
EURO 2024

Kacper Urbański – młody człowiek skazany na sukces. „On ma coś z Johana Cruyffa”

Jakub Radomski
5
Kacper Urbański – młody człowiek skazany na sukces. „On ma coś z Johana Cruyffa”

Komentarze

20 komentarzy

Loading...