Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Szalony koncept pewnego Czecha. Jak Bohemians podbili antypody

Antoni Figlewicz

Autor:Antoni Figlewicz

29 listopada 2023, 08:50 • 12 min czytania 11 komentarzy

Masz niewielki budżet i głupi patent na scenariusz filmowy — osiemnastu postrzelonych Czechów wsiada na statek i płynie na drugi koniec świata, gdzie ma nieść futbolowy kaganek oświaty mieszkającym do góry nogami Australijczykom, a w nagrodę za służbę światowej promocji piłki nożnej dostać jeszcze dwa kangury. Obsada? Wiadomo, w tak bzdetnym filmie może zagrać tylko cała armia aktorów klasy D i co najwyżej Tomasz Karolak przebrany za futrzaka w ramach jakiegoś nieźle opłaconego epizodu. Kto w ogóle wpadł na to, żeby wysłać pepików do krainy bumerangów i Wielkiej Rafy Koralowej, co to za idiotyzm!? Przecież godne uwagi filmy powstają tylko na podstawie faktów… Scenariusz do kosza.

Szalony koncept pewnego Czecha. Jak Bohemians podbili antypody

Scena I — Praga

Zadymiony stary gabinet. Na meblościance kryształy, jak u babci. W barku solidne zapasy, jak u dziadka.

Rok 1926. Pochylony nad rozerwaną kopertą sekretarz Zdenek Kalina najprawdopodobniej puka się w głowę. Możliwe, że zaraz naleje sobie czegoś mocniejszego, bo sytuacja jest całkowicie wyjątkowa:

— O, jacy głupi ci Australijczycy — mógł powiedzieć — Oni naprawdę nas tam chcą!

Pewnie w duchu przeklinał tych dziwaków, zastanawiając się, na cholerę im na tych antypodach potrzebna reprezentacja Czechosłowacji? Kilka miesięcy wcześniej, gdy tylko dowiedział się, że Aussies chcą do siebie ściągnąć parę europejskich reprezentacji, sekretarz czechosłowackiego ZPN-u spróbował kontaktu z centralą w Sydney. Nie liczył na wiele, nie przyznawał się nawet nikomu, że zgłosił drużynę narodową do udziału w szalonym tournée, obawiając się zapewne kpin ze strony kolegów i samych piłkarzy. Słusznie zresztą, bo pomysł był trochę poroniony. Pierwszy list z Pragi do Sydney podróżował bardzo długie pięć tygodni. Tak samo długie pięć tygodni trwało oczekiwanie na odpowiedź. Negocjacja korzystnych warunków współpracy wymagała od obu stron wysłania kilku takich listów…

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Australijczycy wcześniej zaprosili do siebie Anglików, zdecydowanie bliższych im kulturowo. I językowo. Tym bardziej za zaszczyt należy uznać, że ktoś w dalekiej Australii, to dopiero kuriozum, wpadł na pomysł, żeby to właśnie Czesi i Słowacy pokazali na największej wyspie świata piłkarskie cuda. Problem w tym, że Kalina nie mógł wysłać w czteromiesięczne tournee najlepszych z najlepszych, bo zdziesiątkowałby czołowe drużyny rodzimej ligi. Nawciskał Australijczykom kitu, że pokaże im reprezentację narodową, ale tak naprawdę nie mógł tego zrobić, bo nikt w ojczyźnie nie wierzył w jego utopijną wizję wyjazdu na koniec mapy. A któraś z tych większych ekip? Sparta Praga — wiadomo, wizytówka Czech — miała już zaplanowany wyjazd do Ameryki, rozkładu jazdy nie zmieni. Również praska Slavia odmówiła tego zaszczytu w formie kukułczego jaja. Nawet w Viktorii Żiżkov nie mieli zamiaru telepać się przez cały świat, żeby pokopać piłkę z… no nawet nie za bardzo wiedzieli z kim, ale kopać nie mieli zamiaru.

— Kto to nam tam jeszcze został… — zastanawiał się pewnie Kalina.

Scena II — Dworzec

Dworzec główny w Pradze. Kilkunastu gości pakuje ogromne bagaże do pociągu. Wokół hałas lokomotyw i stukot obcasów.

W sobie tylko znany sposób zdołał namówić na podróż życia czternastu piłkarzy osiedlowego AFK Vrsovice, choć drużyna nie dysponowała na ten moment ani jednym bramkarzem. Tu uparty jak osioł Kalina znów wykazał niezwykły zmysł do załatwiania rzeczy nie do załatwienia. Antonin Kulda i Josef Sejbl niewiele mieli wspólnego z kolegami z pola — ten pierwszy na co dzień grał dla Rapidu Vinohrady, klubem drugiego był Bubenec. Tak czy siak, obaj bronili lepiej niż którykolwiek zawodnik z pola reprezentujący praskie Vrsovice (które jeszcze kilka lat wcześniej były odrębną miejscowością).

Czeska delegacja w komplecie.
Górny rząd od lewej: trener Zdislav Práger, Antonín Mašat, Oldřich Havlín, Antonín Kulda, Jan Eisner, sekretarz Zdeněk Kalina.
Środkowy rząd od lewej: Josef Šejbl, František Krejčí, Antonín Kašpar, Václav Pinc, František Hoffmann, Jaroslav Průšek, Jan Knížek.
Dolny rząd od lewej: František Špic, Jaroslav Hybš, Jan Wimmer, František Kučera, Václav Rubeš.
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Z czasem udało się też przekonać opinię publiczną, że tournee nie jest tak idiotycznym pomysłem, jak się wydawało. Mocnym argumentem za wyjazdem do Australii okazały się pieniądze — w marcu 1927 roku czeska federacja zainkasowała od gospodarzy wyjazdu całkiem niezłą sumkę, która zamknęła usta marudzącym działaczom. Kalina i tak nie mógł być do końca pewien czy wszystko, co zaplanował, wypali. Tyle rzeczy mogło się nie udać.

Odetchnął, chociaż na chwilę, gdy 7 kwietnia 1927 roku do pociągu na największym praskim dworcu wcisnął szesnastu piłkarzy, trenera Zdislava Pragera i samego siebie. Skład wyruszał właśnie w kierunku Neapolu, gdzie rozpocząć miał się dwudziestotrzydniowy rejs do Australii. Z postojami w Wiedniu, Wenecji i Rzymie delegacja dotarła do miasta położonego u podnóża Wezuwiusza. Miasta, w którym kiedyś usłyszą o jakimś Diego Maradonie, a o kilkunastu zapaleńcach z Czechosłowacji zapomną…

Scena III — Neapol

Ciepło, ładnie, dużo Włochów. Na peronie panowie od Mussoliniego.

Przywitanie w Neapolu nie należało do najcieplejszych. Tak po latach wspominał pierwsze chwile w stolicy Kampanii napastnik Vrsovic, Jaroslav Hybs:

— Jak tylko wysiedliśmy z pociągu, otoczyli nas panowie w czarnych koszulach. Chcieli nas zamknąć na kilka dni, tak na wszelki wypadek. Mógł oczywiście interweniować nasz ambasador, ale z tego, co potem słyszałem, był w tym czasie na rybach. Przez to spędziliśmy na tym dworcu około czterech godzin, uratował nas ostatecznie ktoś z konsulatu — opowiadał zawodnik — Nazajutrz mieliśmy się jednak zgłosić na kontrolę. Nie byłoby z tym żadnego problemu, gdyby czterech moich kolegów nie postanowiło mieć tego gdzieś — Rubes, Havlin, Wimmer i Krejci wymknęli się chyłkiem i postanowili sobie pozwiedzać Pompeje. W efekcie przed Włochami stanęło nas tylko czternastu — wspominał Hybs.

Szczęśliwie owi Włosi nie okazali się zbyt lotni. Napastnik wspominał, że niektórzy z jego kolegów zgłosili się po prostu dwukrotnie na osobistą kontrolę i po odbiór potrzebnych dokumentów, a neapolitańczycy nawet się nie zorientowali. Albo nie chcieli się zorientować…

Po południu odnaleźli się czterej turyści i jak gdyby nigdy nic wsiedli z kolegami na prom Orsova, którego trasa miała prowadzić przez Morze Śródziemne, Kanał Sueski, Morze Czerwone i oczywiście Ocean Indyjski. Tam na czechosłowackich piłkarzy czekała jedna dodatkowa atrakcja.

Scena IV — Cejlon

Prom w porcie. Po okolicy krzątają się rdzenni mieszkańcy wyspy i żołnierze. Parno.

Drużyna, która w ojczyźnie nosiła niewymawialną dla Anglosasów nazwę AFK Vrsovice, na potrzeby tournee nazwana została Bohemians, nawiązując tym samym do określenia przynależnego całemu czeskiemu regionowi. Łatwiej też było udawać, że do Australii płynie futbolowy kwiat narodu czechosłowackiego, co jednak nie było do końca zgodne z prawdą.

Nad swoimi Bohemians cały czas czuwał trener Prager, który organizował na pokładzie statku ogólnorozwojowe treningi. Kalina natomiast załatwił drużynie mecz sparingowy podczas jednego z postojów, w stolicy Cejlonu — Kolombo. Stacjonująca tam brytyjska armia była w stanie wystawić całkiem reprezentatywną jedenastkę, która miała sprawdzić formę podróżnych. Zasiedzeni Czesi zeszli na ląd, niemal od razu kierując się na boisko.

23 kwietnia Bohemians zagrali swój pierwszy mecz pod nową, jak się później okazało, bardzo ważną dla losów praskiej drużyny, nazwą. Inauguracja tournee była naprawdę udana – wygraną 4:2 oklaskiwali widzowie i sami rywale. Tu Kalina mógł odetchnąć z ulgą po raz kolejny, bo wiele wskazywało, że w Australii nie czekają na jego wyjątkową reprezentację narodu czechosłowackiego większe wyzwania. Skoro więc będą ogrywali wszystkich, to nikt nawet nie pomyśli, że w Europie zostało jeszcze kilku lepszych Czechów. Czy tam kilkuset.

Scena V – Australia

W powietrzu unosi się zapach ogromnych pająków i Góry Kościuszki. Dzieci noszą za pasem bumerangi. Nad morzem da się żyć, w każdym innym miejscu jest sucho i niezbyt gościnnie.

— Odkąd wypłynęliśmy z Cejlonu, rozmawialiśmy już tylko o Australii — wspominał obrońca Antonin Kaspar. To był cel ich podróży, powód ekscytacji. Przepłynęli świat właśnie po to, by na własne oczy zobaczyć ten odległy ląd. By z dumą reprezentować swój kraj, napisać większą lub mniejszą historię tej jedynej w swoim rodzaju podróży.

Do brzegu dobili 3 maja. Na powitanie czechosłowackiej delegacji wyszła grupa australijskich działaczy, dziennikarzy, kibiców i kilku mieszkających na antypodach rodaków. Wydarzenie miało niemal rangę królewskiej wizyty — Czesi najpierw zostali uroczyście przyjęci w porcie Fremantle, a już chwilę potem zagościli w położonym nieco dalej od brzegu Perth, gdzie już dwa dni później zagrali swój pierwszy z pokazowych meczów.

W składzie na spotkanie z reprezentacją Zachodniej Australii znalazło się miejsce dla dwóch fanów zniszczonych wybuchem wulkanu ruin, niesfornych Frantiska Krejciego i Jana Wimmera. Ten drugi ustrzelił nawet hattricka, o czym nadano z antypodów telegram prosto do Pragi. Ostatecznie wysokie zwycięstwo bawiących się piłką Czechów oklaskiwało kilka tysięcy widzów. Oj, tak, klaskali ciągle i doceniali każdy najmniejszy oraz najprostszy element piłkarskiego rzemiosła. Ostatecznie Bohemians wygrali 11:3, od razu umawiając się z rywalami na rewanż.

Mecze Czechów w Australii oglądało naprawdę wielu kibiców.

Tak rozpoczęła się zdecydowanie najdłuższa część całej historii. Czesi przez ponad dwa miesiące żyli od meczu do meczu, grając w piłkę non stop i nie mając wystarczająco czasu na odpoczynek.

— Przechodziliśmy z rąk do rąk. Tu przyjęcie u burmistrza miasta, tam znowu inne u prezesa związku piłkarskiego, potem jeszcze przejazd autokarem do innego miasta. Każdego wieczoru przygotowywali dla nas uroczystą kolację — przypominał sobie Kaspar.

W międzyczasie Jaroslav Krejci starał się opisywać wszystkie wydarzenia kolejnych dni, a swoje notatki wysyłał w listach do ojczyzny. Kolejne mecze, kolejne wystawne kolacje i obiady, oklaski, kolejne tysiące kibiców. Perth, Adelaide, Melbourne, Wagga Wagga, wreszcie pod koniec maja Sydney. To tam okazało się, że zagranie siedmiu spotkań w trzy tygodnie nie jest taką prostą sprawą — zmęczeni Bohemians nie podołali reprezentacji Nowej Południowej Walii i ulegli gospodarzom 4:5. Telegramowe doniesienia wysyłane do Europy potwierdziły jednak, że, to takie ładne i dobrze znane w Polsce określenie, to nie był czysty mecz. Arbiter jakby nie zauważał przewinień Australijczyków, a ci rozochoceni jego stronniczością ostro atakowali Czechów. Jednego po drugim.

Ofiarą agresywnej gry padł bramkarz, Kulda, dla którego tournee dobiegło końca. Oczywiście w wymiarze sportowym, bo co pojadł u kolejnych burmistrzów, to jego.

Scena VI — Kangury

Połamany Kulda z bólu ledwie stoi na nogach. Zbyt wygodne łóżka, co dzień inne. Sekretarz Kalina tylko je i pije — zaraz będzie wyglądał jak dwóch sekretarzy.

Czerwiec upłynął Bohemians pod znakiem gigantycznego zmęczenia. Mimo to dzielni Czesi zbierali oklaski od coraz liczniejszej na ich meczach widowni. Zachwycali. Mniejsza o wyniki, choć w dziewiętnastu meczach ostatecznie przegrali tylko trzy razy.

Jedna z porażek przytrafiła się czechosłowackiej delegacji w Brisbane. Zgodnie z notatkami Krejciego, Bohemians zasłużyli na przegraną. Razili nieskutecznością, pozwalali rywalom na zdecydowanie zbyt wiele. Oklasków i pełnych zachwytu okrzyków też było jakby mniej, choć sukces promocyjny czechosłowackiego futbolu za granicą był i tak trudny do podważenia.

Bohemians z dumą nosili fikuśne, zielono-białe marynarki.

Triumfujący sekretarz Kalina spokojnie mógł sobie oglądać każdy kolejny mecz, wiedząc dobrze, że jemu już nic nie odbierze sukcesu pokazowej trasy. 5:5 z reprezentacją Australii? W porządku, fajny mecz. Wygrana z maleńkim Ipswich & West Moreton 5:3? Nawet lepiej, w końcu to my jesteśmy górą.

Nawet jednak ktoś tak biegły w teorii relacji międzyludzkich i tak zaradny jak Kalina musiał zdębieć, gdy minister ze stanu Queensland postanowił podarować ekipie Bohemians dwa małe kangury.

— No i co ja z nimi zrobię!? — mógł myśleć organizator wyjazdu.

Wziął te zwierzaki, bo przecież nie mógł odmówić. Kangury były przeznaczone dla prezydenta Czechosłowacji, Tomasa Masaryka, a Bohemians mieli być tak naprawdę tylko pośrednikami w ich przekazaniu. Australijczycy nie chcieli uhonorować tylko piłkarzy, którzy ich odwiedzili — szacunek żywili już do całego narodu czechosłowackiego, choć znali tylko jego grających w piłkę przedstawicieli i grupę Czechów mieszkających w Sydney czy Perth.

Szydzący z pomysłu sekretarza Kaliny przeciwnicy tournee po Australii nabijali z vrsovickiej ekipy przed samym wyjazdem na koniec świata.

— Przywieźcie nam kangury!

No i Kalina miał wrócić do domu jako jeden z bardziej dowcipnych Czechów. Nie dość, że zarobił na tej wycieczce niezłe pieniądze, to jeszcze utarł nosa tym, którzy nie mogli uwierzyć w jego… nosa do piłkarskiego interesu.

Scena VII — Powrót

Sztorm. Promem buja we wszystkie strony świata. Słychać nerwowe porykiwania kangurów i bulgotanie obolałych brzuchów czeskich piłkarzy.

Ostatni mecz Bohemians znów zagrali z reprezentacją Australii Zachodniej. Różnica między pierwszym i dziewiętnastym spotkaniem objazdówki po antypodach była jednak znacząca, na co zresztą zwracali uwagę w swoich wspomnieniach Czesi.

— Było jasne, że jesteśmy dobrymi nauczycielami nowoczesnego futbolu. Australijczycy grali szybko, po ziemi. Łatwiej znajdowali pozycje do strzału — zanotował w pamiętniczku Krejci.

Mimo to gracze z Vrsovic wygrali 3:2. Trochę już powłóczyli nogami, ale uśmiechy nie schodziły z ich ust. Każdy wypchał bagaż suwenirami, których w ojczyźnie nigdy by nie uświadczył. Każdy był też przepełniony dumą — Australijczycy zgodnie twierdzili, że Bohemians zaprezentowali coś więcej niż wcześniej Anglicy. Z drugiej strony Czesi mieli chyba jednak nieco gorsze zdanie o występach gospodarzy…

— Australijczycy grali w angielskim stylu, czasem nawet jeszcze ostrzej. Pamiętam, jak nas pokopała drużyna z Nowej Południowej Walii — wspominał Jaroslav Hybs. — Grali tu do tej pory Kanadyjczycy, Chińczycy i Anglicy, więc jeśli miejscowi eksperci docenili nas na ich tle, to był to ogromny zaszczyt.

Napastnik Bohemians miał odegrać jeszcze jedną ważną rolę w tej historii. Gdy 4 lipca Czesi ponownie zaokrętowali się na promie płynącym do Neapolu, rozpoczęli burzowy rejs, o wiele mniej przyjemny niż ten na antypody. Choroby morskiej nie mieli tylko Kalina (działacze są ulepieni z innej gliny), trener Prager i właśnie Hybs. Reszta rzygała dalej, niż widziała i do samego Kanału Sueskiego przeżywała wielkie katusze.

W tym czasie ktoś musiał się zaopiekować parą kangurów. One też źle znosiły trudy morskiej podróży, były bardzo, ale to bardzo nerwowe. Podczas karmienia jeden nawet uciekł z klatki i zaczął hasać po rozbujanym pokładzie. Hybs przy wsparciu kilku marynarzy zdołał ujarzmić zwierzę, jednak nie uniknął przy tym kilku kompromitujących wywrotek i przeciągnięcia po pokładzie przez rozbrykanego kangura.

Ostatecznie osiemna… dwudziestu już członków Bohemians wróciło bezpiecznie do Neapolu. W Pradze czekało na nich gorące przywitanie, w którym nie wzięli jednak udziału trzej bohaterowie.

Antonin Kaspar — Niestety niewiele mogę powiedzieć o przywitaniu, jakie zgotowali naszej drużynie rodacy. Nie było mnie tam. W drodze powrotnej Havlik, Prusek i ja zgubiliśmy się w Wenecji — kto by się nie chciał tam zgubić…

Epilog — Praga

AFK Vrsovice tak dobrze udawali czeską reprezentację narodową, że już na zawsze pozostali Bohemians. Jan Wimmer, Jaroslav Prusek i Antonin Masat przyrzekli na Boga, że nigdy więcej nie wsiądą na statek i nie chcą mieć z morzem nic wspólnego. Trzech innych gapowatych Czechów odnalazł wreszcie w Wenecji trener Prager. Zwierzęta przywiezione z antypodów trafiły do kraju z opóźnieniem, bo Włosi postanowili je przebadać nieco dokładniej niż trzy miesiące wcześniej czechosłowackich piłkarzy.

Bohemians witani z honorami na praskim dworcu.

Prezydent Masaryk oczywiście przyjął kangury, ale pomny przygód Hybsa nie miał zamiaru trzymać ich w domu. Dwa symbole sukcesu Czechów na australijskiej ziemi znalazły więc przytulną kwaterę w praskim ogrodzie zoologicznym. Jeden do dziś widnieje w herbie praskiej drużyny. Drugi — wypchany — dumnie stoi w muzeum Bohemians i przypomina o historii pewnego szalonego pomysłu Zdenka Kaliny. Historii godnej niskobudżetowej ekranizacji z Tomaszem Karolakiem w roli kangura.

WIĘCEJ NA WESZŁO:

Wspomnienia piłkarzy za Historicky zájezd Bohemians do Austrálie v roce 1927
fot. Newspix / bohemians.cz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń

Najnowsze

Piłka nożna

Wisła w półfinale Pucharu Polski, chyba że sędzia Kos w przyszłym tygodniu zmieni zdanie

Paweł Paczul
28
Wisła w półfinale Pucharu Polski, chyba że sędzia Kos w przyszłym tygodniu zmieni zdanie
Anglia

Znamy ćwierćfinalistów Pucharu Anglii. Emocje do samego końca w 1/8 finału

Paweł Wojciechowski
0
Znamy ćwierćfinalistów Pucharu Anglii. Emocje do samego końca w 1/8 finału

Inne kraje

Piłka nożna

Wisła w półfinale Pucharu Polski, chyba że sędzia Kos w przyszłym tygodniu zmieni zdanie

Paweł Paczul
28
Wisła w półfinale Pucharu Polski, chyba że sędzia Kos w przyszłym tygodniu zmieni zdanie
Anglia

Znamy ćwierćfinalistów Pucharu Anglii. Emocje do samego końca w 1/8 finału

Paweł Wojciechowski
0
Znamy ćwierćfinalistów Pucharu Anglii. Emocje do samego końca w 1/8 finału

Komentarze

11 komentarzy

Loading...