Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Trela: Ale Bayer! Leverkusen Xabiego Alonso „drużyną godziny” w Europie

Michał Trela

Autor:Michał Trela

24 listopada 2023, 15:42 • 12 min czytania 2 komentarze

To już praktycznie pewne, że Bayer okaże się dla Xabiego Alonso ostatnim przystankiem przed objęciem klubu z najwyższej światowej półki. Sprawą otwartą pozostaje, czy zanim ruszy prowadzić Reale Madryt tego świata, zdoła postawić sobie pomnik także w Leverkusen.

Trela: Ale Bayer! Leverkusen Xabiego Alonso „drużyną godziny” w Europie

To zjawisko, które pojawia się w prawie każdym sezonie, ale nigdy nie wiadomo, gdzie wystąpi ponownie. W jednym miejscu i czasie splata się na moment wiele sprzyjających zbiegów okoliczności. Piekielnie utalentowany trener, który już za moment będzie pracował w jakimś superklubie. Wyjątkowo zdolny młodzian od dawna obserwowany przez wielkich tego świata, którego eksplozja właśnie następuje. Kilka transferów pasujących jak ulał od pierwszego dnia. Odpowiednie okoliczności zewnętrzne – w najbliższym otoczeniu klubu, ale też u krajowych rywali. Do tego trochę meczowego szczęścia, unikanie urazów i zakręcenie się w pozytywną spiralę na początku sezonu. Tak powstaje najpopularniejsza drużyna drugiego wyboru danego sezonu w Europie.

Być może nie zdobędzie żadnego trofeum. Być może runie na dłuższym dystansie. Ale tydzień po tygodniu jej zmagania z większymi od siebie będą śledzić tysiące niezaangażowanych emocjonalnie osób, które po prostu czują, że danemu zespołowi trudno nie życzyć dobrze. Niemcy nazywają to ulotne zjawisko „Mannschaft der Stunde”. Drużyna godziny.

W zeszłym roku było w tej sytuacji Napoli, wcześniej bywały Monaco czy Lille w rywalizacji z PSG, Borussia Dortmund w pierwszym sezonie Thomasa Tuchela i w czasach Juergena Kloppa, czy Leicester City, matka wszystkich piłkarskich bajek. Coraz więcej wskazuje, że w tym sezonie to miano przypadnie Bayerowi Leverkusen. Nadzieja Bundesligi na przerwanie dołującej dominacji Bayernu Monachium. Powiew świeżości na trenerskim rynku. Ulubiona drużyna taktycznych nerdów, jeśli już przejadło się im Brighton Roberto De Zerbiego. To już pewne, że Xabi Alonso, obejmując rok temu walczący o utrzymanie Bayer Leverkusen, idealnie wybrał pierwszy krok do postawienia w seniorskiej karierze trenerskiej. To już niemal pewne, że jego następny klub będzie z absolutnie najwyższej półki. Ale sprawą całkowicie otwartą jest, czy zanim trafi do Realów tego świata, zostanie też legendą Bayeru Leverkusen i przejdzie do historii niemieckiej piłki.

Mądry pierwszy krok

Ten Bayer Leverkusen walczący o utrzymanie to, przyznajmy, trochę środek stylistyczny na potrzeby zbudowania dramaturgii. Już w październiku 2022 roku, gdy Alonso pojawił się w Nadrenii, zostając największą globalną figurą pracującą na chwałę Bayeru od czasu transferów Bernda Schustera i Rudiego Voellera na początku lat 90., było wiadomo, że miejsce tamtej drużyny w strefie spadkowej to tylko chwilowy zrzut ekranu. Już wtedy było wiadomo, że Alonso starannie przemyślał miejsce wejścia do dużej piłki. Przez pięć lat przygotowywał się do tej chwili w zaciszu struktur klubów, które dobrze znał, pracując najpierw w akademii Realu Madryt, później jako trener rezerw Realu Sociedad.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Nazwisko miał na tyle mocne i świeże, a aurę z czasów piłkarskich tak jasną, że już wtedy mógł wybrać sobie praktycznie dowolny klub. Grał w Realu, Liverpoolu oraz Bayernie i w każdym z tych miejsc wyobrażano go sobie jako przyszłego trenera ich drużyn. Wygrał w futbolu wszystko i nie jest to hiperbolą. Już nawet mając 20-kilka lat, poruszał się po boisku i zachowywał jak grający trener. Wprowadzając drużynę o średniej wieku trochę ponad 21 lat na zaplecze La Liga po ponad sześciu dekadach przerwy, udowodnił, że to nie żadna zbiorowa halucynacja, tylko bardzo poważny kandydat na wielkiego trenera. Nie tacy jak on dostawali na starcie nie takie kluby jak Bayer Leverkusen. To on wybrał ich, nie oni jego.

Wybrał mądrze, bo chwycił wańkę-wstańkę, gdy leżała: ktokolwiek by jej nie wziął, za chwilę i tak by się odbiła. Zasadniczo objął klub z ambicjami sięgającymi niemieckiej czołówki i możliwościami finansowymi, które te ambicje uzasadniają. Z dobrą akademią i działającą siecią skautingu. Regularnie grający w europejskich pucharach, a więc posiadający pewną międzynarodową renomę. A jednocześnie funkcjonujący bez wielkiej presji setek tysięcy niecierpliwych kibiców i medialnego zgiełku, mielącego każdy najdrobniejszy skrawek rzeczywistości. Idealna platforma, by w razie sukcesu uwiarygodnić się dla absolutnie największych, ale jednocześnie jeszcze wybaczająca pewne błędy.

Pierwszy sezon przebiegł zgodnie z planem. Obiecująco, choć niezachwycająco. Hiszpan podniósł drużynę na szóste miejsce w lidze, awansował do Ligi Europy, w której dotarł do półfinału. Miewał fazy znakomite, zdradzające wielkie możliwości. Miewał też momenty wskazujące mankamenty – lanie 1:5 od Eintrachtu Frankfurt, pokazujące trenerowi, że musi zacząć od podstaw. Klęska w Bochum, grzebiąca szanse na zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów. 180 minut bezskutecznych prób dobrania się do skóry Romie Jose Mourinho, przekreślające okazję zdobycia pierwszego od 30 lat trofeum dla klubu, które zamieniłoby jego debiutancki sezon z obiecującego w znakomity. Zasadniczo nie wydarzyło się jednak wówczas jeszcze nic, czego nie widziano by w Leverkusen wcześniej. Miewali tam już w poprzednich latach drużyny, które grały przez jakiś czas dobry futbol, dawały nadzieję na triumf w Lidze Europy i roztaczały obiecujące perspektywy na przyszłość. Nie trzeba było być Xabim Alonso, by to wszystko osiągnąć. Hiszpan wylał jednak fundamenty pod niezwykłe rzeczy, które zaczęły się dziać w tym sezonie.

Wsparcie z klubu

Nie działał sam. Jakkolwiek zatrudnienie akurat jego nie wymagało od dyrektora sportowego odkrycia go, a raczej przekonania, że Leverkusen to dobre miejsce na pierwszy krok w karierze, na pewno wymagało odwagi. Nie jest tak, że Bayer nie ryzykował kompletnie nic. Początek minionego sezonu był na tyle fatalny, a rozprężenie, które wraz ze złymi wynikami zamieniło się w zwątpienie, rozpanoszyło się po drużynie na tyle, że nie brakowało głosów, iż stawianie akurat w tym momencie na hiszpańskiego speca od gry pozycyjnej może być jednak dość ryzykowne. Dla Simona Rolfesa była to pierwsza tak duża decyzja w roli dyrektora sportowego. W klubowych strukturach był do tego przygotowywany już od jakiegoś czasu, ale jako głowa działu zastąpił odwiecznego Voellera dopiero kilka miesięcy wcześniej. Alonso był jego pierwszym zupełnie autorskim wyborem, choć Fernando Carro, hiszpański prezes klubu, też na pewno odegrał tu jakąś rolę.

Wsparcie Rolfesa dla Alonso nie zakończyło się jednak w momencie zatrudnienia go. Wspólnie obserwowali, czego brakuje drużynie, by wejść na wyższy poziom i w lecie dyrektor sportowy przeszedł do działania. Carro zdradzał, że udało się pozyskać aż czterech piłkarzy, którzy zajmowali pierwsze miejsca na liście rekrutacyjnej pod idealne profile zawodników do drużyny. To w przypadku klubu formatu Bayeru jest raczej ewenementem niż normą. Świadczy zarówno o skuteczności Rolfesa jako działacza, jak i sile przekonywania Alonso. Alejandro Grimaldo, któremu wygasał kontrakt z Benfiką, otwarcie mówił, że kusiła go perspektywa pracy z tym konkretnym trenerem. Granit Xhaka, pozyskany z Arsenalu, uciekał od odpowiedzi na pytanie, czy zdecydowałby się ten ruch, gdyby nie namawiał go do niego Alonso. A Jonas Hofmann, uznany w Borussii Moenchengladbach za zdrajcę, uzasadniał niespodziewaną przeprowadzkę po sąsiedzku wrażeniem, jakie wywarła na nim rozmowa z trenerem. Nie ma co ukrywać, piłkarz, który wygrał w karierze absolutnie wszystko i ledwie sześć lat temu grał jeszcze w Bayernie, obecnemu pokoleniu wciąż działa na wyobraźnię. Większość jego kadry żywo pamięta wielkość Alonso z boiska.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Absolwent trenerskiego uniwersytetu

41-latek zadbał jednak o to, by być kimś więcej niż trenerem, który wciąż ma sylwetkę jednego z nich i nadal potrafi ich na treningu zawstydzić mierzonym podaniem na kilkadziesiąt metrów. Z uniwersytetu, jaki przebył jako piłkarz, na którym wykładali Rafa Benitez, Jose Mourinho, Pep Guardiola, Carlo Ancelotti czy Vicente del Bosque, wyciągnął wszystko, co najlepsze. W pierwszym sezonie udowodnił, że nie jest dogmatykiem. W czasach wychodzenia z kryzysu stawiał na stabilną obronę i zaskakująco proste, jak na niego, środki. Kolejne elementy dokładał z czasem. Bayer jest drużyną grającą futbol pozycyjny, ale z zachowaniem elementów szybkich i bezpośrednich, jakie wprowadzał wcześniej Gerardo Seoane. Jest niebywale uniwersalny taktycznie. Rozumie taktykę, ale doskonale czuje też piłkarzy i relacje z nimi. Wydaje się znakomitą mieszanką instruktora, taktyka, autorytetu, ale i trochę starszego kumpla, który był wszędzie tam, gdzie jego gracze dopiero chcą dojść.

Powstał z tego zespół atrakcyjny i skuteczny. W pięciu czołowych ligach europejskich nie ma drugiej drużyny, która w bieżących rozgrywkach punktowałaby ze średnią lepszą niż 2,82 na mecz. Bayer wygrał szesnaście z siedemnastu spotkań we wszystkich rozgrywkach, dając się zatrzymać jedynie Bayernowi Monachium na Allianz Arenie. To też był jednak mecz-wizytówka Alonso. Choć mistrzowie Niemiec szybko objęli prowadzenie, choć dwa razy mieli korzystny wynik, Bayer nic sobie z tego nie robił, miał przewagę w posiadaniu piłki, co w Monachium zdarza się nielicznym i dwa razy odrabiał straty. Innego pretendenta do tytułu – RB Lipsk – Bayer już ma na rozkładzie. Przez – przyznajmy, niezbyt wymagającą – grupę w Lidze Europy przebrnął na razie bez żadnej pomyłki, przeszedł też dwie rundy w Pucharze Niemiec.

Zdobywając 31 punktów w pierwszych 11 meczach ligowych, pobił klubowy rekord, jeśli chodzi o start rozgrywek. W historii ligi tylko jedna drużyna wystartowała równie dobrze – to Bayern Pepa Guardioli z sezonu 2015/16. By pobić jego rekord, Bayer musiałby wygrać jeszcze cztery najbliższe ligowe mecze. Łatwo nie będzie, bo w nadchodzących kolejkach czekają Leverkusen trudne starcia z Dortmundem, Stuttgartem czy Eintrachtem. Ale już samo zbliżenie się do jakiegokolwiek rekordu Bayernu Guardioli przez inną drużynę niż Bayern jest wystarczająco wielkim wyczynem.

Futbol apozycyjny

W poczynaniach drużyny Alonso imponują jednak nie tylko wyniki, ale też polot i ofensywny rozmach. Choć teoretycznie Bayer gra w systemie 3-4-2-1, w rzeczywistości rozrysowywanie jego ustawienia nie ma sensu. Grimaldo, jako lewy wahadłowy, współtworzy często linię obrony, wspomagając ją w rozgrywaniu. Jeremie Frimpong, grający po przeciwnej stronie, regularnie bywa najbardziej wysuniętym zawodnikiem drużyny, choć teoretycznie jest obrońcą. Jonas Hofmann, formalnie prawy ofensywny pomocnik, albo schodzi do rozegrania do środka, albo zabezpiecza po prawej stronie luki pozostawiane przez ofensywnie grającego Frimponga. Zjawiskowy Florian Wirtz porusza się jako wolny elektron między liniami przeciwnika, gdzie akurat jest potrzebny. Odgrywający Victor Boniface schodzi do drugiej linii, by zbudować ścianę, o którą partner będzie mógł odbić piłkę. A Exequiel Palacios i Granit Xhaka, środkowi pomocnicy, schodzą wspomóc obrońców w minięciu pierwszej linii pressingu, rzucają podania diagonalne albo za obronę, tudzież rozbijają ataki rywala, zależnie od tego, co akurat jest potrzebne. 3-4-2-1 regularnie zmienia się w 4-2-4. A zagubieni rywale szykują się na odbiór kolejnego natarcia.

To nie tak, że Bayer po prostu wygrywa. Dziesięć z siedemnastu meczów wygrał trzema bramkami lub więcej. On rozbija rywali. I to na trzech frontach, bo ma zbudowaną całkiem szeroką, wyrównaną kadrę. Alonso gra wprawdzie żelaznym składem – między jedenastym a dwunastym wśród najczęściej występujących piłkarzy w kadrze jest aż czterysta minut różnicy – ale wśród opcji na ławce też są ciekawi piłkarze. Choćby Robert Andrich, powołany niedawno do reprezentacji Niemiec przez Juliana Nagelsmanna, Patrik Schick, król strzelców Euro 2020, Josip Stanisić, medalista ostatniego mundialu, Adam Hlożek, nadzieja czeskiego futbolu, czy Amine Adli, szybki i błyskotliwy skrzydłowy. A to wszystko było możliwe przy ledwie dwunastomilionowym minusie transferowym w lecie. Większość nowych nabytków udało się pokryć sprzedażą za 55 milionów Moussy Diaby’ego do Aston Villi. To też przemawia za świetną pracą wykonaną przez Rolfesa.

Narodziny Titelkusen?

Bayer pozyskiwał w lecie gotowych piłkarzy, którzy nie potrzebowali długiego rozbiegu i mieli już doświadczenie na wysokim albo nawet bardzo wysokim poziomie. Pomogło to stworzyć idealne otoczenie dla prawdopodobnie największego talentu w drużynie, czyli 20-letniego Wirtza, przymierzanego do większości globalnych gigantów. Gdyby nie zerwane w marcu 2022 roku więzadła krzyżowe, być może już dla któregoś z nich by zresztą grał. To są właśnie te sprzyjające zbiegi okoliczności sprawiające, że dany zestaw ludzi może się spotkać w jednej szatni klubu zwykle niebijącego się o trofea. I trzeba w jak największym stopniu to wykorzystać. Carro podkreśla, że celem nadal jest powrót do Ligi Mistrzów, czyli ukończenie ligi w czołowej czwórce, ale dodaje, że „chętnie wziąłby w pakiecie z tym jakiś tytuł”. Czyli coś, czego Bayerowi nie udało się osiągnąć od trzech dekad i co stanowi klubową tożsamość. Ale, jak to ujęło „11Freunde”, Alonso, przynajmniej na moment, próbuje zmienić Neverkusen w Titelkusen. Sam powrót do czasów Vicekusen byłby już jednak sukcesem. Wicemistrzem Niemiec Bayer nie był od dwunastu lat, gdy przy ławce stał jeszcze Jupp Heynckes. W ostatnich latach to Borussia Dortmund i RB Lipsk najczęściej były określane jako „Bayern-Jaeger”, czyli „łowcy Bayernu”. W tym sezonie to Bayer wydaje się największą nadzieją ligi na detronizację seryjnego mistrza.

Przy wszystkich zachwytach, droga do tego jednak wciąż bardzo daleka. Do sprzyjających okoliczności, które pozwalają napisać niezwykłą historię, potrzebna jest zwykle jeszcze słabość faworyta do tytułu. Bayern, choć niewątpliwie bywał już w poprzednich latach silniejszy, w lidze na razie niemal się nie myli. 29 punktów na 33 możliwe to również znakomity dorobek, sprawiający, że wyśrubowane do granic możliwości wyniki Bayeru nie dały mu żadnej poduszki bezpieczeństwa nad wiceliderem. Jedno potknięcie i zespół z Monachium znów będzie na szczycie. Poza tym jest kilka rys psujących idealny obraz startu ekipy z Leverkusen. Sześć goli straconych po stałych fragmentach gry sprawia, że obrona przed zagraniami ze stojącej piłki to niewątpliwie pięta achillesowa drużyny. Bez naprawiania jej, trudno będzie przebrnąć cały sezon bez przykrych wpadek. Nie ma w Bundeslidze zespołu, który straciłby w ten sposób więcej goli.

Co może pójść nie tak?

Ostrożność nakazują też statystyki goli i punktów oczekiwanych, które w dłuższej perspektywie trudno oszukiwać. Według Understat.com Bayer ma w tej chwili o dziesięć goli strzelonych więcej i o dwa stracone mniej niż wynikałoby to z jakości sytuacji podbramkowych. Przeliczając to na punkty oczekiwane – pod względem samego kreowania okazji jest na trzecim miejscu w lidze, nie tylko za Bayernem, ale i za Stuttgartem. Różnica bramek – w rzeczywistości wynosząca rewelacyjne +24 – powinna wynosić około +12. W tabeli Bayer ma według tych wyliczeń o siedem punktów za dużo. W przypadku żadnego innego zespołu w lidze dysproporcja między punktami oczekiwanymi a realnymi nie jest tak korzystna. A to każe sądzić, że do całej dobrej gry drużyny Alonso dochodzi też dużo szczęścia.

Widać też nadchodzące przeszkody. Już mecze z Dortmundem, Stuttgartem i Eintrachtem będą poważnymi sprawdzianami, a po przerwie zimowej dojdzie do prawdziwej próby ognia. Bayer będzie wśród zespołów najbardziej dotkniętych startującym w styczniu Pucharem Narodów Afryki. Z podstawowego składu najprawdopodobniej ubędą mu w ten sposób trzej zawodnicy – snajper Boniface i stoperzy Edmond Tapsoba oraz Odilon Kossounou. Nie wiadomo, jak długo będą uczestniczyć w turnieju i w jakiej formie z niego wrócą. Alonso dotąd rotował rzadko, a nagle będzie musiał wymienić aż trzy ważne ogniwa. To może rozregulować sprawnie działający mechanizm.

Pytanie również, co się wydarzy, gdy będzie musiał zacząć częściej majstrować przy jedenastce. Pucharową grupę z BK Hacken, Karabachem i Molde udało się jeszcze objechać, grając momentami na pół gwizdka. W fazie pucharowej trzeba będzie jednak toczyć po dwa trudne mecze w tygodniu. Zmiennicy będą musieli grać częściej. I choć wydają się mocni, nie wiadomo, czy uda się uniknąć spadku poziomu wraz z wymienianiem kolejnych ogniw. Z ogłaszaniem, że w Leverkusen rodzi się coś naprawdę wielkiego, warto więc jeszcze się wstrzymać. Na razie wciąż bardziej prawdopodobne, że to coś, co się rodzi, to wielka kariera trenerska, niż historia o tym, jak drużyna wiecznych przegrywów przerwała hegemonię potężnego Bayernu. Chociaż taka bajka byłaby piękna.

CZYTAJ WIĘCEJ:

Fot. Newspix

Patrzy podejrzliwie na ludzi, którzy mówią, że futbol to prosta gra, bo sam najbardziej lubi jej złożoność. Perspektywę emocjonalną, społeczną, strategiczną, biznesową, czy ludzką. Zajmując się dyscypliną, która ma tyle warstw i daje tak wiele narzędzi opowiadania o świecie, cierpi raczej na nadmiar tematów, a nie ich brak. Próbuje patrzeć na futbol z analitycznego dystansu. Unika emocjonalnych sądów, stara się zawsze widzieć szerszą perspektywę. Sam się sobie dziwi, bo tych cech nabywa tylko, gdy siada do pisania. Od zawsze słyszał, że ludzie nie chcą już czytać dłuższych i pogłębionych tekstów. Mimo to starał się je pisać. A później zwykle okazywało się, że ktoś jednak je czytał. Rzadko pisze teksty krótsze niż 10 tysięcy znaków, choć wyznaje zasadę, że backspace to najlepszy środek stylistyczny. Na co dzień komentuje Ekstraklasę w CANAL+SPORT.

Rozwiń

Najnowsze

Felietony i blogi

Komentarze

2 komentarze

Loading...