Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Szcześniak: Na kłopoty najlepsza jest praca

Mateusz Janiak

Autor:Mateusz Janiak

30 czerwca 2022, 09:51 • 11 min czytania 3 komentarze

Co robił, kiedy nie grał w juniorach? Dlaczego przed samymi testami w Pogoni ojciec był na niego wściekły jak diabli? Jak wspomina debiut w I lidze? Czy żałuje wypożyczenia do Górnika Łęczna? Po jakim meczu ostro skrytykowali go tata i narzeczona? Wywiad z Kryspinem Szcześniakiem, środkowym obrońcą zespołu ze Szczecina.

Szcześniak: Na kłopoty najlepsza jest praca

Poranek przed lekcjami, Marcin Łazowski – trener i jednocześnie wychowawca klasy – patrzy przez okno i oczom nie wierzy. Kryspin Szcześniak już biega po bieżni. Podobno w czasach gimnazjum w ten sposób reagowałeś na to, że siedziałeś w rezerwie w juniorach Pogoni.

Tak było. Pamiętam taki okres, że na 8 mieliśmy pierwszy trening, pół godziny wcześniej należało zjawić się w szatni, więc o 7 ruszałem na bieżnię. Szkoła, internat i zaplecze sportowe były w jednym miejscu, więc idealnie się składało. I faktycznie, grałem w kratkę. Czasem 20 minut, innym razem 30, potem w podstawowym składzie i znowu na jakiś czas wracałem na ławkę. Wiedziałem, że muszę robić więcej niż inni, a do tego zebrała się fajna ekipa w trzyosobowym pokoju. Zawsze wieczorem jeszcze sobie robiliśmy pompki, brzuszki, grzbiety. Nawzajem się nakręcaliśmy.

Skąd taki zapał do pracy?

Przede wszystkim z domu. Tata, który zaprowadził mnie na pierwsze zajęcia do GKP Gorzów Wielkopolski, powtarzał mi, że trzeba ciężko pracować. Może się zdarzyć, że zabraknie umiejętności, ale nigdy zaangażowania. Był na to bardzo wyczulony. Pamiętam jak bardzo był zły, kiedy przed testami w Pogoni zagrałem źle w Stilonie.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Jens Gustafsson

W Stilonie?

Zaczęło się od GKP. To były czasy I ligi, fajnie to wszystko wyglądało. Tata zabrał mnie na nabór do zespołu rocznika 2000 i 2001, zorganizowano testy, zająłem trzecie miejsce, najlepszy był Sebastian Walukiewicz. Ale później pojawiły się problemy finansowe klubu, zmieniono nazwę na Stilon i ruszyła odbudowa od IV ligi. Wtedy zdecydowaliśmy się na przenosiny do Impulsu Wawrów. Po pierwsze, drużynę prowadził dobry trener. Po drugie, to była szkółka partnerska Zagłębia Lubin, z którym co jakiś czas grała sparingi.

A dlaczego tata był zły przed testami w Pogoni?

Zbliżał się koniec podstawówki i zastanawialiśmy się, co dalej. Opcją awaryjną był UKP Zielona Góra, wcześniej pojechaliśmy na sprawdziany właśnie do Zagłębia…

…z tego, co słyszałem, to nieudane.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Pamiętam dzień, w którym się dowiedziałem o decyzji Zagłębia. Poszedłem do szkoły, potem do babci i tata mnie stamtąd odbierał. Już przyjechał ze złą wiadomością. Niedługo później dowiedział się o testach w Pogoni, tyle że tydzień przed wyjazdem graliśmy ligowy mecz w Stilonie i zaprezentowałem się fatalnie. Jakby mi nie zależało, takie spotkanie „na chodzonego”. Tata się naprawdę wściekł. Całe szczęście, że obiecał mojemu koledze, że nas zawiezie do Szczecina.

Dlaczego?

Na zakończenie testów trener Łazowski zebrał nas w półkolu i wyczytał, kto zostaje. Wybrał sześciu. Wracam do taty, mówię, że się dostałem, na co on, że mam wielkie szczęście, że obiecaliśmy koledze, że z nami się zabierze i nie chciał łamać danego słowa, bo po tym moim ostatnim meczu w Stilonie to by mnie tutaj zabrał. Jeszcze go złość trzymała.

Sześciu? To garstka.

To był ostatni etap naboru i pozostała piątka występowała w kadrze województwa, więc dla nich to była formalność. Praktycznie byli pewni angażu, o czym oczywiście nie miałem pojęcia. Byłem przekonany, że to normalne testy i przyjechał, kto chciał, a tak naprawdę zespół był już niemal skompletowany. Może to i lepiej, że nie wiedziałem? Bez tej świadomości dobrze mi się grało i się załapałem, a kto wie, jak taka wiedza by podziałała.

Trudno było wyprowadzić się z domu?

Akurat dla mnie łatwo. Podobało mi się, że szkoła była połączona z internatem. Trafiła się fajna drużyna, trzymająca się razem i po lekcjach całą chmarą pakowaliśmy się najpierw do autobusu linii 107 na Plac Rodła, a potem w tramwaj 5 lub 7 i na Pogoń, gdzie mieliśmy popołudniowe treningi. Czułem się do tego stopnia dobrze, że nie we wszystkie wolne weekendy wracałem do Gorzowa Wielkopolskiego. Dopiero z perspektywy czasu widzę, że dla rodziców to mogło być trudne, że syn ma względnie blisko, 100 kilometrów, a nie przyjeżdża.

Co robiliście w taki weekend?

Najczęściej spędzaliśmy dwa dni na boiskach. Mieliśmy orlik, było do tenisa, gdzie graliśmy w siatkonogę. A chętni się zawsze się znaleźli, bo chłopaki z dalszych miejscowości nie mieli po co ruszać do domów. Więcej czasu spędziliby w pociągach.

Aklimatyzacja poza boiskiem wzorowa, ale na – już gorsza.

Chociaż sam początek miałem dobry. Zapracowałem na wyjściową jedenastkę, dostałem się do reprezentacji województwa… i właśnie w niej zderzyłem się ze ścianą. Pojechaliśmy na spotkanie z kadrą pomorskiego. Wówczas występowałem w środku pomocy, na 8, a na 10 biegał Kacper Smoliński. We dwóch mieliśmy po 150 centymetrów wzrostu, a przeciwnicy po 180. Byli naprawdę wyrośnięci. Nie mogłem piłki przyjąć. Strata goniła stratę. W przerwie zostałem zmieniony.

Kryspin Szcześniak

W środku pomocy?

Tak, bo w Gorzowie Wielkopolski grałem z przodu. Na 10 albo na skrzydle. Dużą frajdę sprawiało mi strzelanie goli. Ale poziom w Pogoni był znacznie wyższy.

Więc cofnięto cię do obrony.

Według mnie to był przełomowy moment. Jako środkowy pomocnik byłem pierwszym do wejścia z ławki, ale szału nie robiłem. Szczerze, nie dziwię się, że często nie grałem. Dużo więcej atutów mogę pokazać w defensywie.

Jak to się stało, że przesunięto cię bliżej własnej bramki?

Wtedy prowadził nas trener Andrzej Tychowski. W ostatnim starciu sezonu mierzyliśmy się z Vinetą Wolin, trochę już eksperymentował i zdecydował się mnie sprawdzić na stoperze. 20 minut, ale spisałem się bardzo dobrze. Przychodzę na następne zajęcia i trener mówi do mnie: „Kryspin, zrobię z ciebie środkowego obrońcę”.

I zrobił.

Na szczęście dla mnie. W II linii nie doszedłbym do tego miejsca, w którym jestem. I wiem, że tak naprawdę jeszcze nigdzie nie dotarłem, tylko po prostu nawet tu by mnie nie było. Jako stoper prezentuje wszystko, co mam najlepszego. Waleczność, zawziętość, odbiór.

Nie było momentów zwątpienia, kiedy przesiadywałeś w rezerwie?

Nie, robiłem to, co mogłem, czyli dawałem z siebie 100 procent. Tylko jeśli musiałem brać antybiotyk, to mnie nie było na treningach. Poza tym – zawsze obecny.

Samodyscyplina się opłaciła.

Jak mówiłem, wpajano mi ją od dziecka. Wspominałem o tacie i on zajmował się futbolem, ale to samo zaszczepiła mi mama względem szkoły. Oceny musiały się zgadzać, przez trzy klasy gimnazjum dostawałem świadectwo z wyróżnieniem.

Łatwo było pogodzić granie i naukę?

Pomagało towarzystwo w pokoju. Czasem wracaliśmy do internatu na ulicę Hożą koło 20, trzeba było jeszcze zrobić swoje pompeczki i brzuszki, a o 22 siadało się do książek, ponieważ nazajutrz sprawdzian. Kiedy komuś się nie chciało, patrzył na dwóch kolegów obok i co, oni zrobią, a on nie? Tak to działało.

Kryspin Szcześniak

Nie było pokus imprezowania, skoro uwolniliście się spod opieki rodziców?

Nie, nie. Poza samodyscypliną wyniesioną z domu szukałem inspiracji w historiach piłkarzy. Swego czasu bardzo zapadła mi anegdota o Tonim Kroosie, który na starcie kariery nie poszedł na imprezę urodzinową, a wszyscy inni z zespołu poszli. Potem to on seryjnie wygrywał Ligę Mistrzów. To mi dało do myślenia.

Nie było obaw, że skoro byłeś głównie rezerwowym, akademia z ciebie zrezygnuje?

Tak naprawdę to nie. Gdzieś w II klasie gimnazjum zastanawialiśmy się z rodzicami, czy lepiej nie byłoby mi w FASE. Tam pewnie grałbym więcej. Tylko to był początek działania tej akademii, nie wiedzieliśmy, w jakim kierunku to wszystko się rozwinie. Czy będzie CLJ, czy nie. Dlatego zostaliśmy, a w III klasie przejął nas trener Tychowski, stopniowo dostawałem coraz więcej minut i już byłem pewny, że nikt mnie nie pożegna.

Swoją drogą rocznik 2001 w Pogoni był silny. Za Łazowskiego wygrana w krajowej edycji Nike Premier Cup i drugie miejsce w Europie. Za Tychowskiego wicemistrzostwo kraju CLJ U-17.

To prawda. W domu w Gorzowie mam na ścianie oprawiony plakat tamtego zespołu i często gdy na niego patrzę, to sobie myślę: „Cholera, byliśmy mocni”.

Z ekipy, która zdobyła srebro CLJ U-17 w 2018 roku, pięciu zawodników zadebiutowało w Ekstraklasie – Jędrzej Grobelny, Jakub Iskra, Marcel Wędrychowski, Kacper Smoliński i ty. Spodziewałeś, że zagrasz w niej jako 20-latek?

Szczerze? Wydawało mi się, że jako stoper nawet trochę szybciej, ale moja droga była dłuższa, przez wypożyczenie do I ligi. Przy czym nie żałuję wyjazdu do GKS Jastrzębie, zresztą do Górnika Łęczna, już w Ekstraklasie, także. Oba bardzo dużo mi dały.

Kryspin Szcześniak

Pamiętasz debiut w I lidze?

Z Koroną Kielce. Mój pierwszy raz na takim stadionie, z tyloma kibicami… Były nerwy. Po kwadransie byłem zajechany. Sucho w ustach, płuca jakby za małe. Wcześniej na poziomie seniorów rozegrałem kilkanaście meczów w III lidze w rezerwach, a to coś innego. Zaraz po spotkaniu rozmawiałem z trenerem Pawłem Ścieburą i powiedział, co było dobre, a co złe. Nie załamywałem się, tylko pracowałem dalej.

GKS bił się o przetrwanie na zapleczu Ekstraklasy, więc niełatwo o zaufanie dla 19/20-letniego stopera.

Dlatego jestem bardzo wdzięczny trenerowi Ścieburze, że na mnie postawił. Oczywiście, cel mieliśmy jasny – utrzymanie. Ale tworzyliśmy zgraną paczkę, każdy wiedział, co ma robić i to procentowało. Indywidualnie runda jesienna była dla mnie na przetarcie, za to wiosną spisywałem się bardzo dobrze. Czułem, że robię krok do przodu.

Następny wykonał pan już w Ekstraklasie – na wypożyczeniu w Górniku Łęczna. Dlaczego akurat tam?

Z Górnika pojawiła się najkonkretniejsza oferta, zadzwonił do mnie dyrektor sportowy Veljiko Nikitović, co mi się bardzo spodobało. Wszystko załatwiliśmy w dwa dni.

Debiut w Ekstraklasie wypadł nieźle.

Z Cracovią. Prawie 70 minut na prawej obronie, dla mnie nowej pozycji. Pozytywny start, chociaż nie utrzymaliśmy prowadzenia. A potem… No było dużo gorzej. Wiele porażek, kilka przytłaczających.

Występował pan na prawej obronie, jako stoper w czwórce, jako prawy stoper w trójce, jako centralny stoper w trójce.

Wielkie doświadczenie, które będzie procentować.

Ale generalnie też bolesne, bo zakończone spadkiem z ligi.

To prawda, ale uważam, że słusznie zrobiłem, decydując się na Górnik. Rozegrałem 25 meczów w Ekstraklasie. Kilka dobrych, parę słabszych, jednak to wszystko to doświadczenie. Do tego zapracowałem na występ w reprezentacji U-20 i  powołanie do U-21, a w III-ligowych rezerwach bym na to nie zasłużył.

To był trudny sezon pod względem mentalnym?

Po prostu trzeba było robić swoje. Tak jak w gimnazjum nie grałem i należało harować więcej niż inni, tak w ostatnim sezonie jedyną drogą do poprawienia wyników była ciężka praca. Przyjeżdżałem szybciej do klubu, później wyjeżdżałem.

Spodziewam się, że najtrudniejsza do zniesienia była porażka z Pogonią w Szczecinie. Nie dość, że jakby u siebie, to jeszcze z samobójem na koncie.

Nie był to mój udany występ. Co tu gadać… Bardzo chciałem się pokazać, a wyszło słabo. W przerwie mi się oberwało, że nie realizowałem taktyki. Powinienem zagrać dużo lepiej. A gdybym sam tego nie wiedział, narzeczona z tatą mi dobitnie podkreślili.

Jak to?

Zawsze dostaję od nich feedback po meczach i… po tym spotkaniu był bardzo zły. Tata na początku – jeszcze na stadionie, bo był na trybunach – powiedział, że było okej. Jednak porozmawiał z moją narzeczoną Wiktorią, obejrzał wszystko jeszcze raz i przyznał jej rację. Nie było okej. Najgorsze, że z boku wyglądało, jakby zabrakło walki.

Narzeczona zna się na futbolu?

Zna, ma bardzo trafne uwagi. Sama uprawia sport – piłkę ręczną. Jest zawodniczką Pogoni Szczecin.

Jak się poznaliście?

Jeszcze w szkole. W jednej placówce zebrano przedstawicieli różnych klubów – Pogoni, Salosu, FASE czy Chemika Police. Trzymaliśmy się wszyscy, więc czasem chodziliśmy na swoje mecze. Akurat po treningu całą drużyną ruszyliśmy na spotkanie Salosu z FASE. Stałem z kolegą, którego Wiktoria znała. On powiedział: „Hej!”, ona odpowiedziała, więc też rzuciłem; „Hej!”. Odwróciła się, ale poza tym nie zareagowała. Cisza.

I co dalej?

Na Hożą wróciliśmy koło 21.30. Zacząłem się szykować do pompeczek, a nagle przychodzi wiadomość od Wiktorii. Że przeprasza, że nie odpowiedziała. Tak to się zaczęło i już jesteśmy pięć lat.

Najtrudniejszy pierwszy krok. A który był najbardziej wymagający na piłkarskiej drodze? Ze Stilonu do Pogoni, z III ligi do I czy z I do Ekstraklasy?

Jednak ze Stilonu do Pogoni. Tam zderzenie było najboleśniejsze, bo też najdłuższe. Mało grałem przez większość gimnazjum. Jak wspominałem, trzeba było harować więcej niż inni, żeby to zmienić.

Czyli podsumowując – na kłopoty najlepsza jest praca?

Myślę, że tak.

ROZMAWIAŁ MATEUSZ JANIAK

CZYTAJ WIĘCEJ O POGONI SZCZECIN:

foto. Newspix

Rocznik 1990. Stargardzianin mieszkający w Warszawie. W latach 2014-22 w Przeglądzie Sportowym. Przede wszystkim Ekstraklasa i Serie A. Lubi kawę, włoskie jedzenie i Gwiezdne Wojny.

Rozwiń

Najnowsze

Polecane

Pierwsze takie zawody w Polsce! Byliśmy na Pucharze Świata w snowboardzie

Kacper Marciniak
0
Pierwsze takie zawody w Polsce! Byliśmy na Pucharze Świata w snowboardzie

Komentarze

3 komentarze

Loading...