Reklama

Lech zaczął od wody i paluszków, frykasy wjechały po przerwie

Przemysław Michalak

Autor:Przemysław Michalak

19 marca 2022, 22:54 • 3 min czytania 129 komentarzy

Tego wieczoru po prostu nie wypadało zepsuć swoim kibicom. Świętowanie 100-lecia klubu. Ponad 40 tysięcy ludzi na trybunach. Rywal bez formy i na dodatek osłabiony. Lech Poznań nie mógł nie wygrać z Jagiellonią, mimo że w ostatnich latach kompletnie mu z nią nie szło. I wygrał, strzelił trzy gole, ale trochę potrzymał publiczność w niepewności. 

Lech zaczął od wody i paluszków, frykasy wjechały po przerwie

Lech Poznań – Jagiellonia 3:0. Niemoc w pierwszej połowie

Do przerwy bowiem zaserwował nam jedynie wodę mineralną i słone paluszki. Jeśli wpadamy do kumpla z luźną wizytą w środku tygodnia, to okej – taki zestaw nas nie dziwi. Jeśli jednak wybieramy się na wielką uroczystość rodzinną, spodziewamy się suto zastawionego stołu i doznań smakowych, których niekoniecznie doświadczamy na co dzień. Lech długo serwował błędne menu, dopiero w drugiej połowie się zreflektował i wreszcie dostosował poziom gry do okoliczności. W pierwszej odsłonie atakował mniej więcej z werwą stulatka, którym jest jako klub.

Jagiellonia pomysł na ten mecz miała prostszy od konstrukcji cepa: murowanie na swojej połowie, byle nie stracić bramki, a z przodu może jakimś cudem wpadnie coś po kontrze. Piotr Nowak nie zdecydował się nawet na wystawienie nominalnego napastnika. Na początku najwyżej ustawiony był Przemysław Mystkowski, później tę rolę przejął debiutujący w białostockim zespole Diego Carioca, który kilka dni temu podpisał kontrakt w drodze wyjątku dla piłkarzy przychodzących z Ukrainy. Niczym nie zaimponował. Walczył, starał się, zmarnował jedną niezłą sytuację, często za długo holował piłkę i tyle na jego temat.

Taktyka „Jagi” do pewnego momentu zdawała egzamin. Zmuszony do ataku pozycyjnego Lech rozgrywał piłkę dość wolno i przewidywalnie, zupełnie bez elementu zaskoczenia. Jeden jedyny raz udało się szybciej wymienić podania i strzał z linii pola karnego mógł oddać Jesper Karlstroem, lecz piłkę bez większego trudu złapał Zlatan Alomerović. A goście sporadycznie się odgryzali, na przykład wtedy, gdy Romanczuk zabrał piłkę Kwekweskiriemu i ruszył do przodu. Finalnie źle zagrywał w polu karnym i dla „Kolejorza” skończyło się tylko na strachu. Później Bednarek musiał się nieco mocniej wysilić po próbie Nasticia.

Reklama

Lech Poznań – Jagiellonia 3:0. Fajerwerki po przerwie

Maciej Skorża szybko zareagował i od razu na drugą połowę wprowadził Joao Amarala w miejsce bezproduktywnego Daniego Ramireza. To był przełom. Gra Lecha przyspieszyła, a efekty nadeszły błyskawicznie. Nie wiemy, czy wbiegający między Matysika i Tiru Karlstroem faktycznie chciał zgrać głową piłkę do Ishaka, ale jeśli tak, wyszło mu to genialnie. Niepilnowany kapitan gospodarzy ładnie przymierzył z powietrza, zrzucając duży ciężar z siebie i kolegów.

Od tej chwili Lech zaczął się bawić jak przystało na świętowanie 100-lecia. Amaral pięknie pograł z Kamińskim i na wślizgu wykończył jego dośrodkowanie. 2:0. Potem Kamiński przytomnie odnalazł Amarala, a ten wyłożył Kownackiemu na strzał do pustej bramki. 3:0. Był jeszcze strzał głową Milicia znakomicie wybroniony przez Alomerovicia i poprzeczka ratująca Matysika od gola samobójczego. Młody stoper Jagiellonii i tak na tle reszty drużyny wypadł pozytywnie, a do przerwy wręcz imponował, radząc sobie z Ishakiem. Wydaje się, że będą z niego ludzie.

Ukoronowaniem uroczystego nastroju w Poznaniu był premierowy występ Tomasza Kędziory po powrocie na Bułgarską. Rywalizacja między nim a Joelem Pereirą zapowiada się ekscytująco.

Lech tym razem udźwignął presję, dzięki czemu dogonił Raków i zachował jednopunktowy dystans do Pogoni. Teraz jest chwila na wyluzowanie. Jagiellonia z tyloma problemami może się jeszcze na poważnie wmieszać do walki o utrzymanie. W tym kontekście mecz z Zagłębiem Lubin w następnej kolejce będzie kluczowy.

Fot. Newspix

Reklama

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

129 komentarzy

Loading...