Reklama

Czeka nas „The Last Dance” Kamila Stocha?

redakcja

Autor:redakcja

11 lutego 2022, 22:12 • 4 min czytania 6 komentarzy

Kamil Stoch zakończył dzisiejsze kwalifikacje do olimpijskiego konkursu na ósmym miejscu. Oddał skok na tyle dobry, że sam był z niego zadowolony, a to nie zdarza się często. W jutrzejszym konkursie powalczy o historyczny sukces – trzeci z rzędu tytuł mistrza olimpijskiego na skoczni dużej. Będzie o niego piekielnie trudno, ale i tak warto – mocniej niż kiedykolwiek – trzymać kciuki za Polaka. Bo kto wie, czy w olimpijskiej rywalizacji indywidualnej nie zobaczymy go po raz ostatni.

Czeka nas „The Last Dance” Kamila Stocha?

Sezon olimpijski i Kamil Stoch – to zgrany duet, o czym przekonaliśmy się już w 2014 oraz 2018 roku. I na dobrą sprawę możemy przekonać się po raz trzeci, bo raz, że igrzyska się nie skończyły, a dwa – po nich czekają nas jeszcze mistrzostwa świata w lotach.

Zatrzymajmy się jednak przy teraźniejszości. Patrząc ze strony statystycznej (dane za Skijumping.pl) Stoch był drugim najlepszym Polakiem w dotychczasowych seriach na skoczni dużej oraz szesnastym zawodnikiem w ogóle. To nie brzmi rewelacyjnie, ale na dobrą sprawę – najmocniej zaprezentował się właśnie podczas kwalifikacji. W najważniejszej próbie, w ostatni dzień przed konkursem.

– Ten skok dał mi znacznie więcej satysfakcji i wlał we mnie więcej optymizmu. To była zdecydowanie najlepsza próba, którą tu wykonałem. […] To nie jest szczyt moich możliwości i marzeń, ale solidny skok, z którego jestem zadowolony – mówił potem Kamil dla Eurosportu.

Reklama

Oczywiście, polski skoczek wciąż ma swoje problemy. Nie tylko patrząc na obraz całego sezonu, ale kwestie dotyczące skoczni w Zhangjiakou – bo, jak mówił, boryka się z pozycją najazdową. Przed skokiem wytraca więcej prędkości, niż by chciał.

To jednak nie tak, że w czasie ubiegłych edycji igrzysk Kamil nie musiał „przeskakiwać kłód”.

Upadek, noty i… nie najlepszy skok na złoto

Kamil na scenie olimpijskiej zadebiutował jeszcze jako nastolatek, w 2006 roku w Pragelato. I w sumie – jako zawodnik spoza pierwszej czterdziestki Pucharu Świata – zaprezentował się bardzo dobrze. Dwukrotnie wszedł do drugiej serii, na skoczni normalnej zajął świetne szesnaste miejsce. Z perspektywy czasu – możemy nazwać to niezłym przetarciem.

Podobne wyniki zanotował w Vancouver, ale oczywiście to, co najlepsze, nadeszło w Soczi. Polak został mistrzem olimpijskim – czyli dokonał tego, co nie udało się Adamowi Małyszowi. W kolejny złoty medal… wielu obserwatorów przestało jednak wierzyć. Bo Polak boleśnie upadł podczas treningu na skoczni dużej – na tyle boleśnie, że przez parę minut nie podnosił się z ziemi.

Skocznię opuścił z ręką w temblaku. Nieco optymizmu w nasze serca wlał Łukasz Kruczek, który mówił o „kontrolowanym upadku” i tym, że najmocniej oberwał łokieć Kamila. Przyczyną nieszczęścia Polaka miał być sypki śnieg na zeskoku, który utrudniał lądowanie. Koniec końców – mimo tego, że sytuacją żyła cała sportowa Polska – nasz skoczek oczywiście wyrobił się na zawody na dużej skoczni. I powtórzył sukces z normalnej.

Ale nie powtórzył nokautu. O ile wcześniej nikt mu nie zagrażał, tak w kolejnym z konkursów indywidualnych to noty pomogły pokonać mu Noriakiego Kasaiego. Przy pierwszym skoku otrzymał trzy oceny po 19.5, przy drugim dwie po 18.5 i jedną 19. Oczywiście były one zasłużone, bo Kamil jest wybitnym stylistą. Ale sam po zawodach mówił, że prawdopodobnie oddał najsłabszy skok w karierze z tych, które pozwoliły mu wygrać konkurs.

Reklama

O ile jury było przychylne Polakowi w 2014 roku, tak cztery lata później spadła na nie spora krytyka (głównie ze strony polskich mediów). Kamil zajął czwarte miejsce w olimpijskim konkursie na skoczni normalnej – przegrywając z trzecim Robertem Johanssonem o zaledwie 0.4 punktu. Do brązowego krążka zabrakło mu jednej noty, która byłaby minimalnie lepsza (choćby tej od Ryszarda Guńki, który w drugiej serii przyznał Stochowi 18.5).

To niepowodzenie Kamil odrobił sobie potem oczywiście z nawiązką. Zdobył trzecie w karierze złoto olimpijskie. Ale warto pamiętać – mimo że z perspektywy czasu jego kariera olimpijska to pasmo sukcesów, pewne niuanse miały miejsce. Co poniekąd napawa optymizmem przed jutrzejszym konkursem. Bo nie zawsze musi być idealnie.

Norwegowie, Słoweńcy, Kobayashi, a gdzie Polacy?

Jak wygląda rozkład sił przed sobotnimi zawodami? Prawdopodobnie najrówniej i najdalej na dużej skoczni latał Halvor Egner Granerud. Po paru słabszych próbach chiński obiekt rozgryzł Marius Lindvik, który wygrał kwalifikacje. Swoje robili – zaskakująco mocni na igrzyskach – weterani: Peter Prevc, Manuel Fettner czy Stefan Kraft.

Nieco inaczej wygląda sprawa u Ryoyu Kobayashiego – on niby wygrał jeden z treningów, ale poza tym nie skakał na miarę swoich możliwości. Tylko że no właśnie – wiemy, jak Japończyk podchodzi do prób „pozakonkursowych”. Poza tym, że często skacze słabiej, to odpuszcza je sobie najczęściej z całej stawki. Jutro zatem może znowu być piekielnie mocny.

A co z Polakami? Cała trójka naszych asów – Stoch, Piotr Żyła, Dawid Kubacki – potrafiła „wskoczyć” do najlepszej dziesiątki serii treningowych. Żaden z biało-czerwonych co prawda nie wyróżniał się na tyle, żeby wyrosnąć na faworyta konkursu, ale przecież przed zawodami na normalnej skoczni było podobnie. Zresztą wtedy liczyliśmy bardziej na Żyłę i Stocha, a medal zgarnął Kubacki.

Olimpijska magia robi zatem swoje. Talent polskich weteranów również. Dlatego w spokoju poczekajmy na to, co stanie się jutro. I cieszmy się widowiskiem – bo jak wspomnieliśmy na początku – być może za cztery lata Kamila Stocha w akcji już nie zobaczymy.

Fot. Newspix.pl

Najnowsze

Inne sporty

Skoki

Kamil Stoch stworzył swój zespół. Będzie pracował ze starymi znajomymi

Kacper Marciniak
3
Kamil Stoch stworzył swój zespół. Będzie pracował ze starymi znajomymi
Polecane

Ahonen: W całej karierze 5-10 razy skakałem pod wpływem alkoholu [WYWIAD]

Kamil Warzocha
26
Ahonen: W całej karierze 5-10 razy skakałem pod wpływem alkoholu [WYWIAD]

Komentarze

6 komentarzy

Loading...