Reklama

Bułgarska twarz białostockiej bezpłciowości

Jan Mazurek

Autor:Jan Mazurek

20 lipca 2020, 18:38 • 9 min czytania 4 komentarze

Jagiellonia Białystok to jeden z największych przegranych tego sezonu. Tu nie ma żartów. Wszystko już wiemy. Miały być gruszki na wierzbie i złote góry, a nie ma nic. Ani mistrzostwa, ani podium, ani pucharów. Kicha. Siłą rzeczy winy trzeba doszukiwać się nie tylko w utraconej tożsamości Jagi jako klubu samego w sobie, nie tylko w poczynaniach samych piłkarzy, ale też na ławce trenerskiej. Bo to że Ireneusz Mamrot zaliczył rozczarowującą jesień, to już wiemy, ale teraz czas na podsumowanie dotychczasowej pracy jego bułgarskiego następcy. Spoiler: Iwajło Petew wypada równie rozczarowująco.

Bułgarska twarz białostockiej bezpłciowości

Kiedy w grudniu 2019 roku Jagiellonia zwalniała Ireneusza Mamrota, przypuszczaliśmy, że trochę zmieni się dotychczasowa koncepcja stawiania na uznanych polskich fachowców (Probierz, Michniewicz, Stokowiec i Mamrot idealnie wpisywali się w ten profil) i na jego miejsce pewnie przyjdzie jakiś zagraniczny wynalazek. Ot, na przykład taki bułgarski trener z obiecującym CV na ratunek uciekającego sezonu. I tak też się stało.

Do Białegostoku przyjechał Iwajło Petew.

PETEW – CV W PORZĄDKU

Dwa mistrzostwa Bułgarii, jeden puchar tego kraju i dwa superpuchary. Prowadzenie tamtejszej reprezentacji w części eliminacji do Euro 2016. Grupa Ligi Mistrzów z Dinamem Zagrzeb. Ładne CV – nie powiemy. Inna sprawa, że wcale nie było tak ładnie i kolorowo, bo miewał też gorsze momenty – frajersko przegrane mistrzostwo na Cyprze, podobna sytuacja w Chorwacji. A poza tym od największych sukcesów w swojej trenerskiej karierze minęło już trochę czasu, jego marka osłabła i tak trafił do Jagi.

Tak czy inaczej, żaden z niego ogór. Po prostu eksperyment, który miał ratować sezon Dumie Podlasia. Miał czas. Nie przejmował drużyny w epicentrum kryzysu. Mógł spokojnie wdrażać swoje koncepcje podczas zimowego okresu przygotowawczego. Zaczął od kwestii fizycznych – dużo biegania, dużo interwałów, dużo siłowni. Potem na obozie w Turcji dołożył do tego taktykę, ale generalnie obietnica była taka, że Jaga ma być wybiegana, agresywna i ofensywna.

Reklama

Inna sprawa, że brakowało mu trochę spokoju. Ivan Runje, czyli lider defensywy, doznał kontuzji. Z tego samego powodu wyleciał też Bartosz Kwiecień. Do Szkocji odszedł Patryk Klimala. Poza tym cały czas mówiło się o możliwym odejściu Jesusa Imaza, który miał ofertę z Arabii Saudyjskiej, mógł wyjechać, był nawet na to zdecydowany, ale klub przerwał negocjacje. Podobnie wyglądała sytuacja Tarasa Romańczuka, którego kusił kierunek turecki, oferty też były, pisał o tym „Przegląd Sportowy”, a sam zawodnik nie dementował tych informacji. Właściwie mogło to się skończyć tym, że już na samym starcie Petew straciłby wszystkich liderów swojego nowego zespołu.

Tak się nie stało.

JAGA BEZ PRZEBUDOWY

Imaz i Romańczuk zostali. Ale i tak Petewa czekało mnóstwo pracy. W tekście „Dlaczego rozstanie z Mamrotem było nieuniknione” Kuba Seweryn diagnozował największe problemy ekipy jego poprzednika. Był to brak dyscypliny, brak charakteru, burdel w międzynarodowej szatni, problem z zaangażowaniem na boisku, nietrafione transfery, stopniowa utrata tożsamości klubu. Wniosek? Współpraca się wypaliła. Potrzeba było nowego bodźca. Tym bardziej, że kolejny kamyczek do białostockiego ogródka dołożył sam Mamrot, który mocno przejechał się po organizacji klubu we wracającej jak bumerang za każdym razem, kiedy była mowa o Jadze, rozmowie z Leszkiem Milewskim.

Nie miał więc na starcie Bułgar wcale łatwo.

Po pierwsze, wchodził do obcej i wielojęzycznej szatni z koniecznością natychmiastowego jej zdobycia, bo właściwie od tego, czy będzie w stanie trafić do nowych podopiecznych zależało, jak Jaga będzie grała na wiosnę.

Reklama

Po drugie, dostał transfery, od których wkomponowania w zastany zespół również zależało bardzo dużo. Makuszewski, Borysiuk, Tiru, Puljić, Iliew – od razu przewidywani do gry i to na kluczowych pozycjach.

Po trzecie, wcale nie miał gwarancji, że będzie cieszył się wielkim zaufaniem ze strony władz.

FATALNY POCZĄTEK

Nie zadziałał osławiony efekt nowej miotły. Bolesne spotkanie gołej dupy z batem i 0:3 od Wisły Kraków na serdeczne przywitanie z polskimi boiskami. Kompletnie nijaki, w żaden sposób nieprzekonujący, bezbramkowy remis ze słabiutką Koroną i na dokładkę 0:4 od rozpędzonej Legii. Może jakieś tam minimalne światełko w tunelu pojawiło się dopiero przy remisie z Lechem, ale też nie sposób było mówić o jakimś progresie. Jagiellonia zagrała ciut lepiej, ale gdyby Gytkjaer był skuteczniejszy, gdyby trafił na pustą bramkę z czterech metrów, to o żadnym punkcie nie byłoby mowy. Zamiast jakiejkolwiek jakości, zobaczyliśmy całą paletę rozłożonych rąk, zwieszonej głowy i różnych tembrów pokrzykiwań na swoich podopiecznych.

Iliewa może i fachu uczył Cech, ale nie widać było tego na boisku. Pulijć niebezpiecznie szedł w stronę stania się drugim Mudrinskim. Druga linia nie istniała. Ani Prikryl, ani Camara, ani Kostal, ani Pospisil, ani przede wszystkim Imaz nie potrafili niczego sensownego wykreować i zrobił się niemały problem.

I wtedy przyszło coś, czego nie byliśmy w stanie wytłumaczyć ani wtedy, ani nie jesteśmy w stanie tego zrobić teraz. Jagiellonia, tak ta sama słabiutka Jagiellonia, zaczęła wygrywać. Zbiegło się to w jakiś sposób w wkomponowaniem do drużyny Makuszewskiego i Borysiuka. Pierwszy dawał większą jakość, ten drugi mniejszą. Zresztą to właśnie oni poprowadzili Jagę do pierwszej wygranej pod wodzą Bułgara – pyknięcia Pogoni.

Ale bez jaj, nie będziemy nikogo oszukiwać, że:

a) którykolwiek z nich jest game changerem,
b) Petew znalazł dla nich złote role, które odmieniły polską piłkę.

Po prostu zatrybiło. Koniec rundy zasadniczej to była jakaś idylla. Lasyk zagwizdał wątpliwego karnego przeciw Śląskowi. Mystkowski zaliczył powrót z zaświatów. Krótki hołd dla bezstylowości z Wisłą Płock, po którym pisaliśmy, że Jagiellonia nic nie grała. Naprawdę. W sumie to zaczyna wyglądać na swój sposób imponująco. Drużyna Iwajły Petewa cały czas męcząc bułę, trzymając nas na granicy zaśnięcia, a punkty regularnie kolejka po kolejce. Potem jeszcze wypunktowanie zbolałego jak pięty pielgrzyma ŁKS-u, fatalne błędy Arsenicia i Tiru z Piastem i można było cieszyć się spokojnym awansem do fazy mistrzowskiej.

Na tym etapie byliśmy bardzo daleko od wieszczenia, że Petew zrobił w Białymstoku coś fajnego, ale oczekiwane minimum wypełnił – Jaga się nie kompromitowała, zdobyła sporo punktów i awansowała do górnej ósemki, co wcześniej nie było takie oczywiste. Poza tym ogarnęła się defensywa z niezłym duetem Runje-Tiru na czele, fajnie grał Pospisil, bramki zaczął strzelać Puljić. Pojawiła się jakaś stabilizacja. Tylko stylu nie było w tym za grosz. I to mogło niepokoić ludzi, którzy przesadnie podekscytowali się powrotem Jagi na zwycięską ścieżkę.

I doskonale obnażyła to faza mistrzowska. Mecz za meczem. Krótko.

  • Wygrana z Cracovią – nie zagrali źle, prowadzili grę, ale niewiele z tego wynikało. Tak naprawdę piłki meczowe miała Cracovia, chociażby totalna głupota i anulowana bramka Dytjatiewa czy wielkie pudło Fiolicia w doskonałej sytuacji.
  • Remis z Legią – Legia zagrała fatalnie, bez żadnego polotu, cholernie nudno, a Jaga się dostosowała, najciekawszą akcją Jagi według realizatora tego meczu był strzał Puljicia z wolnego, który nie sprawił absolutnie żadnego problemu Majeckiemu.
  • Porażka z Lechią – dobra pierwsza połowa, spalony Imaza, kilka sytuacji, w drugie połowie bezradność i marne poddanie meczu Piotrowi Stokowcowi, którzy wpuścił Saiefa za Mihalika i Zwolińskiego za Gajosa i napędził swój zespół.
  • Remis z Pogonią – gonitwa, sporo składnych akcji, sporo wymiany ciosów, sumaryczna liczba trzydziestu strzałów na bramkę, dobry mecz Prikryla, stanowczo na plus.
  • Porażka z Piastem – przeciętny styl, może gdyby nie fatalny błąd Borysiuka, gdyby nie słaby początek, gdyby niezłe szanse wykorzystali Romańczuka i Imaza, to byłoby inaczej, ale o żadnym pozytywnym szale tu nie ma co mówić.
  • Wygrana ze Śląskiem – niezła pierwsza połowa i wciśnięta bramka Pulijica w drugiej, która była kompletną padliną.
  • Porażka z Lechem – totalna kompromitacja, ręcznik rzucony po anulowanej bramce Imaza.

Dwa zwycięstwa. Dwa remisy. Trzy porażki. Wyszło szydło z wora. Na tle mocniejszych drużyn Jaga punktowała po prostu marnie. I nie było wcale tak, że Białostoczanie nie walczyli kompletnie o nic, bo szansa na europejskie puchary przy takim układzie tabeli była, oczywiście, że była. Nie jakaś olbrzymia, ale jakaś na pewno, a to, że się nie udało, tylko potęguje słuszność tezy, że Jagiellonia ten sezon po prostu spartaczyła.

Co więcej, z roku na rok jest coraz gorzej.

2017/18 – walka o mistrzostwo do ostatniej kolejki. Wicemistrzostwo z trzema punktami straty do Legii.
2018/19 – walka o europejskie puchary do ostatniej kolejki. Piąte miejsce z taką samą liczbą punktów, jak czwarta w tabeli Cracovia.
2019/20 – ósme miejsce w tabeli. Cztery punkty straty do czwartej Lechii, dziewięć do trzeciego Piasta, czternaście do drugiego Lecha, siedemnaście do pierwszej Legii.

To jasne, że ten klub nie zmierza w dobrą stronę. Coraz słabsze wyniki to efekt kilku zasadniczych pochodnych. Jagiellonia coraz gorzej radzi sobie na rynku transferowym. Obszernie pisaliśmy o tym w tekście „Kiedy Jagiellonia straciła oko do piłkarzy?”.

Fragment tekstu:

Jak to wyglądało po Probierzu? Pierwsze okienko było naprawdę kozackie, może dlatego, że rozstanie z trenerem i rozpoczęcie transferów dzielił dość krótki okres. Mitrović, Pospisil, Kwiecień, Guilherme. Praktycznie cztery mocne, udane strzały. Ostatnie udane strzały? Zima to już bowiem praktycznie same wtopy – Bodvarsson, Bezjak, Wójcicki i Lazarević to w najlepszym wypadku 25% skuteczność. Nawet nie chodzi o to, że Bodvarsson to jakiś wyjątkowy szrot – po prostu Jaga przyzwyczaiła nas do nieco innych standardów, gdzie co chwila wyskakiwali kolejni Cernychowie, a nie Bezjakowie. Sezon 2018/19 potwierdził trend – Savković, Scepović, Poletanović, Kadlec, Klemenz, Lasickas… Niespecjalnie widać tutaj perły – najmocniejszymi transferami byli ludzie, których po prostu zgarnięto bez większych ceregieli z walczącej o przetrwanie Wisły. Nie, nie chodzi nam o deprecjonowanie ruchu z Imazem i Arseniciem, to był majstersztyk Cezarego Kuleszy. Omawiamy jednak „oko do piłkarzy”. A naprawdę, nie trzeba było okularów, by dojrzeć potencjał zakupów z „Białej Gwiazdy”.

Mudrinski, Prikryl, Camara, Santini, Iliew, Puljić… Im dalej w las, tym więcej drzew, tym więcej wtop, tym mniej potencjału, który można spieniężyć. 

I to faktycznie jest problem.

UTRACONY CZAR JAGI

Tym bardziej, że w ruchach władz klubu trudno doszukiwać się mądrości. Przez ostatnie lata sprowadzano od groma przeciętnych obcokrajowców, teraz trochę na gwałt sprowadza się doświadczonych polskich ligowców (Makuszewski, Borysiuk, Augustyn). Tak jakby ktoś na siłę chciał spolszczyć szatnię. Ale to działanie nieco desperackie i na pewno nieperspektywiczne – żaden Polak ze wspomnianej trójki nie jest jeszcze starym dziadem, ale żaden z nich nie jest młodym gościem, którego można rozwinąć i sprzedać za fajną cenę – co latami było znakiem rozpoznawczym Jagi.

Właściwie jedyny potencjał rynkowy i przyszłościowy leży w Bartoszu Bidzie, który zaliczył całkiem przyzwoity debiutancki sezon w Ekstraklasie (pięć goli, jedna asysta), choć – jak to u młodych bywa – równy absolutnie nie jest. Inna sprawa, że Jagę w ogóle czeka porządne przemeblowanie. Z klubu odejść mogą i pewnie odejdą chociażby Imaz, Romańczuk i Runje. Każdy z nich miał wielki wpływ na zespół.

I z tym wszystkim zostaje Petew. Trener, który i to trzeba podkreślić: nas nie przekonał. Nie wynalazł antidotum na boiskowe problemy Jagiellonii, nie był w stanie nadać tej drużynie swojego sznytu, poprowadzić jej po swojemu, sprawić, żeby przyjemnie się to wszystko oglądało. Ciułał punkty, z różną regularnością, i to by było na tyle. Jak na tak doświadczonego trenera, dysponującego nie najgorszym składem, a przynajmniej takim ze sporym wachlarzem możliwości ofensywnych, on zrobił relatywnie niewiele, żeby cokolwiek tutaj usprawnić.

Jagiellonia stoi w miejscu.

STAGNACJA

Zresztą niech przemówi jedna statystyka. Ireneusz Mamrot poprowadził zespół w osiemnastu meczach tego sezonu, a Iwajło Petew w siedemnastu, więc spokojnie można ich równorzędnie porównywać. Oto ich średnie punktowe z minionej kampanii:

1,44 – Mamrot

1,35 – Petew

Znamienne. Mamrot, który odchodzi w atmosferze bezsilnej przeciętności, punktował jesienią lepiej niż Petew wiosną. I nie zmieniło nawet tego parę zwycięstw w okresie ściśle przed- i po-pandemicznym. Tu nie ma co się oszukiwać: Petew cudów nie gwarantuje. Może i niczego nie schrzanił, ale tego sezonu nie uratował. A przecież Jaga mniej czy bardziej oficjalnie zapowiadała: celem wciąż są europejskie puchary.

Fot. Fotopyk

Urodzony w 2000 roku. Jeśli dożyje 101 lat, będzie żył w trzech wiekach. Od 2019 roku na Weszło. Sensem życia jest rozmawianie z ludźmi i zadawanie pytań. Jego ulubionymi formami dziennikarskimi są wywiad i reportaż, którym lubi nadawać eksperymentalną formę. Czyta około stu książek rocznie. Za niedoścignione wzory uznaje mistrzów i klasyków gatunku - Ryszarda Kapuscińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Toma Wolfe czy Huntera S. Thompsona. Piłka nożna bezgranicznie go fascynuje, ale jeszcze ciekawsza jest jej otoczka, przede wszystkim możliwość opowiadania o problemach świata za jej pośrednictwem.

Rozwiń

Najnowsze

Komentarze

4 komentarze

Loading...