Reklama

Strajkujący student, który poleciał w Cosmos. Wzloty i upadki Stanisława Terleckiego

redakcja

Autor:redakcja

19 stycznia 2017, 07:42 • 28 min czytania 27 komentarzy

Na obiekt jedzie się już trochę inaczej, trochę innymi ulicami. Piłkarze bawią się w innych klubach, nie muszą się już też specjalnie ukrywać, bo w sumie i tak zna ich niewielu łodzian. Klub kopie się kilka lig niżej, stadion ma kilka trybun mniej, szatnia z kolei jest kilkadziesiąt metrów kwadratowych większa. Nie zmieniają się tylko ludzie. Tak jak czterdzieści lat temu, tak i dziś przy al. Unii 2, w biało-czerwono-białych barwach siada Stanisław Terlecki.

Strajkujący student, który poleciał w Cosmos. Wzloty i upadki Stanisława Terleckiego

Jego życie to jedna wielka sinusoida oraz potwierdzenie, jak sensowne są życzenia: „zdrowia i szczęścia”. W kluczowych momentach najlepszemu lewoskrzydłowemu w historii ŁKS-u zdecydowanie brakło i pierwszego, i drugiego. W ubiegłym roku po raz kolejny wrócił do Łodzi i po raz kolejny ten powrót wyszedł mu na dobre.

***

Jedno z przesłuchań w siedzibie piłkarskiej centrali, licznych w życiu Stanisława Terleckiego, głęboki PRL.

– O której godzinie wyszedłeś z hotelu?
– O ósmej.
– Na pewno? To nie była 8:02?
– Możliwe, że była nawet 8:03, nie wiem dokładnie, bo mam jeden z tych waszych ruskich zegarków.

Reklama

Fragment reportażu „Stan The Fran, Free Spirit”, w Sports Illustrated w 1982 roku.

***

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej?
Moja łódzka historia to w ogóle jest swego rodzaju fenomen. Jako młody chłopak wybrałem się kiedyś z ojcem na mecz reprezentacji, tuż przed jej wyjazdem na tournee po Ameryce Południowej. Na Stadionie Dziesięciolecia grali mecz towarzyski z włoską drużyną i wtedy pierwszy raz zobaczyłem w akcji świętej pamięci Jurka Sadka. Wszedł po przerwie, strzelił trzy bramki. To miało na mnie kolosalny wpływ, na pierwszym planie były u mnie wszystkie publikacje dotyczące ŁKS-u – najważniejsze były oczywiście te, w których poruszano temat Sadka, ale tych świetnych piłkarzy było więcej, by wymienić choćby Piotra Suskiego. A trzeba pamiętać, że w tamtym okresie większość reprezentacji rekrutowała się z okręgu Górnego Śląska, więc tym większy musiał być podziw dla tych, którzy dobili tam z Łodzi.

Jeszcze większe wrażenie to miasto zrobiło na mnie w 1972 roku, gdy pierwszy raz przyjechałem na stadion ŁKS-u. To był słynny finał Pucharu Polski, Górnik Zabrze – Legia Warszawa, chyba najlepszy mecz, jaki kiedykolwiek widziałem w Polsce, zabrzanie wygrali wtedy 5:2. Ja zaś wystąpiłem w przedmeczu, w którym reprezentacja Warszawy grała z reprezentacją Łodzi. Obiekt to był wówczas unikat na skalę europejską, prezentował się fantastycznie. Wtedy obiecałem sobie, że zrobię absolutnie wszystko, żeby kiedyś tutaj zagrać, żeby wyjść na murawę przed 40 tysięcy kibiców.

Długo pan nie musiał czekać. A Jerzy Sadek z idola stał się kolegą.
To prawda, niedługo później pojawiła się oferta z ŁKS-u i nie musiałem się nad nią zastanawiać. Inna sprawa, że ja akurat miałem tam najmniej do gadania, wszystko odbywało się wówczas dopiero po akceptacji działaczy odpowiadających przed politykami.

Natomiast Jurek wrócił w 1976 roku do ŁKS-u po 4-letnim pobycie w Holandii. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem, że 34-letni piłkarz może się wciąż tak poruszać, wciąż być w tak świetnej formie fizycznej. Leszek Jezierski zawsze stawiał go jako wzór, a i on sam zawsze był pierwszy do wszystkich ćwiczeń. Potem rozpoczął się marsz po mistrzostwo Polski, mieliśmy kilka punktów przewagi nad wiceliderem, Jurek strzelił wówczas wiele ważnych bramek. Wiosną Jurek przestał strzelać, a my straciliśmy pierwsze miejsce, ale nie będę się bawił w śledczego, nie będę rzucał oskarżeń komu zależało na tym, by jego kariera się wtedy załamała. Tego ukoronowania na pewno nam wszystkim zabrakło, bo przecież każdy z nas tamte lata w ŁKS-ie wspomina dobrze.

Reklama

W ŁKS-ie i w Łodzi.
Tak, ja przyjeżdżając tutaj w lipcu 1975 roku byłem oczarowany. Wszyscy przekonywali mnie, że Łódź jest brzydka, dla mnie zaś wydawała się najpiękniejszym miastem w Polsce. W którymś z wywiadów, gdy jeszcze grałem w Stanach Zjednoczonych powiedziałem, że oddałbym połowę swoich zarobków, wówczas szalenie wysokich, żeby chociaż raz móc się przejść Piotrkowską. Bardzo pokochałem zresztą z tego względu Manhattan, on bardzo przypomina Łódź jeśli chodzi o siatkę ulic, są aleje poprzecinane ulicami. Zawsze idąc Piątą Aleją wyobrażałem sobie, że to moja łódzka Pietryna.

Ponoć Roman Polański kręcąc „Piratów” w Tunezji przeciągając się na statku, obserwując piękne wybrzeże też stwierdził, że brakuje mu tu tylko „Siódemek”, lokalu przy Piotrkowskiej 77.
Klub „Siódemki” zresztą praktycznie sąsiadował z siedzibą ŁKS-u, której byłem częstym gościem. Ja z kolei byłem pod wrażeniem cyklu doby w Łodzi – Piotrkowska zaludniała się i zaczynała żyć dopiero po siódmej, ósmej. Miało się wrażenie, szczególnie w tym lipcu, że przenosi się w czasie i przestrzeni gdzieś na południe, do jakichś miasteczek greckich, włoskich czy hiszpańskich, gdzie ludzie dopiero wieczorem rozpoczynają normalne życie. Natomiast ze smutkiem wspominam widok Piotrkowskiej z 1986 roku, gdy wróciłem do Łodzi. Stan wojenny zmienił ludzi i zmienił miasto, gdy w końcu udało mi się pójść na ten wymarzony spacer, ulica była praktycznie pusta. Tym lepiej jednak czuję się dziś, gdy widzę, że znów Pietryna żyje.

W Łodzi kończył pan też studia. Dość niecodzienna sprawa jak na piłkarza, szczególnie piłkarza w tamtych czasach.
Wywodząc się z nauczycielskiej rodziny nie wyobrażałem sobie, że można nie iść na studia. To była nobilitacja, a w Łodzi jeszcze w dodatku trafiłem w super miejsce, dawnego Buczka, obecnie Kamińskiego. Instytut Historii. Ta przygoda trwała właściwie pięć lat i to były wspaniałe czasy. To był mój drugi dom, spędzałem tam czas nie tylko na nauce, ale i na rozmowach, zabawie, był tam stół do tenisa stołowego, zawsze pełno ludzi, książek. Potem zresztą otrzymałem ofertę pracy na Uniwersytecie. Zawsze byłem świadomy tego, jak krucha jest kariera piłkarska, że po jej zakończeniu trzeba znaleźć jakieś zajęcie, pracę, źródło utrzymania. Studia miały być właśnie takim zabezpieczeniem a szybko stały się też wielką pasją. Ja zresztą pochodziłem z rodziny chrześcijańskiej, bardzo tradycyjnej, pielęgnującej swoją historię. Zawsze mówiło się, że jeśli człowiek nie zna historii to jest po prostu kaleką, ja się z tym zgadzałem. Kiedy dostałem się na studia na tym kierunku to tak naprawdę zakwalifikowałem się do grona wyjątkowych szczęśliwców. To duże słowo, ale ja czułem, że w ten sposób realizuję swoje posłannictwo.

Potwierdzały to moje wyniki, 4,5 na ostatnim roku, nagroda dziekańska, a przecież cały czas grałem wyczynowo w piłkę i wychowywałem dwójkę dzieci. Zresztą dzięki kadrze pedagogicznej zmieniło się całe moje życie, cały światopogląd, sposób, w jaki patrzyłem na rzeczywistość. Obserwacja procesów, które zachodziły w historii na przestrzeni lat mogą mocno zmienić to, jak postrzega się aktualne wydarzenia. W wielu momentach to mi pomogło, w paru też… zaszkodziło. Powiem nieskromnie, że trochę przewyższałem intelektualnie moich rozmówców. To powodowało ich antypatię, sporo dodawał mój niewyparzony język. Szczekanie na dziennikarzy, awantura na Okęciu, jakieś wypowiedzi na łamach prasy… Miałem przez to sporo problemów.

Na studiach nie było tego typu kłopotów? W tamtym okresie przecież uczyło się trochę inaczej, a historia to sektor, w którym łatwo manipulować.
Tu pana zadziwię, ale instytut cieszył się absolutną autonomią, na kolokwia przyjeżdżali naukowcy z całego świata. Były dyskusje na tematy naprawdę niewygodne dla władzy i nikogo to w żaden sposób nie przerażało. Może jedynie przy wyborze kolokwium władza miała na mnie pewien wpływ, ponieważ sam uznałem, że im dalej od PRL-u tym lepiej i zająłem się średniowieczem w Polsce. Natomiast fakt, że Instytut Historii miał w swoich szeregach naprawdę wybitnych naukowców sprawiał, że władze bały się ingerować w program realizowany przez profesorów, docentów i doktorów. Oczywiście określone publikacje były zabronione, ale rzadko dało się w studenckiej codzienności odczuć wpływ sekretarzy. Szczególnie w tym moim średniowieczu.

Czyli nie było gloryfikowania bohaterskich chłopów i deprecjonowania wyzyskującej ich szlachty?
Nie, na dowód choćby moja praca, „Wychowanie rycerskie w wiekach średnich”. Trudno zresztą byłoby pisać o jakimkolwiek innym, bo przy wychowaniu chłopskim nie byłoby wiele do powiedzenia. Nie czułem jakichś nacisków, profesorowie również.

Może to uśpiło pańską czujność. W środowisku piłkarskim już takiej swobody nie było.
Ten niewyparzony język i światopogląd faktycznie wpływały na mój odbiór przez innych. Nawet jeśli chodzi o zebrania w klubie, o jakieś organizacyjne kwestie, gdzie często kłóciłem się z działaczami. Dopiero, gdy przyszedł Leszek Jezierski i wyznaczył zupełnie nowe kierunki rozwoju klubu i funkcjonowania drużyny to się uspokoiło, atmosfera oczyszczała się między innymi na regularnych spotkaniach piłkarzy. Ale gdy nie było Napoelona… Jednym z takich najczęstszych konfliktów, w których brałem udział były targi dotyczące przedłużania mojego wypożyczenia. Ja bowiem przez cały ten okres nie byłem zawodnikiem ŁKS-u, tylko piłkarzem Gwardii Warszawa wypożyczonym do Łodzi na czas studiów. Po każdym sezonie spotykałem się więc z prezesami i mówiłem, że wracam do Gwardii, chyba że otrzymam jakąś rekompensatę. Do pewnego okresu to się udawało, aż w końcu jeden z prezesów się zdenerwował i stwierdził, że w tym roku nie przewidują już dalszych wzrostów apanaży dla pana Terleckiego.

Wykorzystałem wtedy znajomość z pierwszym sekretarzem Bolesławem Koperskim i powiedziałem mu, że z klubu odchodzi już Heniek Miłoszewicz, a ja – jeśli nic się nie zmieni – będę drugi. Zapewniłem przy tym, że moim wielkim marzeniem jest nadal reprezentować ŁKS i Łódź. Sekretarz powiedział, żebym czekał na telefon. Trwało to jakieś dziesięć minut, skruszony prezes powiedział tylko, żebym zameldował się w kasie i odebrał swoje pieniądze. Siłą rzeczy – trzeba było wtedy korzystać i z takich chwytów.

To działało zresztą w dwie strony. Wcześniej na przeprowadzce do Łodzi stracił pan finansowo, a decyzję podjęły łódzkie włókniarki.
Faktycznie tak było. Zagłębie Sosnowiec chciało mnie u siebie i płaciło zdecydowanie lepiej, w dodatku to był klub samego Edwarda Gierka. Ale by dobrze to wszystko zrozumieć, zacznę od Władka Żmudy. On wtedy odchodził z Gwardii Warszawa do Śląska Wrocław, przypominam, to był bohater Mistrzostw Świata z 1974 roku, ja natomiast jeszcze nie miałem nawet jednego meczu w reprezentacji. On, by uzyskać zgodę na transfer, musiał czekać osiem miesięcy, a przecież przechodził do wojskowego klubu. Ja – idąc do klubu włókienniczego, stojącego w tej hierarchii niżej – czekałem zaledwie trzy miesiące. Na jednym ze spotkań przy wizycie gospodarskiej Gierka w Łodzi włókniarki stwierdziły bowiem, że ich mężom bardzo zależy na ŁKS-ie, a są problemy ze wzmocnieniem klubu. Wszystko zostało załatwione niemal od ręki, od razu mogłem przepakować walizki i zamiast do Sosnowca jechać do Łodzi. Okazało się, że kobiety mają w tym mieście naprawdę sporo do powiedzenia.

Siła rażenia kobiet z Bałut czy ogólnie z Łodzi jest potężna. Wiem po swojej rodzinie.
Też mieszkałem na Bałutach, moje pierwsze mieszkanie miałem na Inflanckiej. Po przeprowadzce do USA zostało mi odebrane, o czym zresztą napisała „Polityka”. Muszę przyznać, że rzeczywiście, gdyby nie kobiety, to miasto wyglądałoby zupełnie inaczej. Mogę powiedzieć tu też o swojej żonie, która zapewniała mi święty spokój i mogłem w pełni skupić się na graniu i nauce, ale największe wrażenie to jednak ten wyczyn włókniarek, które dokonały rzeczy właściwie w tamtejszym futbolu niemożliwej. Ani pieniądze, ani koneksje polityczne działaczy ŁKS-u nie były w stanie przez długie tygodnie dokonać tego, co kilka łódzkich kobiet załatwiło w dziesięć minut.

Łódzkie włókniarki wtedy często miały ostatnie słowo. Strajki z początku lat siedemdziesiątych też przyniosły efekt, dopiero gdy dołączyły do nich łódzkie zakłady.
To prawda. Trudno przecenić rolę kobiet z Łodzi. Z nimi jest o wiele trudniej walczyć niż z mężczyznami, mają jakiś wyjątkowy szósty zmysł, którym wychwytują jakieś delikatne niuanse, mają potem dodatkowe argumenty we wszelkich zatargach. Patrzą na świat innymi oczami. A gdy dodamy do tego fakt, że do łódzkiego zagłębia tekstylnego przyjeżdżały wycieczki z całej Polski zaopatrywać się w ubrania, dywany, wykładziny, zasłony i wszystkie inne tego typu artykuły – władze musiały się z nimi liczyć.

Pan też brał udział w strajkach.
Tak, już w latach osiemdziesiątych, na studiach, pełniłem rolę intendenta. Jako piłkarz miałem spore znajomości i niezłe dojścia do tak zwanych luksusowych artykułów. Znałem kierowników sklepów, przez które można było załatwić wędlinę czy inne tego typu artykuły. Jeździło się od zaplecza i organizowało to wszystko, albo – jak nie było innej możliwości – to po wsiach, skupując od rolników jajka czy mięso. To kosztowało sporo nerwów – przerzucić 10 kilo towaru przez siatkę i jeszcze potem uciec przed rozwścieczonym tłumem – kończyło się to różnie. Trochę wcześniej byliśmy z reprezentacją w Rzymie, na audiencji u Ojca Świętego. Kupiłem sobie wówczas naprawdę porządną kurtkę. Niestety, nie wytrzymała pościgu ludzi, którzy musieli czekać na towar godzinami, gdy ja odbierałem go od drugiej strony bez kolejki. Została na płocie, ja nawiałem i musiałem się pogodzić ze stratą. Pamiętam, że kiełbasa, którą dostarczałem do Instytutu z czasem zaczęła być nazywana „kiełbasą terlecką”. To był dla mnie duży zaszczyt.

Były jakieś represje?
Bezpośrednio nie. Ale rzekomo przez moje zaangażowanie na uczelni miały mnie ominąć bardzo istotne wydarzenia piłkarskie. Byliśmy wtedy zawieszeni z Władkiem Żmudą, Józkiem Młynarczykiem i Zbyszkiem Bońkiem za tę całą aferę na Okęciu. Koledzy z Widzewa zapewniali mnie, że będziemy twardzi, nie pojedziemy do Warszawy się ukorzyć i odbębnimy karę, albo poczekamy, aż sami nas odwieszą. Łódź wtedy sporo znaczyła w reprezentacji, poza nami był przecież jeszcze Marek Dziuba i Jasiek Tomaszewski, wszyscy podstawowi zawodnicy. Było specjalne spotkanie prezesów ŁKS-u i Widzewa, na którym ustalono, że nie będzie żadnych wycieczek do stolicy i proszenia się o skrócenie kary.

No i chłopaki mimo to pojechali przeprosić. Zbyszek tłumaczył później, że byłem wtedy zajęty strajkami, że nie było jak do mnie dotrzeć… Nie do końca w to wierzę. Już prędzej w wersję, w której do narracji do odpowiedzialnego za Okęcie przypisze się winnego Terleckiego, wichrzyciela od strajków studenckich. Do mnie to pasowało bardziej, niż do kolegów, którzy rok później otrzymali zgodę na wyjazd do klubów zagranicznych, mimo że mieli jeszcze daleko do wieku, w którym pozwalano na wyjazd. Rozumiałem, czemu to zrobili, ale… Myślę że należały mi się przeprosiny. Do dzisiaj takich nie usłyszałem.

Wspomina pan o tym bardzo często. Mimo tylu lat wciąż spory żal?
Otrzymałem wtedy słowo honoru. W dzisiejszych czasach to może nie znaczy zbyt wiele, zastąpiło je słowo „biznes”, ale wtedy to było ważne.

A inne represje wokół strajków, poza tym przeoczeniem przeprosin kolegów?
Byłem kilka razy wzywany do prokuratury, byłem też śledzony i podsłuchiwany, władza doskonale wiedziała o moim zaangażowaniu i moich poglądach. Ale ze względu na to, że byłem zawodnikiem ŁKS-u dostałem tylko żółtą kartkę, nigdy nie było żadnych poważniejszych konsekwencji. Pod tym względem najbardziej bolesne okazało się obcięcie apanaży w klubie, bo usłyszeniu wyroku rocznej dyskwalifikacji zostałem sam, w dodatku z perspektywą 12 miesięcy bez wypłaty. Znów na wysokości zadania stanęli moi znajomi z Łodzi oraz Instytut Historii.

Przygoda ze szkołą.
Wcześniej nie patrzyłem na pieniądze, zarabiałem naprawdę dobrze, do dziś zresztą jest to nam wypominane, że otrzymywaliśmy kasę wypracowywaną przez robotników na kilku fikcyjnych etatach. Pensja była wówczas 3-4 tysiące, ja dostawałem 3-4 tysiące z każdego z trzech etatów plus premie. Do tego reprezentacja – bywało, że łącznie było i 20 tysięcy miesięcznie. Nie brałem pod uwagę scenariusza, że nagle zostanę bez niczego. A tak to wyglądało – po zawieszeniu nie zarabiałem nic. A przecież nie da się ukryć, że i ja, i moja rodzina przyzwyczailiśmy się przez wiele lat do określonego standardu życia. Oczywiście nie udało się załatwić z powrotem 20 tysięcy poprzez karierę historyka, ale i połowa tego była dla mnie kwotą nie do pogardzenia. Wcześniej nie zajmowałem się jakimiś nagrodami dziekańskimi czy stypendiami, w tym okresie byłem na nie skazany. Dwa i pół tysiąca za wyniki w nauce, kolejne dwa i pół stypendium, doszła praca w szkole. Na szczęście były też zaskórniaki i udało się wytrzymać ten okres do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych.

Stanisław Terlecki, który właśnie mógł się szykować na mundial z kredą przy tablicy.
To były piękne chwile i wspaniałe doświadczenie. Bycie nauczycielem, uczenie w szkole okazało się równie pasjonujące jak piłka nożna. Prowadziłem klasę maturalną, więc oczywiście dochodziło do sytuacji humorystycznych. Pani dyrektor widząc przy katedrze młodego chłopaka wypędziła mnie, żebym siadał z powrotem do ławki, co wzbudziło oczywiście śmiech w całej klasie. Ale z racji tej niewielkiej różnicy wieku mieliśmy też bardzo dobry kontakt z uczniami. Ja właściwie tylko ich inspirowałem, oni sami przynosili materiały z domów, czasem od swoich rodzin. Z czasem moja rola ograniczała się do narzucania kierunku dyskusji i drobnego moderowania, lekcje prowadziły się same. Wnioski, jakie wyciągali, rezultaty – to wszystko było zadziwiające. Działałem jako nauczyciel pół roku i dziś żałuję, że nie zdecydowałem się na powrót do tej roli po zakończeniu kariery.

Przed wyjazdem do USA pojawiła się zresztą oferta asystentury na uczelni.
Tak było, ale przekonały mnie rozmowy z ojcem. On już wcześniej wiele razy powtarzał mi, że atmosfera w kraju i to, co się w nim aktualnie dzieje nieuchronnie zbliża nas do stanu wojennego. Nie bardzo wiedziałem o czym on mówi, więc tłumaczył mi cierpliwie, że wówczas ludzie nie mają żadnych praw. A jeśli nie mają żadnych praw – to w każdym momencie władza może zarekwirować cały ich dobytek. Wtedy zacząłem już tylko myśleć nad kierunkiem wyjazdu. Rok bez grania to poza tym kalectwo, byłbym zupełnie innym zawodnikiem. Tym bardziej, że uniemożliwiano mi nawet grę w meczach towarzyskich, trenerzy i prezesi po prostu się bali. Miałem więc do wyboru albo asystenturę, czyli zwykłe życie za 2,5 tysiąca złotych i perspektywę utraty wszystkiego w stanie wojennym, albo wyjazd.

***

Breżniew zebrał wokół siebie najwybitniejszych naukowców i powiedział im, że jest bardzo rozczarowany przegraniem z USA wyścigu na Księżyc. Wobec tego pragnie, by kosmonauci z ZSRR wylądowali na Słońcu. Naukowcy wypomnieli, że to niemożliwe, bo temperatura jest tam zbyt wysoka, wszyscy się spalą. Breżniew odparł, że spokojnie, to nie problem, kosmonauci polecą w nocy – zaśmiał się Terlecki, a cała grupa zawodników następne 15 minut spędziła na opowiadaniu sobie dowcipów o Breżniewie.

Terlecki wiedział, że opowiadanie tego typu dowcipów może mu przynieść kłopoty, ale już zdążył do tego przywyknąć.

Fragment reportażu „Stan The Fran, Free Spirit” w Sports Illustrated z 1982 roku.

***

I pojawiły się Stany Zjednoczone. Dość nietypowy kierunek dla antykomunisty uczestniczącego w strajkach.
W ogóle wtedy ciężko było wyjechać gdziekolwiek! Brałem pod uwagę Niemcy, Francję, Anglię i Holandię, ale nie było żadnych szans na kontrakt – konkurencja była ogromna, a nade mną wisiał jeszcze rok, albo i dwa lata oczekiwania na zakończenie dyskwalifikacji i pozwolenie na grę z Polski. Stany kierowały się wtedy zupełnie innymi zasadami i obowiązywało tam kompletnie inne prawo. Miałem tam kolegę, z którym korespondowałem – on mnie namawiał, zachwalał ich ligę. Takim marzeniem zaczął się więc stawać Cosmos Nowy Jork – drużyna Pelego, Beckenbauera, Neeskensa i wielu innych wspaniałych piłkarzy. Zacząłem działać w tym kierunku. Pierwszym problemem było załatwienie paszportu, szczególnie, że byłem już pilnowany przez władze. Pomógł mi doktor w stopniu pułkownika ze szpitala MSW, nieżyjący już doktor Giermaziak. Pojechaliśmy razem do Piotrkowa Trybunalskiego na mecz z Gwardią, chcieliśmy zobaczyć Darka Dziekanowskiego. W przerwie zapytałem wprost, czy nie mógłby pomóc z paszportem. Wcześniej zwiedziłem całą Łódź, podchodziłem do wielu, wielu osób, którym oferowałem naprawdę duże sumy, ale nic nie było ich w stanie skłonić do pomocy. Doktor z kolei już po weekendzie umówił mnie z kierowniczką wydziału paszportowego. Okazało się, że ta kierowniczka zawdzięcza doktorowi życie matki. We środę miałem paszporty dla siebie, żony i dzieci.

Potem była kwestia wizy. Za każdym razem czekanie koło czterech tygodni, ja od razu złożyłem dwie, do RFN i do USA. Do tej pory nie wiem jak to się stało, że ją otrzymałem – przechodziło dalej około 5% wnioskodawców, dla 25-latka otrzymanie takiej wizy było praktycznie niemożliwe.

Szczególnie dla 25-latka, uczestnika strajków studenckich zdyskwalifikowanego za niepokorne zachowanie.
Chyba nie byłem jeszcze w tej grupie ludzi najmocniej obserwowanych przez władzę. Inaczej pewnie wyjazd nie byłby możliwy. Okazało się, że dostałem wizę niemal od razu, więc miałem już za sobą dwa cudowne zrządzenia losu. A największe – jeszcze przed sobą. Zdobycie biletu samolotowego do USA byłoby bowiem trudniejsze niż załatwienie wizy i paszportu razem wzięte. Ludzie już czuli, jakie czasy nadchodzą, jak zakończą się solidarnościowe strajki. Wszystkie miejsca na wszystkie loty na wiele tygodni w przód były zajęte. Spotkałem jednak bliskiego przyjaciela reprezentacji Polski i Kazimierza Górskiego, Gustawa Góreckiego. Był jednym z Cichociemnych, wówczas reprezentował jedną z firm. Udałem się do niego z paszportem i wizą, po czym usłyszałem, że dostanę bilet na samolot od ręki, choćby za darmo pod jednym warunkiem. Odpowiem, jak się nazywała jego ostatnia powieść i jaki miała nakład. Na szczęście akurat kończyłem ją czytać, do tego mam świetną pamięć do liczb, a nakłady wtedy sprawdzało się dość często – bezbłędnie odpowiedziałem na pytania i następnego dnia miałem już komplet – paszport, wizę i bilety na samolot.

Na początku nie było łatwo, musiałem pracować fizycznie. Dzwoniłem do Stefana Szefera, byłego ełkaesiaka, on mi w ogóle odradzał grę w USA. Mówił, że z moim stylem polecałby mi Portugalię albo Hiszpanię, ale nie Stany. Okazało się jednak, że minęły dwa lata i ten wymarzony Cosmos ściągnął mnie do siebie.

Ale zaczęło się od halówki.
Wbrew pozorom była tam bardzo popularna, na nasze mecze w którymś sezonie w Pittsburghu przychodziło więcej osób niż na hokejowych Penguins. To było przed przyjazdem Mario Lemieux, więc te liczby nie były tak duże jak w momencie gdy zdobywali tytuły, ale ponad dziesięć tysięcy na naszych meczach w hali robiło spore wrażenie. To była poza tym walka o kontrakt ogólnoamerykańskiej telewizji, właściciel klubu zdawał sobie z tego sprawę i mocno inwestował, licząc, że za moment to wszystko się zwróci z nawiązką. Bardzo fajna przygoda, już w pierwszym roku zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem ligi, strzeliłem bodajże 74 bramki. Potem zresztą okazało się, że w USA jestem w stanie grać tak naprawdę na dwa etaty – zimą w halach, pozostałą część roku w barwach drużyn grających na trawie. Grałem ponad 100 meczów rocznie, ale miałem dwa kontrakty, czyli zarabiałem więcej niż najlepsi zawodnicy. Dwa lata takiej intensywności i pojawiła się propozycja z Cosmosu.

To faktycznie była propozycja z Kosmosu. Beckenbauer, Pele w roli ambasadora. Kosmos.

Tak, tym bardziej że udało mi się załapać jeszcze na jeden mecz z Pele podczas jego pożegnania. Zagrałem dwa sezony z Beckenbauerem, Neeskensem, w bezsprzecznie najlepszej drużynie USA. Mieliśmy okazję grać z Barceloną, z Juventusem, ja trafiłem do jedenastki sezonu. Wyniki były niesamowite.

Na plakacie, którego skan jest w pańskiej książce znajdowało się „Neeskens tackles, Terlecki flair”. Mecze tej wielkiej drużyny promowano m.in. pańskim nazwiskiem.

To było dla mnie ogromne zaskoczenie, podobnie jak oferty reklamowe różnych firm. Reklamowałem m.in. Sport Channel w Nowym Jorku, wspólnie z najsłynniejszymi zawodnikami hokeja, koszykówki, futbolu amerykańskiego i baseballu. Wielkie przeżycie, nie tylko dlatego, że nagranie składającej się z dwóch zdań reklamówki zajęło nam dwa dni, ale z uwagi na spotkanie się z tuzami najbardziej popularnych tamtejszych sportów. Cokolwiek powiedzieć – piłka nożna globalnie, w kontekście zainteresowania całego kraju, w porównaniu z koszykówką, hokejem, baseballem i futbolem wypadała blado. Zupełnie inna bajka. Więc zakwalifikowanie się do takiej grupy gwiazd było niebywałym wyróżnieniem.


Fragment pożegnalnego artykułu w jednej z amerykańskich gazet.

W USA w San Jose zastąpił pan zaś George’a Besta. Zawodnika, który podobnie grał…
Był moim idolem. To ja próbowałem grać tak jak on. Pamiętam, że czytałem w Polsce jego wypowiedzi z czasów Manchesteru United, gdy mówił, że nie interesuje go już, ile goli strzeli, ale ilu rywali ogra. Liczył sobie, ilu, przepraszam za wyrażenie, frajerów nawinął. Ja próbowałem to realizować u nas. Raz mi się to świetnie udało, wkręciłem ośmiu piłkarzy Stali Mielec. Rwetes na stadionie był niesamowity, wszyscy skandowali moje nazwisko, tyle że… efektu z tego za dużego nie było. To zresztą często mi się zarzucało. Ale moje rozumienie futbolu opierało się na tym, że gram dla ludzi. Że to oni mają tutaj być zadowoleni, mają wyjść ze stadionu ze świadomością, że dobrze zainwestowali swoje pieniądze.

Nawiązałem do Besta, bo nie tylko podobnie grał, nie tylko podobnie wyglądał, ale chyba i podobnie żył.
(śmiech) Jedyne w czym Besta udało mi się pokonać, to że on dożył 56 roku życia, ja zaś za moment będę kończył 62 lata. Natomiast jeżeli bym miał wypić tyle, ile on… Mimo że nie wylewało się nigdy za kołnierz, prawdopodobnie moja kariera skończyłaby się bardzo szybko. Tak wytrzymały na alkohol nie byłem.

Ale bywały i takie epizody jak wyścig maluch kontra mirafioli.
Best by do malucha nie wsiadł! Nie sądzę też, żeby wygrał taki wyścig, musiałem jechać pod prąd, a przecież ścigałem się z nowym samochodem Janka Tomaszewskiego. To było spore osiągnięcie, kosztowne, musiałem naprawić potem stukniętego Fiata, ale dało mi to sporą satysfakcję. Na trasie Hotel Centrum – ŁKS byłem najszybszy. Było faktycznie trochę tych przygód, może nie miarę George’a Besta, ale nie oszczędzaliśmy się.

Przy wspomnieniach Piotrkowskiej cały czas zastanawiałem się – jednak istotniejsza Piotrkowska 76, czyli siedziba klubu, czy 77, czyli imprezownia.
Siódemki były bardzo popularne wśród braci studenckiej, spędzaliśmy tam z kolegami masę czasu, ale jako piłkarze byliśmy jednak dość dobrze znani, z tego względu na tego typu imprezy szukaliśmy raczej lokali na obrzeżach miasta. Takim na przykład był Karo w Zgierzu, tam świętowaliśmy zwycięstwa. Widzewiacy z kolei upatrzyli sobie jakąś restaurację w Tuszynie. Takie lokale były zamykane, wówczas byliśmy w środku tylko my.

Królowie Łodzi. Po jednej stronie Boniek, po drugiej Terlecki.
Nie przesadzałbym z określaniem kogokolwiek mianem króla Łodzi, tym był zawsze przede wszystkim Władysław Król. Człowiek, który sprawdzał się jako zawodnik w różnych dyscyplinach sportu, jako trener, zdobywca pierwszego pucharu i mistrzostwa Polski dla ŁKS-u. Miałem z nim zresztą świetne kontakty, dość często byłem przez niego zapraszany z żoną na różne uroczystości. Kontynuatorem tych tradycji był z kolei Leszek Jezierski, nie bez powodu nazywany „Napoleonem”. My ze Zbyszkiem w najlepszym dla nas układzie mogliśmy być co najwyżej marszałkami Napoleona.

Nawiązuję do tego królowania, bo w wielu rozmowach z byłymi piłkarzami można wyczytać między słowami, że to nie brak pieniędzy, ale właśnie tej adrenaliny, sławy, popularności najbardziej doskwiera po zakończeniu kariery.
Piłka nożna to jest narkotyk. Kto raz spróbuje, kto raz poczuje skok testosteronu – już nigdy nie będzie mógł przestać. I będzie mu bardzo, bardzo ciężko odnaleźć się w nowej rzeczywistości, gdzie już narkotyku nie ma. Ja zdawałem sobie sprawę, że ten piękny sen szybciej czy później się skończy. Kariera zresztą trwała wówczas sporo krócej, 32-letni piłkarz był już weteranem, wspominany przez nas Jurek Sadek był właściwie ewenementem. Brałem to pod uwagę od początku, od rozpoczęcia studiów, od pierwszej poważnej kontuzji, która wykluczyła mnie z Mistrzostw Świata. Wtedy, po tym strzale obuchem w łeb, zorientowałem się, że w piłce czasem wszystko kończy się w sekundę. Miałem to szczęście, że z przerwami grałem do 37. roku życia, zaczynałem jako 17-latek.

Problem polega na tym, że życie piłkarskie jest bardzo zróżnicowane. Człowiek w normalnym zawodzie chodzi do pracy od poniedziałku do piątku, pracuje osiem godzin, do tego dojazd, wychodzi dziesięć. Piłkarz w tym czasie ma półtorej godziny zajęć, potem ewentualnie obiad z kolegami. Gdy z kolei ludzie odpoczywają – zawodnik ma to samo półtorej godziny, by pokazać to wszystko, czego się nauczył. Bardzo, bardzo ciężko jest przejść z jednego stylu życia do drugiego.

Stąd problemy po zakończeniu kariery?
Bezpośrednio po jej zakończeniu zdecydowałem się na własną firmę, razem z dwoma kolegami spoza Polski. Jako jeden ze współwłaścicieli nie musiałem nadal pracować w takim zwyczajnym rytmie, od tego był dyrektor. Potem firma zakończyła działalność i nastąpiło zderzenie z 8-godzinnym trybem. Do dzisiaj wspominam z tęsknotą te czasy wstawania o 10, potem kawa, śniadanie, trening, obiad w „Nocie” albo „Spatifie”.

A gdy nawet pojawiła się przerwa z uwagi na kontuzję – występy w telewizji. Zresztą ponoć całkiem udane, komentarze dotyczące bratnich narodów do dzisiaj wspomina się w pańskich sylwetkach.
Tak, siedzieliśmy w studiu, czterech znawców, którzy się wymądrzali, no i ja, najmłodszy. Przysłuchiwałem się tym analizom i w końcu sam zabrałem głos, cytując polskie porzekadło: „jak świat światem, Niemiec Polakowi nigdy nie był bratem”. Natomiast jeśli chodzi o Związek Radziecki rozmawialiśmy o tym, że nie widać u nich radości z gry. Wszyscy się bardzo długo zastanawiali, a ja znowu postawiłem na prostotę – jak ktoś się wychowywał w kołchozie, to trudno żeby czuł jakąkolwiek radość z wykonywanej pracy. Dostawałem wtedy masę korespondencji, to sprawiało, że inni eksperci w trakcie turnieju odpadali, a ja razem z Kazimierzem Górskim zostawaliśmy na stanowisku. Choć zdarzały się i listy, gdzie obrywało mi się jak – nie przymierzając – dzisiaj niektórym w komentarzach w Internecie. Zdawałem sobie sprawę z tego, że to kontrowersyjne wypowiedzi i czasem nie po myśli moich mocodawców z telewizji, ale ludziom to się podobało.

Często też wypowiadałem się trochę wbrew pozostałym ekspertom, może nie otwarcie ich krytykując, ale starając się jakoś celnie podsumować całe to towarzystwo. To byli ludzie dość wiekowi, z bardzo nieaktualnym spojrzeniem na futbol, 50 lat spóźnionym. A miałem jeszcze przy sobie Kazimierza Górskiego, co też dodawało pewności siebie. Ale też nie zawsze byłem aż tak niepokorny. Reprezentacja, która miała jechać po zwycięstwo zajęła piąte miejsce, w Polsce odebrano to jako porażkę. Kazimierza Górskiego, Tomka Hopfera i mnie poproszono, byśmy wytłumaczyli ludziom, że to wcale nie jest zły wynik. Trener bardzo się zdenerwował, nie chciał uczestniczyć w tej farsie, ale po namowach ulegliśmy. Muszę samokrytycznie stwierdzić, że musieliśmy mocno pudrować – ja na przykład powiedziałem, że Polacy na całym świecie muszą być bardzo dumni, bo gdybyśmy we wszystkich dziedzinach zajmowali piąte czy szóste miejsce na świecie to Polska byłaby teraz w innym miejscu. Po latach zresztą okazało się, że to nie było aż tak mocne koloryzowanie – ile razy w historii zajmowaliśmy to piąte miejsce? Co byłoby dzisiaj, gdybyśmy odpadli dopiero w ćwierćfinałach mundialu? Trenera Górskiego zwalniano za srebro na igrzyskach, teraz od lat mamy problem, żeby w ogóle wziąć udział w tej imprezie. Szybko przyzwyczajamy się do luksusu, a przecież cały futbol opiera się na falach. Jak jest z Holandią i Belgią? Przez lata Holendrzy przewyższali ich o kilka klas, teraz brakło ich na Euro, podczas gdy Belgia ma wielu znakomitych zawodników.


ze zbiorów Jana Reinertsena, nasljerseys.com. Terlecki 14, Neeskens 13, Bogicević 8.

W telewizji jednak też się pan po karierze nie odnalazł. Przez pewien czas zresztą ten problem z odnalezieniem się nie dotyczył tylko pracy.
Moja mama zawsze mówiła: w życiu wszystko się wyrównuje. Miałem okres beztroskiego życia, nawet zarabiając pięciokrotnie czy dziesięciokrotnie więcej niż średnia krajowa. Teraz to odrabiam.

Te historie z Super Expressu, kłótnie z rodziną – skończony rozdział?
Jeśli chodzi o historię, która toczyła się na łamach „Super Expressu” to na własną prośbę rozdmuchałem całość do niewyobrażalnych rozmiarów. W tym co mówiłem było sporo prawdy, ale nie byłem w stanie krytycznie spojrzeć też na siebie. Sam fakt, że zadzwoniłem do moich przyjaciół z tej gazety… Trudno wymagać, by przedstawiali problem tylko z jednej strony. Obiektywizm wymagał, by pokazać też drugą stronę, tę, której ja nie dostrzegałem. Nie będę ukrywał, że człowiek ma wzloty i upadki. Grunt, żeby się podnieść z kolan i znów normalnie egzystować. Byłemu piłkarzowi, któremu wszystko zawsze łatwo przychodziło jest z pewnością trudniej żyć w warunkach, w których żyje pół Polski, starając się związać koniec z końcem.

Pan długo chyba nie mógł się pogodzić z tym brakiem popularności, z normalnym, zwykłym życiem. Były wybory do Sejmu, z różnych partii…
To też dobrze obrazuje, że ja chyba nigdy nie lubiłem próżni. Te wszystkie moje podpadówy i afery, konflikty – lubiłem jak coś się działo. Po zakończeniu kariery zaś poczułem pustkę. Polityka, jeszcze w dodatku taka, poprzez kandydowanie z naprawdę różnych opcji politycznych to był kolejny taki sposób na zrobienie awantury. Choć wyniosłem z tego przynajmniej lekcję, że niezależnie od reprezentowanej opcji, polityka jest bardzo daleko od fair-play, to nie jest w żadnym momencie czysta gra.

Może to mylne wrażenie, ale chyba piłkarzom, którzy zawsze grali „pod publiczkę”, dla ludzi, jak najbardziej efektownie, czasem choćby i na przekór trenerom, jest ciężej pogodzić się z tą wspomnianą pustką.
Jak się czyta przysłowia Salomona – istotą szczęścia są sława, zdrowie i pieniądze. Grając w piłkę na wysokim poziomie bardzo łatwo i o zdrowie, i o pieniądze. Prawdziwie uzależnia jednak dopiero sława. Ludzie tłoczą się po autograf, wszyscy zabiegają o wywiad. Na dźwięk nazwiska otwierają się wszystkie drzwi, wszystko można załatwić. Tego później brakuje. Zresztą, widać to po wypowiedziach na łamach gazet, niektórzy zachowują się po zakończeniu kariery, jakby nadal grali. Pełni buty, arogancji, zero samokrytycyzmu. Szybko zapomina się o własnych błędach czy nietrafionych prognozach, tego zresztą i tak nikt nie weryfikuje. Ja nauczyłem się dostrzegania błędów po swojej stronie.

Również w kłótni z rodziną? Dziś jest już w porządku?
Tak, na szczęście jest już w porządku. Okazuje się, że nie ma lepszego lekarza niż czas. Po jakimś okresie obie strony dochodzą do wniosku, że błędy popełniane były przez wszystkich. Tak w życiu bywa, trzeba się przyznać do swoich, wyciągnąć wnioski i tyle.

Znalezione obrazy dla zapytania terlecki neeskens Fot. wpolityce.pl/Super Express

To chyba ta Łódź panu służy. Ilekroć pan tu wraca, to życie układa się jakoś lepiej.
Dzięki Pawłowi Lewandowskiemu i Jackowi Bogusiakowi, dwóm kibicom ŁKS-u wracam do normalności. Tak to człowiek… No nie mógł się pozbierać. Ta cała sytuacja z rodziną absolutnie mnie pogrążyła, nie miałem do tego żadnego zajęcia, więc zbijałem bąki i popadałem w coraz większa ruinę. Zresztą jak wielu moich kolegów… Ale gdy ma się takich przyjaciół jak Paweł, jak Jacek, jak wielu innych ludzi tu z Łodzi to można dzięki nim wyjść na prostą.

F0t. Paweł Lewandowski

Skończył pan nawet kurs UEFA C.
Chciałbym by dalej było też B i A. Na razie jednak cieszę się, że mam pracę. Zastanawiam się trochę nad jej celowością, bo mimo masy boisk, na których można trenować z młodzieżą, nie do końca da się znaleźć młodzież. Ale tak, powroty do Łodzi bardzo mi służą. Gdyby nie Łódź i gdyby nie moi przyjaciele, to… No różnie mogłoby to wyglądać z moim życiem.

Czyli widzimy się wiosną na stadionie.
Tak i mam nadzieję, że będziemy się razem cieszyć z awansu a potem z kolejnych trybun. Klub o takich tradycjach zwyczajnie na to zasługuje.

ROZMAWIAŁ JAKUB OLKIEWICZ
Niepodpisane fotografie pochodzą z książki „Pele, Boniek i ja” Stanisława Terleckiego i Rafała Nahornego

Najnowsze

Anglia

Brazylijski nabór w Chelsea trwa. „Messinho” może być wart nawet 60 milionów euro

Bartek Wylęgała
0
Brazylijski nabór w Chelsea trwa. „Messinho” może być wart nawet 60 milionów euro
Koszykówka

Koszykówka 3×3. Polacy w ćwierćfinale kwalifikacji olimpijskich! Przed Polkami trudne zadanie

redakcja
0
Koszykówka 3×3. Polacy w ćwierćfinale kwalifikacji olimpijskich! Przed Polkami trudne zadanie

Komentarze

27 komentarzy

Loading...