– Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Całe życie. Cholera jasna – Charles Bukowski poświęcał polskiej piłce tyle uwagi, ile ja poświęcam wyścigom strusi albo zwyczajom godowym surykatek, ale tym jednym zdaniem scharakteryzował, lekko licząc, ćwierć wieku polskiej piłki. Blisko trzydzieści lat plag, pechowego tłuczenia luster, trzydzieści lat chudych. Okazjonalne sukcesy – a raczej sukcesiki – tylko zakłamywały obraz, nigdy też nie budowały czegoś trwałego, co mogłoby w przyszłości zaowocować.

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

– Potencjał nic nie znaczy. Trzeba coś robić. Niemal każdy osesek w kołysce ma większy potencjał ode mnie – tak trafnie z kolei Charles zdiagnozował nasz podstawowy problem, grzech główny. Jazda na potencjale, a konkretnej roboty prawie wcale. Specjalizacja: rojenie nierealnych planów. A nawet jak trafiał się plan realny, ciekawy, obiecujący, to lądował na półce w archiwalnej piwnicy, na dnie starego pudła po prodiżu.

Kończy się jednak era jałowej gadaniny. Kończy się gdybanie, opowiadanie baśni Christiana Andersena, wciskanie kitu i kultywowanie bylejakości. Te skazy wciąż będą incydentalnie obecne, ale jeśli usiądzie się w ostatnim rzędzie i zobaczy pełną perspektywę, panoramę, to wtedy widać, że Polacy zabrali się do roboty. Na wielu frontach.

***

Rozmawiałem ostatnio z Michelem Jongsmą, holenderskim dziennikarzem. O kryzysie Oranje powiedział między innymi tak:

„Tak bardzo uwierzyliśmy w swój model, tak bardzo uwierzyliśmy, że wiemy wszystko, że mamy najzdrowszy system, który nie wymaga zmian, że staliśmy się leniwi. Siedzieliśmy w mydlanej bańce, zachwyceni sobą, a ta właśnie pękła i ujawniła nam, że wszyscy zrobili kilka kroków do przodu, a my zostaliśmy w tyle.”

Gdy Polska była liczącą się na świecie piłkarską siłą nie było mnie nawet w planach, ale zastanawiam się: na ile podobna mogła być przyczyna naszej wieloletniej zapaści? Żarło nam, żarło dekadę, medale mistrzostw świata były ukoronowaniem. Te sukcesy jednak zamiast być drabiną, po której weszlibyśmy na dach, okazały się drabiną, z której zlecieliśmy na pysk wybijając sobie obie jedynki. Wysłuchałem wypowiedzi Piechniczka z wczorajszej konferencji na temat Narodowego Modelu Gry i pan Antoni w zasadzie stwierdził, że brakło nam wówczas tylko spisania i upowszechnienia złotych zasad, wszystkich sekretów wspaniałej polskiej myśli szkoleniowej. Tacy byliśmy dobrzy, innowatorscy! Nie mogę pamiętać, jestem skłonny nawet uwierzyć, ale jeśli tak było, to z tego mogło się zrodzić rozleniwienie.

Sukces jako dławiąca pułapka odrzucająca przekonanie, że należy dokonywać gruntownych zmian, czyli w zasadzie: że należy się rozwijać.

Sukces uzasadniający trwanie w miejscu, bo formuła przecież jeszcze przed chwilą działała.

Michel powiedział też, że Holandię czeka bardzo interesujący czas, bo nigdy nie było gorzej. Nowa, nieznana fabuła – jak wydobyć się z kłopotów. No więc uważam, że nas czeka równie interesujący czas i z podobnych przyczyn, choć od wielu lat nie było lepiej. Ale wydobywanie się z kłopotów, walka z nimi, a nie przekonanie, że jakoś to będzie – to i tak jest nowością.

***

Reprezentacja ma paradoksalnie najmniejsze znaczenie. Grupa utalentowanych ludzi, którzy stają się boiskowym monolitem, może zrodzić się na najgorszym klepisku i w ogniu patologii. Zespół – to małe ogniwo. Może spokojnie powstać w wyniku szczęścia, a nie zdrowego systemu.

Nieporównywalnie istotniejsze jest, że pojawia się coraz więcej postaci i organizacji, które ten zdrowy system chcą utworzyć, zerwać z tumiwisizmem i amatorką. Nie dla budowy na zasadzie „nikt nie da ci tyle ile obieca Widzew”, nie dla wielkiej Wisły traktującej młodzież jako zło konieczne, nie dla Legii Deawoo chcącej budować sześćdziesięciotysięcznik w Warszawie, nie dla Ptaka czołgającego piłkarzy.

Zazębia się wiele elementów, a nie tylko jeden – to jest kluczowy aspekt.

Polska stadionami stoi, jak tak dalej pójdzie kiedyś derby gminy Złoczew w Stolcu obejrzę przy sztucznym oświetleniu i z trybuny krytej. Infrastruktura dostała dzięki Euro 2012 kopa w dupę na rozpęd i go nie wytraca, a zaczyna obejmować także bazę treningową, akademie.

Wygląda też na to, że równie wielką rewolucją jak ta stadionowa – od kadry w Ostrowcu po Narodowy – czeka szkolenie juniorów. Chałupnicza partaninka w starym stylu, dwie piłki i jeden Zenek opiekun wkrótce mogą być anegdotką opowiadaną przy wypitym poza sezonem piwku. Taki Lech Poznań daje dużą część budżetu rocznie na akademie, Lubin także może służyć za wzór. Wczoraj z pompą ogłaszano Narodowy Model Gry, który też sypnie groszem na najmłodszych: nie wiem ile klubów mu się podporządkuje, nie wiem na ile decydujący w praniu okaże się ten projekt, ale bezsprzecznie jest to silny impuls do zmian. Zabranie głosu w dyskusji, która przez dekady była martwa, a nawet więcej – postawienie konieczności prowadzenia takiej dyskusji na piedestale. Sceptyczny jestem od wynajmowania konsultantów z Belgii za grubą kasę, uważam, że te pieniądze można lepiej spożytkować, ale to znowu poświęcanie uwagi kluczowemu tematowi, który mimo swej wagi do niedawna był w głębokim podziemiu.

W tle toczy się walka o zmianę mentalności środowiska, znowu ze szczególnym uwzględnieniem juniorów. Dziś spoglądając w górę widzą wzorowych profesjonalistów Lewandowskiego i Krychowiaka, a nie starszyznę wnoszącą zgrzewkę naukowych zdobyczy Polmosu do szatni. Dobrym przykładem dla wielu może być też Grosik, były magnes na problemy, a teraz mówiący ostro: stawiam wszystko na futbol. Chcę być profesjonalistą całą dobę. To jest moja życiowa szansa i chcę ją wykorzystać.

A jeszcze Ekstraklasa nabiera rozpędu, medialnego, finansowego i organizacyjnego. Transmisji do różnych krajów Europy ani nie przeceniam, ani nie doceniam. Na margines są spychane kluby-kukułki, standardy rosną, tak samo wartość ligi. Na mniejszą skalę ale podobne procesy zachodzą również w pierwszej lidze, która już potrafi okazjonalnie pokazać mecz-produkt, który stoi na wysokim poziomie pod wieloma względami. Rozwijają się inicjatywy oddolne: EkstraStats, szkolenia skautingowe, taktyczne, trenerzy nie zamykają się na nową wiedzę, chłoną, chętnie się doszkalają.

Patologie są i będą. Ale dziś coraz mniej uchodzi na sucho. Taki Klub Kokosa, jeszcze niedawno oswojona praktyka: dziś, gdy Śląskowi wątpliwą sławę zapewnił nawet New York Times, trzy razy prezes z dyrektorem zastanowią się czy kazać piłkarzowi ubierać i rozbierać choinkę osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu.

***

-Co pan sądzi o wojnie?
-Nie widzę w niej nic złego – odparłem.
-Naprawdę? Niemożliwe!
-Możliwe. Gdy wsiadasz do taksówki, wszczynasz wojnę. Gdy kupujesz bochenek chleba, wszczynasz wojnę. Gdy kupujesz sobie dziwkę, wszczynasz wojnę. A ja od czasu do czasu potrzebuję chleba, taksówek i dziwek.

Nie sądzę by i tu chodziło Bukowskiemu o polską piłkę, ale nieco nagnę znów wymowę: mrużąc oczy można odczytać ten fragment jako troskę o traktowanie detali z uwagą. Zawsze z powagą, bojowością, bez względu na to o co chodzi, bez względu na to o co toczy się „walka”. I my właśnie zaczynamy traktować różne sprawy składające się na obraz polskiej piłki w równie pieczołowity sposób, już nie „od A do O”.

Bywały w Polsce świetne drużyny. Bywali świetni piłkarze. Ale nigdy nie było tak powszechnego przekonania w środowisku, że trzeba gruntownych zmian systemowych, a jeszcze popartych konkretami, dobrymi pomysłami, pracą. Ja doskonale wiem, że jesteśmy daleko od dobrego poziomu, zapewniam, że różowych okularów nie noszę – myślę, ze psują wzrok. Widzę jednak, pierwszy raz odkąd interesuję się piłką, czytelny plan i kierunek, a wiosłują w zasadzie wszyscy. I nie wyobrażam sobie, żebyśmy zostali z tej drogi wykolejeni: drużynę można rozmontować, ale nie system oparty na dobrym szkoleniu, na rosnącej w siłę lidze, na nowoczesnych stadionach, na coraz lepszych kadrach trenerskich.

Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Całe życie. Cholera jasna – trwają prace nad tym, by polski futbol zerwał wszelkie stosunki z tym cytatem. Zauważam coraz więcej pasjonatów ze środowiska, którym przyświeca raczej mój ulubiony cytat Bukowskiego: – „Jesteśmy tu po to, by śmiać się z wyroków losu. Przeżyć swoje dni tak dobrze, by śmierci zadrżała ręka, gdy przyjdzie nas zabrać.

Patos? Zajebisty. Ale choć nigdy nie stworzymy Premier League, nigdy nie będziemy notorycznym faworytem finałów, to nie można nie dostrzec, że wreszcie robimy wszystko, aby wykonać swoisty skok cywilizacyjny.

Leszek Milewski

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments