Jeszcze chwila i zacznie strzelać Szmatuła. Chapeau bas, panie Latal. 

redakcja

Autor:redakcja

25 września 2015, 21:45 • 3 min czytania

Reklama
Jeszcze chwila i zacznie strzelać Szmatuła. Chapeau bas, panie Latal. 

Jak tak dalej pójdzie, to z Tesco Areny – jak zwykło się ironicznie nazywać stadion w Gliwicach – zrobi się prawdziwy supermarket. Doszło tam bowiem do pewnego niecodziennego zjawiska – w drużynie Latala na dłuższą metę każdy gra solidnie. Po prostu każdy. Wszyscy doskonale wiedzą, po jakich sektorach boiska mają się poruszać, wszyscy harują, jakby to był ich ostatni mecz w karierze i na koniec okazuje się, że każdy gra na 150% swojego potencjału. Kwestia czasu, kiedy z wózkiem na zakupy wjedzie tam Leśnodorski z Rutkowskim. To już naprawdę przestają być niespodzianki – drużynę Latala należy traktować przynajmniej tak jak w poprzednim sezonie Jagiellonię. Po prostu czapki z głów za pracę, jaką wykonał czeski szkoleniowiec. Ten zespół – biorąc pod uwagę warunki Piasta – to po prostu arcydzieło.

Reklama

Dziesięć kolejek. Osiem zwycięstw. W domu komplet. Na wyjeździe trochę gorzej (3-0-2), ale na rozkładzie Piastelona ma już Cracovię, Legię, Lecha, Lechię i teraz Śląsk. Jasne, faworyci w tym sezonie zawodzą, ale dla Mraza i spółki takie zjawisko jak „trudny terminarz” zwyczajnie nie istnieje. Mało tego – dla nich w tej lidze nic wręcz nie jest trudne. Chłopaki wybiegają na murawę, zostawiają serducho i przy naprawdę wysokiej jakości piłkarskiej momentami wręcz z rywalami się bawią. Weźmy nawet ten dzisiejszy mecz – ciut słabiej spisały się gwiazdy pierwszego blasku jak Nespor czy Zivec, więc za strzelanie wzięli się stoperzy. Najpierw świetną wrzutkę Mraza wykończył profesor Hebert, potem z podania – choć nieco przypadkowego – najlepszego lewego obrońcy ligi skorzystał Korun. Jeżeli i oni złapią jednak zadyszkę, to jeszcze chwila i zacznie strzelać Szmatuła.

Ten Piast jest po prostu niemożliwy. Nie-moż-li-wy.

Różne analogie nasuwają nam się oglądając paczkę Latala. Czasem przypomina się sezon, w którym Korona z Ojrzyńskim walczyła o puchary. Wtedy banda świrów wydzierała na determinacji masę punktów, ale to porównanie nie jest jednak do końca trafne, bo Piast znacznie lepiej gra w piłkę. Atak pozycyjny, kontry, stałe fragmenty czy zwyczajne wychodzenie na pozycje, którego brakuje połowie ligi – oni po prostu opanowane mają wszystko. I to do tego stopnia, że nawet Marcin Pietrowski – przez lata przeciętniak w Lechii – zaczyna wyglądać na bardzo sensownego grajka. Mraz? Dwa gole, pięć asyst. Hebert? Bramka, asysta, kluczowe podanie i niezwykle równa gra w defensywie. Przesadzamy z tym rozpływaniem się nad ekipą Latala? Jeżeli tak, to będziemy przesadzać dalej, bo takie zjawiska jak Piast 2015/16 to w naszych warunkach archiwum X.

Rozpisaliśmy się o królach Ekstraklasy, ale Śląsk – choć dla wrocławskich kibiców to żadne pocieszenie – wcale nie grał źle. Przebojowo w mecz wszedł Paixao, świetnie do pozycji strzeleckich dochodził Biliński, sporo wiatru robił też Kiełb, ale – co słusznie wytknął w przerwie Kamil Kosowski – między ofensywą a środkiem i obroną była dziś luka wielkości Kanionu Kolorado. Gra zupełnie się nie spinała – zasługa w dużej mierze Danielewicza – co było wodą na młyn dla bezlitosnego Piasta. A Piastelona nie wybacza. Wiedzą w Poznaniu i w Warszawie, teraz przekonali się we Wrocławiu.

Reklama

NVkdba9

Fot. FotoPyK

Najnowsze

Reklama
Polecane

Chwalińska docenia Świątek po wygranej. „To żyjąca legenda”

Marcin Długosz
0
Chwalińska docenia Świątek po wygranej. „To żyjąca legenda”
Ekstraklasa

Niemczycki robił co mógł, ale Motoru nie zatrzymał. Koledzy nie pomogli…

Mikołaj Duda
14
Niemczycki robił co mógł, ale Motoru nie zatrzymał. Koledzy nie pomogli…

Weszło

Reklama