Stoję z pilotem trzymając go w dłoni jak rewolwer, stoję w samo popołudnie. Nie ma pojedynku na śmierć i życie, jest jednak wyraźnie odczuwalny nastrój oczekiwania, elektryczność powietrza. Powiecie, że przegrzały mi się styki by tak czatować na polskich skórokopów, a ja powiem, że Ekstraklasa potrafi uderzyć do głowy jak piwo w upalny dzień i cieszy mnie taka nadciągająca weekendowa libacja.

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Nurtuje mnie jak dziś jeszcze można przedstawiać naszą ligę jako przaśną, łataną na ślinę, dożynkową niby wyścigi w workach, a do której śledzenia przyznawać się w pewnych kręgach to jak przyznawać się do bycia smakoszem chałwy –  niby można, ale jednak wyznanie ekscentryczne. Ja wiem, że narodowym sportem w Polsce nie jest futbol, nie są skoki, siatkówka ani w co tam akurat mamy jakieś sukcesy, tylko narzekactwo, i to ono jest naszą koronną dyscypliną, ale nie dajmy się zwariować. Czarnowidztwo odnośnie Ekstraklasy to anachronizm.

Istotna dygresja, nim pójdziemy dalej. Jakiś czas temu przegląd internetowych filmików nieważne u kogo i nieważne pod jakie płyny. W pewnym momencie monitor zaczynają zaszczycać roznegliżowane modelki-piłkarki, rozgrywające mecz na gumowym, pełnym wody miniaturowym boisku – cel jasny, niech się wywracają, niech moczą koszulki, gole są najmniej istotne. Panny cel efektownie realizują, pokładają się ku uciesze wszystkich, a wówczas pada komentarz mojego kuma „i tak są lepsze od polskiej reprezentacji”. Przykład drugi, znajomy bawiący się w układanie prozy przedstawia frazę, której uwicie napawa go dumą:„W miłości jesteś jak polski piłkarz – kompletnie nie wiesz co się dzieje i bardzo się boisz”. Jest tu nawet jakiś kunszt, ale znowu – to są kwestie nieaktualne. Stereotypy tkwiące głęboko w naszej zbiorowej świadomości, ale na dziś nie mające związku z rzeczywistością, w rezultacie wielka januszada, nad tymi zdaniami unoszą się opary bigosu. Oczywiście być może za chwilę znowu będziemy beznadziejni, zleje nas Mikronezja albo stwory z mołdawskich lasów, ale na ten konkretny moment, po pokonaniu Niemców i w glorii lidera grupy eliminacji ME, powoływanie się na polską kadrę jako źródło wszelkiej żenady, alfę i omegę obciachu, to frazes, nieuczciwy frazes.

Za taki sam frazes uważam naigrywanie się z Ekstraklasy. Czynione coraz częściej z automatu, z przyzwyczajenia, ewentualnie z chęci błyśnięcia. Oczywiście można pięknie i barwnie poszydzić, powiedzieć, że to liga, która wypadła cygance z torby, że „SKÓRA Z MAKRELI EKSTRAKLASA” to adekwatne nazewnictwo, że efektowna jak jojo, a której niektóre mecze wywołują obumieranie synaps skuteczniej niż „Mocarz”. Ja jednak naprawdę nie uważam, by oglądanie meczów Ekstraklasy wymagało nadludzkiego wysiłku, to nie rozrywka wyłącznie dla superbohaterów, przeciętny zjadacz chleba będzie miał się czym bez znoju cieszyć i emocjonować.

Owszem, jakiś Polak kiedyś w wizycie u futbolowych bogów natłukł luster i nastało siedem pechowych lat, potem siedem chudych, a jeszcze doliczony czas, jeszcze dogrywka – kara jednak wreszcie mija, bo z której strony bym na nasze rodzime rozgrywki nie patrzył, to widzę rozwój i obiecujące perspektywy. Mamy imponujące stadiony, pod tym względem stanowimy czołówkę w Europie. Jest boom na piłkę w wielu miastach, czego świetnym dowodem Białystok czy Gdańsk. Jest znakomicie opakowany produkt – nie tylko przez NC+, bo ogółem polskie media pozwalają wgryźć zęby głęboko w ligę, przyprawiają ją w różny sposób. Jest coraz więcej pieniędzy i kompetentnych ludzi. Spojrzysz na rankingi frekwencji – jesteśmy na liście znacznie wyżej, niż w rankingu UEFA; spojrzysz na kasę z tytułu praw TV – to samo. Mieli swój czas Cypryjczycy, mieli Rumuni, nadchodzi nasz – rzekłem, świadomy i trzeźwy na umyśle, tak uważam, pod tym się podpisuję, ambasadorem lepszej przyszłości niniejszym się obwołuję.

Dla nas wszystkich dochodzi jeszcze jeden istotny aspekt, o którym już kiedyś pisałem. Liga może być marniutka, ale jeśli tylko kojarzysz wiele kontekstów, to każdy jej mecz staje się ważny. Podchodząc z marszu do hitu Serie A możesz się odbić, bo nic nie wiesz o drużynach, piłkarzach, atmosferze w obu obozach, szeroko pojętym tle znaczeniowym. Ale śledząc uważnie Ekstraklasę znajdziesz coś istotnego nawet w ohydnym 0:0 Łęcznej z Podbeskidziem. Bo to dla nas, wciągniętych, liga setek wątków, tysiąca tropów – jak zagrał ten młody? Czy weteran da radę? Czy ci odbiją się od dna? Czy nowa miotła zrobi robotę, czy wypieprzą trenera na zbity pysk, czy ktoś zda egzamin, wykorzysta ostatnią szansę? Gdzie nie spojrzeć, coś się dzieje. W tym rzeczonym 0:0 Łęcznej z Podbeskidziem, na które teoretycznie nie da się patrzeć bez bólu głowy, też pisać będą się rozdziały do niektórych interesujących cię wątków. I tak w każdym meczu.

Możecie mi rzucić w twarz koniecznością oglądania Lenartowskiego czy Mazana, jakimś trującym zakalcem zamiast spodziewanego hitu – odbiję tę piłkę powyższym akapitem, do tego powiem, że rytualne polowanie na dobry mecz jest szlachetną męską rozgrywką. Wyciągniecie z szafy golasa wbiegającego na boisko, jakieś barwne kuriozum? Póki jest to kuriozum nieszkodliwe, to niech sobie ten element swojskości będzie, a szkodliwych kuriozów z roku na rok jakby mniej.

Mamy jakąś awersję do dumy z tego, co nasze, i Ekstraklasa pod tą tendencję podpada, bo ewidentnie daje coraz więcej powodów do zadowolenia, a wciąż niezwykle często słychać gremialne zgrzytanie zębów. Może czasem nie wypada pochwalić, może efektowniej jest schować się za maską cynizmu, ale fakty faktami, robi się obiecująco. Trzeba oczywiście zachować proporcje, dlatego choć we wstępie napisałem, że Ekstraklasa potrafi uderzyć do głowy jak piwo w upalny dzień, to nie upierałem się, że chodzi o piwo zimne – przesadziłbym. Nie jest też jednak browar wygazowany, nie przyszedł w plastikowej butelce, nie przeterminował się dwa tygodnie temu. Koi pragnienie jak należy.

Leszek Milewski