Gdyby spytać kibiców o najjaśniej błyszczącą podczas Copa America gwiazdę, spora część na pewno wspomniałaby o Jorge Valdivii. 31-latek to piłkarz, bez którego Sampaoli nie wyobraża sobie budowy drużyny reprezentacyjnej. Szkoda, że na szersze wody wypłynął dopiero teraz.

OLE: Jorge Valdivia, czyli kolorowe życie Czarodzieja

A miał ku temu dość sporo okazji, pierwsza trafiła się nieco ponad dekadę temu, kiedy to na stałe wszedł do seniorskiego futbolu. Jaime Pizarro jednak nie widział miejsca składzie dla klubowego wychowanka, więc aby ten nie marnował czasu ani talentu wypożyczył go do Universidad de Concepción. Tam Jorge niemal w pojedynkę wprowadził jak dotąd nic nie znaczący na arenie międzynarodowej klub do Copa Libertadores, co do dziś pozostaje jednym z największych sukcesów U de Conce w historii. Mimo tego, po powrocie do Los Albos nadal nie miał większych szans na przebicie. Z drugiej strony, w 2004 roku pojawiło się światełko w tunelu w opcji wypożyczenia do Rayo, z czego piłkarz skorzystał.

Bo gdzie najlepiej błysnąć, jak nie w Europie? Właśnie tak myśleli zapewne włodarze Vallecanos sprowadzając Chilijczyka. Prawdopodobnie on sam również. Niestety, na oczekiwaniach się skończyło. Zaczął się natomiast dość pechowy dla Jorge okres, bo przez pół roku zagrał w Rayo jedynie pięć meczów, a sama drużyna spadła wówczas do trzeciej ligi. Czy Valdivia mógł trafić gorzej? Owszem, zrobił to już kilka miesięcy później przechodząc na wypożyczenie do Servette. Zamiast złotych gór Chilijczyk zastał w Szwajcarii – o ironio losu – puste konto bankowe klubu. Ten niedługo potem ogłosił bankructwo, a Jorge po raz kolejny musiał wracać do Colo-Colo. Szkoda, że wówczas bliżej było mu do kariery podróżniczej niż piłkarskiej, bo jednocześnie stracił najważniejszy dla rozwoju piłkarza okres.

foto_0000000120141023093444

Jego sytuacja ustabilizowała się dopiero gdy Los Albos przejął Marcelo Espina, który odważnie postawił na Valdivię. Ten szczególnie zabłysnął w Clausurze, kiedy to został nawet najlepszym strzelcem zespołu (9 goli w 16 meczach). Pozycję Jorge ugruntowała z kolei kadencja Claudia Borghiego, kiedy to wraz z Matíasem Fernandezem i Gonzalem Fierrem stworzył zabójcze trio w środku pola, które poprowadziło Colo-Colo do pierwszego od czterech lat tytułu.

„El Mago”

W 2006 roku trudno było pozostać obojętnym na Chilijczyka, dlatego też trafił on wówczas do Palmeirasu. W Brazylii Jorge został obciążony ogromną presją, bo przydzielono mu koszulkę z numerem 10, a to w Ameryce Południowej jest szczególnym wyróżnieniem. W ogóle można powiedzieć, iż w Ameryce Łacińskiej istnieje coś takiego jak kult dziesiątki, w który Chilijczyk wpasowuje się idealnie.

– Valdivia to brylantowy technik. Kilka lat temu, kiedy jeszcze komentowałem ligę brazylijską, to był naprawdę złoty chłopak. Zyskał nawet przydomek „El Mago”, bo dużo dryblował, świetnie podawał, ale też w ogóle nie pracował w defensywie. Zresztą, wszystkie filmiki związane z jakimiś najlepszymi akcjami chilijskich piłkarzy są pełne jego dryblingów lub otwierających zagrań. On w Chile ma status podobny do Riquelme w Argentynie – na boisku nigdy nie harował, więcej człapał niż biegał, ale też bardzo często błyszczał właśnie takimi pojedynczymi zrywami – mówił o nim w niedawnym wywiadzie dla Ole Magazyn Bartłomiej Rabij.

Kunszt El Mago docenili jednak nie tylko dziennikarze czy kibice, ale też ludzie futbolu, co można uznać za rekomendacje najlepsze z możliwych. W 2008, gdy grał w Palmeirasie, zachwycał się nim sam Pele: „To najlepszy ze wszystkich zawodników grających w Brazylii. Jest jej [ligi] największą gwiazdą”. Wtórował mu także były trener Valdivii w Colo-Colo, i późniejszy w reprezentacji, czyli Claudio Borghi: „Wspaniale się go ogląda. Nie licząc Diego Maradony, to najlepszy piłkarz jakiego widziałem”.

Na południe od równika nie ma grzechów

Mniej więcej w tym momencie zapewne zadajecie sobie pytanie, jak to się stało, że taki geniusz nie zrobił większej kariery? Cóż, w kult uwielbienia dla piłkarzy w Ameryce Południowej wlicza się także ich styl bycia. Tamtejsi kibice nazywają to „okazywaniem ludzkiej twarzy”, a samych zawodników w typie El Mago „radością ludu”. W Europie natomiast, to wszystko skończyłoby się prawdopodobnie na sportowo-medialnym ostracyzmie, którego fundamentem byłby brak profesjonalizmu.

Valdivia zawsze był uosobieniem słów „na południe od równika nie ma grzechów” z piosenki Chico Buarque, przez co często wywoływał różnej maści skandale. Dla przykładu, jeszcze za czasów gry w Colo-Colo, podczas derbów z Universidad Católica, postanowił poskarżyć się na sędziego… w trakcie meczu, przed kamerami chilijskiej telewizji. Przyznał wówczas, że „to nie pierwszy raz, kiedy arbiter mu grozi”. Chodziło jednak tylko o wyrzucenie go z boiska – rozjemca derbowego spotkania uznał to za „wyjątkowo niesportowe zachowanie” i jak wcześniej mówił tak zrobił. Valdivia na drugą połowę już nie wyszedł.

W poważniejsze tarapaty wpadł z kolei podczas Copa America w 2007 roku, kiedy to wraz z kilkoma kolegami z reprezentacji postanowił uczcić awans Chile do ćwierćfinału. Impreza skończyła się jednak niefortunnie, bo oskarżeniem piłkarzy o molestowanie seksualne dwóch kelnerek pracujących w hotelu w Puerto Ordaz, gdzie całe zajście miało miejsce. Efekty? Dwadzieścia meczów kary zawieszenia, które potem zostało skrócone o połowę.

mago-valdivia-infiel-rubiaValdivia przyłapany przez brazylijskich paparazzich na zdradzie 

Mało? W 2011 roku miało miejsce słynne „El bautitazo”, czyli impreza zorganizowana przez Jorge z okazji chrztu jego córki. W celebrowaniu udział wzięło również kilku innych reprezentantów Chile, w tym Arturo Vidal, Gonzalo Jara, czy Jean Beausejour. Panowie – a szczególnie sam szczęśliwy tatuś – delikatnie mówiąc przesadzili nieco z alkoholem i następnego dnia, w stanie wczorajszym, spóźnieni stawili się na treningu. Claudio Borghi, ówczesny trener Chile, dolał oliwy do ognia sugerując, iż poprzedniego wieczora piłkarze dodatkowo udali się jeszcze do klubu nocnego, czemu stanowczo zaprzeczał Valdivia „Powiedzenie, że poszliśmy tamtego wieczora do klubu, jest kompletnie niezgodne z prawdą. Nie negujemy naszego błędu, ale nie będziemy też akceptować kłamliwych komentarzy”. Jak łatwo się domyślić, El Mago już więcej u Borghiego w reprezentacji nie zagrał.

Trudne brazylijskie życie

Gra w Palmeirasie przyniosła mu sporo rozgłosu. Pod koniec 2008 roku miał już co prawda 25 lat, młodym talentem nie był, ale chętnych na jego usługi nie brakowało. W gronie potencjalnych nabywców wymieniano kluby z najlepszych lig europejskich, a największe zainteresowanie przejawiał Werder Brema, Espanyol oraz Hertha. Wydawać by się mogło, że to dobre trampoliny do jeszcze większej kariery, ale wtedy do akcji wkroczyli szejkowie z Al-Ajn. Jorge długo nie trzeba było przekonywać – dostał 10 milionów euro za sezon i przeniósł się nad Zatokę Perską.

W międzyczasie pojawiły się też plotki o zainteresowaniu Manchesteru City, którym rządzili już Katarczycy, ale Jorge ani myślał ruszać się ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zrobił to rok później, niedługo po mundialu w RPA, rozwiązując za porozumieniem stron swój kontrakt. Niedługo potem trafił z powrotem do Palmeirasu, gdzie trenerem był akurat Luiz Felipe Scolari.

Luiz Beluzzo, ówczesny prezydent klubu nie krył radości ze sprowadzenia dwóch wielkich gwiazd. „W ten sposób chciałem okazać kibicom miłość. Ludzie na ulicach ciągle gadają o osobach takich jak Scolari czy Valdivia… Mam nadzieję, że teraz są usatysfakcjonowani!” – mówił wówczas, ale jego plan się nie powiódł. Zamiast trofeów obaj panowie przynieśli za sobą więcej niesnasek, kłótni skandali.

W tamtym czasie El Mago częściej pojawiał się na łamach południowoamerykańskich pudelków, niż w mediach sportowych. Te raz po raz donosiły o kolejnych wybrykach Chilijskiego gwiazdora. Szerokim echem odbijały się chociażby romanse (żonatego zresztą) piłkarza, czy kolejne pogłoski o imprezach. Wszystko to przekładało się oczywiście na poziom sportowy, przez niego prezentowany. Valdivia nie przypominał wówczas pomocnika, który kilka lat wcześniej dawał kibicom tyle radości. Teraz przeważnie snuł się po boisku, grał niedbale, zaniedbywał też swoją formę fizyczną. Doszło nawet do tego, że w jednej z przerw w rozgrywkach władze klubu zmusiły go do podpisania specjalnego kontraktu, w którym zobowiązał się do „unikania kontuzji oraz prowadzenia sportowego trybu życia”. El Mago miał oczywiście inne plany, a samą umowę odebrał jako afront wobec jego osoby. „Jeśli klub nie okaże mi szacunku, będziemy musieli usiąść i poważnie porozmawiać” – grzmiał Valdivia. Kajać musiał się natomiast po innych wybrykach, takich jak oddawanie moczu na boisku podczas meczu z Santo André, czy po jednej z wielu kłótni z Felipão w takcie spotkania z Cruzeiro, kiedy zbyt ekspresywnie (wrzeszcząc na trenera i rzucając bidonami) manifestował swoje niezadowolenie ze zdjęcia go z boiska. Prezydent Palmeirasu groził wówczas Valdivii, że „nie będzie tolerował takiego zachowania i w razie dalszego niezadowolenia piłkarza usunie go z klubu”. Jak zwykle na słowach się skończyło, bo pomimo ofert z klubów takich jak River Plate, Fluminense czy Málaga, Jorge został w Palmeirasie.

Porwanie i ucieczka

El Mago i jego żona przeżyli chwile grozy w 2012 roku podczas wizyty w… McDonaldzie. Para wracała akurat zakupów, gdy na parkingu nagle zaczepił ich nieznajomy mężczyzna, który chwilę później przystawił lufę do skroni Chilijczyka, żądając okupu. Napastnik początkowo nie wiedział kogo właśnie napadł – dopiero po czasie zorientował się, że ofiarą padł piłkarz, co tylko rozbudziło jego apetyt. Jorge próbował negocjować z mężczyzną, ale ten nie dawał się przekonać, żądając większej sumy. W efekcie porwanie to wyglądało nieco tragikomicznie – Valdivia, jego żona oraz porywacz krążyli przez trzy godziny po całym Sao Paulo, od bankomatu do bankomatu, dopóki nie udało im się wypłacić gotówki. Uzyskując okup, napastnik uwolnił parę, której na szczęście nic się nie stało. Ponoć w Brazylii takie ekscesy są niemal na porządku dziennym, nazywa się je „ekspresowymi porwaniami”. Z drugiej strony trafili się i tacy, co twierdzili, iż El Mago zmyślił całą historię, by wywołać wokół własnej osoby jeszcze więcej szumu…

Bez tego nie mogło obejść się w 2014 roku, kiedy to Valdivia prawie podpisał kontrakt z Al-Fujairah SC. Wszystko szło po myśli klubu, dla którego byłby to najgłośniejszy transfer w historii. W arabskich mediach sprawę tę opisywano jako „bajkową” i „zapierającą dech w piersiach”, ale szejkowie bardzo szybko zostali sprowadzeni na ziemię. Skończyło się jedynie na słownej umowie pomiędzy nim, a klubem. Valdivia podczas wizyty w ZEA zapozował z klubowym szalikiem, a niedługo potem znalazł się ponownie w Brazylii. W Emiratach wierzono jeszcze, że Chilijczyk niebawem powróci, by parafować umowę, lecz nic takiego się nie stało. Jako oficjalny powód zmiany swojego stanowiska Jorge podał zły stan zdrowia swojej żony, ale już dzień później wstawiła ona na portal społecznościowy swoje zdjęcie z imprezy. Po tym wydarzeniu transfer upadł. Okazał się zbyt piękny, żeby był prawdziwy.

Valdivia-Fujairah-1024x682
Co ciekawe inną wersję wydarzeń przedstawiał niedługo potem sam Valdivia. W brazylijskich mediach mówił: „Podpisałem kontrakt z Al-Fujairah, a władze klubu powiedziały mi, że oficjalna prezentacja odbędzie się na początku sierpnia. Po spotkaniu udałem się na wakacje do USA, ponieważ nie było sensu, bym przez ten czas przebywał w ZEA. Z kolei kiedy już wróciłem, okazało się, iż transfer został anulowany.” Jorge przedstawiał sytuację z perspektywy urażonego i oszukanego: „Pożegnałem się z fanami Palmeirasu, zerwałem wszystkie kontakty w Brazylii, wypisałem nawet dzieci ze szkoły… Wcześniej dali mi koszulkę, robili w niej zdjęcia, a ja udzielałem wywiadów do mediów. A potem mnie olano”. Cóż, wydaje się, że to jedna z tych historii, w której ile osób brało udział, tyle mielibyśmy wersji.

Zmarnowany talent

„Valdivia to dla nas ktoś niezastąpiony. Jest kluczowy jeśli chodzi o styl, w jakim chcemy grać. Jorge to klasa sama w sobie – ważny tak jak Messi dla Argentyny czy Cristiano dla Portugalii. Potrzebujemy jego najlepszej wersji” – mówi o El Mago obecny selekcjoner reprezentacji Chile, Jorge Sampaoli. I trudno się z nim nie zgodzić, bo rzeczywiście Valdivia podczas tegorocznego turnieju gra znakomicie, pokazuje wszystkie swoje najlepsze cechy – drybluje w sposób nieosiągalny dla innych, podaje z błyskotliwością i precyzją, której zazdrościć może mu większość pomocników, a i wydaje się być znacznie dojrzalszy niż w przeszłości, bo w końcu poświęca się dla drużyny. Widać, że pomiędzy nim, Sampaolim, a resztą zespołu jest chemia. Można jedynie żałować, iż obaj panowie wpadli na siebie dopiero teraz. Kto wie, może gdyby Valdivia trafił pod opiekę El Hombrecito na początku swojej kariery, rozwinąłby się znacznie lepiej i dziś byłby twarzą jedno z wielkich europejskich klubów? Niestety, odpowiedzi na to pytanie nie poznamy nigdy.

*

Al-Wahda, klub ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, poinformował w nocy, że Jorge Valdivia zostanie jego nowym zawodnikiem. Na oficjalnej stronie Al-Wahdy napisano, iż do całkowitego zamknięcia transferu brakuje jedynie podpisu Chilijczyka oraz testów medycznych, które El Mago ma przejść już po zakończeniu Copa America.

MARIUSZ BIELSKI

Więcej tego typu tekstów znajdziesz na stronie olemagazyn.pl