Leśnodorski: Lech przez dwa i pół roku nic nie wygrał, a my…

Piotr Tomasik

05 maja 2015, 09:59 • 13 min czytania

Reklama
Leśnodorski: Lech przez dwa i pół roku nic nie wygrał, a my…

Mam ogromny szacunek do Lecha, ale przez dwa i pół roku, jak jestem prezesem Legii, klub z Poznania nie wygrał nic, a w europejskich pucharach odpadł z amatorami. My zdobyliśmy dwa mistrzostwa, dwa Puchary Polski i dwa razy graliśmy w grupie Ligi Europy, awansowaliśmy z pierwszego miejsca do fazy pucharowej, jesteśmy liderem ekstraklasy. Naprawdę nauczyli się Legii? – mówi w rozmowie z Przeglądem Sportowym Bogusław Leśnodorski. W dzisiejszej prasie jest kilka ciekawych tematów, m.in. książkowa historia Berga.

Reklama

FAKT

Miazga namawiany na kadrę.

Image and video hosting by TinyPic

Selekcjoner reprezentacji Polski Adam Nawałka (58 l.) myśli o zaproszeniu Mateusza Miazgi (19 l.) na najbliższe zgrupowanie przed meczami z Gruzją i Grecją. Tyle, że w tym czasie obrońca New York Red Bulls może przebywać na mistrzostwach świata do lat 20 z reprezentacją USA. Misję zbadania, czy piłkarz byłby zainteresowany przyjazdem na zgrupowanie otrzymał trener młodzieżówki Marcin Dorna (36 l.). (…) Miazga występował już w młodzieżowych reprezentacjach Polski. Dobrze zna go Marcin Dorna, który dostał zielone światło, aby porozmawiać z zawodnikiem o ewentualnym powołaniu. Taka rozmowa miała miejsce w ostatnich dniach, ale sam zainteresowany jeszcze się nie określił, czy byłby gotów na przyjazd w czerwcu. Miazga najprawdopodobniej pojedzie do Nowej Zelandii z reprezentacją USA na mistrzostwa świata do lat 20, które odbędą się w dniach 30 maja – 20 czerwca. Amerykanie musieliby odpaść już w pierwszej fazie turnieju, aby zawodnik pojawił się na zgrupowaniu w Polsce. A jest to mało prawdopodobne, bo mają słabą grupę z Birmą, Nową Zelandią i Ukrainą.

Reklama

Lechia chce Astiza. Informacja pochodzi chyba od menedżera, więc… poczekajmy.

Wciąż mająca ambicje zbudowania wielkiej drużyny Lechia Gdańsk interesuje się obrońcą Legii Warszawa Inakim Astizem (32 l.). Kontrakt Astiza z Legią kończy się w czerwcu. Dotąd strony nie dogadały się co do warunków przedłużenia umowy. Teraz mogą to wykorzystać inne kluby. Hiszpańskim stoperem interesował się Lech, a obserwuje go także Lechia. Duży wpływ na to ma fakt, że nowym szefem skautingu gdańskiego klubu został Marek Jóźwiak (48 l.). Świetnie zna hiszpańskiego obrońcę z czasów pracy w Legii, gdzie był dyrektorem sportowym. Znalezienie środkowego obrońcy jest jednym z priorytetów Jóźwiaka. Obecnie na tych pozycjach występują Rafał Janicki (23 l.) i Gerson (23 l.). Astiz jednak przede wszystkim chce zostać w Legii. Problemem jest jednak długość umowy. – Legia zaoferowała nam przedłużenie jej o rok, a my oczekujemy dwuletniej umowy. To dla nas bardzo ważne – powiedział nam Juan Oyaga, menedżer zawodnika.

Poza tym:
– Kubicki znów w Podbeskidziu
– Rekompensata dla klubów z grupy spadkowej: ćwierć miliona złotych
– Czy Topolski uderzył sędziego?
– Lewy trenował ze złamanym nosem

Image and video hosting by TinyPic

Reklama

Tekst o Lidze Mistrzów pomijamy, bo o niej sporo piszą inni. Z kolei Jan Tomaszewski proponuje: stwórzmy FC Łódź.

Co pan odczuwa, gdy widzi, w którym miejscu znajdują się obecnie łódzkie kluby?
– Trudno się z tym pogodzić. Przecież ŁKS to ostatni mistrz Polski z Łodzi, a Widzew przez wiele lat rozdawał karty w lidze. Teraz nie ma już większego sensu zastanawiać się, kto zawalił, ale ważne, co się zrobi, żeby futbol w tym mieście się odrodził. Przepraszam za słowo, ale albo kładziemy lachę na piłkę nożną w Łodzi, albo zamierzamy ją odbudować. Obecnie piłki nożnej w Łodzi nie ma. Teraz trzeba się zastanowić, co zrobić, żeby ją odbudować. Pierwsze kopnięcie piłki zależy do pani prezydent miasta Hanny Zdanowskiej.

Ma pan pomysł na obudowanie piłki w Łodzi?
– Od roku namawiam łódzkie władze, żeby zorganizować futbolowy okrągły stół. Rozmawiałem w tej sprawie z ministrem Andrzejem Biernatem i posłem Stefanem Niesiołowskim. Są tego samego zdania. Nie wiem, dlaczego nikomu z władz miasta nie zależy na takiej dyskusji. Przede wszystkim mam pytanie: czy miasto stać na wybudowanie dwóch stadionów miejskich? Przecież to ponad dwieście milionów złotych. W tej chwili, kiedy właścicieli ŁKS nie stać na grę w wyższej lidze, a Widzew nie spłaca długów z postępowania układowego i prawdopodobnie nie otrzyma licencji na przyszły sezon, jest to dla mnie rozwiązanie dość niezrozumiałe. Dlatego proponuję, żeby w Łodzi był jeden stadion i jeden klub. Nazwijmy go FC Łódź.

RZECZPOSPOLITA

Reklama

Tekst z okazji Ligi Mistrzów. Stara Dama marzy.

Juventus zechce dzisiaj w połfinale udowodnić Realowi, że nie jest w tym gronie ubogim krewnym. 12 lat czekał Turyn na ten wieczór. To był czas spektakularnych upadków i wzlotów. Odebranych za udział w aferze korupcyjnej mistrzowskich tytułów, karnej degradacji do drugiej ligi, ale także przeprowadzki na własny nowoczesny stadion i ponownej dominacji we Włoszech. Aby się przekonać, jak długa była to podróż, wystarczy spojrzeć na obecny skład Juventusu. Ostał się w nim z dawnych lat tylko Gianluigi Buffon. – Nie spodziewałem się, że powrót do elity zajmie nam tyle czasu. Ale dzięki temu smakuje lepiej. Nikt w nas nie wierzył, a my na ten awans zasłużyliśmy – mówi 37-letni bramkarz mistrzów Włoch. Trudno było wierzyć, patrząc na brzydką, ale – jak się okazało – przynoszącą efekty grę Starej Damy w ćwierćfinałach z AS Monaco. Nawet mając w pamięci, że Massimiliano Allegri nie obiecywał widowiska, a estetów wysyłał do cyrku. Żelazna obrona (Giorgio Chiellini, Andrea Barzagli, Leonardo Bonucci) w 34 meczach Serie A straciła tylko 19 goli, w dziesięciu spotkaniach Ligi Mistrzów – pięć. Na szczęście dla kibiców Juventus ma też ładniejszą twarz i czasem ją pokazuje. Tak było w 1/8 finału z Borussią Dortmund, tak ma być i teraz. – Udowodnimy, że potrafimy grać w piłkę – zapowiada trener Allegri.

GAZETA WYBORCZA

Juventus zbyt wielki. Dlaczego zbyt? Bo mowa o Serie A.

Reklama

Image and video hosting by TinyPic

Nawet właściciel turyńskiego klubu wzdycha, że jego piłkarze mają szkodliwie mizerną konkurencję. W weekend znów obronili mistrzostwo Włoch, w kraju trzymają władzę absolutną. To ich przewaga nad Realem przed wtorkowym półfinałem Ligi Mistrzów. Nie muszą już zaprzątać sobie głów rywalizacją w Serie A, podczas gdy rywale z Madrytu w kraju toczą wściekły wyścig z Barceloną. Nie dość że turyńczycy zdobyli tytuł czwarty raz z rzędu, to jeszcze z każdym sezonem potężnieją. Najpierw uciułali cztery punkty więcej od wicemistrza, potem – dziewięć, w minionej edycji rozgrywek – 17. Teraz mają przewagę ciut mniejszą (15), ale przed nimi jeszcze cztery serie gier, więc mogą ją powiększyć. W każdym razie od miesięcy nie mieli dnia, w którym czuliby się zagrożeni. Czteroletnie panowanie to w najsilniejszych ligach europejskich ewenement. W Hiszpanii nie zdarzyło się od dwóch dekad. W Anglii – nigdy. Podobnie jak w Niemczech, w których rozgrywki uchodzą za zmonopolizowane przez Bayern Monachium. Włochy przeżyły wprawdzie przed chwilą długą hegemonię Interu, ale wynikała ona z nadzwyczajnych okoliczności – korupcyjna afera Calciopoli obaliła tradycyjną hierarchię i pozbawiła mediolańczyków poważnej konkurencji. Minionego lata pod Juventusem też zatrzęsła się ziemia. Porzucił go trener Antonio Conte, który obawiał się, że nie zdoła dłużej utrzymywać piłkarzy w stanie wyższej gotowości bojowej, a na szefach klubu nie zdołał wymóc obietnicy, że zainwestują w wielomilionowe transfery pozwalające planować skok na Ligę Mistrzów. Jego następcę – wcześniej pracował we wrogim Milanie, został wylany na 11. miejscu w tabeli, wielokrotnie prowokował turyńczyków – kibice witali, mówiąc delikatnie, z ostentacyjną niechęcią. Ale Massimiliano Allegri spisał się doskonale. A nawet lepiej.

I jeszcze jeden materiał dotyczący tej samej tematyki. Derby przeniesione do Turynu.

– Naszym wzorem powinno być Atlético Madryt – mówi pomocnik Juventusu Andrea Pirlo. To zwiastuje, że Real do finału w Berlinie czeka droga przez mękę. „Ani Mayweather, ani Pacquaio. Prawdziwa walka stulecia odbywa się u nas” – napisała „Marca”, zamieszczając fotomontaż Cristiano Ronaldo i Leo Messiego w bokserskich rękawicach. Portugalczyk z Realu strzelił w lidze 42 gole, Argentyńczyk z Barcelony 40, gdyby zsumować ich bramki, ani mistrz Niemiec Bayern (77), ani mistrz Włoch Juventus (64), ani mistrz Anglii Chelsea (69), ani lider Ligue 1 PSG (72) nie dorównaliby im skutecznością. W Madrycie świętują kolejny hat trick Ronaldo, który dał Realowi zwycięstwo w Sewilli i utrzymał go w grze o mistrzostwo. – Przerwanie passy Sevilli 34 kolejnych meczów bez porażki u siebie będzie dla nas natchnieniem przed wyjazdem do Turynu – powiedział trener Carlo Ancelotti. W Sewilli po kontuzji wrócił Gareth Bale. Zagrał 25 minut, asystując przy trzecim golu Ronaldo. W Turynie ma grać od początku, widać, że rozpiera go energia, choć ma za sobą wyjątkowo trudny okres. Jesienią był jednym z kluczowych graczy drużyny, która zakończyła 2014 r. z czterema trofeami – to rekord w historii Realu. W styczniu wpadł w kryzys, kibice z Santiago Bernabéu na niego gwizdali, a Ronaldo wściekał się za zbyt egoistyczną grę. Prasę obiegły plotki o kwotach, które są gotowe za niego płacić angielskie kluby. Walijczyk nie jest jednak na sprzedaż, prezes Florentino Pérez wierzy, że to on zastąpi kiedyś 30-letniego Ronaldo. Dla Portugalczyka początek roku nie był łatwiejszy. Odkąd odebrał trzecią Złotą Piłkę, słuch o superstrzelcu zaginął. Kulminacją były lutowe derby Madrytu na Vicente Calderón przegrane przez Real 0:4. Na ten sam dzień, po spotkaniu z Atlético, Ronaldo zaprosił gości, z którymi świętował 30. urodziny.

Reklama

SUPER EXPRESS

Zamaskowany Lewandowski gotowy na Barcę.

Image and video hosting by TinyPic

Zaledwie kilka dni temu w półfinale Pucharu Niemiec Bayern – Borussia doznał poważnej kontuzji (złamany nos i szczęka), a już wczoraj, sześć dni później, wrócił do treningów. Robert Lewandowski (27 l.) w specjalnej ochronnej masce przygotowuje się do półfinału Ligi Mistrzów (…) Reprezentant Polski wczoraj dostał od lekarza zgodę na występ z Barceloną. – Decyzja będzie należała do samego piłkarza. On najlepiej wie, jak się czuje, czy da radę zagrać – mówi dyrektor sportowy Matthias Sammer (47 l.).

Reklama

Tyle wystarczy, by się dowiedzieć, co z Lewym. Ciąg dalszy ma też przepychanka sędziego z Topolskim.

– Trener Topolski nie wszedł, ale wtargnął na boisko, używając pod moim adresem steku wulgaryzmów. Najpierw złapał mnie za rękę, a potem obydwoma rękami pchnął w klatkę piersiową, domagając się dla siebie czerwonej kartki. Nie pokazałem mu jej, bo to nie zawodnik. Postępując w myśl przepisów PZPN, sędzia, którego nietykalność cielesna zostaje naruszona, musi zakończyć mecz. Tak też zrobiłem, a następnie wszystko opisałem w sprawozdaniu meczowym – wyjaśnił Bartłomiej Pangowski. – Arbiter jako osoba publiczna musi reagować na chamstwo ze strony zawodników, trenerów czy działaczy. Dlatego, mimo że szanuję wielki dorobek piłkarski pana Topolskiego, nie mam sobie nic do zarzucenia i w każdej chwili jestem gotów do konfrontacji ze szkoleniowcem – dodał arbiter. Do spotkania prawdopodobnie dojdzie. Adam Topolski zażyczył sobie go jeszcze przed rozmową sędziego z „Super Expressem”.

Image and video hosting by TinyPic

Pił na kadrze i przemycał żonę do hotelu. Kto? Ano Henning Berg. Superak prezentuje fragmenty jego biografii.

Reklama

„Musiałem odreagować i gdy wyszedłem tego wieczoru, wiedziałem, że będę pił. Dawno nie byłem w tak dobrym humorze. Do teraz pamiętam, jak wspaniale było napić się zimnego piwa i odetchnąć. Drugie piwo, trzecie i poczułem, że nie dam rady przestać. – relacjonował tamto zdarzenie Berg. I przyznał, że nie chciał słyszeć o powrocie do hotelu, mimo że o północy zawodnicy powinni być w pokojach. Joachim Forsund, autor biografii Berga, tak pisał o tym, co działo się później. „Henning wciąż nie chciał wracać. Powinien tu gdzieś być klub nocny, słyszał jak ktoś to mówił. Przy avenue Pavie znaleźli Club Paradise. Wypili jeszcze kilka piw. Gdy zrobiło się w pół do czwartej i każdy z nich miał już za sobą siedem czy osiem piw, zdecydowali się wracać. Byli zadowoleni. Pijani i zadowoleni… Mimo że ledwie trzymali się na nogach, udało im się niezauważenie wślizgnąć do domków, które dzielili z kolegami”. Niestety dla nich, w klubie nocnym spotkali dziennikarza, który opowiedział o wszystkim w redakcji i zrobiła się wielka afera. Piłkarze szli jednak w zaparte. „Henning i Erik znów siedzieli w domku trenera i znowu zarzekali się, że nie pili kropli alkoholu. Marnie się czuli tam stojąc i kłamiąc. Stali i kłamali trenerowi prosto w twarz. Wiedzieli, że on wie, że kłamią. Ale mieli nieodparte wrażenie, że on pragnie, aby skłamali. Nie chciał odsyłać dwóch najlepszych zawodników do domu, chciał wygrywać mecze”.

PRZEGLĄD SPORTOWY

Okładka.

Image and video hosting by TinyPic

Reklama

W temacie Miazgi – tekstu nie przytaczamy, jedynie komentarz Tomasza Włodarczyka. Nie róbmy miazgi w głowie.

Trudno się dziwić, że Miazga waha się co do swojej reprezentacyjnej przyszłości. Wychował się w Stanach Zjednoczonych, a jednocześnie rozmawia w domu po polsku. Przesiąknął amerykańską kulturą, ale zna też tradycje znad Wisły. Czuje więc związek z oboma krajami. Jest młody, to dla niego trudny wybór. Uważam, że absolutnie nie można go do niczego zmuszać. Rozmawiać, ale nie namawiać. Niech to będzie jego własna decyzja. Fakt, że nie pali sobie mostów w Ameryce i chce jechać na zbliżające się mistrzostwa świata U-20, jest zrozumiały. Dba o swoją przyszłość. W Nowej Zelandii będą skauci największych europejskich klubów i dobry występ w takim turnieju może owocować przenosinami do którejś z lig na Starym Kontynencie. Oczywiście jestem przeciwny żonglowaniem barwami narodowymi, zdecydowanie wolałbym piłkarza od razu zdeklarowanego. Myślę, że w najbliższym czasie usiądzie z rodzicami i ostatecznie zdecyduje, czy w meczowym protokole reprezentacji woli być Mattem czy Mateuszem.

Szukamy tematów, których jeszcze w prasie nie było. Ćwierć miliona za słabszą grupę – spójrzmy w cały tekst.

Image and video hosting by TinyPic

Reklama

Kluby z dolnej ósemki dostaną w ramach rekompensaty za mecze z mniej atrakcyjnymi rywalami po 250 tysięcy złotych. To była cena kompromisu. Już w ubiegłym roku większość klubów zgodziła się na kontrowersyjną reformę za zastrzeżeniem, że zostanie spełnionych kilka warunków. Najważniejszym była rekompensata dla drużyn, które nie zdołają się zakwalifikować do górnej ósemki. Kluby traciły na tak zwanych dniach meczowych, bo kibice mniej chętnie chcą oglądać mecze z udziałem drużyn z tak zwanej grupy spadkowej. Statystyki jednoznacznie pokazują, że gdy przyjeżdża Legia, Lech czy Wisła, frekwencja na trybunach skacze w górę. To z kolei przekłada się na przychody ze sprzedaży klubowych pamiątek, cateringu oraz na zainteresowanie sponsorów. W tym sezonie wynagrodzenie dla klubów, które nie zajęły miejsc od pierwszego do ósmego się nie zmieni. – Rzeczywiście, zasady podziału są identyczne, ale nie zamierzam rozwijać tego wątku. Przyjmujemy te zasady do wiadomości i gramy dalej – mówi prezes Podbeskidzia Wojciech Borecki.

Lech? Nie wygrał nic – mówi Bogusław Leśnodorski, prezes Legii.

Przed finałem dziennikarze z Poznania pisali: „Lech nauczył się Legii i już z nią nie przegrywa”.
– Bądźmy poważni. Mam ogromny szacunek do Lecha, ale przez dwa i pół roku, jak jestem prezesem Legii, klub z Poznania nie wygrał nic, a w europejskich pucharach odpadł z amatorami. My zdobyliśmy dwa mistrzostwa, dwa Puchary Polski i dwa razy graliśmy w grupie Ligi Europy, awansowaliśmy z pierwszego miejsca do fazy pucharowej, jesteśmy liderem ekstraklasy. Naprawdę nauczyli się Legii?

Wygrana pomoże wam w lidze?
– W dwóch poprzednich sezonach nasze mecze z Lechem odbywały się pod koniec rozgrywek, albo w ostatniej kolejce i graliśmy o nic, pewnie dlatego teraz gramy na początku. Wygrana da nam trochę oddechu, ale spokoju nie będzie do końca. Wszystko rozstrzygnie się w trzech ostatnich kolejkach. Mecze będą co trzy dni i to jest dla nas komfortowe. Jesteśmy najlepiej przygotowani do takiego grania. Pucharowy wygrana nie będzie miała w sobotę znaczenia, choć po zwycięstwie gra się łatwiej. Przez godzinę, kiedy narzuciliśmy swój styl, Lech nie był w stanie nic zrobić. Starał się, próbował, ale jak można chcieć wygrać finał, nie strzelając w nim ani jednego gola? Na tym polega ten sport? W pewnym momencie uratował nas Dusan Kuciak, ale i to jest elementem gry. Karol Linetty to dobry piłkarz, a po przerwie zupełnie „odcięło mu prąd”. Łukasz Trałka powinien wylecieć z boiska po kwadransie, ale od prezesa Bońka usłyszałem, że sędzia miał być liberalny. Nie wiem, czy piłkarze o tym wiedzieli. W pucharach gwiżdże się inaczej.

Reklama

Image and video hosting by TinyPic

W Wiśle dziesięciu piłkarzy jest niepewnych.

Dużej grupie piłkarzy Wisły 30 czerwca kończą się umowy. Poza Semirem Štilicem z żadnym z nich nie są prowadzone rozmowy na temat nowego kontraktu. Zresztą klimat do takich negocjacji nie jest zbyt dobry. Klub wciąż zmaga się z poważnym kryzysem finansowym, zawodnicy nie dostają na czas pensji i nie widać perspektyw na poprawę sytuacji. Wiosną przedłużono kontrakty tylko z Rafałem Boguski i Maciejem Sadlokiem. Pozostali nie znają swojej przyszłości. Priorytetem jest zatrzymanie Štilicia. Ostatnio przesłano Bośniakowi nową ofertę, ale ten wciąż się zastanawia, czy warto zostać w Wiśle. Štilić cały czas utrzymuje, że dobrze się czuje w Krakowie i Biała Gwiazda ma u niego pierwszeństwo, ale kluczowym czynnikiem przy podjęciu ewentualnej decyzji o pozostaniu przy Reymonta jest to, czy zespół uzyska prawo gry w kwalifikacjach Ligi Europy. Tkwienie w obecnym marazmie nie za bardzo go interesuje. Z Wisłą może pożegnać się także Dariusz Dudka, który wolałby zostać. – Nie chcę na stare lata tułać się po innych klubach – mówi. Ostatnio Dudka jest w niezłej formie, a tak doświadczony i wszechstronny zawodnik potrzebny jest każdej drużynie. Wielki znak zapytania, jeśli chodzi o przyszłość w Wiśle, należy postawić przy Łukaszu Gargule. 34-letni pomocnik coraz rzadziej pojawia się na boisku, a niedawno został ukarany za udział w ustawianiu meczów (chodzi o czasy, kiedy grał w Bełchatowie). To może przesądzić o rychłym rozstaniu.

Najnowsze

Reklama