Mariusz Rumak szalejący przy linii i rzucający o ziemię czym popadnie na stadionie w Poznaniu. Brzmi znajomo, prawda? Setki razy widzieliśmy ten obrazek, podczas jego pracy w Lechu. Zmiana miejsca zatrudnienia nic nie dała. Szkoleniowiec Zawiszy nie powiedział tego wprost, ale między wierszami dało się wyczuć, że chce coś dzisiaj udowodnić. Zresztą dziwne byłoby, gdyby nie miał myśli typu: to teraz wam wszystkim pokaże. No, to pokazał. Jednak nie to na co po cichu liczył. Dziś udowodnił, że Zawisza jest – niekoniecznie z jego winy – pośmiewiskiem piłkarskiej Polski. Tak to spotkanie skomentował Jakub Wójcicki, a my się pod jego tezą podpisujemy.

Poznań podziękował Rumakowi za współpracę

Gdzieś w cieniu Rumaka pod nosem uśmiechał się Maciej Skorża. Pięknie przywitał się z poznańską publicznością. Założymy się, że po padace w Białymstoku, nawet nie zakładał takiego scenariusza. Powiecie, że wysoko ogolić takiego Zawiszę, to żaden wyczyn. Może, ale trzeba Skorży oddać, że jego pomysł wypalił. Ustawienie Jevticia wyżej niż grał do tej pory okazało się strzałem w dziesiątkę.

– Plan na to spotkanie? Nie stracić bramki – odważnie powiedział w wywiadzie przedmeczowym Mariusz Rumak. W zasadzie to powtórzył, gdyż tydzień temu – w meczu z Wisłą – jego plan wyglądał identycznie. Wtedy jego podopiecznym udało się go realizować przez jakieś czterdzieści sekund, dziś – postęp! – całe dwanaście minut.  Do kosza wyrzucił go niejaki Anestis Argyriou. To znaczy w oficjalnej wersji zrobił to Zaur Sadajew, ale umówmy się – szanse na to, że w tej sytuacji brodacz strzeliłby bramkę bez niczyjej asysty były raczej nikłe. Mniej więcej takie same jak na to, że Dawid Janczyk mógłby zostać twarzą kampanii antyalkoholowej. Pomocną dłoń wyciągnął więc Grek, który strzelił gola Sadajewem (co nie zmienia faktu, że dziś Rosjanin był bardzo efektywny).

Bolesne zetknięcie z glebą zalicza Rumak – w pierwszej kolejności chciał poprawić grę obronną nowej drużyny, a w dwóch meczach stracił łącznie dziesięć bramek. Rozmontowanie defensywy Zawiszy było dziś wyczynem o podobnej skali trudności, co minięcie siedmiu pachołków treningowych (uwzględniamy defensywnych pomocników i Sandomierskiego). Wystarczyło pół godziny, a piłkarze Lecha – w dużej mierze ci sami, którzy przecież za nic nie potrafili sforsować obrony Jagiellonii – zrobili to bodaj osiem razy. Dziś nawet juniorzy poznańskiego klubu nie mieliby z tym problemów. Gwoli ścisłości dodać należy, że prawdopodobnie nie mieliby również wielkich trudności, by dziś rozmontować defensywę seniorskiej drużyny swojego klubu.

Idealny mecz na przełamanie. Kto nie strzeli Zawiszy, ten frajer. Skoro tak, to z okazji skorzystało dziś kilku zablokowanych. Zaur Sadajew, który ostatnią bramkę strzelił w połowie maja, Gergo Lovrencsics, który na gola w lidze czekał jeszcze tydzień dłużej i Hamalainen, który co prawda pokonał już w tym sezonie bramkarza Cracovii, ale z reguły zawodził. Był dziś polot w grze Lecha. Konsekwencja w wyprowadzaniu kolejnych ciosów. Nikt nie zwracał uwagi na to, że przeciwnik modli się o to, by rzucić ręcznik.

Takiego Lecha chce się oglądać częściej niż raz na kwartał.Mecze takiego Zawiszy powinno się zakodować na amen. Albo puszczać po 24., z czerwonym znaczkiem w rogu ekranu. Pornografia.

Fot. FotoPyk