Trwa Deadline Day, ostatnie godziny okienka transferowego. Ze wszystkich stron atakują nagłówki w stylu „Falcao do United!”, „Rekordowe nakłady Premier League!”, „Klub X wydał kupę szmalu (znowu)!”. W Polsce cicho, ot, Śląsk sprowadził chłopaka, który grał ogony w Olimpii Grudziądz, Wolański zamienił drugą ligę polską na drugą ligę duńską. Szału nie ma. Marzy mi się przełamujący bryndzę nagłówek, z którego dowiadywałbym się, że polski klub kupił trenera obrońców za trzysta tysięcy euro. Albo, dajmy na to, za pół miliona sprowadził świetnego szkoleniowca drużyn U-11.

Dobrzy trenerzy w cenie piłkarskiego szrotu. Co wybieramy? Póki co szrot

Brzmi absurdalnie? Nie tego byście życzyli Legii przed Ligą Europy, czy też Wiśle albo Lechowi przed jesiennymi bojami ligowymi? Cóż, nie mamy szans ściągać do Ekstraklasy piłkarzy choćby i średniego europejskiego formatu, jednak trenerów na tym poziomie – jak najbardziej. To szansa, droga, którą można by podążać, zamiast notorycznie ściągać szrot, w niego pompować kupę pieniędzy. Na zachodzie często wielka kasa idzie na płace piłkarzy, nawet bardzo młodych, podczas gdy ci, którzy rzeźbią ich umiejętności, zadowalają się nieporównywalnie mniejszą stawką.

A przecież dyspozycja zawodnika zależy od wielu zmiennych. Ściągniesz grajka za grubą kasę, ale nie odnajdzie się w nowej taktyce. Źle będzie mu się współpracować z kolegami, skonfliktuje się z trenerem. Złapie kontuzję, posypie mu się forma. Historie stare jak świat, każdy mógłby wymienić dziesiątki takich. Transfer piłkarza zawsze ma w sobie pierwiastek hazardu, wcale niemały. Natomiast inwestycja, przykładowo, w trenera młodzieży? Jeśli w ogóle mówić tu o ryzyku, to o nieporównywalnie mniejszym. Umiesz rozwijać talenty piłkarzy, podnosić ich umiejętności, to będziesz to robić w różnych warunkach, bo liczy się metoda, a nie forma. Zwyczajnie nie ma tak wielu zmiennych mogących wpływać na powodzenie pracy członka sztabu szkoleniowego.

Nie mówcie też, że potrzeba nie wiadomo jakiej bazy. Oczywiście, że tego aspektu nie można bagatelizować, ale choćby BATE dopiero stawia swój ośrodek, do tej pory swój narybek – który przyniósł sukcesy – szkolił na przestarzałych boiskach w Mińsku. Fundamentem dobrej szkółki nie są równe murawy, a ludzie. Kapski, prezydent BATE, sprowadzał specjalistów zza granicy, ściśle ich selekcjonował. Akademią sterują Białorusini, ale z młodzieżą pracują tam również ludzie, którzy z niejednego trenerskiego pieca chleb jedli, mają renomę i umiejętności.

W Dinamie Zagrzeb jeszcze rygorystyczniej podchodzi się do wyboru wszelkiego rodzaju szkoleniowców. Każdy, nawet ten zajmujący się U-9, musi odznaczać się charyzmą. Musi umieć dotrzeć do swoich podopiecznych, musi ich inspirować. Nie ma tam przypadkowych ludzi, nie ma pracy za znajomości, na ładny uśmiech, na zapał. Dostają się tylko ci, którzy reprezentują najwyższy poziom i tyle w temacie. Romeo Jozaka, głowę tamtejszej akademii, próbował przechwycić Arsenal, ale w Chorwacji się nie dali. Może i sprzedają swoje talenty, ale o najlepszych szkoleniowców walczą wszelkimi siłami. Ciekawe, prawda?

Nieprzypadkowo wymieniłem drużyny ze wschodniej Europy, bo ich modele są w zasięgu polskich klubów. Na zachodzie wchodzą jeszcze inne standardy, choćby Milan właśnie ściągnął do siebie Gianniego Vio, zwanego „doktorem od rzutów wolnych”. Wielu twierdzi, że to będzie najlepszy transfer Rossonerich w tym oknie. Walter Zenga, odkrywca talentu Vio, mówił o nim: to jak posiadanie w zespole napastnika, który strzela kilkanaście bramek na sezon. Takiego, który nigdy nie jest kontuzjowany, nigdy nie pauzuje za kartki i nigdy się nie męczy.

Czy jakikolwiek polski klub ma fachowca, skupiającego się jak Vio na ofensywnych rzutach wolnych? Włoch to samouk, który od wielu lat analizował stałe fragmenty, szukał sposobów na to, by uczynić je groźniejszymi. I udało mu się, teraz jest rozchwytywany, wszedł na szczyt. Ile pieniędzy pochłonęłaby próba wychowania sobie kogoś podobnego w polskim klubie? Znaleźć wśród absolwentów szkoły trenerskiej zakręconego na punkcie wolnych faceta, dać mu etat i czas na to, by dzień w dzień, jak kiedyś Vio, pogłębiał swoją wiedzę o tym coraz istotniejszym w futbolu elemencie gry. Anglicy określają takie inwestycje mianem „low risk, high reward”. Jeśli eksperyment nie wypali, strata minimalna dla klubu, ale gdy wypali, zespół ma nowy arsenał do dyspozycji.

Analityk rzutów wolnych. Trener techniki. Specjalista od przygotowania fizycznego, ukierunkowany na futbol. To w Polsce profesje nie istniejące. A piłka nożna na wysokim poziomie wymaga od graczy coraz więcej, dlatego takie specjalizacje są potrzebne, by efektywnie rozwijać u graczy różne cechy. Jak ktoś jest od wszystkiego, to jest od niczego; Gianni Vio pokazał najlepiej, ile można osiągnąć skupiając się trenersko na jednym, szczególnym elemencie gry. U nas w większości przypadków trudno w ogóle mówić o istnieniu szkoleniowego sztabu.

Inne kraje uciekają nam pod względem jakości piłkarskiej, niech nie uciekają również pod względem szkoleniowym. Bo to w długiej perspektywie będzie znacznie bardziej ranić naszą piłkę. A jest szansa by ten trend odwrócić, bo piłkarze w stosunku do trenerów są przepłaceni, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę wpływ obu grup na długofalowe funkcjonowanie klubu.

Fragment wykładu i prezentacji Jozaka z Dinama Zagrzeb. Zobaczcie z jaką energią facet prowadzi zajęcia z chłopakami, np. od 10 minuty

PS: Polecam też tekst Kuby Olkiewicza o podobnej tematyce. Nie o samych trenerach, ale ogółem organizacji polskich klubów (TUTAJ)

Leszek Milewski

Liczba komentarzy: 3
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments