Kiedyś mówiło się, że na Czarnym Lądzie najlepiej radzą sobie te zespoły, które mają w sobie… jak najmniej afrykańskiego luzu. Te, które dyscyplinę i organizację, to całe europejskie i bardziej taktyczne okrzesanie, potrafią przełożyć ponad niczym nieskrępowany żywioł. Nie zawsze miało to rację bytu, ale dzisiaj taka właśnie była Ghana. Wizualnie – Afryka pełną gębą. Goście, którzy mogliby organizować przeprowadzki i przenosić meble, zamiast uganiać się za piłką. Jedenastu wyżyłowanych atletów, góry mięśni. Jednak pod względem kultury gry – dwie długości przed Nigerią czy Kamerunem.

Nie ma wstydu, kiedy na drodze staje Klose. Czwarty mundial z golem

Zresztą, patrząc na przynależność klubową, w składzie też sporo Europy: Orlando Pirates – Juventus, Evian, Rennes, ES Tunis – Vitesse, Milan, Krasnodar, Schalke, Marsylia – Al Ain.

Generalnie: kto nie widział, niech żałuje, bo za nami jeden z najlepszych meczów mistrzostw. O il po pierwszej połowie nie podzielaliśmy zachwytów duetu komentatorów – bo wszystko sprowadzało się do tego, że Ghańczycy potrafili Niemcom dotrzymywać kroku – o tyle druga mogłaby się nie kończyć. 90 minut przeleciało, a główni pretendenci do tytułu nawet nie zdołali nas przekonać, że są lepsi od Ayewa i Muntariego. Niedawno lali Portugalię, dziś sami mieli spory problem.

Nie ma sensu opisywać poszczególnych zdarzeń, jedyne sensowne wyjście to zobaczyć je na własne oczy. Ghana na pół godziny przed ostatnim gwizdkiem miała jednobramkowe prowadzenie. Trzy punkty, które zwłaszcza przy jutrzejszej wygranej Portugalczyków ze Stanami, niezwykle zagmatwałyby sytuację w grupie. Szczerze żałujemy, że tak to się nie skończyło.

Niemcy z jednej strony dołączyli do solidnego grona drużyn, które rozczarowały na mundialu przynajmniej w jednym meczu. Z drugiej – kiedy okazało się, że Muellera, zamiast na strzelanie kolejnych goli, stać dziś najwyżej na świetną asystę przy trafieniu Goetze – wówczas pojawił się niezniszczalny Klose. Niby nie zrobił nic wielkiego. Po prostu wszedł na boisko z ławki i znalazł się tam, gdzie być powinien. Wbił piłkę z paru metrów do niemal pustej bramki, dając Niemcom remis.

Tyle że to…

– jego 70. gol w reprezentacji Niemiec
– 15. gol na mundialu, wyrównujący rekord należący do Ronaldo
– strzelony w czwartych finałach mistrzostw świata z rzędu.

W całej historii mundialu nie było jeszcze Niemca, który wpisałby się na listę strzelców tak jak Klose, mając ponad 36 lat na karku. Z kolei takich, którzy trafialiby na czterech turniejach z rzędu jest, zdaje się, dosłownie trzech na całym świecie: poza Klose także Uwe Seeler i sam Pele.

Wielka klasa.

Gdzieś na czwartym planie przewinął się dziś wątek kolejnej braterskiej rywalizacji Boatengów. Urodzonych w 1988 roku w Berlinie Zachodnim, przyrodnich braci po tym samym ojcu, którzy całe dzieciństwo wspólnie uganiali się za piłką, ale żyli zupełnie inaczej. W dwóch domach, w odległości kilku kilometrów. Jerome zawsze miał wszystkiego pod dostatkiem. Kevin musiał radzić sobie z biedą w niebezpiecznej dzielnicy. Niby byli więc ze sobą blisko, ale mentalnie, ze względu na miejsce dorastania, poważnie się różnili. Dziś znów zagrali: jeden dla Niemiec, drugi w barwach Ghany.

Tym razem był to jednak wątek wybitnie poboczny. Poziom meczu sprawił, że ani przez moment nie było sensu wspomagać się na siłę obyczajowymi historyjkami.

Szkoda Ghańczyków. Po ostatnim gwizdku mieli pełne prawo uronić kilka łez. Zdobywając jeden punkt w dwóch meczach, ich przyszłość na turnieju staje pod dużym znakiem zapytania. Niemcy? Oni może i lekko się potknęli, udowodnili, że da się im strzelać gole. Chociaż ciągle trudno nam sobie wyobrazić, że mogłoby im to przeszkodzić w dotarciu tam, gdzie będą zapadać najważniejsze rozstrzygnięcia.