Żółto-niebieska frustracja, która przerodziła się w euforię
Weszło Extra

Żółto-niebieska frustracja, która przerodziła się w euforię

Kiedy Lechia Gdańsk w 53 minucie derbów Trójmiasta podwyższyła prowadzenie na 2:0, wydawało się, że Arka Gdynia została brutalnie znokautowana i jest już właściwie po meczu. Goście wyprowadzili dwa potężne ciosy, jeden po drugim – oba wylądowały centralnie na szczęce oszołomionych gdynian. Szczęce i tak już przecież mocno skruszonej kolejnymi oklepami, jakie Lechia z podziwu godną regularnością fundowała Arce w ostatnich latach. Lecz gospodarze jakimś cudem zdążyli podnieść się z desek, zanim sędzia ringowy doliczył do dziesięciu. Ba, nie tylko wstali, ale – po krótkim klinczu – zasypali gdańszczan prawdziwą nawałnicą ciosów. Niektóre pruły powietrze, inne lądowały na gardzie. Koniec końców udało się jednak żółto-niebieskim dwa razy lokalnych rywali ustrzelić prosto w łeb i zremisować tę spektakularną batalię.

To był pojedynek Deontaya Wildera z Tysonem Furym przeniesiony w futbolowe realia. Najbardziej efektowna i zajadła bitwa o Trójmiasto od wielu, wielu lat.

Biorąc pod uwagę ambicje obu ekip, ich potencjał kadrowy, pozycję w tabeli, no i przede wszystkim sam przebieg spotkania – nie ma chyba wątpliwości, że zdobyty wczoraj punkt jest dla Arki niczym haust powietrza po bardzo długim pobycie pod wodą. Dla Lechii zremisowanie derbów w takich okolicznościach to z kolei gorzka pigułka rozczarowania.

Mówił o tym na pomeczowej konferencji prasowej szkoleniowiec gości, Piotr Stokowiec. – Wydawało się, że po strzeleniu dwóch bramek opanowaliśmy sytuację na boisku i trzy punkty mamy w swoich rękach, a jednak wypuściliśmy ten wynik. Tak doświadczona drużyna powinna zachowywać się bardziej dojrzale. Mam tu na myśli przede wszystkim sytuację z samej końcówki spotkania, gdy przy naszym prowadzeniu wyszliśmy z kontratakiem w przewadze liczebnej. Szkoda, bo uciekły nam dzisiaj dwa punkty. Własną nonszalancją podłączyliśmy Arkę do tlenu. Kluczowe było trafienie kontaktowe, które dodało rywalom skrzydeł. My zaczęliśmy grać nerwowo, już nie potrafiliśmy uspokoić sytuacji – mówił trener biało-zielonych. Wtórował mu Lukas Haraslin, choć – jak sam przyznał – najpierw musiał ustalić znaczenie słowa „nonszalancja”. Niemniej, jego refleksja na temat spotkania była bardzo podobna. Inna sprawa, że przedstawienie poglądu innego niż ten, który zaproponował Stokowiec mogłoby się dla Słowaka źle skończyć.

Jest to swoją drogą pogląd nieco życzeniowy, a może i zwyczajnie fałszywy. Przynajmniej z perspektywy trybun spotkanie wcale nie wyglądało na takie, które Lechia ma pod pełną kontrolą. Wręcz przeciwnie. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że rezultat 3:2 dla Arki znacznie lepiej oddawałby przebieg całego meczu niż dwubramkowe zwycięstwo gości.

Marek Janowski – człowiek, który od przeszło trzech dekad związany jest z Lechią Gdańsk na rozmaitych stanowiskach i zna zespół jak własną kieszeń – przed meczem na łamach Weszło informował, że w zespole nie ma już tej samej derbowej napinki, która zwyczajowo towarzyszyła starciom Lechii z Arką. W gruncie rzeczy trudno się dziwić, że w obozie biało-zielonych panował błogi spokój i stuprocentowa pewność siebie. Może i Lechia nie jest na razie w swojej najwyższej, absolutnie topowej formie, ale gdańszczanie w derbach nie przegrywali w ostatnich latach w ogóle, nawet w okresach najstraszliwszych kryzysów formy.

Wystarczy przypomnieć 2017 rok – Lechia zbiera u siebie bolesne 0:5 z Koroną Kielce, co może uchodzić za najbardziej kompromitującą porażkę biało-zielonych od czasu ich powrotu do Ekstraklasy, by w następnej kolejce zwyciężyć 1:0 na Arce.

Screenshot_2019-10-20 Derby Trójmiasta w piłce nożnej – Wikipedia, wolna encyklopedia

Jeżeli brać pod uwagę tylko mecze ligowe, Lechia nie przegrała z Arką derbowego starcia od listopada 2007 roku. Obie ekipy grały wtedy w ówczesnej II lidze.

– Wszyscy widzimy przecież, co Arka gra. Wiara w Lechię jest tak duża, że nie ma takiego stresu, nastroje są dobre. Jesteśmy wszyscy spokojni. Jestem przekonany, że wygramy – mówił Janowski. Wydaje się, że jego słowa dobrze oddają również podejście zawodników do spotkania z Arką. Pewnie dlatego na przedmeczowej konferencji trener Stokowiec pokusił się o swój stary numer, lekko pompując przeciwnika: – W derbach tabela nie odgrywa decydującej roli i to gospodarz jest faworytem tego meczu – dowodził szkoleniowiec Lechii.

Przebiegła sztuczka retoryczno-psychologiczna, ale chyba jednak szyta nieco zbyt grubymi nićmi, żeby ktoś mógł w nią uwierzyć. Bo jaki był niby z żółto-niebieskich faworyt? To pogrążony w kryzysie zespół, w którym dopiero co zmienił się trener. Drużyna, która w jedenastu ligowych meczach straciła osiemnaście goli, zdobywając ich zaledwie osiem. Za Arką przed pierwszym gwizdkiem dzisiejszego spotkania przemawiały dwa argumenty. Oba wyjątkowo cieniutkie. Pierwszy to efekt nowej miotły, który w większości przypadków zmian na trenerskim stołku w ogóle przecież nie zachodzi. Drugi to wyświechtany do niemożliwości pogląd, że derby rządzą się swoimi prawami. To naprawdę trochę mało, by większe szanse na triumf przyznawać Arce, jak próbował to przedstawić Stokowiec.

Jeżeli chodzi o Lechię, przed meczem więcej mówiło się o tym, że wojewoda postanowił zamknąć sektor gości na stadionie przy ulicy Olimpijskiej, niż o kwestiach czysto piłkarskich. Tymi po prostu niewielu się w Gdańsku przejmowało, traktując Arkę jako przeciwnika z niższej półki. Pierwotnie miał to być pierwszy mecz derbowy od października 2016 roku, w którym wezmą udział sympatycy z północnej i południowej części Trójmiasta. Fani obu ekip ostrzyli sobie na to zęby od dawna. A jednak Dariusz Drelich postanowił nałożyć kolejny zakaz na biało-zielonych.

Dlatego kibice z przytupem i tłumnie pożegnali swoich ulubieńców w Sopocie.

EHUgFssWsAAedLh

fot. Lechia Gdańsk (Twitter)

Atmosfera wśród gdyńskich fanów – mimo wszystko – przed meczem była całkiem dobra. Oczywiście sympatycy Arki jak jeden mąż nie pozostawiają suchej nitki na włodarzach klubu – obrywa się właścicielowi za niekompetencję, a dyrektorom za lizusostwo. Niemniej, większość kibiców w żółto-niebieskich szalikach zdawała się jednak wbrew przeciwnościom losu wierzyć, że nadszedł wreszcie dzień, w którym derbowa karta odwróci się na korzyść gdynian.

Aleksandar Rogić, debiutujący dzisiaj w roli trenera Arki, podzielał ten optymizm. Przed meczem podkreślał, że najważniejsza dla przebiegu spotkania będzie mentalność jego podopiecznych. Zaznaczał również, choćby w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”, że jego pomysł na grę polega na stosowaniu zróżnicowanych, lecz zawsze ofensywnych koncepcji taktycznych. – mój zespół ma kontrolować grę. Ofensywa to nie tylko krótkie podania. Jeśli w drużynie nie ma zawodników do takiego stylu, można grać dłuższe piłki i też dyktować warunki, a po stracie od razu atakować rywala wysokim pressingiem – mówił Rogić.

Naiwnym byłoby oczywiście założenie, że Serb zdążył już zaszczepić w drużynie choć jeden procent swojej piłkarskiej filozofii, albo zdołał za pomocą jakichś tajemnych sztuczek napompować swoich zawodników, odbudowując ich pewność siebie. Piłkę à la Rogić gdynianie zaprezentują zapewne dopiero za kilka tygodni, a może nawet po zimowej przerwie. Jednak elementy, które trener podkreślał jako kluczowe – wysoki pressing, próby kontrolowania gry poprzez rozegranie od tyłu – było dzisiaj w grze Arki jak najbardziej widać.

Po meczu podkreślali to piłkarze, choćby Michał Nalepa. Rogić nie miał rzecz jasna dość czasu, żeby solidnie przetrenować z zespołem jakieś wyjątkowo skomplikowane schematy, ale zainspirował Arkę we właściwym kierunku.

20191020_142343

20191020_143519

Arka zaczęła spotkanie nieźle. Głęboki spokój biało-zielonej ekipy chyba nie wpłynął zbyt korzystnie na jej podejście do derbów. Gospodarze grali ostrzej, szybciej, bardziej stanowczo. Przechwytywali odbite piłki, wygrywali przebitki. Narzucali tempo. Ich pressing siał spustoszenie na połowie przyjezdnych – obrońcy i Dusan Kuciak co i rusz salwowali się chaotycznym przebijaniem futbolówki na połowę przeciwnika, ponieważ nie mieli dość miejsca i czasu, by bezpiecznie do siebie podawać piłkę na własnej połowie. Jasne, że Lechia też kreowała sobie bardzo groźne sytuacje – podobać mógł się przede wszystkim kapitalnie dysponowany Lukas Haraslin. Ale to Arka narzuciła ton pierwszej połowie spotkania. I naprawdę niewiele brakowało, a wyszłaby na prowadzenie.

Pod „niewiele” kryją się w tym przypadku doskonałe interwencje Dusana Kuciaka, który od początku meczu znalazł się pod ostrzałem gdyńskich kibiców. Przede wszystkim werbalnym („Kuciak to pedał, sia-la-la-la-la”), choć – zwłaszcza po przerwie – fruwały też w jego stronę zapalniczki i opróżnione małpki.

– Jeśli lecą szklane butelki to już jest ryzyko, bo coś może się wydarzyć gdyby mnie trafiła albo ktoś na nią nadepnął. Nie chciałem mieć w polu karnym takich przedmiotów, dlatego oddałem je sędziemu i nie było w tym z mojej strony żadnej złośliwości. Wyzwiska mnie natomiast nie interesują. Słyszałem je, ale nie wywierało to na mnie większej presji. To są mali ludzie jeśli potrafią tak obrażać człowieka – kwitował po końcowym gwizdku golkiper Lechii.

Kuciak od początku meczu był wyjątkowo pobudzony. Kilka razy zdarzyło mu się wyskoczyć aż na trzydziesty metr, gdzie opieprzał obrońców za błędy w ustawieniu. Ze szczególnym uwzględnieniem Karola Fili, którego rywale kilka razy fajnymi kombinacjami podań rozklepali na skrzydle.

Można oczywiście zastanawiać się, czy takiego właśnie planu na pierwszą połowę nie rozpisał swoim podopiecznym Stokowiec. Dać rywalom się wyszumieć, wybiegać, aż wreszcie będą musieli zwolnić i odsapnąć, a wtedy ugodzi się ich w miękkie podbrzusze. Brzmi jak plan. Szkoleniowiec Lechii musiał sobie przecież dawać sprawę, że piłkarze Arki nie mają innego wyjścia niż rzucić się lechistom do gardła. Jednak przed przerwą goście tak czy owak grali o wiele zbyt pasywnie. Tym bardziej, że wystarczyło tylko trochę przycisnąć takich graczy jak Christian Maghoma czy Azer Busuladzić, by pod bramką strzeżoną przez Pavelsa Steinborsa zrobiło się bardzo gorąco. Kłopoty Arki z obsadą formacji defensywnej dodatkowo pogłębiły się zresztą podczas rozgrzewki, którą utykając opuścił Frederik Helstrup, przewidywany przez Rogicia do wyjściowego składu. Duńczyk nie potrafił się pogodzić z pechowym urazem – kiedy opatrywali go masażyści, tłukł pięściami w ziemię, a potem z wściekłością cisnął treningową kamizelką w kąt.

20191020_144347

20191020_151422

Na początku drugiej połowy defensywa Arki kompletnie się posypała. To był zdecydowanie najlepszy okres gry Lechii w tym spotkaniu. Jeszcze w trakcie przerwy dość powszechnie podnosiły się na trybunach głosy, że żółto-niebiescy mają rywala na widelcu i prezentują się znacznie lepiej niż ekipa z Gdańska. Goście szybko wybili gdynianom optymizm z głowy i strącili im z nosa różowe okulary. W 51 i 53 minucie dwukrotnie ukąsili, wyjątkowo jadowicie. Najpierw do siatki trafił Flavio Paixao, który wyrasta na jedną z największych postaci w całej historii derbów Trójmiasta. Drugie trafienie dołożył Artur Sobiech – obaj skorzystali na dograniach Lukasa Haraslina, który udzielił dzisiaj lekcji futbolu młodemu Jakubowi Wawszczykowi z Arki. Lewy obrońca nie zagrał może tragicznie, lecz – co tu kryć – kilka razy został okpiony przez słowackiego skrzydłowego w sposób niedopuszczalny na poziomie Ekstraklasy. To nie był wielki dzień młodzieżowców.

Jak potężne były to ciosy dla Arki, niech zaświadczy fakt, że uciszyły one na moment nawet trybunę obsadzoną przez ultrasów. Tych, którzy – niezależnie od przebiegu meczu – nie milkną. Tym razem zabrakło im jednak sił do śpiewu, bo naprawdę wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na kolejną upokarzającą porażkę żółto-niebieskich w starciu z lokalnym rywalem. Arkowcy znaleźli się w prawdziwym piekle, frustracja była wręcz namacalna. Unosiła się nad stadionem.

Jak to się zatem stało, że gdynianie skończyli jednak z remisem, który w tych okolicznościach smakował jak najsłodsze zwycięstwo? Przyczyn można wskazać kilka. Przede wszystkim zadecydowała niesamowita determinacja zawodników Arki, którzy zdołali otrząsnąć się po dwóch bombach ze strony przeciwnika i pokazać najlepszy futbol od dawien dawna.

Wojowniczą postawę gospodarzy uosabiał niejako wspomniany już Michał Nalepa. Nawet abstrahując od gola kontaktowego, który ostatecznie został przypisany na jego konto. Nalepa na boisku był wszędzie – harował w środkowej strefie, dryblował w bocznych sektorach boiska. Najadł się szaleju. Chciał brać na siebie każdą piłkę, każdą akcję. Koledzy poszli jego śladem. Tę postawę chwalił Rogić po końcowym gwizdku: – Analizowałem poprzednie mecze Arki – oświadczył. – Zauważyłem, że po stracie bramki mentalność i wynik szły w dół. To niby jest normalne, ale w futbolu nie do zaakceptowania. Nie możesz się poddawać, tylko do każdej sekundy walczyć o każdą piłkę i odmianę wyniku na swoją korzyść. My straciliśmy dwie bramki w ciągu trzech minut, a wyrównaliśmy w ostatniej minucie doliczonego czasu gry. To pokazuje, że w piłce nożnej wszystko jest możliwe. To doskonały przykład dla moich zawodników na to jak zachowywać się w przyszłości.

Jednak niezachwiana wiara Arki w końcowy sukces to jedno, a kunktatorstwo Lechii to osobny temat do dyskusji.

Gdańszczanie kolejny już raz, gdy mecz układa się po ich myśli, nie odważyli się pójść za ciosem, woląc okopać się w okolicach własnego pola karnego. Jak gdyby zapominając o starej maksymie obecnego na meczu Czesława Michniewicza, że prowadzenie 2:0 to wbrew pozorom szalenie niebezpieczny wynik. Za swoje cwaniactwo i minimalizm goście zapłacili słoną cenę. I trochę im się taki prztyczek w nos należał. Umówmy się – derby derbami, ale tutaj grał zespół z dołu tabeli przeciwko ekipie celującej w mistrzowski tytuł. Tymczasem zawodnicy Lechii grali na czas w tak ordynarny sposób, jak gdyby bronili jednobramkowej przewagi w drugiej połowie dogrywki finału mistrzostw świata. Artur Sobiech już w 73 minucie spotkania opuszczał boisko w takim tempie, że mało brakowało, a stanąłby w miejscu. Zaczęło się to robić groteskowe.

Pewne pretensje mogą chyba kibice Lechii wysunąć pod adresem samego Piotra Stokowca, który już w 65 minucie ściągnął z boiska Haraslina, a parę chwil później zmienił właśnie Sobiecha na Tomasza Makowskiego. Miało wyjść sprytnie, skończyło się golem wyrównującym w dziesiątej minucie doliczonego czasu gry. Jak w klasycznej polskiej komedii: „Chcieliście wydymać Freda, a teraz Fred wydymał was”.

20191020_170026

20191020_170638

Końcowa faza meczu skrzyła się zresztą od kontrowersji. Kibice Arki – choć szczęśliwi po wyszarpaniu remisu z gardła lokalnego rywala – długo nie mogli się pogodzić, że sędzia Tomasz Kwiatkowski nie uznał jednej z bramek dla gospodarzy. Emocje na stadionie były tak szalone, że gdy Kwiatkowski pokazał, iż grę z własnej szesnastki wznowi Kuciak, sympatycy gospodarzy… ryknęli z radości. Sądząc zdaje się, że arbiter jednak uznał bramkę.

Kuriozalnych sytuacji zresztą podczas wczorajszego spotkania nie brakowało. Nawywijał choćby Filip Mladenović, który ściągnął złą koszulkę z wieszaka i na drugą połowę wyszedł z nazwiskiem „Wolski” na plecach.

Swoją drogą – pan sędzia Kwiatkowski to postać, która po dzisiejszym spotkaniu zasłużyła na osobny akapit komentarza, nie tylko z uwagi na kontrowersję związaną z nieuznanym golem. Trener Rogić podczas konferencji zachował wielką klasę, gdy – podpytywany prowokacyjnie o tę kwestię – wstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy, gratulując po prostu arbitrowi świetnej roboty podczas wyjątkowo trudnego meczu. I niby chciałoby się szkoleniowcowi Arki przyznać rację i tyle – temperatura spotkania była naprawdę trudna do zniesienia i nie ma takiego sędziowskiego kozaka, który uniknąłby drobnych pomyłek w tego rodzaju starciu. Niemniej, wydaje się, że Kwiatkowski sam dał się chyba nieco za bardzo ponieść derbowej atmosferze. Zwłaszcza w pierwszej połowie pozwalał zawodnikom na zdecydowanie zbyt ostre wejścia, których z niezrozumiałym uporem postanowił nie karać żółtymi kartonikami.

Krzyczał, upominał, udzielał surowych reprymend, robił groźne miny. Ale po kartoniki do kieszonki nie sięgał i już, choć w paru sytuacjach aż się o to prosiło. Koniec końców doszło do dość absurdalnej sytuacji, gdy mecz z kartką na koncie skończył Haraslin, a właściwie żaden z jego oprawców nie. Gdyńskiego Nalepę też potraktowano bez pardonu co najmniej dwa-trzy razy za dużo bez kartkowych konsekwencji.

Niewiele brakowało, a ziściłaby się odrażająca przyśpiewka, wznoszona co jakiś czas przez kibiców gospodarzy – „Zero litości, połamcie tym kurwom kości”.

20191020_164114

20191020_170159

Generalnie jednak – na całość spotkania trudno narzekać. To było fenomenalne widowisko, derby w prawie pełnej krasie. Prawie, bo zawodnicy Lechii gole celebrowali przed opustoszałą trybuną gości.

Kibice Arki – choć ich pupile zdobyli tylko punkt i nie przerwali passy meczów bez zwycięstwa w derbach Trójmiasta – chyba już dawno nie znajdowali się w tak szampańskich nastrojach. Można było nawet usłyszeć, jak sympatycy żółto-niebieskich szastają określeniami typu „zwycięski remis”, no i przypominają rzecz jasna legendarny mecz z 2011 roku, gdy to Lechia odrobiła dwubramkową stratę w Gdyni i w doliczonym czasie gry przesądziła w zasadzie o spadku Arki z Ekstraklasy. Podobno zemsta najlepiej smakuje na zimno. Gdynianie mogą się nią dzisiaj rozkoszować. Zagrali rywalom na nosie.

Aleksandar Rogić nie miał prawa liczyć na to, że rozpocznie swoją pracę z żółto-niebieskimi od tak potężnego zastrzyku pozytywnej energii. Gra Arki była zupełnie niezła, a szalona końcówka spotkania i happy-end w postaci remisu to jest pewien fundament, na którym można w Gdyni coś ciekawego wybudować. O ile oczywiście szkoleniowiec otrzyma pełne wsparcie działaczy przy realizowaniu swoich pomysłów.

A Lechia? Niby dominacja w Trójmieście trwa, lecz jest podtrzymywana przy życiu respiratorem. Trudno nie odnieść wrażenia, że biało-zieloni jak gdyby zatrzymali się jakiś czas temu w rozwoju. Czy są dzisiaj lepszym zespołem niż jesienią 2018 roku? Można mieć wątpliwości. Paru ważnych zawodników dalekich jest od optymalnej formy. Flavio Paixao zdobył arcy-ważną bramkę, lecz zmarnował też kilka niezwykle dogodnych sytuacji. Karol Fila został kompletnie sponiewierany na prawej stronie defensywy i powinien się cieszyć, że Kuciak nie rozszarpał go na strzępy. Błażej Augustyn i Michał Nalepa przegrali kilka ważnych starć z Dawitem Schirtladze, który wygląda pod wieloma względami na naprawdę mega-kozacką dziewiątkę. Ale tu już nawet nie chodzi o szastanie konkretnymi nazwiskami. Lechię rok temu znaliśmy jako drużynę świetnie zorganizowaną w środku pola, mocarną przy szybkich atakach wyprowadzanych bocznymi sektorami boiska i twardą w defensywie. Drużynę, która, jak żadna inna ekipa w lidze, potrafi skutecznie męczyć bułę i kosić z tego sporo punktów.

Czy dziś o gdańszczanach możemy powiedzieć coś więcej? Niewiele, a zachowawczy styl gry coraz częściej wychodzi Lechii bokiem.

Andrzej Sapkowski napisał kiedyś opowiadanie pod tytułem „Coś się kończy, coś się zaczyna”. Kto wie, czy dzisiejsze derby nie będą dla obu trójmiejskich klubów swoistym punktem zwrotnym w obecnym sezonie. Rogić w sposób naturalny stanowi nowy etap dla gdyńskiej Arki, swoją misję zaczął z hukiem, ale również Stokowiec powinien chyba pomyśleć nad tym, by zaproponować w Lechii nową jakość i poddać liftingowi dotychczasowe koncepcje taktyczne.

Michał Kołkowski z Gdyni

KOMENTARZE (21)