„Brak czeskich Piątków to błogosławieństwo w przekleństwie”
Weszło Extra

„Brak czeskich Piątków to błogosławieństwo w przekleństwie”

Czy sukces Slavii Praga w Lidze Europy można było przewidywać? Skąd się wziął? Jakie perspektywy rysują się przed najlepszym obecnie czeskim klubem? Czy Sparta i Viktoria Pilzno przegrywają walkę o krajowe podwórko na dłużej? Co Czesi robią na tyle dobrze, by mieć już trzeci w XXI wieku i drugi w obecnej dekadzie zespół w ćwierćfinale europejskich pucharów? Dlaczego nasza piłka klubowa będzie mieć duży problem, by zrównać się z czeską, gdy jednocześnie przed czeską reprezentacją raczej nie rysuje się lepsza przyszłość niż przed polską?

Te i wiele innych pytań padły, gdy jeszcze przed pierwszym meczem Slavii Praga z Chelsea w ćwierćfinale Ligi Europy spotkałem się z dziennikarzem „Sportu” Martinem Vaitem (TUTAJ znajdziecie Martina na Twitterze). By przeprowadzić wywiad pod roboczym tytułem: „wszystko, czego chcieliście się dowiedzieć o czeskiej piłce, ale nie mieliście kogo spytać”. Wyszła z tego ponad dwugodzinna rozmowa, po jej lekturze nikt już w temacie piłki u naszych południowych sąsiadów nie ma szans was zagiąć. Zapraszam!

Czy przed sezonem można się było spodziewać, że Slavia poradzi sobie tak znakomicie w Europie?

– Nie było to oczywiste, przynajmniej nie od samego początku. Slavia w poprzednim sezonie dokonała doskonałego wyboru, jeśli chodzi o szkoleniowca, biorąc do siebie Jindricha Trpisovskiego. Mam o nim najwyższe mniemanie. To młody, utalentowany szkoleniowiec, który wypowiada się niezwykle elokwentnie o piłce. Dużo myśli o grze. Parę lat temu prowadził klub, któremu mocno kibicuję, Viktorię Żiżkov. Mieli wtedy ogromne problemy finansowe, nie mieli gdzie trenować, nie dostawali wypłat po kilka miesięcy.

– On był w stanie utrzymać w tym zespole poczucie wspólnoty, o którym mówi się, że w czeskiej piłce jest najważniejszym, najbardziej decydującym czynnikiem. By mieć „partę”, w dosłownym tłumaczeniu: „bandę”. By stworzyć całość wartą więcej niż suma umiejętności pojedynczych zawodników dzięki gotowości do poświęceń za kolegę z drużyny. Jemu udało się to zrobić w każdym zespole, który prowadził. Jest „The Normal One”.

Tak jak w pierwszym meczu, tak i w rewanżu Willian złamie golem serca sympatyków Slavii? Kurs 2,60 w ETOTO

Jak Juergen Klopp.

– Mają ze sobą wiele wspólnego, Trpisovsky czerpie bardzo dużo inspiracji właśnie z tego, co robi szkoleniowiec Liverpoolu, z angielskiej piłki, niemieckiej piłki. Mam wrażenie, że jest nawet nieco bardziej elastyczny od Kloppa. W Czechach musisz być pragmatyczny, by odnieść sukces. Musisz wiedzieć, jak taktycznie przechytrzyć przeciwnika. Jak być mądrzejszym od niego na boisku.

Inaczej trudno przykładowej Slavii nawiązać rywalizację z Sevillą, gdzie zawodnicy mają znacznie wyższe umiejętności indywidualne.

– Czescy piłkarze, którym powodziło się w najlepszych europejskich ligach przez ostatnich piętnaście-dwadzieścia lat, byli chwaleni przede wszystkim za niesamowity etos pracy. Kilku było naprawdę uzdolnionych technicznie, ale jednocześnie i oni, i ci mniej zdolni większość niedociągnięć przykrywali doskonałym rozumieniem gry, determinacją, ciężką pracą. James Horncastle mówił mi ostatnio, dlaczego czescy piłkarze zawsze byli niezwykle cenieni we Włoszech. Dlatego, że postrzegano ich jako „niebieskie kołnierzyki”, bardzo sumiennych pracowników fizycznych.

A jednak w ostatnich latach nie ma już we Włoszech drugich Pavlów Nedvedów.

– To, czego teraz nam brakuje, to umiejętności techniczne. I nad tym musimy najwięcej pracować.

Temat szkolenia poruszymy jeszcze później, ale wróćmy jeszcze na moment do Slavii i Jindricha Trpisovskiego.

– Wraz z Pavlem Vrbą, ci dwaj to najbardziej utalentowani czescy trenerzy, jakich mieliśmy w ostatnich 10-15 latach. W każdym środowisku Tripsovsky przystosowuje się błyskawicznie, również dlatego, że wraz z nim zwykle idą ludzie, z którymi wcześniej współpracował. W przypadku przejścia ze Slovana Liberec do Slavii, najważniejszą postacią, która przebyła tę samą drogę, był dyrektor sportowy Jan Nezmar. Tutaj najpierw pojawił się Nezmar, dopiero chwilę później Trpisovsky. Myślę, że droga obrana przez Slavię w zeszłym roku była skazana na sukces. Mieli pieniądze, mieli wiedzę, znakomitego trenera i bardzo dobrych piłkarzy. Pytanie nie brzmiało: czy, tylko: kiedy Slavia znajdzie się na piedestale czeskiej piłki. Wiosna zeszłego roku nie była najbardziej udana, ale po niej przyszła selekcja – szukano zawodników, którzy będą pasować do systemu. Niektórzy nie byli gwiazdami, nie wydawali się nawet po części tak dużymi postaciami, jak te sprowadzone poprzedniego lata – Danny, Altintop, Rotan, ale za to pasującymi doskonale do koncepcji.

Miało się w którymś konkretnym momencie poczucie, że to „kliknęło”? Zaskoczyło?

– Tak, takim meczem było wyjazdowe starcie z Genkiem. Trpisovski wybrał dokładnie taki skład, z zawodnikami o dokładnie takiej charakterystyce, jakiej wymaga przeciwnik. Zauważ, że czeskie zespoły zawsze nieźle sobie radzą przeciwko belgijskim i holenderskim, które opierają się o posiadanie piłki. Naszą przewagą są: ciężka praca, warunki fizyczne i taktyczna świadomość. Jednocześnie Slavia zagrała po prostu fantastycznie, wygrała 4:1. Od tamtego czasu pewność siebie w zespole wzleciała na nieosiągalny wcześniej poziom, a zawodnicy poczuli, że stać ich na dokonanie czegoś szczególnego. Udało się niedługo później przeciwko Sevilli. Kiedy dziś o tym myślę, nie widziałem tak dobrego czeskiego zespołu jak Slavia w ostatnich piętnastu latach. Pilzno było bardzo dobre w pierwszych sezonach pod wodzą Pavla Vrby, ale nie tak dobre.

Pilzno ograło wtedy Napoli 5:0 w dwumeczu. To też nie byle co.

– Musisz pamiętać, że wtedy na San Paolo przyszło może piętnaście tysięcy ludzi, może nawet mniej. Napoli wystawiło mocno rezerwowy skład. To był początek wiosennych rozgrywek w Europie. Jasne, zagrał Cavani, kilku innych świetnych graczy, ale Włosi nie stworzyli wokół tego meczu otoczki, jakby wiele dla nich znaczył.

Zrzut ekranu 2019-04-17 o 12.40.17

– To nie to samo, co wyjazd do Sewilli, do zespołu seryjnie wygrywającego rozgrywki Ligi Europy, gdzie grasz przy pełnym stadionie, a zawodnicy rywala wychodzą z nastawieniem, że chcą zajść w tych rozgrywkach jak najdalej.

W końcu nie przegrali czternastu kolejnych dwumeczów w Lidze Europy, wygrali trzy ostatnie edycje, w których uczestniczyli.

– Warto odnotować, że gdy piłkarze Sevilli wygrali Ligę Europy w sezonie 2013/14, jedynym zespołem, którego nie udało im się pokonać, był Slovan Liberec w fazie grupowej. Oba mecze kończyły się remisami. Co ciekawe, tamten Slovan był trenowany przez Jaroslava Silhavy’ego dwa lata nim Jindrich Trpisovsky przyszedł do Liberca, by go zastąpić. Odniósł w Libercu sukces, po czym przejął Slavię od… Jaroslava Silhavy’ego. Bardzo lubię trenera Silhavy’ego, choć moim zdaniem jest znacznie bardziej pragmatyczny, konserwatywny niż Trpisovsky, mniej skłonny do podejmowania ryzyka.

W czym przejawia się to ryzyko?

– W rotacji. To niespotykana rzecz w czeskim futbolu. Slavia ma świetny, szeroki skład, a Trpisovski nieustannie nim rotuje. I nawet jeśli wymieniu siedmiu piłkarzy względem poprzedniego meczu, w grze nawet tego nie zauważysz. To będzie wciąż zespół, który doskonale się ze sobą rozumie na boisku, z wypracowanymi schematami. Powiem szczerze, że nie tylko w naszym kraju, ale i w tym sezonie Ligi Europy nie widziałem chyba żadnego zespołu, który mógłby dokonać tylu zmian w pierwszym składzie z meczu na mecz, bez ubytku na jakości. W składzie Slavii jest tylko jeden piłkarz, który jest nie do zastąpienia. Tomas Soucek.

Pilka nozna. Liga Europy. Slavia Praga - KRC Genk. 14.02.2019Tomas Soucek, fot. NewsPix.pl

Zawieszony na pierwszy mecz z Chelsea (rozmawiamy przed spotkaniem Slavia – Chelsea – przyp.red.). Widziałem, że pisaliście w „Sporcie”, że Slavia bez Soucka to jak Chelsea bez Hazarda.

– I tutaj też objawia się odwaga Trpisovskiego w podejmowaniu wyborów. Największe pytanie przed meczem brzmi: kto zastąpi Soucka? Oczywiście można postawić na Josefa Husbauera, wicekapitana, który gra regularnie w lidze, ma dziewięć goli i dziesięć asyst. Ale jednocześnie zdążyliśmy już zauważyć, że Husbauer nie nadąża za meczem, gdy przychodzi mu grać w pucharach. Był w Cagliari, gdzie nie nadążał i dlatego nie powiodło mu się w Serie A. Zamiast niego, Trpisovsky postawi pewnie na Petra Sevcika, który jest młodym zawodnikiem sprowadzonym ze Slovana Liberec. Nie jest tak doświadczony jak Husbauer, miał problemy z kontuzją w ostatnich tygodniach, jest nowym gościem w Slavii. A mimo to bardziej prawdopodobne jest, że zagra on, a nie Husbauer, który jest w klubie od kilku lat i dopiero co strzelił dwa gole i miał asystę w meczu ligowym z Duklą. Każdy inny trener, w tym Silhavy, postawiłby w takiej sytuacji na Husbauera

(Ostatecznie, tak jak przewidywał Vait, zagrał Sevcik i spisał się bardzo dobrze – przyp.red.).

– Wielkim wzmocnieniem okazał się na przykład Ondrej Kudela. Gość z Liberca, którego ściągnięto gdy miał 31 lat i który wcześniej nawet nie zadebiutował w reprezentacji. Ludzie kpili, że to „synek Trpisovskiego”, jego ulubieniec. Okazało się jednak, że jego umiejętność rozgrywania od obrony była jednym z decydujących czynników w sukcesie Slavii w lidze.

Slavia sprawi sensację i wyeliminuje Chelsea z Ligi Europy? ETOTO płaci za awans Czechów po kursie 9,25!

Takie ruchy faktycznie wymagają odwagi – jeśli wyjdzie, jesteś geniuszem. Jeśli nie, wychodzisz na błazna.

– Do tego Trpisovsky doskonale wie, jak komunikować swoje decyzje piłkarzom. Husbauer może nie być zadowolony, że usiądzie w meczu z Chelsea na ławce. Ale równocześnie wie, że zagra wszystkie najważniejsze mecze w lidze czeskiej, bo na krajowym podwórku jest po prostu niezastąpiony. W operowaniu piłką, w grze pozycyjnej. Wie, jak dobierać podania, dysponuje świetnym uderzeniem, odnajduje się w polu karnym.

– Posiadanie różnych typów zawodników na jedną pozycję sprawia, że Slavia jest niesamowicie elastyczna taktycznie. Potrafi zagrać z wysoką intensywnością zarówno wtedy, gdy rywal oddaje posiadanie piłki – wtedy lepiej sprawdza się Husbauer – jak i kiedy to przeciwnik prowadzi grę. Wówczas bardziej przydaje się energia i szybkość Sevcika.

Wielką siłą Slavii w tej edycji Ligi Europy była obrona, przed szalonym meczem z Sevillą nie straciła u siebie choćby jednej bramki. Z czego to wynika? Jakość zawodników? A może kibice na kameralnym stadionie odgrywają rolę poważnego „straszaka”?

– Celem Trpisovskiego i całej Slavii był awans do wiosennej fazy Ligi Europy, w tym celu drużyna grała bardziej wycofana, nie szturmowała bramki przeciwników jak potrafi to robić w lidze. Nastawienie zmieniło się wraz z awansem, teraz mam wrażenie, że nasz zespół chce pokazać trochę ładnej, ofensywnej piłki, przedstawić się całej Europie. Bo tak dziś wygląda futbol – atrakcyjna gra „sprzedaje” zawodników, „sprzedaje” trenera.

– Fani też odgrywają ogromną rolę. Nawet, gdy zespół przegrywa 0:7, zawsze wspierają swój zespół. Kiedy Slavia wysoko przegrała na Emirates z Arsenalem dwanaście lat temu, kibice podziękowali im za grę, nie wyzywali zawodników, nic z tych rzeczy. Dlatego wielka szkoda, że jedna trzecia trybuny za bramką na mecz z Chelsea została zamknięta przez UEFA. Szkoda, bo atmosfera byłaby jeszcze lepsza. Tym bardziej, że pięć lat temu Slavia była blisko utraty licencji, niemal spadła z ligi, więc taki sukces w tak krótkim czasie to dla kibiców coś pięknego.

Chińskie pieniądze sporo w tym temacie przyspieszyły. 

– Ale to nie było od początku pewne. Jaroslav Tvrdik, który przyprowadził Chińczyków do Slavii, miał reputację dziwnego polityka, który zawsze traci pieniądze. Zaczął jako populista, który jednak nie miał pojęcia o futbolu, kompletnie go nie czuł. Niedługo po tym, jak został prezesem Slavii, opublikował na Twitterze wyjściowy skład swojej drużyny na dzień przed meczem. Cały czas jest na Twitterze, nieustannie wchodzi w dyskusje z kibicami, odpowiada na dosłownie wszystkie ich pytania. Z ich perspektywy to świetna sprawa, bo mają bezpośredni dostęp do swojego prezesa, on też cały czas stara się dowiedzieć, czego fani mogą od niego chcieć. Z czasem okazało się, że Tvrdik potrafi słuchać, że rozumie, co musi być zrobione. Na przykład cztery lata temu zatrudnił człowieka, który miał doświadczenie giełdowe, był fanem futbolu, ale nie miał jako takiego doświadczenia w piłce. Miał jednak pomysł, żeby pracować nad transferami bazując na danych liczbowych.

Coś na kształt Moneyball.

– Chciał, by były one jak najbardziej efektywne. Ten człowiek był przyjacielem poprzedniego dyrektora sportowego Martina Kroba. W klubie uznano: czemu nie? Dano szanse transferom opartym o liczby i dzięki temu Slavia ściągnęła Michaela Ngadeu, który okazał się ogromnym sukcesem. Jest niezwykle pojętny, w Niemczech skończył uniwersytet, niezwykle mądrze wypowiada się o piłce. No i przede wszystkim był kluczową postacią defensywy, która doprowadziła Slavię do mistrzostwa Czech za Jaroslava Silhavy’ego. Zimą niemal sprzedano go do Fulham za cztery-pięć milionów euro. Gdyby Anglicy nie sprowadzili z Hoffenheim Havarda Nordveita, Ngadeu grałby od kilku miesięcy w Premier League. Nieco wcześniej na tej samej zasadzie ściągnięty został Simon Deli. Niesamowicie utalentowany technicznie stoper, który mógłby mieć naprawdę świetną karierę, gdyby nie przerywały jej co jakiś czas kontuzje.

Niedługo później przyszło jednak niezwykle nieudane – i bardzo kosztowne – okienko transferowe. Rotań, Altintop, Danny… I szybka nauka na błędach, bo później nie widziałem już podobnych wzmocnień. Slavia zdała się penetrować rynek krajowy, a jeśli szukała za granicą – to młodych, perspektywicznych graczy. Zbiegło się to w czasie z zatrudnieniem Trpisovskiego jako trenera i Nezmara jako dyrektora sportowego. Kiedy czytałem o sukcesie Slavii w tym sezonie, nazwisko tego drugiego pojawiało się raz za razem.

– W jednym z podcastów prezes Slavii mówił, że robił research, jakiego dyrektora sportowego powinien ściągnąć do swojego klubu. Każdy kogo spytał podpowiadał mu jedno nazwisko: Jan Nezmar. Nezmar to gość, który również na boisku był niezwykle inteligentnym zawodnikiem. Miał świetną karierę w lidze czeskiej, szczególnie gdy wziąć pod uwagę raczej przeciętne umiejętności techniczne. Był napastnikiem Slovana Liberec, który zaszedł w 2002 roku do ćwierćfinału Pucharu UEFA, a gdy Slovan w 2012 roku został mistrzem Czech, grał już jako środkowy obrońca. Trudno nie powiązać tego z jego umiejętnością adaptacji do różnych sytuacji. Bardzo szybko przystosował się do roli dyrektora sportowego w Libercu. Tam poznał Trpisovskiego i niemal natychmiast nawiązała się między nimi nić porozumienia. Obaj podobnie patrzą na futbol, obaj są niezwykle progresywni, cały czas się uczą.

– Ale żeby nie było, że to nieomylny człowiek. Nezmar miał parę wpadek w Libercu, szczególnie przy zatrudnianiu trenerów. Najdziwniejszą decyzją było zatrudnienie Jiriego Kotrby i Josefa Csaplara jako menedżera i asystenta.

Csaplara kojarzę z Wisły Płock sprzed ponad dekady.

– Wszyscy w Czechach byli przekonani, że ci dwaj są skończeni. Csaplar co i rusz występował w telewizji, gdzie wołał „Potrzebujemy koncepcji! Potrzebujemy wizji w czeskiej piłce!”, a nigdy nie precyzował, o jaką koncepcję mu chodzi. Był pośmiewiskiem. Nie wiem tak do końca, na ile ściągnięcie ich było pomysłem Nezmara, a na ile właściciela Slovana Ludvika Karla, ale wyglądało to źle.

– Problemem Slovana było też to, że nie potrafił ustabilizować formy sezon po sezonie, były duże wahania pozycji ligowej, w jakości gry. To wiązało się bezpośrednio z właścicielem, który na podstawie kaprysu decydował, czy w danym roku zainwestuje w klub więcej, czy mniej pieniędzy. To dość ekscentryczny człowiek, kontrowersyjny. Kiedyś był w tajnej policji StB, później został właścicielem firmy produkującej szkło Preciosa, sponsora z koszulek Liberca, wreszcie właścicielem klubu. Raz daje więcej, raz mniej, a zawsze wymaga sukcesu.

Łatwo więc wpakować się w kanał obejmując Slovana.

– Aż wreszcie Jan Nezmar ściągnął Jindricha Trpisovskiego. To był ruch skazany na sukces. Wszystko, o czym ci mówiłem w kontekście Trpisovskiego, zagrało. Pod koniec pracy w Libercu miał potężną władzę, dużo większą niż wcześniejsi trenerzy. Ludvik Karl bardzo mu ufał. Stworzył nawet swój własny system skautingu, oparty o dane liczbowe, ale też ocenę ich charakteru. O Slovanie można było mówić, że ma swój charakterystyczny styl oparty na wysokiej intensywności, pressingu, fizyczności, szybkim przemieszczaniu piłki, ale również na atrakcyjnych kombinacjach i umiejętności kontrataku. Nie zrobił tego jako pierwszy, wielu robiło podobne rzeczy przed nim, ale to właśnie Trpisovsky sprawił, że Liberec na dobre zagościł w czołówce. Stał się powtarzalny.

Pilka nozna. HET Liga. MFK Karvina - Slovan Liberec. 26.08.2017Jindrich Trpisovsky, fot. NewsPix.pl

Jest w czeskiej piłce więcej obiecujących, młodych trenerów pokroju Trpisovskiego?

– Niestety nie, dobrych trenerów w czeskiej piłce jest zbyt mało. Stąd też brały się problemy Nezmara, by zawsze dokonywać dobrego wyboru. Gdy Trpisovsky odejdzie do lepszej ligi – tak może być – trudno będzie znaleźć kogoś młodego, kto godnie go zastąpi, odniesie sukces. Jest kilku obiecujących, ale to garstka.

Drużyna Trpisovskiego obejmie prowadzenie na Stamford Bridge? Za pierwszego gola Slavii ETOTO płaci po kursie 4,70

Slavia zdaje się bardzo mocno penetrować rynek krajowy, a jeśli szuka za granicą – to młodych, perspektywicznych graczy jak 22-letni Olayinka (ściągnięty za 3,2 mln euro z Gent – przyp.red.) czy 24-letni Baluta (sprowadzony za 2,65 mln euro z U. Craiova – przyp.red.).

– Myślę, że po prostu cały piłkarski świat zrozumiał, że zawodnicy nie osiągają już swojego szczytu w wieku 28-31 lat, tylko obecnie dzieje się to pomiędzy 22. a 25. rokiem życia. Potrzebujesz ich szybkości, siły, dynamiki. Popatrz na Liverpool, na Manchester City, na Borussię Dortmund, jakich zawodników oni szukają. Sięganie po takich graczy to czysty pragmatyzm. Jak na dłoni widać, że nie ma sensu sprowadzenie z powrotem doświadczonych czeskich zawodników z lig zagranicznych, co taka Sparta robiła bardzo często. Wielkie nazwiska jak Michal Kadlec, Tomas Ujfalusi, Petr Jiracek. Kadlec był jako tako sukcesem, ale większość z nich nie miała już dość motywacji. Chcieli cieszyć się grą w piłkę, nie byli już tak napędzani ambicją. Byli syci.

Rozmawiałem na ten temat z jednym polskim zawodnikiem i mówił wprost, że w pewnym momencie chcesz już sobie nieco popuścić. Z dietą, z profesjonalnym trybem życia. W pewnym wieku zaczynasz być tym po prostu zmęczony. Nie obniżysz swojego poziomu drastycznie, nadal możesz grać w najwyższej lidze i dużo nadrobić doświadczeniem, ale brakuje tych kilku procent ekstra.

– Dziś najlepszym sposobem, by wnieść zespół wyżej, by sprzedawać zawodników i tym samym zarabiać na siebie, jest ściąganie zawodników mających jeszcze wiele do wygrania. Sparta działała w ten sposób 15-20 lat temu. Gdy w mniejszym czeskim zespole pojawiał się uzdolniony gracz w wieku 20-24 lat, natychmiast ściągała go do siebie. Wystawiała go w europejskich pucharach, po czym sprzedawała z dużym zyskiem. Obecnie piłka się zmieniła, skauting młodzieżowy jest rozwinięty niemal do granic możliwości i nikt nie czeka, aż zdolny czeski nastolatek pokaże się w Sparcie, bo można go wziąć wcześniej i taniej. To spowodowało, że dominacja Sparty zaczęła zanikać, gdzieś około 2005 roku.

Mimo wszystko Slavia wydaje się w tym momencie robić coś podobnego i wychodzi całkiem nieźle. 

– Przede wszystkim ma pieniądze, których nie miała wcześniej. Sparta uznała jednak w pewnym momencie, że nie ma sensu wydawać dużych pieniędzy, kilkuset tysięcy, ponad miliona euro na zawodnika z mniejszego czeskiego zespołu nie mając gwarancji, że będzie odpowiadał wymogom największego czeskiego klubu. Stwierdzano: o, tutaj jest inny piłkarz, może nie tak uzdolniony, ale tańszy i na nasze potrzeby wystarczy. Albo: o, tutaj jest chłopak z Afryki, z Bałkanów. Nie wyszło to najlepiej, Sparta osłabła. Slavia wskoczyła w jej miejsce, dziś jest klubem kupującym najwięcej wyróżniających się Czechów, ale nie tylko.

Transfery Czechów jednak póki co wychodzą lepiej, drodzy Olayinka czy Baluta jeszcze nie zachwycili.

– Owszem, ale obaj mają ogromny potencjał. Może gdyby Slavia grała bardziej pod Olayinkę, wyglądałoby to lepiej, miałby więcej bramek. Może nie pracuje tak ciężko, jak myślano, że będzie pracował. Ale tkwi w tym chłopaku ogromny potencjał. Technika, szybkość – wszystko to ma. Baluta przyszedł z Universitaea Craiova, nie zagrał jeszcze za wiele, ale, uuu, jakie on ma umiejętności! Niestety, niesamowicie trudne dla niewysokiego, technicznego gracza, jest przystosowanie się do fizyczności ligi czeskiej, gdzie większość rywali jest potężnie zbudowana, potrafi naprawdę mocno poturbować takiego gracza. Jak tylko dostosuje się do tych warunków, będzie gwiazdą całych rozgrywek, nie mam co do tego wątpliwości. Uważam, że to owoc bardzo mądrego skautingu i nieporozumieniem jest mówienie, że to pomyłka. Nie, to po prostu zawodnik, który jeszcze nie zachwyca. Z naciskiem na „jeszcze”.

Przez moment w ubiegłym roku mogło się wydawać, że chiński dobrobyt Slavii dobiegnie końca.

– Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że Chińczycy, między innymi ci z grupy inwestycyjnej CEFC, nie weszli tylko w piłkę nożną, ale zainwestowali w wiele firm w naszym kraju poprzez Jaroslava Tvrdika, prezesa Slavii i szefa czesko-chińskiej komisji. Ale prezes CEFC Ye Jianming zniknął minionej wiosny. Później okazało się, że chińska prokuratura prowadziła w jego sprawie poważne dochodzenie dotyczące przestępstw ekonomicznych na ogromną skalę. Wydawało się, że jego związek ze Slavią może się skończyć katastrofą. Na szczęście jego udziały zostały wykupione przez dwie inne chińskie firmy – Sinobo, która ma obecnie większościowy pakiet akcji, a także Citic Group. Tvrdik musiał przekonać, że Slavia będzie dla chińskiego kapitału w Czechach niezwykle istotna z PR-owego punktu widzenia i jak widać mu się to udało, więc klub nie odczuł żadnego tąpnięcia.

Uważasz, że dziś Slavia to wymarzony kierunek dla utalentowanego czeskiego zawodnika powiedzmy z Teplic czy Jablonca? A może to Sparta ze względu na renomę? Lub Pilzno, gdzie taki zawodnik ma największe szanse na grę?

– Odpowiedziałeś sobie sam. Ja dopisałbym do tej listy jeszcze Banik Ostrawa, który jest wielkim klubem obecnie będącym na fali wznoszącej. Mają wielki potencjał kibicowski, właściciela, który działa rozsądnie i nie jest jednym z tych, którzy uzależniają byt zespołu od jednego kaprysu. No więc te cztery zespoły zdolne grać sezon w sezon o europejskie puchary. Sparta w ostatnich latach nie była szczególnie mocna w pozyskiwaniu krajowych talentów, ale od kiedy w klubie pojawił się Tomas Rosicky, od kiedy został dyrektorem sportowym, wydają się iść lepsze czasy. Wraz ze Slavią, te dwa kluby są zdolne wydawać najwięcej, gwarantować najlepsze płace. Ale najlepsza odpowiedź, to że czołowi gracze zawsze będą u nas ciągnąć do drużyny, która w danym sezonie występuje w Lidze Mistrzów. W obecnych rozgrywkach to było Pilzno. Nie powiedziałbym, że Viktoria ma wielką przewagę w staraniach o zawodnika, bo nie jest w stanie płacić tyle, co Slavia czy Sparta, ale to dobre okno wystawowe. Wydaje mi się też, że w ostatnim czasie te kluby nie walczyły też o tych samych zawodników.

Pilka nozna. Het Liga. Sigma Olomuniec - Sparta Praga. 26.11.2017Tomas Rosicky, fot. NewsPix.pl

Viktoria Pilzno pokona w weekend Przybram? W ETOTO kurs na wygraną „Viktorki” wynosi 1,64

Co ciekawe, gdy czeskie kluby odnosiły największe sukcesy w ostatnich latach, bazowały właśnie głównie na czeskich zawodnikach. Slavia, która pokonała Sevillę miała w podstawowej jedenastce siedmiu Czechów, Sparta gdy wygrała z Lazio 3:0 – dziesięciu, Pilzno – ośmiu Czechów i trzech Słowaków, kiedy pokonywała Napoli na San Paolo.

– Szczerze mówiąc, nie znałem tej statystyki. Coś w tym musi być. A jednocześnie to wskazówka w odpowiedzi na pytanie, dlaczego w ostatnich latach czescy piłkarze nie byli w stanie przyjąć się tak dobrze za granicą. Poleganie na parcie, na duchu drużyny sprawia, że zespół będzie lepszy. Gdy tego brakuje, gdy pojedynczy piłkarze wyjeżdżają do nowego kraju, klubu gdzie są jedynymi Czechami, okazuje się, że nie ma tego dodatkowego czynnika. Komunikacja nie przychodzi tak łatwo, nie jest się tak zżytą jednością, co od razu przekłada się na zgranie na boisku, na chęć poświęcenia się za innych. Parta sprawia też, że presja na pojedynczych zawodnikach jest mniejsza. Trudno nie powiązać tego z faktem, że czeska, a wcześniej również czechosłowacka reprezentacja nigdy w wielkim turnieju nie pomyliła się z rzutu karnego w seriach jedenastek.

CzesiWszystkie trzy serie rzutów karnych miały miejsce na mistrzostwach Europy, źródło: Wikipedia

– Jeśli masz w zespole poczucie jedności, ściąga to presję z barków pojedynczego zawodnika.

Wiesz, że nie zostaniesz kozłem ofiarnym, jeśli akurat tobie powinie się noga.

– Jeśli atmosfera wokół drużyny jest pozytywna, łatwiej o nastawienie pod tytułem: pokażmy im! Gdy ktoś jawnie lekceważył czeski zespół, ten wychodził podwójnie zmotywowany i zwykle dawał nauczkę. Poczucie jedności odegrało ogromną rolę w wyjściu z grupy na Euro w Polsce. Michal Bilek był nieustannie krytykowany, dostawało mu się za wszystko, co robił. Ale udało mu się przy tym wytworzyć poczucie wspólnego celu. Z kimkolwiek rozmawiam o tamtym okresie, każdy piłkarz wspomina Bilka bardzo ciepło, bo trener nieustannie bronił drużyny, brał wszystkie ciosy na siebie. Przez to zespół bardzo chciał pokazać, jak walczy za selekcjonera. Dziś wokół Slavii jest niesamowicie pozytywna atmosfera, w zasadzie od początku sezonu wszyscy zawodnicy powtarzają, że są kamratami, że są doskonałą partą.

Wydaje się, że Sparcie wciąż stworzenie tej party się nie udało. Większość transferów ostatnich lat to zagraniczni zawodnicy o znanym w Europie nazwisku, długo trenerem był Andrea Stramaccioni znany z Interu, a więc szkoleniowiec o pewnie najlepszym CV, jaki trenował w lidze czeskiej w XXI wieku. 

– CV? Owszem. Jakość? Nie. Stramaccioni był świetnym mówcą, ale nie potrafił trenować tak dobrze, jak się ubierał. Jego zespół nie grał tak ładnie, jak ładnie on wypowiadał się na konferencjach prasowych. Nie była to tylko jego wina, klub zrobił szaloną rzecz ściągając mu dwunastu zawodników w jednym okienku transferowym. Nie zapominajmy, że Slavia w tym samym okienku ściągnęła też bodaj jedenastu piłkarzy, dla ich szatni także to był spory problem. Ale Slavia przemyślała swoje ruchy lepiej niż Sparta, szybko pozbyła się zawodników, którzy nie wypalili. Sparta? Tam wiele kręciło się wokół uczynienia zespołu bardziej międzynarodowym. Uznano, że nie da się już osiągnąć sukcesu starym sposobem, opierając się głównie na czeskich zawodnikach. Klub stwierdził, że chce iść drogą Bazylei, Anderlechtu, które zatrudniają zagranicznych trenerów, piłkarzy. Choć wydaje mi się, że zabrnęło to za daleko, nie wydaje mi się, by w Bazylei czy Brukseli aż tak zdecydowanie postawiono na piłkarzy spoza kraju. Nie sądzę, by w którymkolwiek okienku te kluby ściągnęły dwunastu zagranicznych zawodników, o których nic nie wiedziały. Graczy bez potencjału odsprzedażowego, może poza Srdjanem Plavsiciem. Ten projekt nie podobał mi się od samego początku.

Ostatnio czytałem raport finansowy Sparty, klub wykazał ponad 27 milionów euro straty w sezonie 2017/18.

– To mówi samo za siebie. Ten projekt był skazany na porażkę od samego początku. Zbyt wielu zawodników zostało sprowadzonych naraz, dla każdego trenera byłoby to piekielnie trudne wyzwanie. Ale wydaje się, że i dla Sparty idą dobre czasy, Rosicky zdaje się wiedzieć, co robi. W ostatnich kilku miesiącach rozpoczęła się powolna ewolucja Sparty.

Zrzut ekranu 2019-04-18 o 10.07.30Transfery Sparty Praga zimą 2019, źródło: Transfermarkt

– Zaczęto ściągać inny typ zawodników, postawiono na większą liczbę graczy krajowych. To faktycznie może rozpocząć zaciętą walkę o najlepszych rodzimych piłkarzy. Kto ma najwięcej do stracenia? Moim zdaniem Viktoria Pilzno. Rynek transferowy dopadła inflacja, a w Pilznie nie mają tyle pieniędzy, co Sparta i Slavia, nie wydają tak chętnie dużych kwot. Mimo to Viktoria może sobie poradzić – zimą na przykład nie słyszałem o tym, by któryś z zawodników zmieniających klub na jeden z czołówki był w kręgu zainteresowań innego. Szukali innych typów graczy, na inne pozycje. Ciekaw jestem, jak to będzie w lecie, szczególnie że w Jabloncu jest do wyjęcia niezwykle uzdolniony technicznie ofensywny pomocnik Michal Travnik. Nikt za bardzo nie rozumie, jakim cudem on jeszcze tam gra, dlaczego nie jest jeszcze w którymś z zespołów grających o mistrzostwo. Przewagą Viktorii na pewno jest fakt, że Pilzno robi swoje transfery bardzo szybko, często kilka miesięcy wcześniej wiadomo już, kto zasili ich w zbliżającym się okienku. Zawsze mają dzięki temu zespół poukładany na czas.

Od znajomego, który dobrze zna czeski rynek piłkarski słyszałem jednak, że przed Pilznem nieco chudsze lata, że ich kadra dość mocno się starzeje, a wielu zawodników pamięta jeszcze pierwsze europejskie sukcesy sprzed kilku lat. Sprawdziłem i okazuje się, że wśród siedmiu zawodników z największą liczbą rozegranych minut w tym sezonie, pięciu to gracze 30-letni lub starsi.

– No nie wiem. W najlepszych meczach tego sezonu w ich składzie grało ośmiu zawodników poniżej 30. roku życia, czterech czy pięciu poniżej 25. roku życia. Cały czas, właściwie odkąd zaistnieli w Europie, zastanawiano się, kiedy nadejdzie kres możliwości tego zespołu. Kiedy czeka ich większa przebudowa, okres stagnacji. Ale wydaje mi się, że to wciąż dobrze zbalansowany zespół. Jeśli operujesz jak Slavia teraz czy Sparta dwadzieścia lat temu, kupujesz 22-, 23-latków i w jednym sezonie odnosisz sukces w Europie. Co się wtedy dzieje?

Przychodzą bogaci, kupują najlepszych, składanie zespołu zaczyna się od nowa.

– Dokładnie. Tracisz pięciu-sześciu zawodników w kilka tygodni. Ale jeśli operujesz jak Pilzno, masz kręgosłup zbudowany z zawodników będących na miejscu od wielu lat, znających zasady, filozofię klubu, którzy odpowiadają za utrzymanie tego samego stylu gry przez kolejne sezony. To niezwykle ważne, by zachować ciągłość. Do Pilzna nie ściągają doświadczeni czescy zawodnicy powracający zza granicy, oni są na miejscu cały czas. Z jednej strony możesz powiedzieć, że w pewnym momencie brakło im motywacji, by wykonać kolejny krok, bo poczuli się komfortowo w klubie, który dobrze znają i gdzie niczego im nie brakuje. David Limbersky mógł grać dla Evertonu, Wolfsburga, ale wolał pozostać w Pilznie, nie rezygnować ze swojego stylu życia, w którym znalazło się miejsce na dość sporo alkoholu i jazdę po pijaku.

– Pilzno jest naprawdę pragmatycznym zespołem. Podstawową misją jest osiąganie dobrych wyników na krajowym podwórku, by awansować do Europy. Viktoria nie musi sprzedawać swoich najlepszych zawodników, bo zarabia dość na europejskich pucharach. Każdy inny zespół na jej miejscu, gdyby zdobył mistrzostwo, natychmiast sprzedałby trzech-czterech graczy za granicę. W Pilznie powiedzieli: nie, nie chcemy sprzedawać, bo osiągając z tymi graczami sukces w pucharach, zarobimy dużo więcej. A przy okazji ich wartość wzrośnie i jeśli już kogoś sprzedamy, to za dwa razy większe pieniądze. I tak właśnie było, nadal jest. Viktoria jest ewenementem na skalę kraju, pewnie też regionu – większość jej przychodów to nie zarobki ze sprzedaży zawodników, tylko właśnie nagrody za uczestnictwo w rozgrywkach UEFA.

Pilka nozna. Fortuna:Liga. MFK Karvina - Viktoria Pilzno. 19.08.2018David Limbersky, fot. NewsPix.pl

W którym czeskim klubie dziś można znaleźć najlepsze wzmocnienia dla ekipy z czołówki?

– Jablonec na pewno ma kilku interesujących graczy. Matej Hanousek już w styczniu dołączył do Sparty, Lukas Masopust zasilił Slavię, obaj okazali się udanymi wzmocnieniami. Klub gra interesujący futbol, dobrze się ich ogląda.

Banda z Jablonca ogra w niedzielę w Pradze Bohemians 1905? Kurs na zwycięstwo gości to 2,35

Myślisz, że polskie kluby powinny patrzyć w kierunku tych najlepszych czeskich, tutaj szukać wzorców funkcjonowania, by móc odnosić podobne sukcesy w Europie?

– Rozmawiałem o tym jakiś czas temu z dziennikarzem „Guardiana” Nickiem Amesem przygotowującym materiał o Slavii. Powiedziałem, że moim zdaniem polski rynek ze względu swojej wielkości ma potencjał, by prześcignąć czeski rynek piłkarski. Macie lepszą infrastrukturę dla młodych zawodników, znacznie więcej boisk piłkarskich rozsianych po całym kraju. Nie wiem, jak to jest z waszymi trenerami, w tym aspekcie możemy jeszcze w tej chwili być nieco lepsi. W ostatnich dwudziestu latach nie widziałem żadnego polskiego trenera odnoszącego sukces w międzynarodowym futbolu. Jedynym, jakiego kojarzę, jest Adam Nawałka.

Niedawno zwolniony z Lecha Poznań, więc trudno powiedzieć, by po reprezentacji Polski zwojował świat.

– Ale macie zdecydowanie większy potencjał ludzki, jeśli chodzi o młodych piłkarzy. W czeskiej piłce nie ma zbyt wielu przesłanek, by wierzyć, że jakość drużyny narodowej szła w górę. Nie wydaje mi się, byśmy mogli w najbliższym czasie was wyprzedzić. Wasza reprezentacja będzie w kolejnych latach powoli szła w górę, a nasza – w dół.

Widziałem, że zespoły U-17 czy U-19 zakwalifikowały się niedawno na mistrzostwa Europy, więc nie jest chyba aż tak źle?

– Zawdzięczamy to przede wszystkim dobrej taktyce. Mamy zawodników w ligach zagranicznych wyjeżdżających jako 16-, 17-latkowie, ale niewielu odnosi tam sukces. Jeśli jesteś tym jednym piłkarzem spośród osiemdziesięciu rówieśników w Chelsea i wiesz, że nie zostaniesz piłkarzem pierwszej drużyny, ale jednocześnie zarabiasz wielkie pieniądze jak na nastolatka, ryzyko że przepadniesz jest ogromne. Ci chłopcy już nie mają tak wielkiej motywacji, by wycisnąć ze swoich karier jak najwięcej. Gdyby zostali w lidze czeskiej, nadal widzieliby gdzieś tam cel – grać dla wielkiego klubu. Oni już w takim wielkim klubie są. Znacznie lepiej, gdyby na przykład grali jako 19-latkowie w Slovacko, jako 20-latkowie w Jabloncu, jako 21-latkowie w Slavii i później wyjeżdżali jako ukształtowani gracze.

– Uważam, że nie przygotowujemy zawodników do życia tak dobrze, jak robią to choćby Niemcy. Nie nastawiamy ich tak, by chcieli zdobywać więcej i więcej. Od kiedy w Czechach zakończył się komunizm, rodzi się coraz mniej dzieci, więc automatycznie wybierać trzeba z mniejszego grona zawodników, ci najlepsi nie mają dość dobrych rówieśników, by rozwijać swoje talenty. Możesz pokonywać te ograniczenia dzięki lepszym trenerom, ale ich także brakuje, bo nie ma z tego dobrych pieniędzy. Właściciele klubów nie chcą płacić, bo im marzyłyby się natychmiastowe zyski. Jestem naprawdę ciekaw, jak w najbliższych latach czeskie kluby będą wypadać w porównaniu z polskimi, a jak w podobnym zestawieniu będą się prezentować nasze reprezentacje. Nie możemy porównywać się z Niemcami, powinniśmy zestawiać się właśnie z Polską, z Chorwacją, z Grecją.

Reprezentacja reprezentacją, ale analizowaliśmy ostatnio, dlaczego przykładowa Legia Warszawa nie jest – i raczej w najbliższej przyszłości nie będzie – drugą Slavią. Wyszło nam, że problemem jest przede wszystkim fakt, że mniejsze polskie kluby są w stanie sprzedać swoich zawodników za granicę za duże kwoty, przez co Legia nie może – wzorem Slavii – skupować najlepszych graczy z krajowego podwórka, bo po prostu jej na to nie stać.

– To samo było naszym problemem dziesięć lat temu, gdy techniczne umiejętności młodych zawodników były wystarczające, by odnieśli niemal natychmiastowy sukces w silnych ligach europejskich. Teraz tego nie mają. Jeśli weźmiesz 21-, 22-latka z czeskiej ligi, niemal na pewno będzie jeszcze nieskończonym produktem. Dawno nie mieliśmy też żadnej spektakularnej success story w silnej lidze europejskiej. Żadnego Piątka, żadnego Lewandowskiego. Gdyby coś takiego się wreszcie zdarzyło, mielibyśmy ten sam problem, który ma polska liga. Błyskawiczny odpływ najlepszych graczy.

– Brak piłkarzy, którzy zachwyciliby skautów, a później natychmiast oczarowaliby kibiców w silnej lidze, to błogosławieństwo w przekleństwie. Cierpi na tym reprezentacja, ale dzięki temu najmocniejsze kluby są w stanie pozyskać wyróżniających się graczy z rynku krajowego, nie muszą o nich rywalizować z zespołami z Premier League czy Bundesligi. A to piłkarze może nie dość dobrzy na wymagania czołowej ligi europejskiej, ale już by zaistnieć w Lidze Europy – zdecydowanie tak. Polskim klubom nie jest to dane, wybacz. Dawno nie było u was wielkiej historii w pucharach, prawda?

W XXI wieku nie udało nam się nigdy przejść pierwszej wiosennej przeszkody, to nasze maksimum.

– Kiedy myślę o lidze polskiej, nie kojarzę wielu właścicieli, którzy przede wszystkim chcieliby odnieść sukces ze swoimi zespołami. Zainwestować w sukces sportowy, a nie stawiać go na którymś miejscu. Patrzę, w jakim stanie dziś jest Wisła Kraków, że Kuba musi wykładać swoje pieniądze, by klub przetrwał. Podobne problemy mieliśmy dziesięć lat temu, teraz jednak nic takiego się nie dzieje. Mamy właścicieli chętnych, by pokryć wydatki, nawet takich, którzy za własne pieniądze spłacają długi klubu, czego najlepszym piłkarzem są chińscy właściciele Slavii.

W Czechach istnieją przepisy dotyczące konieczności wystawiania w składzie młodzieżowca, limity zawodników spoza Unii Europejskiej?

– Nie, nic takiego. A jak to wygląda u was?

Od nowego sezonu limit zawodników spoza UE będzie zniesiony, ale w zamian każdy zespół będzie musiał mieć na boisku przynajmniej jednego młodzieżowca.

– Myślę, że gdybyśmy mieli podobny przepis, moglibyśmy sporo na tym zyskać. Widziałem wyliczenia, według których mamy jedną z najstarszych lig w Europie, jeśli nie najstarszą. Nie pojawia się zbyt wielu nowych, młodych piłkarzy. Wynika to też z tego, że liga czeska jest niezwykle wymagająca fizycznie, a czescy nastolatkowie nie rozwijają się fizycznie tak szybko, by dorosnąć do wymagań jakie pod tym względem stawia gra w lidze. Nawet Slavia, która gra ładną dla oka piłkę, jest jednocześnie w stanie wygrać mecz dzięki fizycznej walce, w zespole jest dość mięśni (śmiech). To też chyba siła czeskich drużyn na arenie międzynarodowej – nie grają najpiękniejszej piłki, ale grają futbol siłowy, dzięki czemu efektywny.

– Rozwiązaniem części problemów miała być liga juniorów, pomost pomiędzy piłką młodzieżową a dorosłą, ale zamiast pomóc, to rozwiązanie przedłużało tylko okres ochronny dla zawodników, wciąż nie przygotowując do fizycznej walki w piłce seniorskiej. Przywrócono więc zespoły rezerw, moim zdaniem to pomoże młodym graczom znacznie bardziej.

W Pradze rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot. NewsPix.pl

***

O lidze czeskiej w jednym z odcinków Magazynu Lig Egzotycznych rozmawiał ze swoimi gośćmi – Krzysztofem Pawełczykiem, Piotrem Szymczukiem i Łukaszem Bobrukiem – Adam Kotleszka. Kto nie słuchał wtedy, ma szansę wrócić do audycji dziś:

KOMENTARZE (5)