Nie jesteśmy Wisłą pierwszej ligi. Dla nas utrzymanie będzie jak awans
Weszło Extra

Nie jesteśmy Wisłą pierwszej ligi. Dla nas utrzymanie będzie jak awans

Kilka dni przed powrotem pierwszej ligi Stomil Olsztyn nie miał drużyny i przyszłość klubu stanęła pod wielkim znakiem zapytania. Przygotowania do rundy bardziej przypominały wysiłki paczki znajomych, którzy po pracy chcą potrenować przed starciami w lidze szóstek niż działania profesjonalnego zespołu. Ostatniego dnia okienka, gdy znaleźli się ludzie dobrej woli chcący wyprowadzić Stomil na prostą, na wariackich papierach zakontraktowano czternastu nowych graczy. 

Dwa dni później udało się ograć GKS Tychy, w którym niczego nie brakuje. Przypadek? Stomil pokonał też Wigry Suwałki, a także nie przegrał z Sandecją Nowy Sącz, GKS-em Jastrzębiem i fenomenalnym Rakowem Częstochowa. Drużyna, która nieco ponad miesiąc temu nie istniała, jest rewelacją pierwszej ligi. 

O tym fenomenie i wiecznych problemach klubu porozmawialiśmy z Grzegorzem Lechem, czołowym zawodnikiem Stomilu. 

Pamiętasz może, kogo zmieniłeś w swoim debiucie w ekstraklasie?

Maćka Sawickiego, obecnie pana sekretarza generalnego PZPN-u. 

To chyba najlepiej pokazuje, jaki szmat czasu spędziłeś w Stomilu, oczywiście z przerwami. Przeżyłeś w tym klubie wszystko? 

Wiele. Jako młody chłopak załapałem się jeszcze na czasy, kiedy w klubie było dobrze, na bogato, choć sam jako junior praktycznie tego nie odczuwałem. No, może poza tym, że zawodnicy, którzy grali wtedy dla Stomilu, zachowywali się jak panowie piłkarze! Ale to szybko prysło jak bańka mydlana, a zostały problemy. 

Które towarzyszą wam do dziś. 

W późniejszych latach mnóstwo było sytuacji, które nie pozwalały pobyć w strefie komfortu. Trzeba było nieustannie pracować, by nie popaść w marazm, który tutaj groziłoby tym, że klubu już dawno nie byłoby w pierwszej lidze, a zapewne nawet w drugiej. Ale zanim zaczniemy o tym opowiadać, chciałby zaznaczyć, że to część historii, o której warto pamiętać, ale nie powinno to rzutować na przyszłość. Dziś staramy się budować coś nowego, zdrowego, by nie trzeba było po raz kolejny przechodzić przez coś, co nie powinno mieć miejsca. 

Tych przykrych sytuacji było tak wiele, że czasami zlewają mi się w jedną całość. Do dziś przed oczami mam na przykład obrazek sprzed wyjazdu na jeden z meczów. 5 rano, czekamy przed klubem, a nagle jeden z trenerów wysiada z taksówki. Pod pachą trzyma telewizor, a w ręku wielkie torby. Okazało się, że jego mieszkanie nie było opłacane, więc został z niego wyproszony. Niech to będzie taki symbol. Jak w takich realiach w pełni skupić się na nadchodzącym meczu? 

Podejrzewam, że pytasz tylko retorycznie. 

Zawsze będę miał szacunek do ludzi, którzy tu byli, bo to te relacje, które występowały w szatni, utrzymywały klub na powierzchni. Nie jest łatwo nie popadać w konflikty, gdy każdy walczy o to, żeby jakoś przetrwać kolejny tydzień. W takich sytuacjach droga do wyrzucenia negatywnych emocji zawsze jest najkrótsza. Gdyby zrobiło to nagle tyle osób, mógłby tu nie zostać kamień na kamieniu. A my jakoś przetrwaliśmy i dawaliśmy z siebie tyle, ile mogliśmy. Nie było łatwo tym bardziej, że na pierwszoligowym poziomie już regularnie słyszysz, że ci jadą do Turcji na obóz, ci dostaną takie premie, a tamci to, to i to. U nas wszystko wiązało się z wiecznym kombinowaniem. Nie ma co w tym grzebać, bo to już historia, ale do pierwszej ligi to my po prostu nie pasowaliśmy. 

Miałeś momenty, że było naprawdę krucho z pieniędzmi czy zdążyłeś się w jakiś sposób zabezpieczyć? 

Tu nawet nie chodzi stricte o pieniądze, bo każdy z nas sobie jakoś radził. Szukaliśmy jako piłkarze różnych rozwiązań – ktoś poszedł do pracy w akademii, ktoś zatrudnił się u teścia, ktoś złapał inną dorywczą fuchę. Gdy trzeba było, pożyczaliśmy sobie pieniądze nawzajem i jakoś żyliśmy. 

Bardziej bolało to, że my wykonywaliśmy swoją pracę, a ktoś nas ciągle oszukiwał. Gdyby stawiano sprawę jasno, mówiono na przykład, że pieniądze będą za trzy miesiące, łatwiej byłoby to sobie poukładać.

Jak często pojawiały się myśli, żeby to rzucić? Najmłodszy już przecież nie jesteś.

Nie powiem, że często, ale zdarzały się różne burze. W naszym regionie nie było profesjonalnej piłki na poziomie centralnym, więc chciałem iść do pracy, bo czułem się odpowiedzialny za rodzinę. To było tak naprawdę najgorsze – masz żonę i dzieci, które chcesz wychowywać w normalnych warunkach, a często nawet nie wiesz, co przyniesie kolejny dzień. Pewnie większość z nas miała jakieś oszczędności, ale tu przecież nie chodzi o to, żeby je wydawać w imię tego, że przynajmniej możesz robić coś, co lubisz. 

Pieniądze to trudny temat, więc niełatwo ubrać to w odpowiednie słowa. Nie jestem oderwany od rzeczywistości i wiem, że ludzie miewają na co dzień większe problemy niż to, że nie możesz sobie pozwolić na wyjście do restauracji, zatankowanie samochodu do pełna czy kupno nowych butów w tym miesiącu. Jednak naszym punktem odniesienia bardziej były inne pierwszoligowe drużyny. Podczas gdy w nich można było skupić się na normalnym funkcjonowaniu, nasze głowy zaprzątało kombinowanie. 

A nie wszyscy biorą to pod uwagę. My na boisku kogoś reprezentowaliśmy, więc stale byliśmy oceniani. Na sto osób może kilka zauważy okoliczności i to, że nie mieliśmy odpowiednich środków, by przygotować się do meczu, ale reszta powie: „skoro wychodzą, to mają zapierdzielać, wygrać” i tak dalej. Sami na to liczyliśmy, ale nie zawsze się udawało. 

Olsztyn 17.11.2018 pilka nozna Fortuna I liga Stomil Olsztyn - Bytovia Bytow football Polish first league Stomil Olsztyn - Bytovia Bytow nz Grzegorz Lech fot. Kacper Kirklewski / 400mm.pl / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

To może zabrzmi absurdalnie, ale sam kiedyś wywołałeś ten temat. Uważasz, że sami sobie szkodziliście tym, jak graliście? Utrzymywaliście się w pierwszej lidze, więc pudrowaliście syf. 

Powiedziałem kiedyś, że my też jesteśmy winni, bo zawsze wychodziliśmy na boisko. Niby komuś groziliśmy, że będzie inaczej, niby jakoś protestowaliśmy, by ktoś się obudził, ale i tak wszyscy wiedzieli, że wyjdziemy i powalczymy. Gdybyśmy wcześniej postawili sprawę na ostrzu noża, gdybyśmy powiedzieli, że albo coś się zmieni, albo nie będzie drużyny, to może wszystko zaczęłoby się układać trochę szybciej. Zimą wyglądało to fatalnie, trenowało dziesięciu juniorów plus ci, którzy akurat mieli czas i przyszli, ale w końcu udało się doprowadzić do sytuacji, że z dnia na dzień mamy zapewniane rzeczy, które pozwalają jak najlepiej przygotować się do meczów. 

Innymi słowy – zbyt długo tolerowaliście prowizorkę. 

Kilka lat. Wiesz, zawsze myśleliśmy, że to się w końcu ułoży. Że może wreszcie ktoś tu przyjdzie i wszystko zacznie funkcjonować. Że wkładamy w to tyle zdrowia, że ktoś po prostu musi to zauważyć. Że mamy kibiców, fajne miasto i piłkarzy przywiązanych do klubu, więc trzy bardzo ważne rzeczy, gdy mówimy o fundamentach, dlatego prędzej czy później ktoś dorzuci pieniądze, odpowiednie zarządzanie i poprawi infrastrukturę. Ta ostatnia, tak na marginesie, patrząc tylko pod kątem piłkarskim, nie jest tak zła, jak to się czasami opisuje. Możemy pośmiać się z Estadio da Gruz, jest tu wiele rzeczy do poprawy – choćby to, by nie wywalało korków, gdy wstawiasz wodę na kawę – ale Olsztyn nie jest takim zaściankiem, jak to się przedstawia.  

Wracając – był nawet taki moment, że ja się modliłem o to, żeby ktoś do nas przyszedł. Zdarzało się, że łapaliśmy świetne serie, a za trenera Jabłońskiego kręciliśmy się na półmetku ligi w okolicach podium. Mieliśmy bardzo fajną drużyną i wszystko sprzyjało temu, żeby powalczyć o awans. Wystarczył dobrze przepracowany okres przygotowawczy i kilka transferów. Tymczasem wszystko się rozjechało, bo zimą nie trenowaliśmy przez tygodnie, gdyż nie było gdzie, a koledzy zaczęli wyjeżdżać, bo nie mieli opłaconych mieszkań.

Uważam, że gdyby w Stomilu wszystko było poukładane, w ciągu ostatnich czterech lat zrobilibyśmy awans do ekstraklasy.

Z jednej strony mówimy, że zbyt długo byliście cierpliwi, a z drugiej – gdy tylko zaprotestowaliście w trakcie słynnej sesji, od razu spadła na was krytyka. 

Desperacja. Łapaliśmy się wszystkiego.

Wyszło komicznie, ale osiągnęliśmy swój cel. Nie chcieliśmy obrazić fotografów czy kogokolwiek innego. Kominiarki mogły się komuś skojarzyć ze scenami mordobicia i tak dalej, ale my nawet nie mieliśmy ich założonych – to były czapki i kominy sportowe. W klubie nie działo się wtedy absolutnie nic i chcieliśmy dać sygnał, że nie będziemy tego firmować swoimi twarzami. Na końcu to tych jedenastu gości, którzy wychodzą na mecze, musi świecić oczami za cały klub, a my byliśmy już tym zmęczeni. Nie chcemy być kojarzeni z ciągłym narzekaniem i mówieniem o czymś negatywnym. Ten wywiad też w dużej mierze jest o tym, że nie było kolorowo i ludzie mimowolnie kojarzą nas później z czymś złym. 

Chciałbyś, żeby ludzie słysząc „Grzegorz Lech”, myśleli na przykład „fajna bramka z Rakowem”, zamiast „ten gość, któremu ciągle coś nie pasuje”. 

Dokładnie. Naprawdę czuliśmy się z tym bardzo, bardzo źle, że cały czas musieliśmy mówić coś negatywnego, ale po prostu nie znajdowaliśmy dobrych rzeczy. Dla wielu staliśmy się takimi dyżurnymi narzekaczami, a to nie jest miłe, bo chodziło nam przecież o rzeczy niezbędne do przetrwania.

Nie chcieliśmy też tego, by do klubu przyszły nowe osoby, które na chwilę zamazałby rzeczywisty obraz. Tak by pewnie było, bo w przeszłości po początkach z pozytywnym oddźwiękiem zawsze wszystko wracało do smutnej normy. Chcieliśmy to rozwiązać raz na zawsze. 

Dziś w naszych wywiadach nie znajdziesz już słów, że coś nie gra. Jesteśmy na fali, choć nie uważam też, że te trzy remisy, które pojawiły się obok dwóch zwycięstw, to nie wiadomo jaki wynik. 

No ale mowa o spotkaniach z Rakowem, Sandecją i GKS-em Jastrzębie. Kandydaci do awansu lub chociaż górna połówka. 

Doceniamy, ale przy odrobinie lepszych wiatrach można było ugrać więcej. 

Przecież wy trzy dni przed ligą nie mieliście drużyny! 

Ale widzimy po sobie, gdy możemy liczyć na coś więcej. W tych spotkaniach mogliśmy. Na przykład przeciwko GKS-owi podeszliśmy do przeciwnika ze zbyt dużym respektem. Strzeliliśmy bramkę i nie chcieliśmy pójść na wymianę ciosów. Wiązało się to z tym, że nie do końca mieliśmy wszystko przetrenowane i brakowało nam pewności siebie. No ale nawet z Rakowem pokazaliśmy w drugiej połowie, że możemy podjąć walkę i nie mamy się czego obawiać. Naprawdę mamy rezerwy. 

STOMIL OLSZTYN OGRA CHOJNICZANKĘ CHOJNICE? ZAGRAJ W ETOTO PO KURSIE 2,55! 

To powiedz, ale tak szczerze – zdążyłeś przed pierwszym meczem nauczyć się imion wszystkich nowych kolegów? W ostatnim dniu okienka, na wariackich papierach, przyszło ich czternastu. 

Jakoś się udało. Dobrym przetarciem był obóz w Nieborowie, gdzie przyjechały osoby, które z nami trenowały i te, które miały podpisać kontrakty. Skupiliśmy się tylko na grach sparingowych, bo trener musiał robić przymiarki do składu, który wyjdzie w lidze, ale zaczęła się też tworzyć drużyna. Rozmawialiśmy o realiach, pewnie niektórzy mieli ochotę, żeby się od razu spakować, ale widać było też determinację. W zasadzie każdy z nich ma coś do udowodnienia. 

Masz wrażenie, że trochę ośmieszyliście pierwszą ligę, robiąc takie wyniki z drużynami, które normalnie przygotowywały się do rundy i robiły transfery? Takiego GKS Tychy nijak nie można z wami porównać, a na boisku byliście lepsi. 

Nie, w ogóle tak do tego nie pochodzimy. Moim zdaniem drużyny, które przygotowywały się w profesjonalny sposób, cały czas są kroczek przed nami. Nie zapominajmy, że to dopiero pięć kolejek. Ale nawet jeśli się utrzymamy, to powiem ci, że takie przygotowania nie mają racji bytu. To może się udać raz tysiąc na prób, ale generalnie nie powinno to tak wyglądać. 

Jesteście taką Wisłą Kraków pierwszej ligi.

Tak ludzie czasami do tego podchodzą, ale oni mają świetnych zawodników – Wasilewskiego, Błaszczykowskiego, Sadloka, Bashę, Peszkę, do tego bardzo dobrego trenera. Kwestią czasu było ich odpalenie jako drużyny, bo dochodzi też cała otoczka, która buduje cię każdego dnia i daje poczucie, że jest dla kogo walczyć. Nie porównywałbym naszych przypadków, to bez sensu. Gdzieś tam sobie czasami mówimy o reprezentacji Danii z 1992 roku czy innych zbieraninach, ale bardziej w kategoriach dodatkowej motywacji niż porównania. 

To utrzymanie dla was będzie jak…?

Jak awans. To dla tej drużyny naprawdę bardzo wysoko zawieszona poprzeczka. Przy czym myślę, że podołamy. 

Powiedziałeś kiedyś, że jeśli co pół roku problemy mają wracać, to może nie warto się szarpać i lepiej zacząć od podstaw. Teraz masz poczucie, że najgorsze czasy dla Stomilu już minęły? 

W ogóle nie dopuszczamy do siebie myśli, że coś może pójść nie tak. Skupiamy się na utrzymaniu i liczymy, że sprawy finansowo-organizacyjne zostaną dopięte. Zabrali się za to tak poważni ludzie, że raczej możemy im zaufać. Nasza codzienność, jak już wspominałem, wygląda lepiej i powoli prostowane są też sprawy z przeszłości, więc możemy skoncentrować się na piłce. 

Wcześniej przeszedłeś przyśpieszony kurs z funkcjonowania klubu na innych płaszczyznach. 

Na pewno, bo nikt z tych bardziej doświadczonych zawodników nie przyglądał się temu biernie. Na tyle, na ile mogliśmy, chcieliśmy pomóc. Piłkarze często są postrzegani jako osoby bez większej wiedzy, konkretny stereotyp jest mocno zakorzeniony, ale tutaj trafili się ludzie, którzy patrzą na klub szerzej niż tylko w kontekście kolejnego meczu. Widzimy w nim wielki potencjał, między innymi dlatego, że sami jesteśmy trenerami. Mamy tu ambitnych ludzi, którzy chcą do czegoś dojść, ale muszą stąd wyjeżdżać, by wykorzystać swoje predyspozycje. To tyczy się piłki, ale nie tylko. Budujemy ludzi dla innych ośrodków, a wcale nie musi tak być. 

Wróćmy jeszcze do twoich początków. Strzeliłeś ostatniego gola Stomilu w ekstraklasie. 

To był mój drugi występ w ekstraklasie, miałem okazję zagrać, bo Stomil spadał z ligi. Pamiętam to doskonale – Abel Salami podał mi piłkę i pokonałem Zbigniewa Robakiewicza. No i tak to się za mną ciągnie. Chciałbym, żeby ktoś już ode mnie przejął ten tytuł. Albo najlepiej, żebym to ja dokonał aktualizacji. Wtedy nie przypuszczałem też, że sam na następną bramkę w lidze będę czekał aż dziewięć lat. 

Dlaczego tak generalnie ci w piłce nie wyszło? 

Zawsze byłem mocno przywiązany do Stomilu i Olsztyna. Po spadku mogłem zostać w ekstraklasie i odejść do Ruchu Chorzów lub Górnika Zabrze, ale u mnie w rodzinie bardzo dużą wagę przykładano do nauki. Moi rodzice przede wszystkim chcieli, żebym poszedł na studia i wtedy upadły tematy na Śląsku, bo nie było możliwości, by to połączyć. A w Olsztynie miałem pod nosem pierwszą ligę i uczelnię, bo dostałem się na gospodarkę przestrzenną. Uznałem, że to najlepsze wyjście. Niestety Stomil wylądował na równi pochyłej i spadał coraz niżej. 

A pewnie myślałeś, że lada moment wrócicie. 

Albo że przynajmniej ja wrócę, jeśli będę dobrze grał po spadku, bo byłem przecież ciągle młody. Czasy były trochę inne. Dziś z lekką zazdrością patrzę na to, jaką szansę dostają młodzi. Z czasem zacząłem wyglądać dobrze i jeśli teraz prezentowałbym się niżej tak jak wtedy, to myślę, że byłbym łakomym kąskiem.

Ale studia spokojnie skończyłeś? 

Tak. I w międzyczasie jeździłem na testy, bo mimo wszystko nie było tak, że myśli o graniu poszły gdzieś w kąt. Byłem w Górniku Zabrze czy w Polonii Warszawa, ale nawet jeśli były później oferty, to nie na tyle interesujące, by wywrócić całe życie do góry do nogami i pójść za głosem serca. Skoro zbliżałem się do tego tytułu magistra, w co włożyłem dużo wysiłku, uznałem, że nie opłaca się tego rzucać. Dziś pewnie bym zaryzykował. Nie powiem, że wtedy studia były szalenie elitarną sprawą, ale dostęp do nauki jednak nie był tak łatwy jak w dzisiejszych czasach.

Żałujesz czasami?

Jeśli chodzi o samą piłkę, jest mi szkoda. Nie oszukasz później tego, że najlepsze lata dla rozwoju piłkarza spędziłeś w trzeciej lidze, a nie na przykład w pierwszej. To jest przepaść. Natomiast jeśli chodzi o sprawy życiowe, nie mam prawa narzekać. Poznałem moją żonę, mogłem się rozwijać jako człowiek, a w Olsztynie zawsze dobrze się czułem. Poza tym, szansę w ekstraklasie w końcu przecież dostałem. 

W wieku 27 lat, w Koronie Kielce. I chyba nie do końca ją wykorzystałeś. 

Zależy, jak na to spojrzymy. Z jednej strony wiem, że stać mnie było na więcej, a z drugiej – cieszę się, że w ogóle do ekstraklasy wróciłem. Chyba tylko ja sam wiem, ile mnie to kosztowało. 

Ile? 

Gdy skończyłem studia, poszedłem do tak zwanej normalnej pracy – przez pół roku pracowałem w biurze nieruchomości. Siłą rzeczy myślałem już o tym, żeby iść dalej w tym kierunku, a marzenia o piłce – przynajmniej tej na wyższym poziomie – już sobie darować. Po długiej rozmowie z żoną doszliśmy jednak do wniosku, że to dla mnie ostatni gwizdek. I że o ile do normalnej pracy zawsze będę mógł wrócić, o tyle w piłce kolejnej szansy już nie będzie. 

Rzuciłem więc pracę i całe swoje życie podporządkowałem temu, żeby jeszcze zagrać na profesjonalnym poziomie. Wszystko, każda godzina, było tak zaplanowane, by zrealizować cel. Wcześniej, gdy jeszcze studiowałem dziennie, z tym profesjonalnym podejściem bywało różnie. Po pół roku takiej pracy dostałem zaproszenie na testy z Widzewa Łódź  prowadzonego przez trenera Fornalika. Było nas dwóch, a miejsce tylko jedno i trener wybrał Arka Piecha. Ale nie poddałem się i pół roku później wylądowałem w Dolcanie Ząbki u trenera Sasala, a za następne pół roku u tego samego szkoleniowca w Koronie. Trochę szczęścia było, ale mocno mu pomogłem, bo wierzyłem, że skoro pół roku ciężkiej pracy wystarczyło, by wrócić na zaplecze ligi, to następne może wystarczyć, by wrócić do ekstraklasy. To nudne, ale tak to właśnie wyglądało.

Sasal nie popracował długo i wylądowałeś w tej słynnej Bandzie Świrów. Nawet o mistrzostwo powalczyłeś. 

Uważam nawet, że wtedy tworzyło się coś, co jest w Kielcach widoczne do dzisiaj – drużyna, kolektyw. Z piłkarzy, którzy pamiętają tę bandę, w Koronie gra dziś chyba tylko Piotr Malarczyk, ale ta atmosfera cały czas się tam unosi. W Kielcach kibice i drużyna zawsze byli nastawieni na to, żeby być jednością, wszyscy żyli tym klubem. Każdemu przez to gra się tam bardzo ciężko. 

Żałuję, że w pewnym momencie przytrafiła się kontuzja, żałuję też tego, że trochę zabrakło mi doświadczenia, by lepiej udźwignąć tę całą otoczkę i wewnętrzną rywalizację, bo piłkarsko nigdy kompleksów nie miałem. Dziś podszedłbym do tego inaczej – na większym luzie, a nie na spinie, że to moja życiowa szansa i złapałem pana Boga za nogi.

Ale swoje pięć minut miałem. Poznałem świetnych piłkarzy i ludzi oraz przeżyłem piękne chwile, do których z przyjemnością wracam. Wiadomo, kto wiódł prym w Bandzie Świrów, ale najfajniejsze w tym wszystkim było to, że te osoby, które były trochę na uboczu, też czuły się członkami tej grupy. To była siła tego zespołu, że każdy był tego częścią i każdy dawał maksa. Nie ma przypadku w tym, że w jednym sezonie prawie do końca biliśmy się o mistrzostwo. 

WARSZAWA 19.08.2012 MECZ 1. KOLEJKA T-MOBILE EKSTRAKLASA SEZON 2012/13: LEGIA WARSZAWA - KORONA KIELCE --- POLISH TOP LEAGUE FOOTBALL MATCH: LEGIA WARSAW - KORONA KIELCE GRZEGORZ LECH INAKI ASTIZ FOT. PIOTR KUCZA

Później była też szansa na ekstraklasę w Arce, bo trafiłeś do zespołu, który miał awansować. Najgorszy okres w karierze?

Tam skumulowało się wiele rzeczy. Nie wiem, czy to do końca sprawy sportowe były najważniejsze i to one zadecydowały o tym, że nie grałem. W pierwszej rundzie drużyna wyglądała fatalnie jako całość, a ja byłem twarzą tego wszystkiego, co było mocno eksponowane. 

Trudno się dziwić, przychodziłeś jako najlepszy zawodnik Stomilu. 

Indywidualnie zawiodłem kibiców i tu nie ma dwóch zdań, ale nie uważam, że drużyna grała słabo tylko dlatego, iż Lech nie był w dobrej dyspozycji. To była totalna przebudowa, z wcześniejszej drużyny zostały wyjątki. Jeden nowy przyszedł wcześniej, drugi później, każdy w innym momencie, a trener Dźwigała chce, żeby jego zespoły grały w piłkę – to wymaga automatyzmów i czasu. U nas tego nie było, w trakcie meczu wszystko się rozjeżdżało. Dobrze wiem, że w drugiej rundzie byłby to już ten Grzegorz Lech, który dobrze funkcjonował w Stomilu, natomiast dostałem kwadrans w jednym meczu, później zaliczyłem jeszcze ze dwa występy, ale poza tym okazji nie otrzymywałem, choć drużyna nie osiągała dobrych wyników. Awans zrobiła już trochę inna ekipa, Arka jest w lidze do dziś i trzymam kciuki, żeby jak najszybciej wywalczyła utrzymanie. 

Kibice pisali na swojej stronie arkowcy.pl, że od 5 do 10 powinieneś sprzątać ulicę Świętojańską, a dopiero potem jechać na trening, żeby nauczyć się szacunku do pracy. 

Ciekawe spostrzeżenie, ale ktoś bardzo mocno przestrzelił. Wystarczy się zapytać sztabu, czy moje podejście w którymś momencie było nieodpowiednie. 

Drążę w tym temacie, bo to, co robisz w pierwszej lidze w wieku 36 lat, pokazuje, że ty miałeś papiery na większe granie. 

Na pewno Gdynia była przełomem, jeśli chodzi o mój rozwój osobisty. Już wcześniej, po Koronie, zacząłem dostrzegać rezerwy w sferze mentalnej, bo umiejętnościami nigdy nie odstawałem i wtedy zacząłem szukać w internecie informacji na ten temat. To wszystko nie było jeszcze tak dostępne jak dzisiaj. W końcu poszedłem nawet na studia z Psychologii Sportu Pozytywnego w Sopocie, by wiedzieć, jak nad sobą pracować i jak budować oraz wykorzystywać swoje atuty. Krok po kroku zacząłem wchodzić w to coraz głębiej i dużo ćwiczyć. Tak jak chodziłem na treningi i pracowałem nad stricte piłkarskimi sprawami, tak tutaj była to koncentracja, budowanie pewności siebie opartej na faktach. Z miesiąca na miesiąc czułem się coraz silniejszy. To był bardzo ważny krok, co widać dzisiaj na boisku. 

Powoli kończysz karierę? Czy to, że wyglądasz tak dobrze na tle pierwszej ligi, sprawia, że o tym nie myślisz? 

Ustaliłem sobie kiedyś granicę, że dokończę sezon po 36. urodzinach i tyle. Wychodziłoby więc na to, że pogram do czerwca i tyle, ale zostawiłem sobie też furtkę, że może przedłużę to do 38 lat. W Kielcach często mieszkałem z Pavolem Stano i dużo rozmawialiśmy na ten temat. On twierdził, że będzie grał tak długo, jak tylko się da – dopóki będzie miał siłę i trenerzy będą go chcieli. Dzisiaj widzę, że miał rację, bo w tym wieku człowiek lepiej zna swój organizm. Szkoda, że w Polsce uczyliśmy się tego tak późno i zdobywaliśmy tę wiedzę dopiero na podstawie własnych doświadczeń. Ale jeśli zdrowie będzie mi pozwalało grać na dobrym poziomie, będę to robił, bo sprawia mi to też dużą przyjemność. To są takie emocje, adrenalina, których nie kupisz za żadne pieniądze. 

Twoim wujkiem jest Piotr Lech. Wielu piłkarzy mówiło mi, że to najbardziej szalony gość, którego spotkali w szatni, ale chyba niewiele was tutaj łączy. 

Wszyscy z rodziny Lechów są trochę nerwowi. Zawsze chcą, żeby wszystko wyszło super, a jak nie idzie po ich myśli, to trochę się denerwują, ale też są w stanie wskoczyć w ogień za czymś, co jest ważne. To nas łączy. Ale jeśli chodzi o samo nastawienie do życia, to Piotrek jest bardzo pozytywną jednostką, uwielbiam z nim przebywać, bo daje to energetycznego kopa, a ja jestem spokojniejszy. Bardziej stoję z boku i obserwuję. 

Jeśli chodzi o kontrowersje, to nie mam na ciebie nic poza tym, że kiedyś pokazałeś na boisku gest Kozakiewicza. 

Nie stało się to bez przyczyny. Młody bramkarz Chrobrego okazał brak szacunku i tak wyszło. Chodziło o to, że moja żona była wtedy w ciąży, więc chciałem zademonstrować radość, wkładając sobie piłkę pod koszulkę. Po strzelonej bramce podbiegłem do niego i poprosiłem go tę futbolówkę. Praktycznie się przed nim płaszczyłem, a on wziął tę piłkę i gdzieś ją wyrzucił na zasadzie: „masz, piesku, biegnij sobie po nią”. Poszły drobne wiązanki i odruchowo zrobiłem to, co zrobiłem. Sędzia nawet tego nie widział, bo w protokole napisał, że pokazałem środkowy palec. Źle wyszło, ale z tego też potrafiło się coś urodzić, bo powstał mój „kormoranek”, którym teraz celebruję zdobyte bramki. 

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Fot. newspix.pl, FotoPyk

***

W Olsztynie na Stomilu karmią nie najgorzej, a jak wygląda to na Stadionie Narodowym? Jednym słowem – DRAMATYCZNIE.