Step by step. Tak daleko jak nogi poniosą
Weszło Extra

Step by step. Tak daleko jak nogi poniosą

W 2002, na ostatnim roku studiów informatycznych, Michał Świerczewski założył wraz kolegami sklep z elektroniką. Wspólnicy dość szybko wypisali się z biznesu, a on rozwinął go na tyle, że obroty przekroczyły miliard złotych. Niezłe tempo? Raczej charakterystyczne dla tego człowieka. Jego Raków rośnie w dość podobnym. 

Wczoraj piłkarze z Częstochowy wyrzucili z Pucharu Polski ekipę Legii Warszawa, a że wcześniej to samo zrobili z Lechem Poznań, to aktualnie są trochę bliżej nieba niż każdy z nas – kibice noszą ich na rękach. Podobnie jak trenera Marka Papszuna, w obliczu zainteresowania połowy piłkarskiej Polski, można rzecz, że jeden z topowych trenerów na rynku. Dlaczego więc, wtrącicie, opowieść o historycznym wyczynie drużyny zaczyna się od nazwiska gościa, który ani nie przygotował żadnego piłkarza, ani tym bardziej nie strzelił gola? Ano dlatego, że gdy zapytacie Papszuna, gdy zadacie to pytanie piłkarzowi, gdy zagadniecie kogokolwiek związanego z Rakowego, powie wam, że to postać trochę niedoceniania, lecz absolutnie kluczowa.

Ze Świerczewskim na rozmowę umówić się trudno. Chyba nawet gdyby dziennikarz trafił z nim do jednego przedziału w pociągu, a właścicielowi Rakowa rozładowałby się telefon, to znalazłby on sposób, żeby uniknąć i wywiadu, i złości ze strony niedoszłego rozmówcy. Tłumaczył to swego czasu trener Papszun, którego w mediach jest znacznie więcej – jego szef to człowiek porażająco skromny, ze zdecydowanie innej bajki niż ta piłkarska. Wczoraj szansa na rozmowę była, podchody zaczęły się trochę wcześniej, a ewentualne zwycięstwo z Legią miało tylko pomóc.

– Po awansie – ostatecznie powiedział i przeprosił Świerczewski. Na między innymi historię (podobno bardzo dobrą) o tym, jak wpadł na dość szalony pomysł zatrudnienia Papszuna, wcześniej szkoleniowca klubów z niższych lig na Mazowszu i nauczyciela historii oraz WF-u, piłkarska Polska będzie musiała jeszcze chwilę poczekać. Na twarzy właściciela Rakowa widać ogromną radość, ale niemal równie czytelne są sygnały mówiące, że to żaden szczytowy moment. Wydaje się, że to dopiero początek.

Bo Raków w żadnym wypadku nie jest Błękitnymi Stargard Szczeciński, którzy startując z jeszcze niższej ligi, na fali ogromnej euforii, w kapitalny sposób robili psikusy zdecydowanie większym od siebie klubom. Raków to również nie Wigry Suwałki czy Zagłębie Sosnowiec, czyli inni pierwszoligowcy, którzy w ostatnich latach otarli się o finał Pucharu Polski. Z całym szacunkiem dla osiągnięć tych ekip – dla nich były to bardziej jednorazowe wybryki związane również z dość szczęśliwymi losowaniami. Raków pracował na to osiągnięcie, ogranie i Lecha, i Legii, długo i sumiennie, więc jest to prostu bardziej wypadkowa tego, co dzieje się w klubie.

A już w czasach gry w drugiej lidze, po przejęciu klubu przez Świerczewskiego, drużyna z Częstochowy funkcjonowała trochę inaczej niż sąsiedzi z ligowej tabeli. Więcej – również trochę inaczej niż ekipy z pierwszej ligi. Nie mówimy stop – nie skłamiemy, jeśli powiemy, że także trochę inaczej niż parę klubów z ekstraklasy. Po ugrzęźnięciu na dwanaście długich lat na trzecim poziomie rozgrywkowym uznano, że to jedyna droga.

53614378_2068259646583338_481197686188408832_n

54515779_2204546596255753_797494402309160960_n

Dlatego klub wyskautował sobie trenera, którego dziś chcieliby mu podebrać więksi gracze. Dlatego nie było oporów ani przed tym, by regularnie czyścić szatnię z piłkarzy, którzy nie potrafili dostosować się do standardów, ani przed tym, by pozwalać sobie na tak ekstrawaganckie posunięcia w drugoligowych realiach jak na przykład przedmeczowe zgrupowania. Ba! Na tym wcale nie koniec szaleństw, bo uznano, że nawet w drugiej lidze można piłkarzy selekcjonować inaczej niż za sprawą znajomych menedżerów podsyłających pod drzwi swoich klientów. Tomasa Petraska, dziś gwiazdę ligi i łakomy kąsek na rynku transferowym, Raków znalazł i przekonał do siebie właśnie wtedy. Chłop grał w trzeciej lidze czeskiej, a transfer poprzedziły wielokrotne obserwacje zawodnika w akcji z perspektywy trybun. Jeszcze przed awansem klubu do pierwszej ligi doszło też do być może największego wzmocnienia – klubową akademię oddano w ręce Marka Śledzia. Faceta, dzięki któremu pięknie zieleniły się tabelki w Excelu w Lechu Poznań, bo to on jest głównym architektem stawianej za wzór akademii Kolejorza.

Wszystko to, drogą długą i fragmentami dość krętą, prowadziło do momentu, w którym klub znalazł się wczoraj. Czyli do chwili, w której pół Częstochowy przez wszystkie przypadki odmieniało słowo „bilet”, i w której większość stolików w knajpach pokazujących mecze była od godziny 18.00 zarezerwowana. Podobno osobom pracującym w klubie w ostatnich dniach przeszła przez głowę myśl, by odłączyć kabel od telefonu dla chwili spokoju – zainteresowanie spotkaniem z Legią było tak wielkie, że dzwonił cały czas. Niektóre prośby trudno było odrzucić, bo ich autorami były osoby związane z klubem od dawna, pamiętające choćby ekstraklasowy Raków z 90. lat.

Ekstraklasowy Raków doskonale niestety pamięta też stadion. A raczej skansen czy kurnik, bo takie nazwy w Częstochowie można usłyszeć równie często. Jest to jedyny element, który nie pasuje do tej układanki.

54515046_383425509104404_1611311870776442880_n

53641345_1140994626082106_3735863112130101248_n

Oczywiście taka wycieczka w czasie, w trakcie której masz wrażenie, że zaraz po opuszczeniu stadionu trafisz na wypożyczalnie kaset wideo, a na wystawach sklepowych znajdziesz dzwony, ma swój urok. Szczególnie jeśli jesteś bywalcem nowych obiektów, które w naszym kraju wyrosły jak grzyby po deszczu. Piłkarze przebierają się w budynku klubowym, w którym nie brakuje obdrapanych ścian, co oznacza, że nawet przed meczem dostęp do nich ma wielu kibiców – bez większego trudu można przybić piątkę czy trzasnąć foto. Wystarczy usiąść na ławeczce przed drzwiami wejściowymi, by dowiedzieć się, czego przed meczem w szatni słuchają piłkarze, o czym rozmawiają, a także poznać wskazówki, których udziela im trener. Raków jest również posiadaczem chyba najbardziej urokliwej trybuny VIP w Polsce – od prasówki różni ją tylko brak blatów i poduszki na wysłużonych krzesełkach. Komfort oglądania meczu z tych teoretycznie najlepszych miejsc na stadionie jest mizerny – raz, że ścisk sprzyja nawiązywaniu niekoniecznie pożądanych relacji międzyludzkich z obcymi osobami, a dwa, że widoczność ograniczają słupy, dzięki którym za sprawą prowizorycznego dachu ludziom – a przynajmniej części z nich, o czym można się było wczoraj przekonać – nie leje się deszcz na głowę.

Gości specjalnych, których przy okazji wczorajszego meczu nie brakowało, klub podejmuje na podwyższeniu za wspomnianą trybuną. W praktyce są to po prostu miejsca stojące przy barierce, więc Dariusz Mioduski czy Zbigniew Boniek mają prawo po wczorajszym wypadzie mieć trochę cięższe nogi. Żartobliwie mówi się o tym miejscu na stadionie „skybox”.

Trybuna prasowa

Trybuna prasowa

Trybuna VIP

Trybuna VIP

Trybuna Super VIP

Trybuna Super VIP

Dlatego nikogo nie dziwiły okrzyki z innych sektorów, które stawiały sprawę jasno: „Nowy stadion dla Rakowa”. Do tablicy wywoływany był Krzysztof Matyjaszczyk, prezydent Częstochowy, a także… Zbigniew Boniek. Gdy w drugiej połowie meczu z Legią z nieba spadł deszcz, z niezadaszonej części stadionu pojawiały się okrzyki: „Zibi, wybuduj nam stadion!”.

Trochę śmiechu, ale oczywiście przez łzy. W Rakowie wstydzą się warunków, w których przychodzi im przyjmować gości. Mają też świadomość, że drużyna jest już jakieś siedem półek wyżej niż infrastruktura, a dystans stale się powiększa. Rozmowy z miastem do niedawna szły topornie, kłody pod nogi rzucał też MOSiR, który za obiekt odpowiada, ale plany zmiany tego stanu rzeczy oczywiście już są. Nie zmienia to jednak faktu, że najprawdopodobniej ekstraklasę utrzyma Sosnowiec – nawet jeśli spadnie Zagłębie, to wydaje się, że Raków w lidze wystartuje w przyszłym sezonie właśnie na Stadionie Ludowym.

Nie najgorsza była za to murawa. A w porównaniu z tą w Gdyni, na której ostatnio męczyli się piłkarze Legii – dobra. Poza tym działo się na niej sporo. Skoro zaczęło się od szarży i gola Piotra Malinowskiego, znanego z Podbeskidzia jeźdźcy bez głowy, pewne było, że piłkarze dostarczą trochę emocji. Choć nie ma co kpić – „Malina” jest wychowankiem klubu i piłkarzem, który przebył z drużyną drogę od bycia średniakiem drugiej ligi po dzisiejsze, grube czasy. Jako jeden z nielicznych pamięta słynny i bolesny oklep 1-8 na własnym stadionie od GKS-u Tychy sprzed prawie trzech lat. Dostał wczoraj taką owację, że mogły pojawić się ciarki.

Również za to, że mecz kończył z zabandażowaną głową, a po zdjęciu opatrunku wyglądał, jakby stoczył nierówną, uliczną walkę. Zaangażowania nie można było piłkarzom odmówić. W polu karnym potrafiło leżeć nawet pięciu… po jednej sytuacji. Przy czym nie ma co kryć – pomimo emocji, pomimo niespodzianki, pomimo ciekawej otoczki – mecz nie był wielkim widowiskiem. Można było w pełni zrozumieć narzekania z perspektywy kanapy. Raków konsekwentnie grał swoje, choć ci, którzy znają tę drużynę z pierwszoligowych boisk, zapewne przyznają, że presja trochę ciążyła niektórym piłkarzom – to nie był choćby ten Sapała i ten Kasperkiewicz. Symbolami Legii byli za to: bezproduktywnie biegający i niedokładny Hlousek, wyrazisty jak rozwodniony kisiel Hamalainen i stale wymachujący rękoma Carlitos, który – wraz ze starającym się wymusić na arbitrach każdy aut Sa Pinto – należał do ulubieńców trybun. Trudno było nie odnieść wrażenia, że gospodarze wygrali zasłużenie, ale równocześnie nie sposób nie zauważyć, że Legia – prowokując wiele stałych fragmentów, najczęściej bezmyślnie – trochę ułatwiła im zadanie.

Jeśli ktoś nie zauważył – Raków jest w te klocki bardzo dobry.

54255009_370255360494171_8837897686951657472_n

W trenerskim pojedynku Papszun vs Sa Pinto – 1-0 dla szkoleniowca Rakowa. A jeśli ktoś liczył na dogrywkę w salce konferencyjnej, w której krzeseł starczyło chyba jedynie dla trenerów, to się przeliczył. Po Papszunie – może trochę wbrew oczekiwaniom – nie było widać wielkiej satysfakcji. Trener Rakowa oczywiście przyznał, że drużyna zrobiła coś wielkiego i zapowiedział, że nie zamierza tłumić radości, ale nie puszył się jak paw. Sa Pinto w swoim stylu mówił, że jego drużyna nie zasłużyła na stratę drugiej bramki, zapewnił, że to Legia stworzyła sobie więcej sytuacji i dodał coś o kontroli. Gdy został zapytany o złe wyniki w ostatnim czasie, bronił się tym, że warszawska drużyna ma na koncie więcej punktów niż przed rokiem. Rzuconego z przymrużeniem oka zapytania o dymisję, nie skomentował, bo najwidoczniej tłumacz uznał, że dla wszystkich lepiej będzie, jeśli mu go nie przekaże.

I dobrze, bo jeszcze krewki Portugalczyk postanowiłby skraść show tym, którzy zasłużyli na największy splendor. Niewulisowi i reszcie częstochowskiej ferajny. Trenerowi Papszunowi i jego ludziom, którzy stoją obok i czasami, jak przy wczorajszej interwencji VAR-u w końcówce, gotują się zamiast niego. Prezesowi Cyganowi i pozostałym pracownikom klubu, którzy dźwignęli ciężar organizacyjny. No i przede wszystkim Świerczewskiemu.

MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Foto główne: FotoPyK