„To jest Len Bias… Musisz przywrócić mu życie”
Inne sporty

„To jest Len Bias… Musisz przywrócić mu życie”

– Boston Celtics wybierają… Lena Biasa z Uniwersytetu w Maryland – ogłosił z charakterystycznym namaszczeniem komisarz NBA, David Stern. Na dźwięk swojego nazwiska raptownie podniósł się z krzesła smukły młodzieniec. Trochę onieśmielony, może nawet odrobinę zaskoczony? Choć musiał się przecież świetnie spodziewać, kiedy zostanie wyczytany. Jak przystało na akademicką sławę – prędko. Padło ostatecznie na niezwykle prestiżowy, drugi numer w dorocznym drafcie. Lenny wyszczerzył zęby w uśmiechu pełnym satysfakcji i czystej, niewinnej radości. Ruszył w stronę podestu, żeby uścisnąć dłoń Sterna i tym samym przypieczętować dołączenie do rodziny NBA.

Nie mógł wtedy wiedzieć, że nie tylko nie zostanie gwiazdą ligi, choć wielu mu to wieszczyło, ale w ogóle w niej nie zadebiutuje.

***

Szedł, odprowadzany pod ramię przez jednego z oficjeli. Podekscytowany, lekko stremowany 22-latek. Stawiał kolejne kroki, nie czując pod stopami gruntu. Płynął w powietrzu jak w transie, ogarnięty narastającą euforią. Wkraczał do świata, o którym marzył przez większość swojego dotychczasowego życia – jego „amerykański sen” właśnie się ziścił. Szczęśliwe zrządzenie losu zadecydowało, że miał wylądować w ekipie wielkich Celtics, którzy dopiero co zdobyli mistrzowski tytuł. W finałach niemalże deklasując Houston Rockets i grając na przestrzeni całego sezonu być może najpiękniejszą koszykówkę w dziejach. Nawet jeżeli spojrzymy na te dzieje z perspektywy 2018, a nie 1986 roku.

Bias miał w przyszłości zapalić kultowe cygaro zwycięstwa razem z Redem Auerbachem. Wygrywać na tym samym parkiecie, na którym triumfował seryjnie legendarny Bill Russell, kompletując tak wiele mistrzowskich pierścieni, że brak mu palców u rąk, by je wszystkie jednocześnie nosić. Miał rozwijać się u boku samego Larry’ego Birda. Uznawanego wówczas – nie bez podstaw – za najznakomitszego z niskich skrzydłowych, jakich kiedykolwiek widziała NBA. Zresztą wielu ekspertów podtrzymuje tę opinię do dziś, nawet biorąc pod uwagę spektakularne wyczyny LeBrona Jamesa. Występujący na tej samej pozycji Bias szykowany był na następcę Birda, coraz częściej nękanego przez nieznośne bóle pleców.

Lenny miał się stać nowym bohaterem fanatycznej publiczności z hali zwanej Boston Garden, gdzie Celtics przez cały mistrzowski sezon 1985/86 przegrali tylko raz, w play-offach pozostając nietykalnymi.

Fenomen tej areny można wyjaśniać na wiele sposobów. Po pierwsze – gromadziła zupełnie opętaną na punkcie koszykówki publiczność. Piętnaście tysięcy fanatyków, gotowych opluwać, wyzywać, szturchać, kopać i na wszelkie możliwe sposoby doskwierać zawodnikom zespołu gości, byle tylko wyprowadzić ich z równowagi. Atmosfera w Boston Garden była gorąca od negatywnego, obelżywego dopingu. I gorąca… Tak po prostu, w sensie temperatury. Kareem Abdul-Jabbar, legenda Los Angeles Lakers, zżymał się w mediach, że gra w Garden przypomina mu bieganie przez 48 minut po saunie parowej, rzecz jasna w ubraniu. Zdarzało się, że podczas meczów w Bostonie zawodnicy drużyn przyjezdnych – w tym sam Jabbar – korzystali z masek tlenowych, żeby utrzymać organizm w jako-takiej kondycji. Sędziowie niekiedy mdleli z odwodnienia podczas szczególnie zajadłych, dynamicznych gier. Zaś Larry Bird, z szelmowskim uśmiechem na ustach, opowiadał dziennikarzom, że najprzyjemniej mu się rzuca do kosza właśnie wtedy, gdy w hali jest tak przyjemnie i ciepło.

O celowe podkręcanie temperatury wewnątrz obiektu posądzano personalnie wspomnianego Reda Auerbacha, absolutną legendę Celtics, w latach osiemdziesiątych prezydenta drużyny. Przedstawiciele Los Angeles Lakers wprost oskarżali go o to, że włączał w ich szatni ogrzewanie w upalne dni, natomiast zimą przykręcone kaloryfery pozwalały zamarznąć na kość. – Te wszystkie historie, które słyszycie o Auerbachu… Większość z nich jest szczerą prawdą – opowiadał Lon Rosen, jeden z działaczy Lakers, później związany również z bejsbolistami Los Angeles Dodgers. – Szatnia gości śmierdziała, była brudna, obrzydliwa. Auerbach wynajmował ludzi, którzy wydzwaniali do naszych zawodników po nocy na hotelowe telefony i nie pozwalali im spać. To był wyjątkowy umysł koszykarski, ale też bardzo dziecinny gość.

– Kiedyś podczas rozgrzewki przedmeczowej zobaczyliśmy zgrzewkę wody, którą Celtics dla nas zostawili – wspominał natomiast Dave Wohl, członek sztabu szkoleniowego Lakers. – Trener Pat Riley kazał wylać zawartość do zlewu, przepłukać dokładnie i napełnić raz jeszcze. Powiedział: „Kto wie, czego Celtics mogli tam dolać, żebyśmy się rozchorowali”.

Mroczne pogłoski dementowali oczywiście ludzie Bostonu. M. L. Carr, wieloletni zawodnik, a później również trener Celtics, zapewniał: – Nie wszystko co słyszycie jest prawdą. Nie wierzę w to, że Red podkręcał temperaturę w szatni gości, gdy na zewnątrz był naprawdę wielki upał. On im tylko odcinał zimną wodę.

Właśnie tam miał wylądować Len Bias. Atletycznie zbudowany, piekielnie uzdolniony, z piękną kartą zapisaną w college’u. Stawiany afroamerykańskiej młodzieży jako wzór do naśladowania. Idealny materiał na kolejną super-gwiazdę stanu Massachusetts, albo i całej koszykarskiej Ameryki.

***

Był 17 czerwca 1986 roku, gdy David Stern – późnym wieczorem – wyczytał jego nazwisko podczas ceremonii draftu, więc pełen entuzjazmu młodzieniec mógł wreszcie nałożyć czapkę z logiem Celtics na krótko ostrzyżoną czuprynę. Dwa dni później, około 6:30 rano, niejaki Brian Tribble, student z uniwersytetu w Maryland i dobry kumpel Biasa, również usiłował, wzorem komisarza NBA, wypowiedzieć personalia wschodzącej gwiazdy amerykańskiego sportu., ale nieznośnie plątał mu się przy tym język. Dukał do tego stopnia, że dyspozytor odbierający połączenia alarmowe długo traktował całą rozmowę jako głupkowaty żart jakiegoś imprezującego, półprzytomnego gnojka. Nie ma się zresztą co temu dziwić, w końcu dodzwonił się do niego jakiś imprezujący, półprzytomny gnojek.

– Potrzebuję ambulans do pokoju… 1103 w akademiku Washington Hall – łamiącym się głosem stękał Tribble. – To pilne. To Len Bias i on po prostu poszedł…

– O czym pan mówi? – warknął niechętnie jegomość obsługujący numer alarmowy 911.

– Mówię, że ktoś potrzebuje… Len Bias potrzebuje pomocy.

– Nie interesuje mnie, jak on się nazywa. Jaki jest problem? – facet po drugiej stronie słuchawki wyraźnie tracił cierpliwość, jeszcze bardziej onieśmielając skołowanego studenta. Błędem było podkreślanie słynnego nazwiska – prawdopodobieństwo, że cała sytuacja jest tylko głupim dowcipem natychmiast wzrosło. Ale Brian nie miał czasu na dogłębne analizy. Panikował.

– … On nie oddycha.

Dopiero w tym momencie dyspozytor zaczął traktować dzwoniącego w stu procentach poważnie i natychmiast zebrał szczegółowe dane adresowe. Trwało to wszystko najwyżej przez minutę, choć dla zrozpaczonego Briana ta nieszczęsna minuta ciągnęła się niczym wieczność. Chłopak niewiele potrafił wówczas zrozumieć z otaczającej go rzeczywistości, ale jednego był absolutnie pewien – każda sekunda była tu na wagę złota. Przeczuwał, że może być już za późno.

– Proszę, przyjedźcie tak szybko jak to możliwe, ja nie żartuję. Robią mu sztuczne oddychanie, możesz posłuchać. To jest Len Bias… Musisz przywrócić mu życie.

*

Na koniec człowiek zawsze zostanie zdefiniowany przez sumę swoich reakcji na okoliczności, sytuacje i wydarzenia, których prawdopodobnie nie mógł przewidzieć i których tak naprawdę nie był w stanie sobie nawet wyobrazić. Dlatego należy po prostu trzymać się obranego kursu i być gotowym do korygowania go, w zależności od danych nam szans i kryzysów, z jakimi przychodzi się mierzyć.
David Stern, komisarz NBA w latach 1984 – 2014

*

Miasteczko Landover w stanie Maryland, położone w potrzasku między Waszyngtonem a Baltimore, trudno uznać za kopalnię koszykarskich talentów. Choć właśnie tam położona była legendarna hala Capital Center, przez miejscowych zwana po prostu The Cap. Arena została zrównana z ziemią kilkanaście lat temu, w jej miejsce wybudowano ogromne centrum handlowo-rozrywkowe. Funkcjonowała w sumie dość krótko, ale i tak była świadkiem wielu wspaniałych wydarzeń. Koncerty zagrali tam niemal wszyscy giganci amerykańskiej i brytyjskiej muzyki. Pink Floyd, Led Zeppelin, Queen, Bruce Springsteen, Michael Jackson, Frank Sinatra, The Who, Van Halen, The Rolling Stones…

Można wymieniać w nieskończoność. Konstrukcja przesiąkła jednak nie tylko muzyką mistrzów popkultury. Ściany Capital Center – zanim rozsadziła je w drobny mak nagrodzona owacją gapiów eksplozja – wytapetowane były wspomnieniami wielkich, sportowych emocji. One oczywiście przetrwały wybuch.

Merlin_543097

Capital Center (później USAir Arena) w Landover koło Waszyngtonu.

Właśnie na ringu rozstawionym w The Cap dwukrotnie bronił tytułu nadszarpnięty już chorobą Muhammad Ali. Mistrz świata federacji WBA i WBC z obu potyczek wyszedł zwycięsko, pokonując Jimmy’ego Younga i Alfredo Evangelistę jednogłośnie na punkty. Przynajmniej zdaniem sędziów, bo werdykt tej pierwszej walki do dziś budzi pewne kontrowersje. Na tamtejszym lodowisku rozegrało się również stracie hokeistów, nazwane później „Epicką Wielkanocą”. Zawodnicy New York Islanders i Washington Capitals w kwietniu 1987 roku urządzili widzom niesłychany dreszczowiec w siódmym, decydującym o awansie meczu pierwszej rundy play-offów NHL. Po trzech tercjach stadionowy zegar wskazywał wynik 2:2 i potrzeba było czterech dogrywek, żeby wyłonić ostatecznego zwycięzcę. Padło na nowojorczyków – Pat LaFontaine rozstrzygnął przeszło sześciogodzinne widowisko, podczas którego Kelly Hrudey, bramkarz Islanders, zatrzymał aż 73 strzały. Bob Mason z Capitals interweniował skutecznie 54 razy, z czego 36 w samych tylko dogrywkach.

W końcu jednak skapitulował. To do dziś jeden z najdłuższych meczów w dziejach rywalizacji o Puchar Stanleya.

Jednak Capital Center to również kawał historii stołecznej koszykówki. W 1978 roku Washington Bullets wygrali tam kluczowy, szósty mecz finałów NBA przeciwko Seattle SuperSonics. Cała batalia, choć złożona z siedmiu spotkań i z punktu widzenia sportowego trzymająca w napięciu do samego końca, została zapamiętana jako jedna z najnudniejszych i najbardziej rozwlekłych w dziejach. Trwała w sumie osiemnaście dni, więc do dziś stanowi jedną z najbardziej rozciągniętych w czasie serii meczów w historii wszystkich narodowych sportów Ameryki. Szybciej uwinęli się nawet bejsboliści Oakland Athletics i San Francisco Giants w 1989 roku, choć ich rywalizację zakłóciło potężne, tragiczne w skutkach trzęsienie ziemi Loma Prieta.

NBA popadała wtedy w poważny kryzys popularności, a największe stacje telewizyjne przywiązywały coraz mniejszą wagę do transmitowania nawet tych najważniejszych rozstrzygnięć w lidze. Decydujące starcie finałów z 1998 roku, kiedy Michael Jordan kosztem Utah Jazz zdobywał swój szósty i ostatni pierścień, oglądało 36 milionów widzów. Co – w przeliczeniu na gospodarstwa domowe – dało 22% udziału w rynku. Dwadzieścia lat wcześniej, gdy Bullets i Sonics przystępowali do Game 7, frekwencja przed telewizorami była dwukrotnie niższa w ujęciu procentowym.

Szóste starcie między Bullets i Sonics.

Paradoksalnie – spadająca popularność połączyła się – w wyniku splotu rozmaitych okoliczności, o których długo by opowiadać – z szalonym wzrostem wynagrodzeń dla zawodników. Jeszcze w latach sześćdziesiątych koszykarze nie poświęcali letniej przerwy między sezonami na wakacje i zbijanie bąków, ewentualnie dodatkowe treningi, tylko dość intensywnie sobie dorabiali, bo po prostu skromne płace nie pozwalały im na luksus lenistwa. Zresztą – ci najbardziej obrotni również w trakcie rozgrywek doglądali jakichś dochodowych biznesów, przede wszystkim związanych z branżą ubezpieczeniową i samochodową.

Według wyliczeń Adama Cribleza z portalu ussporthistory.com, w 1970 roku średnie wynagrodzenie w NBA wynosiło 35 tysięcy dolarów. Dziesięć lat później – 180 tysięcy. Czyste szaleństwo, nie mające wiele wspólnego z poziomem sportowym zawodników i atrakcyjnością ligi. Wielu organizacjom zaglądało w oczy bankructwo.

Liga jako całość przeżywała zatem w latach siedemdziesiątych gorsze chwile i jej przyszłość stała pod znakiem zapytania, ale dla wspomnianych Bullets to była akurat złota dekada, okres znaczących sukcesów. Regularnie liczyli się w grze o mistrzostwo, aż wreszcie – właśnie w 1978 roku – udało się postawić kropkę nad i. Zawodnicy z Waszyngtonu nie tylko obronili swoją halę, deklasując rywali w szóstym meczu, ale zatriumfowali również nad Seattle SuperSonics w rozstrzygającym starciu wyjazdowym. Największe koszykarskie gwiazdy stolicy, jak choćby Elvin Hayes czy Wes Unseld, wreszcie doczekały się pierścienia na palcu. Obaj podkoszowi cieszyli się niezwykłą renomą, lecz uchodzili jednocześnie za zawodników, którzy – gdy przychodzi do najważniejszych rozstrzygnięć – gasną i tracą rezon.

Hayes i Unseld, dzięki zwycięstwu nad Sonics, wreszcie mieli argument, żeby zadać kłam tym teoriom. Ten drugi do nagrody MVP sezonu zasadniczego, którą otrzymał już jako debiutant, dołożył również tytuł najbardziej wartościowego zawodnika finałów. Natomiast buńczuczny Hayes przemówił w stronę swoich krytyków: – Cokolwiek jeszcze o mnie kiedyś powiecie, będziecie musieli dodać, że „Wielki E” jest mistrzem. Że „Wielki E” nosi pierścień!

Rok później powtórzył się ten sam zestaw finalistów, lecz Bullets nie mieli już wystarczających argumentów, żeby powstrzymać konkurentów z miasta Amazona i Starbucksa, gdzie bezsenności nabawił się Tom Hanks. Polegli z kretesem, a zainteresowanie finałami było jeszcze niższe niż rok wcześniej. Licząc w pewnym uproszczeniu, zaledwie 7% Amerykanów śledziło w telewizji tamtą serię. Trudno w to uwierzyć z polskiej perspektywy, ale znacznie większe zainteresowanie wzbudził w 1979 roku finał rozgrywek uniwersyteckich.

Starcie Michigan State Spartans i Indiana State Sycamores obejrzało około czterdziestu milionów widzów, którzy kompletnie oszaleli na punkcie dwóch wschodzących gwiazd koszykówki – Magica Johnsona i wspominanego już Larry’ego Birda.

***

Koszykówka amatorska wypowiedziała wówczas marketingową wojnę koszykówce zawodowej i tę batalię wygrywała. Podczas transmisji pamiętnego finału między Michigan a Indianą, komentatorzy dostali nawet odgórny zakaz wypowiadania nazwy „NBA”. Zarządzający wtedy ligą Larry O’Brien nie miał pomysłu, jak wydobyć organizację z kryzysu. To był naprawdę inteligentny facet – w 1952 roku przygotował kapitalną kampanię wyborczą młodemu, diabelnie ambitnemu kandydatowi na senatora, niejakiemu Johnowi Fitzgeraldowi Kennedy’emu. Kładąc podwaliny pod fenomen polityka, którego dziś można uznać za jedną z najważniejszych postaci dla Stanów Zjednoczonych w okresie zimnej wojny ze Związkiem Sowieckim. Ale struktura społeczna USA się dynamicznie zmieniała, a urodzony w 1917 roku O’Brien zupełnie nie potrafił za tymi zmianami nadążyć. Zatracił elastyczność. Wiedział, jak przekonać Amerykanów do głosowania na katolika, ale nie umiał ich namówić, żeby oglądali basket i fatygowali się na ligowe mecze.

Dlatego przegrywał, a wraz z nim cała NBA, której symbolem powoli stawały się areny wypełnione najwyżej do połowy. I zawodnicy wywołujący obyczajowe skandale.

Wtedy nikt jeszcze nie mógł przypuszczać, że bezpośrednia rywalizacja Magica i Birda nie zakończy się na poziomie uniwersytetu, a kariery tych fantastycznie uzdolnionych chłopaków splotą się nierozerwalnym supłem bezpardonowego współzawodnictwa, które z biegiem lat przepoczwarzy się w piękną, szczerą przyjaźń. Najpierw obaj porozstawiali wszystkich po kątach w college’u, a później przejęli we władanie również profesjonalna koszykówkę, wynosząc zespoły Los Angeles Lakers i Boston Celtics na wyżyny koszykarskiej klasy i popularności. Wspomniany już David Stern, wybrany w 1984 roku komisarzem ligi (wcześniej pełnił rolę prawej ręki O’Briena), wykorzystał tę koniunkturę ze sprytem godnym reputacji błyskotliwego prawnika. Na serdecznym konflikcie Larry’ego i Magica zbudował potężną markę NBA, która trwa do dzisiaj.

2157889318001_4790523461001_4772650138001-vs

Magic Johnson i Larry Bird, jeszcze w barwach uczelnianych ekip. Ich rywalizacja na zawsze odmieniła oblicze podupadającej NBA. To materiał na kolejną opowieść.

Jednak – jak przystało na wybitnego stratega – Stern planował marketingowy rozwój ligi wzorem najlepszych szachistów, czyli na kilka ruchów do przodu. Wiedział, że paliwo dostarczane mu przez dwie największe gwiazdy Lakers i Celtics musi się w końcu wyczerpać. Potrzebny był mu zatem zastrzyk świeżych wrażeń. Kolejny duet zajadłych rywali. Kolejna para, wokół której uda się rozpętać wojenkę, rozhuśtać emocjonalnie publiczność. I to wszystko na absolutnie najwyższym poziomie sportowym, jaki gwarantowali Johnson i Bird. O ich starciach ludzie uwielbiali rozprawiać podczas wizyty u mechanika, sprzeczać się o wyższość jednego nad drugim przy niedzielnym obiedzie i stercząc w kolejce do kasy w supermarkecie.

Nie bez znaczenia był również fakt, iż jeden reprezentował czarną, a drugi białą część społeczeństwa – Wielu czarnych kumpli często mnie dopytywało: „Stary, ten białas Bird naprawdę jest aż tak dobry?” – wspominał Johnson. – Odpowiadałem: „Bracie… Larry Bird jest tak dobry, że to aż przerażające.

Stern doskonale rozumiał rolę sportu jako jednego z trybów w (już wtedy) monstrualnej machinie amerykańskiego przemysłu rozrywkowego. To właśnie on odrestaurował doroczny Weekend Gwiazd i nadał imprezie prestiż. – Szczerze mówiąc, wcześniej uważałem, że Mecz Gwiazd to jest zwykłe gówno – przyznał z rozbrajającą szczerością Bird, komentując kluczową rolę komisarza w przemianach, jakie dotknęły NBA w połowie lat osiemdziesiątych. – Kiedy David przejął stery, wszystko się zmieniło. Rozumiał nas i wiedział, czego potrzebujemy – przytakiwał Magic.

Gdy prawnik był jeszcze zastępcą O’Briena i nie mógł w pełni rozwinąć skrzydeł, zawodnicy przerwę na All-Star Game traktowali jako jeden z najsmutniejszych obowiązków w ciągu sezonu. Starcia Wschodu z Zachodem wzbudzały tak żałośnie niewielkie zainteresowanie, że w 1982 roku Stern musiał obdzwaniać całą swoją rodzinę i wciskać rozmaitym pociotkom po pięćdziesiąt, sześćdziesiąt biletów za darmo. Mieli je po cichu rozdać komukolwiek – sąsiadowi, przypadkowemu przechodniowi, nawet bezdomnemu menelowi. Byle tylko nie doszło do wizerunkowej klapy i widoku pustej hali podczas Meczu Gwiazd. Który stanowił przecież – mimo wszystko – wizytówkę ligi. – Wykręcałem nawet numer do wujków, co do których nie miałem pewności, że naprawdę istnieją – wspominał Stern.

Niechętny stosunek kibiców do All-Star Game to jedna sprawa, ale koszykarze również cierpieli z tej okazji prawdziwe katusze. Organizowano dla nich drętwy bankiet, połączony z zupełnie chybionym programem rozrywkowym. Sprowadzającym się do tego, że przed gromadą młodych, beztroskich gwiazdorów stawał jakiś komik starej daty. No i ten nieszczęsny śmieszek – bo cóż innego miał zrobić – sprzedawał swoje firmowe, brodate dowcipy o strzelaniu do Japończyków podczas II Wojny Światowej.

Widzowie liczyli zacieki na suficie i starali się nie spłonąć z zażenowania. O’Brien tymczasem zaśmiewał się do rozpuku, jego zausznicy oczywiście usłużnie rechotali.

Gdy Stern przejął kontrolę nad NBA, zrobił z tym wszystkim porządek. Słuchał zawodników, brał pod uwagę ich utyskiwania. A oni, niejako w drodze wzajemności, nauczyli się respektować jego opinię. Dostrzegać obopólne korzyści ze współpracy. Nowo mianowany komisarz z Weekendu Gwiazd uczynił spektakularne widowisko, które dopiero kilka lat temu zaczęło zdradzać potrzebę odświeżenia i kolejnych reform. Sam Mecz Gwiazd przestał być tylko pańszczyzną do odbębnienia, stał się natomiast polem realnej rywalizacji między zawodnikami. Choć niekoniecznie na linii Wschód – Zachód. Do legendy przeszło starcie z 1985 roku, kiedy do najlepszej piątki konferencji wschodniej po raz pierwszy w karierze załapał się Michael Jordan, obrońca Chicago Bulls.

Bardziej doświadczeni koledzy z drużyny celowo pomijali bezczelnie zdolnego młokosa, odcinając go od podań. Nie życzyli sobie, żeby taki żółtodziób ich przyćmił i przesadnie się szarogęsił. To miało utrzeć Jordanowi nosa.

Weterani parkietów NBA chyba jeszcze do końca nie rozumieli, z kim mają do czynienia.

INDIANAPOLIS - FEBRUARY 10: Magic Johnson #32 of the Western Conference All-Stars looks to pass against the Isiah Thomas #11 of the Eastern Conference All-Stars during the 1985 NBA All-Star game at Market Square Arena on February 10, 1985 in Indianapolis, Indiana. NOTE TO USER: User expressly acknowledges and agrees that, by downloading and/or using this Photograph, user is consenting to the terms and conditions of the Getty Images License Agreement. Mandatory Copyright Notice: Copyright 1985 NBAE (Photo by Andrew D. Bernstein/NBAE via Getty Images) *** Local Caption *** Ervin 'Magic' Johnson;Isiah Thomas

Isiah Thomas i Magic Johnson podczas Meczu Gwiazd w 1985 roku. Najlepsi rozgrywający lat osiemdziesiątych. To właśnie ten pierwszy miał być inicjatorem zamrożenia Jordana w jego premierowym występie w ekipie Wschodu. Cóż – siedem lat później dla kończącego karierę Thomasa zabrakło miejsca w barcelońskim Dream Teamie. Nietrudno zgadnąć, za czyją sprawą.

***

No właśnie, Jordan.

Jeżeli David Stern zaczynał pomału rozważać, kto będzie lokomotywą napędową dla NBA po zakończeniu ery Johnsona i Birda, pierwszy kandydat do roli nowej super-gwiazdy nasuwał się sam. Trzeci numer draftu z 1984 roku, rzucający obrońca z uniwersytetu w Karolinie Północnej o wprost nieziemskich talentach i możliwościach. Fenomen, absolutny fenomen. Wparował do ligi razem z futryną – potrzebował co prawda aż ośmiu lat żeby z pełną stanowczością powiedzieć, patrząc w oczy Magica i Larry’ego, że w „mieście jest nowy szeryf”, jednak z miejsca było widać, że ten chłopak prędzej czy później zawładnie całym koszykarskim światem. Choć pewnie trudno było przewidzieć, iż zostanie przy okazji ikoną popkultury i jednym z najbardziej rozpoznawalnych sportowców na całej planecie.

Pojawiła się jednak potrzeba, by wykreować MJ-owi przeciwnika. O równie niespożytych możliwościach, żeby ich rywalizacja była odpowiednio elektryzująca. O dziwo – tenże przeciwnik był już właściwie gotowy, czekał w blokach startowych na wystrzał pistoletu. Z powodzeniem mierzył się z Michaelem, swoim rówieśnikiem, już na poziomie uniwersyteckim. Choć do NBA postanowił dołączyć dwa lata później. Urodził się w Landover, w stanie Maryland. Wychował niedaleko Capital Center, zarażony sukcesami wielkiej ekipy Washington Bullets, z Elvinem Hayesem i Wesem Unseldem u szczytu formy. Zafascynowany błyskotliwymi karierami Magica Johnsona i Larry’ego Birda.

Skauci przygotowujący raporty na temat Lena Biasa przed draftem z 1986 roku scharakteryzowali go jako zawodnika „podobnego do Michaela Jordana”, ale potężniej zbudowanego i obdarzonego lepszym rzutem, choć jednocześnie mniejszą swobodą przy wejściach pod kosz. Krótko mówiąc – równie uzdolniony, lecz trochę inny. Wszystko składało się zatem w idealną całość. To pod znakiem zajadłej rywalizacji Jordana i Biasa miała upłynąć dekada lat dziewięćdziesiątych w amerykańskiej koszykówce.

Ten pierwszy spełnił pokładane w nim nadzieje, choć to chyba mało powiedziane. Zdobył sześć mistrzowskich tytułów i – niejako przez aklamację – obwołano go najwybitniejszym koszykarzem w dziejach. Ten drugi nie wystąpił na parkietach NBA nawet przez sekundę.

*

Ludzie o tym zapominają, ale Lenny w bezpośrednim pojedynku przewyższył Jordana na poziomie uniwersyteckim. Jeżeli chodzi o atletyzm – byli podobni, jednak Bias był nieco wyższy, trochę silniejszy i miał lepszy rzut z dystansu. Mógł zostać zawodnikiem, którego Larry [Bird] przygotowałby do wielkości.
Greg Kite, center Boston Celtics w latach 1983 – 1988

*

– W czerwcu tego roku minęły trzydzieści dwa lata od jego śmierci – mówiła doktor Lonise Bias, mama Lena, podczas wykładu w szkole imienia Johna D. O’Bryanta, będącej jednym z najlepszych bostońskich techników. – To był słodki dzieciak, który uwielbiał piękno natury. Kochający syn, wypisujący przepiękne wierszyki dla ukochanej babci. Kreatywny chłopiec, który – jak się okazało – miał talent do koszykówki, jaki trafia się raz na milion przypadków. (…) Ja i moja rodzina wciąż bardzo lubimy ten sport. Oczywiście nie jest tak, że kiedy tylko widzę w akcji dzisiejszą drużynę Celtics, to za każdym razem myślę: „Boże, Len mógłby być jednym z nich”. Lubię sport, dalej lubię koszykówkę. Zastanawiamy się z mężem, jak wiele ta młoda drużyna może w kolejnym sezonie osiągnąć. To chyba pierwszy raz w historii, kiedy o sile Celtics stanowią tak młodzi zawodnicy. 

– Czy ich sukcesy mają dla mnie jakieś wyjątkowe znaczenie? Szczerze mówiąc, nieszczególnie. 

Jako się rzekło, Leonard Kevin Bias przyszedł na świat 17 listopada 1963 roku w Landover, nieopodal Waszyngtonu. Był pierwszym z czworga dzieci Lonise i Jamesa. Choć wychowywał się w cieniu Capital Center, gdzie swoje mecze rozgrywali hokeiści i koszykarze, najpierw zapałał miłością do futbolu amerykańskiego. Co byłoby bardziej zrozumiałe dzisiaj, odkąd właśnie w Landover stanęła monumentalna arena FedExField, posiadłość futbolistów Washington Redskins. Szybko się okazało, że Lenny kariery w tej akurat dyscyplinie nie zrobi, choć był wszechstronnie uzdolnionym atletą. Rósł jednak w tak zastraszającym tempie, że wybór sportowej drogi mógł być tylko jeden – koszykówka.

– Nasza rodzina żyła na poziomie wyższym niż przeciętny – wspominała Lonise. – Nie opływaliśmy w dostatek, ale cieszyliśmy się wzajemną bliskością. Dzieciaki wychowywały się razem, chłopcy zawsze uwielbiali sport. Pozwalaliśmy im się na nim skoncentrować. W Lennym odkryliśmy pragnienie i talent do gry w koszykówkę. Po latach zapytano głowę rodziny, Jamesa, czy można było familię Biasów zaklasyfikować jako „klasę średnią”, co było w tamtych latach swego rodzaju celem dla Afroamerykanów, społeczną misją do zrealizowania. Odpowiedział, że wtedy jeszcze nie, ale zbliżali się do tego prestiżowego statusu. Lonise pracowała jako kontrolerka w bankowym dziale obsługi klienta, Jej mąż jako mechanik, dbał o sprawność ciężkich maszyn budowlanych i rolniczych. Tak zwany „dobry dom”.

The parents of Len Bias, Lonise and James Bias, return to their Landover, Maryland, home after making funeral arrangements for their son, June 20, 1986. Len Bias, a University of Maryland basketball star, died of an apparent heart attack on the campus on Thursday. (AP Photo/Bill Smith)

Z lewej Lonise, z prawej James Bias.

Niezwykłe zdolności ich pierworodnego syna nie od razu dały o sobie znać. Potencjał do uprawiania sportu wynikający ze wzrostu i naturalnych parametrów fizycznych to jedno, ale nie mówimy przecież o kulturyście. Do gry w cokolwiek, również w basket, potrzebny jest szeroko rozumiany talent, no i podstawowe predyspozycje koordynacyjne, którymi chłopak raczej nie mógł się pochwalić. Kontrolowanie własnego ciała, rozwijającego się chaotycznym, burzliwym tempem, przysparzało mu wiele trudności. Ostatecznie trudno nadążyć za organizmem mając 190 centymetrów wzrostu w wieku… jedenastu lat.

– Wierzcie lub nie, ale jego pierwszą miłością naprawdę był futbol, nie koszykówka – mówił Wharton Lee Madkins, dyrektor lokalnego centrum rekreacyjnego, oddalonego o kilka przecznic od mieszkania rodziny Biasów. Lenny właśnie tam spędzał lwią część wolnego czasu, podobnie jak jego rodzeństwo i większość dzieciaków z czarnej dzielnicy Landover. Bias był raczej kiepskim uczniem i od zawsze swą przyszłość wiązał ze sportem. Jakimkolwiek. To zresztą była postawa dość typowa dla czarnoskórej młodzieży. – W końcu odpuścił sobie futbol, bo nie było już strojów, które pasowałyby na takiego dryblasa. Gdyby dalej próbował swoich sił w tym sporcie, stałaby mu się w końcu krzywda – opowiadał Madkins.

No cóż. Skoro nie NFL, to NBA.

***

– W okolicy wszyscy wołali na niego „Frosty” – pisał C. Fraser Smith. Ponoć ksywkę nadał chłopcu lokalny pastor i jego duchowy opiekun, wielebny Gregory Edmond. Tym pseudonimem chciał oddać specyficzny charakter swojego pupila. Bias był cichy, wycofany, dość – nomen omen – chłodny, przynajmniej przy pierwszym kontakcie. Przezwisko prawdopodobnie luźno nawiązywało do popularnej wówczas wśród amerykańskich dzieci kreskówki, opowiadającej o świątecznych przygodach Bałwanka „Frosty’ego”. Nie miało to nic wspólnego z popularnym w Stanach mianem „Icemana”, którym zwykło się obdarzać zawodników zachowujących zimną krew nawet w najtrudniejszych boiskowych sytuacjach. – To było jak drugie imię, które oddzielało go od środowiska domowego. Czasami trafnie oddawało jego humory. Bywał aroganckim nastolatkiem, zbyt pewnym siebie, groźnym. Takie podejście było niekiedy korzystne, bo odstraszało od niego cwaniaków, którzy mogliby potraktować jego talent jak swoją własność.

Później Bias dorobił się jeszcze ksywki „Koń”, w oczywisty sposób nawiązującej do jego sportowych wyczynów, niesamowitej siły i pracowitości. Ale zazwyczaj pozostawał jednak „Frostym”. – To było normalne dla ludzi z jego otoczenia. Jeżeli Len kogoś polubił i decydował się mu przedstawić, zawsze używał pseudonimu. I tak się mogłeś do niego zwracać, jeżeli byłeś jego człowiekiem – pisał Jarred Powell, który wychował się w tej samej okolicy co Lenny.

Koszykarski talent Lena wykuwał się w pocie, znoju i bólach. Niezdarny chłopiec często był pośmiewiskiem wśród kolegów z zespołu, bo nie potrafił złapać prostego podania, ani celnie rzucić z czystej pozycji. Starsi gracze z niego kpili, a on nie umiał się przed nimi obronić, więc wpadał w histerię i groził rozpaczliwie, że poskarży się ojcu. W podwórkowych realiach taka postawa to oczywiście totalna kompromitacja. W pewnym momencie niedostatki techniczne i wybuchowy charakter stały się na tyle nieznośne, że szkolny trener zdecydował się na zrezygnowanie z usług Biasa. Z jednej strony żal mu było pokaźnej postury zawodnika, ale z drugiej… I tak nie było z drągala żadnego pożytku pod tablicami, bo wciąż przegrywał w walce o dogodną pozycję do zbiórki czy rzutu.

Właśnie to przykre doświadczenie okazało się jednak przełomowym. „Frosty” z porażki uczynił swoją największą motywację.

– Nie mogłem w to uwierzyć – Bias wspominał moment, gdy spostrzegł, że jego nazwiska brakuje na liście członków szkolnej reprezentacji na kolejny rok. – Od tego momentu byłem zdeterminowany, by wszystkim udowodnić, że potrafię grać.

Jak opowiada Lee Madkins, od tamtej pory chłopak niemalże zamieszkał na sali treningowej. Pod jej drzwiami pojawiał się z samego rana. Kiedy dyrektor ośrodka sportowego przychodził do pracy o poranku, Lenny już sterczał w oczekiwaniu na otwarcie wrót. Gdy Madkins kończył robotę, musiał siłą i groźbami przepędzać opętanego koszykówką zawodnika z hali. Nie zawsze mu się to udawało – zdarzało się, że Bias nocował na sali gimnastycznej, na co uskarżali się potem sąsiedzi, których uwagę zwracały świecące się nocami lampy. Mieszkańcy miasteczka sądzili, że to kwestia niechlujstwa i roztargnienia Madkinsa, który – w przypływie karygodnego zapominalstwa – jął notorycznie pozostawiać włączone światło wewnątrz obiektu. Tymczasem to przyczajony Len urządzał sobie nocne sesje treningowe, przerywane drzemką na podwędzonej z kantorka karimacie.

Ten etos pracy i treningu został mu na stałe. Lenny już zawsze ćwiczył więcej, ostrzej i częściej od reszty.

Morderczy reżim treningowy poskutkował – rzut Biasa uległ wyraźnej poprawie i wkrótce stał się podstawową bronią w jego koszykarskim arsenale. Kozłowanie zaczęło wreszcie wyglądać przyzwoicie, a nie pokracznie. Krótko mówiąc, chłopak zaczął robić właściwy użytek ze swojego niesamowitego zasięgu ramion. Był jednak pewien problem – nie robił wielkich postępów, jeżeli chodzi o rozwój – nazwijmy to – duchowy. Mentalny, emocjonalny. Zwał jak zwał.

Po prostu, lata leciały, a Bias pozostawał strasznie dziecinny, lekkomyślny, niefrasobliwy. Nie objawiało się to wyłącznie pisaniem słodkich liścików do babci. Podczas treningów zmieniał się w demona pracowitości, w kościele ulegał kompletnemu wyciszeniu. Jednak poza tym – hulaj dusza, piekła nie ma. Zupełna życiowa nieodpowiedzialność.

Na przyjęcie chłopaka nie zdecydowało się super-prestiżowe liceum katolickie DeMatha, gdzie pracował wówczas jeden z najlepszych specjalistów od szkolenia młodych koszykarzy w całej Ameryce, a już na pewno najsłynniejszy w swoim fachu trener w stanie Maryland, Morgan Wootten. Miejscowa legenda, jeden z tych amerykańskich coachów, których otacza się kultem. Znamy to z hollywoodzkich produkcji filmowych. Doprowadził on szkolną drużynę do wielu mistrzostw krajowych i wychował mnóstwo zawodników, którzy później zrobili fajne kariery na uniwersytetach, a nawet w NBA. Między innymi Adriana Dantleya, mistrza olimpijskiego, sześciokrotnego uczestnika Meczu Gwiazd i jedną z największych ofensywnych bestii pierwszej połowy lat osiemdziesiątych.

– Len był zbyt dzikim dzieciakiem, byśmy go do siebie wzięli. Utalentowanym, fakt. Ale zupełnie poza kontrolą – tłumaczył później dyrektor placówki, John L. Moylan. Padło zatem na Northwestern High School, gdzie Lenny’ego pod swoje skrzydła wziął trener Bob Wagner, wuefista i matematyk zarazem.

Northwestern_Facade_&_Bus_Traffic

Ach, amerykańskie szkoły średnie. Mają rozmach… i tak dalej.

Wagner szybko zdał sobie sprawę, że rozeznanie konkurencyjnego liceum było doskonałe. Dostrzegał niesamowity potencjał swojego nowego podopiecznego, ale jednocześnie bywał wprost zniesmaczony jego wybrykami i zdumiony niedojrzałością nastolatka. – Widziałem, jak świetnym był atletą, ale pozostawał kimś w rodzaju wielkiego dzieciaka – mówił Wagner. – Uwielbiał spędzać czas z gówniarzami i szlajać się z nimi, więc w wielu sytuacjach zachowywał się jak oni. Kiedyś musiałem go nawet za karę posadzić na trybunach. Zamiast normalnie podać piłkę sędziemu, cisnął w niego z całej siły. Miał tak wielkie dłonie, że piłka nabrała tempa jak golfowa piłeczka. Facetowi prawie pękły płuca.

Bias ze spokojnego chłopca, który nie potrafił postawić się drwiącym kolegom, szybko stał się eksplozywnym graczem i parkietowym dominatorem. Z premedytacją fruwał nad głowami przeciwników i po każdej z udanych akcji coś w ich kierunku wykrzykiwał. Przechwalając się, że nie mają szans, bo on już wkrótce będzie bohaterem całej Ameryki. Kreował się na samca alfa, choć niekoniecznie był nim w duszy. – Czasami przychodził do mnie i użalał się, że nikt nie chce z nim już po prostu pogadać. Wszyscy pytają tylko o koszykówkę i chcą wiedzieć, jaki uniwersytet wybierze – opowiadał trener.

– Myślę, że wielki wpływ miało na niego towarzystwo, w jakim się znajdował. Kiedy otaczali go akurat porządni chłopcy, sam też zachowywał się przyzwoicie, najbardziej z całej grupy. Gdy znajdował się wśród lumpów, do nich też się dostosowywał i starał się być w tym najbardziej widoczny – dodawał Wagner. Nie dało się ukryć, że rosnąca popularność, związana głównie z występami w szkolnej reprezentacji, niepokojąco wpływała na psychikę wyrostka. Swój pokój wytapetował plakatami: Madonny, The Beatles, Stinga, Jamesa Deana… i swoim własnym wizerunkiem. – Lubię budzić się każdego ranka i na siebie spojrzeć – przyznawał Lenny z rozbrajającą szczerością.

Narcyzm i skłonność do burackich zachowań miały się w nim zresztą tylko pogłębić, czego dowodzi choćby relacja Johna Hawkinsa, który przeprowadził swego czasu dłuższy wywiad z zawodnikiem, słynnym już wówczas daleko poza granicami Landover i okolic.

– To był jeden z największych kutasów, jakich kiedykolwiek spotkałem w swojej dziennikarskiej karierze – szczerze wyznał reporter lokalnej gazety. – Przykro to mówić, ale taka była prawda. Był najbardziej gburowatym i najmniej skłonnym do współpracy gościem z całej drużyny. Nie wyglądał mi wtedy na szczęśliwego człowieka i patrząc na to z perspektywy czasu, wcale mnie nie dziwi, jak potoczyła się jego historia. Już po dwóch minutach rozmowy zdecydowałem, że rozsmaruję go, jeśli nie powie mi czegokolwiek wartościowego. Ale był wtedy zbyt słynny, żeby pisać o nim negatywnie, nie chciałem psuć sobie relacji z zespołem. Przyczyniłem się do wylansowania go na wzór do naśladowania, choć wcale go za takowy nie uważałem. 

Hawkinsowi udało się ostatecznie wydobyć z marnego rozmówcy kilka ciekawostek, wokół których nakręcił sympatyczną narrację w wywiadzie. Dowiedział się, że Lenny poza sportem pasjonuje się projektowaniem ubrań i rysowaniem. Koszykarz wyraźnie się ożywił i zaczął opowiadać o komiksie, nad którym pracował. I o karykaturze trenera Wagnera, którą podarował mu na urodziny. Do tego trochę gadki o przywiązaniu do rodziców i rodzeństwa, częstych wizytach w kościele, gorliwym katolicyzmie. I już sam dziennikarz mógł swoim piórem wziąć się do szkicowania, przedstawiając czytelnikom obraz religijnego, rodzinnego młodzieńca, pełnego rozmaitych pasji.

Jeżeli Bias w ramach rozrywki rysował karykatury swoich trenerów, to dziennikarze jego wizerunek upiększali do granic przyzwoitości. Może gdyby zawczasu pozwolili prawdzie ujrzeć światło dzienne, historia potoczyłaby się inaczej.

***

Z drugiej strony – taki przywilej gwiazd, że wybacza im się krnąbrny charakterek i rozmaite pozaboiskowe wybryki, bo odpłacają się za tę wyrozumiałość genialnymi popisami na boisku. Lenny zaś naprawdę stał się wielkim bohaterem swojego regionu. O ile w liceum była to sława lokalna, tak później – już na uniwersytecie – zaczęła o nim mówić cała koszykarska Ameryka, a przynajmniej jej wschodnie wybrzeże. Ostatecznie college w Maryland, na który zdecydował się Bias, cieszył się świetną renomą, a męską sekcją koszykarską dowodził tam znakomity, choć budzący kontrowersje coach. Charles „Lefty” Driesell.

Gigant uniwersyteckiego basketu. Pod jego okiem ekipa Maryland Terrapins kroczyła od jednego bardzo dobrego sezonu do kolejnego, bynajmniej nie w żółwim tempie. Choć zarzucano mu, że nie potrafi wydobyć z prowadzonych zespołów maksa i nie idzie z duchem czasu, Driesell pozostawał wierny swym przekonaniom i nigdy nie schodził ze swoimi ekipami poniżej określonego, wysokiego pułapu. W 1986 roku Lefty miał już na koncie sześć nagród dla najlepszego trenera konferencji. Zresztą dopiero co, bo w 2018 roku, włączono go do koszykarskiej Galerii Sław. 86-latek na gali dał niezłe show – nie było mowy o dukaniu wytartych regułek z promptera. – Jeżeli jest na sali ktoś, kto ma tyle lat co ja, niech podniesie rękę! … No właśnie. Zatem – jeśli coś spieprzę, poczekajcie z krytyką aż sami będziecie mieli 86 lat!

Cóż – nie spieprzył niczego. Ostra jazda bez trzymanki od pierwszej do ostatniej sekundy przemówienia. Jak za starych, dobrych czasów.

Żeby oddać styl pracy Driesella, warto przywołać obyczaj zapoczątkowany przez niego właśnie w Maryland, który stał się ogólnonarodową tradycją. Otóż, drużynom uniwersyteckim nie wolno rozpocząć oficjalnych treningów wcześniej niż 15. października. Lefty postanowił zatem inauguracyjną sesję ćwiczeń otworzyć… właśnie tego dnia, trzy minuty po północy. Zgodnie z zasadami, ale najwcześniej jak tylko się dało. Zaordynował biegi długodystansowe na czas przy wyłączonych światłach – kto się nie wyrobił w limicie, musiał się poprawić następnego dnia. Z biegiem lat akcja zyskała na rozgłosie i zaczęła przyciągać tłumy widzów na trybuny. Tradycja trwa w najlepsze do dziś, choć niekiedy w zmodyfikowanej formie.

imrs.php_.png

Lefty dokazuje przy linii bocznej.

Spotkały się zatem dwie osobowości – genialny, charyzmatyczny szkoleniowiec i niepoukładany emocjonalnie, ale fenomenalnie utalentowany zawodnik. Taka kooperacja musiała zaowocować czymś niezwykłym, no i zaowocowała.

Driesell znany był z tego, że koncentrował się wyłącznie na sportowych aspektach życia swoich podopiecznych, nie ingerując specjalnie w ich osobiste sprawy. Chciał mieć do dyspozycji w pełni poświęconych sportowi koszykarzy, nawet jeżeli mieli to być kompletni idioci. Dopóki celująco zdawali testy sprawnościowe i skutecznie wykonywali rozpisane zagrywki, było w porządku. Szkoleniowiec często wdawał się nawet w delikatne – albo i mniej delikatne – konflikty z nauczycielami i władzami uczelni, bo jego zawodnicy mieli olbrzymie zaległości w nauce, tymczasem ze strony trenera nie spotykały ich z tego powodu właściwie żadne reperkusje. To był cały Lefty – wolał pójść na noże z własnym pracodawcą niż pozwolić, by skrzywdzono jednego z jego chłopaków. Nawet, jeżeli nie do końca się z nimi dogadywał, to niesnaski pozostawały w szatni.

– Trener miał siebie za ofiarę rewolucji obyczajowej – twierdził Len Elmore, jeden z wychowanków Lefty’ego. – Uważał to za lawinę, której nie zdoła już powstrzymać. Wierzył, że kiedy rozpieszczone pokolenia przeminą, on znów stanie się dawnym sobą. Na plecach nosił wtedy celownik. Nikt nie wiedział, czy to metoda skalkulowana na to, żeby odwracać uwagę od wybryków dokonywanych przez nas, czy po prostu Lefty nie potrafił ominąć żadnej okazji do kłótni.

Mimo wszystko – podejście Driesella i program nauczania na uniwersytecie w Maryland nie sprzyjały wielu członkom ekipy Terrapins. Duża część z nich nie skończyła studiów, a przecież niewielu było również wystarczająco utalentowanych, by dostać się do NBA, już nie wspominając o utrzymaniu się w elicie i zarobieniu poważnych pieniędzy. – To tylko moja opinia, ale nie sądzę, żeby wtedy dało się łączyć dobre oceny z dobrą grą w drużynie – wyjaśniał Lawrence Boston, podopieczny Driesella w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. – Niewielu było w stanie to pogodzić. Nawet jeżeli się starałeś, to w jaki sposób miałeś tego dokonać? Idąc na trening po całej nocy nauki do egzaminów nie miałeś szans, by dać z siebie wszystko. Podobnego zdania był Wilson Washington, swego czasu postrzegany jako wielki talent: – Umówmy się. Próbowałem chodzić na zajęcia, ale to dość trudne zadanie, gdy grasz przeciwko UCLA i jesteś trzy tysiące mil od uczelni.

Taki los spotkał Lena Biasa – choć niesamowicie się rozwinął koszykarsko, praktycznie w ogóle odpuścił edukację. Pochłaniało go wszystko, tylko nie egzaminy – podczas swojego ostatniego semestru oblał niemal wszystkie. Był studentem tylko w teorii, na papierze. Grał w koszykówkę w zespole Terrapins, mieszkał w akademiku Washington Hall i z grubsza tyle go łączyło z uczelnią w Maryland.

Przykładem jego podejścia do nauki mogą być wykłady z literatury afroamerykańskiej. Nauczająca tego zagadnienia profesor Ann Joyce pierwszy raz spotkała Lena na drugim roku jego studiów. Dwumetrowy dryblas od razu rzucił jej się w oczy podczas premierowych zajęć. Pani Joyce natychmiast go zapytała, chyba siląc się na kurtuazję, czy grywa w koszykówkę. Chłopiec – o dziwo – nie dał po sobie poznać, że zirytowało go sztampowe pytanie. Wobec profesor Joyce zawsze był bardzo uprzejmy, a na lekcjach zdradzał całkiem inną postawę niż na boisku, gdzie w agresywnym i bezczelnym stylu rozstawiał rywali po kątach.

Sęk w tym, że na zajęciach pojawiał się rzadko. Koniec końców zaliczył tylko dwa kolokwia, po szóstym tygodniu nieobecności na wykładzie profesor przestała już liczyć kolejne, straciła rachubę. Wystawiła niesfornemu studentowi pałę, ale dała szansę, by się zrehabilitował – lekcje wyrównawcze, terminy poprawkowe i możliwość przygotowania podwójnie punktowanej prezentacji. Lenny nie skorzystał z żadnej z tych ofert. Semestr skończył jednak z tróją.

Joyce po latach tłumaczyła się ze swojej kuriozalnej wyrozumiałości: – To była moja łaska. Dzisiaj sądzę, że tworzyłam w ten sposób złą atmosferę i budowałam u tych chłopców fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Cokolwiek zrobili, mieli miękkie lądowanie. Ale wiedziałam przecież, że ich interesuje tylko kariera w zawodowej koszykówce. Gonili swoje marzenia.

*

Nigdy nie oglądałem zbyt wiele uniwersyteckiej koszykówki. Wiedziałem tylko, że kibice Celtics strasznie się ekscytowali przyszłością zespołu, gdy Red [Auerbach] wziął tego chłopaka w drafcie. Ludzie wciąż opowiadali, że łączy w sobie elementy stylu Michaela Jordana, Magica Johnsona i Juliusa Ervinga. Pomyślałem: „dobra, pokażcie mi, co on potrafi”.
Big Daddy Kane, amerykański raper

*

„Frosty” faktycznie ścigał na parkiecie marzenia. Jego przeciwnicy z tego powodu cierpieli.

Świetnych występów miał na koncie wiele. Choćby ten ze stycznia 1984 roku, gdy stanął naprzeciw drużynie z Północnej Karoliny, gdzie furorę robił jego rówieśnik, wspominany już Michael Jordan. Maryland w ogóle nie mogło się równać stężeniem talentu ze swoimi przeciwnikami. Dość powiedzieć, że w ekipie North Carolina Tar Heels występował Brad Daugherty (później pięciokrotny uczestnik NBA All-Star Game), Sam Perkins (wielka postać na poziomie uniwersyteckim, prawie 1300 meczów na poziomie NBA), Kenny Smith (dwukrotny mistrz NBA), no i MJ we własnej osobie. Co za paka!

Terrapins przegrali dość gładko – Jordan zagrał znakomite spotkanie, wykonał mnóstwo pracy na tablicach i w defensywie, przeciwników poczęstował kilkoma soczystymi akcjami w ataku. Jednakże Bias zanotował więcej punktów od niego i błyszczał kapitalnym rzutem, którym Michael nie mógł się jeszcze wówczas pochwalić, ofensywne kombinacje wieńcząc najchętniej wjazdem pod kosz.

Heroiczne, nocne sesje treningowe z dzieciństwa nie poszły zatem w przypadku Biasa na marne.

Starcie między Jordanem a Biasem.

Media w 1984 roku nie grzały rywalizacji na linii Jordan – Bias. Ten pierwszy szykował się już do przejścia na zawodowstwo, miał rok doświadczenia więcej na poziomie akademickim. Ten drugi zaś nie czuł się jeszcze gotowy, by choćby na temat NBA rozmyślać. Wolniej się rozwijał i czuł komfortowo w beztroskich, uniwersyteckich realiach.

No i wciąż miał wiele do poprawienia, co dość precyzyjnie wskazywał po latach Keith Gatlin, który miał okazję dzielić szatnię i z Jordanem, i z Biasem. – Wielu mówi, że jump-shot był umiejętnością, która oddzielała Lenny’ego od Michaela. Ten pierwszy miał ją już na poziomie uniwersytetu, ten drugi wypracowywał ją dopiero w zawodowej lidze. To prawda. Ale Jordan był jednak trochę bardziej rozwinięty już w college’u – potrafił zebrać piłkę i rozpocząć akcję, ułatwiając sobie grę poprzez przejmowanie obowiązków rozgrywającego. Dzięki temu mógł zdobywać punkty bez niczyjej pomocy. Lenny tego nie miał, po zbiórce oddawał piłkę. Być może dlatego, że w Maryland wciąż graliśmy niską piątką i musiał z konieczności występować jako center bądź niski skrzydłowy, zamiast spełniać się w swojej naturalnej roli.

Trochę inaczej widział to Mike Krzyżewski, słynny amerykański coach: – Było dwóch graczy przeciwnych drużyn, którzy naprawdę się wyróżnili: Michael Jordan i Len Bias. Len był niesamowitym atletą z wielką wolą walki. Myślę, że byłby jednym z najlepszych graczy w NBA. On tworzył rzeczy. Ludzie kojarzą pojęcie „tworzenia gry” z rozgrywającymi. Ja uważam, że kreator to ktoś, kto potrafi rzeczy, których inni nie umieją, tak jak robił to Jordan. Taki był Bias. Potrafił znaleźć sposób, żeby zdobyć punkty i nic nie mogłeś na to poradzić. Nie ważne w jaki sposób broniłeś, on i tak potrafił wykreować akcję.

Klasę Lena doceniali również rywale, między innymi Daugherty z Karoliny Północnej: – Jedną rzeczą, o której zawsze myślałem było to, jak wysoko skacze, gdy rzuca. Kiedy rzucał, skakał wyżej niż ktokolwiek, kogo kiedykolwiek widziałem. Większość ludzi, włączając w to Jordana, rzuca w czasie, gdy się wznosi, ale nie Lenny. Każdy rzut wypuszczał, gdy był w najwyższym punkcie. Grał świetnie w półdystansie. Był zabójczy z trzech – pięciu metrów.

Reporterzy zdający relację ze spotkania skoncentrowali się jednak na kolejnym fenomenalnym występie duetu Perkins – Jordan w barwach Tar Heels, nie mogąc się nadziwić, że dwóch najlepszych zawodników w kraju zostało zrekrutowanych przez ten sam college. Tymczasem Lenny – po cichutku – sygnalizował swoją wielką klasę. W ofensywie wzorował się grze Bernarda Kinga, trochę już zapomnianego super-gwiazdora lat osiemdziesiątych. Zanotował tamtego dnia najlepszy punktowy wynik w dotychczasowej karierze, 24 oczka. Później wyśrubował ten rekord do 41 punktów.

Jego najsłynniejszym występem pozostaje inny popis w starciu z North Carolina Tar Heels. Chodzi o starcie z 1986 roku. Ekipa UNC niezmiennie była określana mianem najlepszej w kraju, z bilansem 25 – 1 i coraz okazalej rozkwitającym Bradem Daughertym w składzie. Obiecujący center uchodził za talent równy, a może i jeszcze większy niż Bias, był prawdziwym królem pomalowanego. Jego błyskotliwą karierę w NBA zastopowały na początku lat dziewięćdziesiątych liczne kontuzje. Tymczasem zimą 86′ drużyna z Północnej Karoliny szykowała się już pomału do finałowych rozgrywek NCAA, zaś Maryland liczyło na rewanż, bo ich poprzednia rywalizacja z Tar Heels zakończyła się sromotnym 61:71 przed własną publicznością.

c5ca1dd9a053d8dffdad143a4bcc28ed

Niesamowita winda. (TERP)

Na żaden rewanż się jednakże nie zanosiło, gdyż faworyzowani gospodarze już w pierwszej fazie meczu wysforowali się na bezpieczne prowadzenie i kontrolowali przebieg gry. Przyjezdnych utrzymywał przy życiu wyłącznie Bias – miał na koncie siedemnaście oczek jeszcze przed przerwą, wsadzał piłkę do kosza w niezwykle efektownym stylu i trafiał trudne rzuty, pomimo podwójnego krycia. Jednak na niewiele się jego wysiłki zdały – ekipa Tar Heels na trzy minuty przed końcową syreną miała a koncie dziewięć oczek bezpiecznej przewagi. A w 1986 roku koszykówka w wydaniu uniwersyteckim (przynajmniej jeśli mowa o konferencji atlantyckiej) nie znała jeszcze takiego wynalazku jak rzut za trzy punkty, więc odrabianie strat w błyskawicznym tempie było często zadaniem straszliwie karkołomnym, albo w ogóle niewykonalnym.

Teoretycznie – było po meczu. Jednak Len Bias wielokrotnie dowodził, że wiedza teoretyczna nie jest jego mocną stroną. Był praktykiem. Nieokiełznanym praktykiem.

Come-back rozpoczęła jego akcja lewą stroną parkietu, zakończona cudnym rzutem z wyskoku. Celnym, pomimo spóźnionej interwencji obrońcy. Potem przyszedł czas na genialny przechwyt i sensacyjny wsad obok podkoszowego gospodarzy, mierzącego 210 centymetrów Warrena Martina. „Jesus dunk”, jak to później określono. 31 punktów na koncie Biasa. Dwadzieścia tysięcy fanów zgromadzonych na hali tak się zachwyciło spektakularnymi wyczynami gwiazdora rywali, że nie mogło powstrzymać ryku ekscytacji, choć przecież skrzydłowy krzywdził ich ulubieńców. To był wsad w stylu Jordana, odżyły wspomnienia.

Kiedy na zegarze pozostało już tylko kilkadziesiąt sekund i trzy punkty straty do rywala, Bias popisał się kolejny raz doskonałą defensywą. Zablokował rzut, zebrał piłkę i zainicjował kontratak. W dogrywce przesądził o zwycięstwie drużyny Maryland. W pojedynkę rozmontował najlepszą uniwersytecką ekipę w całych Stanach Zjednoczonych. Niejako przy okazji, mimochodem, zanotował jeden z najfajniejszych wsadów w historii uczelnianego basketu. Oczarował nieprzyjazną mu widownię. Zresztą – na hejt z trybun zawsze był odporny, a największych krzykaczy wymownie pozdrawiał po każdej udanej akcji.

– Jestem za dobry, stary. Za dobry – rzucał przepraszająco w kierunku awanturników z widowni po kolejnym celnym rzucie.

Po zakończonym meczu Lenny najpierw rozlał dwulitrową colę na wszystkich wkoło, a potem rozsiadł się na ławce, opierając plecami o swoją szafkę. To był jeden z nielicznych momentów, gdy czuł się naprawdę spełniony i usatysfakcjonowany jako koszykarz. Miał poczucie, że zagrał idealne zawody.

***

Jego charakter i podejście do sportu wciąż budziło wielkie wątpliwości. Bywał okrutny dla otaczających go osób i – zdaniem lokalnych dziennikarzy, którzy naprawdę Lenny’ego nie lubili – odpowiadał za podziały w drużynie. Wokół siebie skupiał wyłącznie tych zawodników, których uznawał za najbardziej utalentowanych i najbardziej skorych, żeby wszystkie boiskowe zagrywki montować pod niego. Pozostałych odtrącał i starał się marginalizować ich pozycję szatni. No i nosił się niczym Magic Johnson – ekstrawaganckie, futrzane kurtki, skórzane spodnie, włoskie garnitury, fikuśne fryzury. Roztaczał wokół siebie gwiazdorską aurę. Skąd brał na to wszystko kasę? Cóż, przejrzystość finansowa rozgrywek uniwersyteckich do dziś budzi uzasadnione wątpliwości. Jest tajemnicą poliszynela, że forsa fruwa tam pod stołem.

Sporo imprezował. O melanżach chłopaków z koszykarskiej ferajny robiło się coraz głośniej pośród studentów, a plotki wydostawały się również poza kampus. Choć nie docierały do uszu tych, którzy mogliby imprezowe eldorado ukrócić. Albo te uszy były zamknięte na wieści, jakich nie chciały usłyszeć.

Bias traktował zabawę nie tylko jako metodę do świętowania zwycięstw, ale i sposób na odreagowywanie po porażkach. A tych było sporo, ponieważ ekipa z Maryland – choć prezentowała solidny basket – nie potrafiła przebić się do krajowej elity. Bias wszystkie porażki traktował bardzo osobiście. Czuł, że jego klasa sportowa jest deprecjonowana przez dziennikarzy i ekspertów. Że nie jest wystarczająco doceniany. Wyłącznie dlatego, że przyszło mu występować wśród średniej klasy partnerów. Obarczał siebie winą za porażki, od siebie wymagał zawsze najwięcej. Aczkolwiek – niejako dla równowagi – miał przekonanie, że jeśli Terrapins wygrywają, to wyłącznie dzięki niemu.

Coraz bardziej podobała mu się ksywka „Koń”, bo rzeczywiście miewał niekiedy poczucie, że musi w pojedynkę ciągnąć ten wózek.

image_handler.aspx

Tak wygląda dziś hala, na której swoje mecze domowe rozgrywają „Terps”.

Nic sobie z tych porażek nie robił wspomniany już Red Auerbach, który rozwój talentu Biasa – oczywiście poprzez swoich zaufanych ludzi, mających oczy i uszy otwarte na każdej koszykarskiej hali w Ameryce Północnej – śledził od czasów licealnych. Był zdecydowany, żeby zgarnąć go do Bostonu.

Imponowała mu pracowitość chłopca, który – przy wszystkich swoich wadach – na sali treningowej potrafił spędzić naprawdę długie godziny. Auerbach wierzył, że ma na talerzu następcę dla Larry’ego Birda. Blondwłosy czarodziej parkietu miał co prawda dopiero 30 lat na karku i właśnie został MVP sezonu regularnego po raz trzeci z rzędu, lecz liczne kontuzje nie dawały mu spokoju. – Mało kto wie, ale ja miałem okazję pograć z Lenem, gdy ten był na drugim roku studiów. Red organizował obozy treningowe dla topowych talentów z całego kraju i od czasu do czasu się na nich pojawiałem. Dzisiaj nikt już tego nie robi. Bias był nieprawdopodobny, wyrósłby na niezwykłego gracza. Gdyby wtedy do nas dołączył, zakończyłbym karierę w 1988 roku. Gdybyśmy go mieli, mógłbym dać sobie spokój – opowiadał Bird.

To właśnie Auerbach przekonał Biasa, żeby ten nie zgłaszał się przedwcześnie do draftu w 1985 roku. Wówczas Celtics nie mogliby sobie na niego pozwolić, dysponowali dopiero dwudziestym pickiem, nie brali udziału w loterii najwyższych wyborów. 1986 rok to już inna historia – Red przygotował się na tę okoliczność i odpowiednio wcześniej przechwycił z rąk Seattle SuperSonics wybór, który ostatecznie okazał się być drugim na liście.

Na kolacji z państwem Bias i Leftym, Auerbach wyłożył swój punkt widzenia. – Jeżeli chłopak zgłosi się do draftu w tym roku, nie załapie się nawet do pierwszej dziesiątki. Ten rocznik jest przepakowany talentami – zapewniał słuchaczy, kopcąc nieznośnie dymem z cygara i roztaczając wkoło swoją charyzmę. Dali się przekonać, że dodatkowy rok na uczelni dobrze chłopakowi zrobi. – Sądziłem, że wtedy poszedłby koło piętnastego miejsca. Dla nas – za wysoko, dla niego – za nisko. Wiedziałem natomiast, że jeżeli przeczeka w szkole jeszcze przez rok, to w kolejnym drafcie zakręci się już koło czołowej siódemki. Wtedy jego nazwisko będzie rozważane przez drużyny biorące udział w loterii. Mieliśmy szansę go wziąć, a on zapewniał, że marzy o grze dla Celtics.

– W Maryland mamy oczywiście świetną drużynę… Ale ciągle byliśmy czarnym koniem – użalał się sam Lenny. – Myślę, że będę w stanie przyzwyczaić się do regularnego zwyciężania. Każdy dzieciak marzy, żeby grać dla Lakers albo Celtics. Dla mnie Boston to jak sen na jawie. Już teraz czuję, że mam tutaj drugą rodzinę.

Tylko jeden na dziesięć tysięcy amerykańskich licealistów jest w stanie przedostać się przez uniwersytet aż do profesjonalnej ligi sportowej. Len Bias przeszedł tę drogę, przy okazji zostając najlepszy zawodnikiem konferencji atlantyckiej (1985, 1986) i członkiem prestiżowej drużyny All-American (1986), czyli zestawienia obejmującego elitarne talenty koszykarskie z całego kraju. Trudo nawet policzyć, jak nieliczne jest grono sportowców dostępujących aż takich zaszczytów.

W swoim ostatnim, indywidualnie najlepszym sezonie Biast rzucał 23 punkty na mecz, przy skuteczności na poziomie 55%. Celtics wybrali go z numerem drugim w drafcie z 1986 roku, tuż za plecami Brada Daugherty’ego. Miał NBA u swoich stóp.

*

When logic and proportion have fallen sloppy dead
And the white knight is talking backwards
And the red queen’s off with her head
Remember what the dormouse said
Feed your head, feed your head
Jefferson Airplane – White rabbit

*

„Frosty” na galę draftu do Nowego Jorku wybrał się ze swoim tatą. Panowie mieli za sobą trudny, wyczerpujący okres – negocjacje z wielkimi korporacjami, budowa swojej pozycji w nowych realiach zużyły w nich spore pokłady energii. Kontrakty reklamowe, aranżowanie przeprowadzki, wielkie plany. Spotkania, narady, godziny spędzone w samolotach. Len nie został jeszcze oficjalnie wybrany, a już miał nagrany tłuściutki kontrakt z Reebokiem, który łapczywie poszukiwał właśnie takiej postaci do promowania swojego obuwia. Wzorem Nike, opierającej swą przyszłość na fundamencie rosnącej popularności Michaela Jordana.

Ach, doprawdy trudno uciec od tych porównań.

Kontrakt z Celtics? Siedemset tysięcy dolarów rocznie. Reebok? Ponad trzysta kafli, drugie tyle skapnęło przy okazji dla uczelni. Kurek z forsą rozkręcił się na całego. Dziennikarze dopytywali chłopaka, co ma zamiar zrobić wobec takiego finansowego skoku. Opowiadał o tym, że kupi dom i samochód swoim rodzicom, a kolejne auto – koniecznie Mercedesa – sprawi dla siebie. Swojej dziewczynie sprezentował natomiast  wysadzany diamentami naszyjnik. Drogocenne kamyki układały się na wisiorku w liczbę 34, czyli jego numer na koszulce.

Miał chłopak poczucie smaku. I gest. Takie gustowne cudeńko kosztowało go prawie dwa tysiące dolarów.

image

Gwiazdy draftu z 1986 roku. Len Bias drugi z prawej. Uwagę zwraca kuriozalna stylówka Chucka Persona (drugi z lewej), wybranego z czwórką przez Indiana Pacers. Został on zresztą potem wybrany najlepszym debiutantem sezonu 1986/87. (GettyImages)

Gdy uroczystość draftu dobiegła końca, Lenny wraz z ojcem natychmiast udał się do Bostonu, gdzie prawie cały kolejny dzień obaj spędzili na dopełnianiu rozmaitych formalności i uczestnictwie w zwyczajowych kontrolach, testach i spotkaniach. Świeżo upieczonego zawodnika Celtics strasznie tego rodzaju obowiązki nudziły, ale – chciał czy nie – musiał brać w we wszystkich udział, grzecznie się uśmiechać, przytakiwać i w ogóle robić co mu każą. Choć myślami był już gdzie indziej.

Do domu udało się Lenny’emu i Jamesowi dotrzeć około 22:30, niemal dokładnie dobę po tym, gdy David Stern na oczach całej Ameryki oznajmił, że „Boston Celtics wybierają… Lena Biasa z Uniwersytetu w Maryland”. – Wraz z całym sztabem rozważaliśmy to posunięcie bardzo długo. Myślę, że dyskusja trwała około pięciu sekund – zaśmiewał się Red Auerbach, pęczniejąc z dumy i zachwytu nad własną przebiegłością. I z radości, że przyjdzie mu uczestniczyć w procesie wychowywania kolejnego już wybitnego zawodnika. Był w tej mierze specjalistą najwyższej próby.

***

Przed dwudziestą trzecią Lenny wpadł do swojego pokoju w akademiku Washington Hall. To, co działo się później dość wiernie i precyzyjnie zrelacjonował C. Fraser Smith.

Bias przytargał ze sobą kupę żarcia przygotowanego przez mamę, która chętnie dokarmiała wiecznie nienajedzonych koszykarzy uniwersyteckiego teamu. Len dzielił pokój z czterema kumplami z zespołu. Dla niektórych był przyjacielem, dla innych wręcz idolem. Oczywiście natychmiast go obsiedli i zaczęli wypytywać o wszelkie szczegóły związane z draftem, drużyną Celtics i jego kontraktem. Ich marzenia o grze w NBA pomału się już rozmywały, więc tym bardziej cieszyli się z sukcesu kumpla.

Między współlokatorami wytworzyła się niesamowita wieź, które spoiwem był właśnie Bias. Można było go krytykować za to i owo, ale swoim przyjaciołom oddawał na dłoni serce. Jeżeli uznał kogoś za swojego brata – tak go właśnie traktował. Obdarzał braterską miłością.

– Niedługo jadę na obóz przygotowawczy – klarował Len w przerwach pomiędzy mlaskaniem, przeżuwaniem i siorbaniem coli. – Prawdopodobnie będę miał też okazję zagrać jeden na jednego z Larrym Birdem.

To ostatnie było oczywiście czystym blefem, ale zasłuchanym chłopakom i tak szczęki opadły do podłogi. Jeden z na jednego z Birdem, najlepszym koszykarzem na planecie, albo przynajmniej jednym z dwóch najlepszych. Ich własny kumpel, który na ich własnych oczach uświnił w tej właśnie chwili mankiet koszuli sosem pomidorowym. Dopiero co chodził z nimi na siłownię, teraz przy wyciskaniu będą go asekurować gwiazdy Celtics. Może sam Larry, może Robert Parish albo Dennis Johnson? Niesłychane.

Kiedy współlokatorzy rozsmakowywali się w spaghetti przyrządzonym przez panią Bias, do Lenny’ego wpadła w odwiedziny jego dziewczyna. Czy raczej – jedna z jego dziewczyn. Madelyne Woods studiowała w Maryland dziennikarstwo, aczkolwiek kręciła ją raczej branża muzyczna niż sportowa. Nie był to oczywiście żaden poważny związek, choć para dobrze się dogadywała. Obie strony rozumiały, czego od siebie oczekują. Tamtego wieczora Len nie znalazł dla swojej partnerki zbyt wiele czasu. Jej to specjalnie nie przeszkadzało, bo była wykończona po pracy i chciała się zwyczajnie położyć. Nie w głowie były jej imprezy, a właśnie takie plany na noc wykombinował sobie Bias.

Madelyne spędziła w pokoju chłopaków tylko kwadrans i wyszła. Len ruszył zaraz za nią, by odprowadzić ją do auta. Nie był to bezinteresowny gest dżentelmena. – Zaczekajcie chwilę, idę opróżnić jaszczura – rzucił w stronę kumpli. Zawsze walił takim tekstem, gdy planował seks.

Godzinę później Lenny wrócił do pokoju, już bez Madelyne, ale z Brianem Tribblem u boku. Jednym z jego najbliższych kumpli. Brian również trenował swego czasu koszykówkę, lecz jego obiecującą przygodę przerwał wypadek motocyklowy. Chłopak próbował dochodzić swoich praw w sądzie i pozwał sprawcę wypadku o milion dolarów odszkodowania, co miało stanowić rekompensatę za brak możliwości zrobienia kariery w zawodowym sporcie. Pieniędzy nigdy nie otrzymał, studia zawalił – pracował jako listonosz i urzędnik w miejscowym szpitalu. Był facetem o specyficznej konstrukcji ciała, biorąc pod uwagę zamiłowanie do basketu. Niskim jak na koszykarza, krępym, wyjątkowo barczystym i nabitym, o sylwetce dryfującej raczej w stronę sportów walki niż basketu. W mieszkaniu hodował pitbulle, a weekendy najchętniej spędzał w dwóch nocnych klubach, najpopularniejszych w okolicy: Chapter II i Classics. Oczywiście z Lenem u boku.

W Chapter II widywano ich cztery razy w tygodniu. Wpadali w środy, gdy klub organizował „Ladies Night”. Bawili się w czwartki, gdy oferta obejmowała darmowe żarcie. I – oczywiście – w weekendy.

len bias tribble

Z lewej Len Bias, z prawej Brian Tribble. Łapa siedzi, aczkolwiek Brian jest wyraźnie niższy od kolegi, nawet gdy stoi na placach. Patykowaty Len budową ciała przypomina trochę Kevina Duranta. (CelticsLife)

Bias i Tribble imprezę rozpoczęli na spokojnie, od piwkowania. Wkrótce jednak przerzucili się na poważniejsze gabaryty. Krótko po pierwszej zanotowali wizytę w sklepie całodobowym, gdzie zaopatrzyli się w dodatkowy alkohol. Lenny cały czas miał na sobie strój, w którym wystąpił na gali draftu. Pozbył się tylko krawata. Kierownik sklepu, Michael Cogburn, z pewnym rozbawieniem przyjął styl swojego klienta. – Zwróciłem uwagę na jego naszyjnik. Złoty. I złotą, pobrzękującą bransoletkę z napisem „LEN”, ułożonym z brylancików. Wszyscy w sklepie się na niego gapili. Cogburn mógł się mu dokładnie przyjrzeć, bo wkrótce Bias zjechał do monopolowego na kolejny pit-stop.

– Jesteś już grubą rybą – zagadnął wesoło sprzedawca, chcąc wyczuć swojego klienta. – Czemu tylko ta mała butelka Hennessey? Możesz chyba sobie pozwolić na dużą, co? O kasę się już pewnie nie martwisz?

– Raczej nie – wyszczerzył doń zęby Bias. Wyciągnął z kieszeni plik banknotów. Rzucił na ladę dwadzieścia dolarów i nie zaczekał na resztę.

– Jestem fanem Celtics… – rzucił nieśmiało Cogburn za wychodzącym zawodnikiem. – Możesz mi zostawić autograf?

Len zgodził się i podpisał ekspedientowi na podsuniętej kartce, wyraźnie zaznaczając, że w NBA będzie grał z innym numerem na koszulce. Pod nazwiskiem wielkimi kulfonami wysmarował „30”. Potem zmył się wraz z druhem i ruszył w drogę powrotną do akademika Washington Hall. Spacer okazał się wystarczająco długi, żeby opędzlować cała butelkę trunku. Pił głównie Brian. Obaj panowie – zrazu widać, że sportowcy – zgodnie uznali, że rozgrzewkę można uznać za wykonaną. I pora rozpocząć właściwą część imprezy.

– Wstawać, kurwa! – zaryczał Bias, stając w drzwiach pokoju. – Świętujemy!

Wszyscy z miejsca pojęli, co się kryje pod tym zawołaniem. „Opróżnianie jaszczura” w biasowym slangu oznaczało bzykanie jakiejś napalonej studentki, czasami napalonej mężatki. Za „świętowaniem” zawsze kryła się kokaina.

***

Udało się tym okrzykiem skompletować dość skromną, bo czteroosobową ekipę – do Biasa i Tribble’a dołączyli jedynie Terry Long i David Gregg, współlokatorzy Lenny’ego. Ten pierwszy przyznał potem, że swoją pierwszą narkotykową przygodę przeżył właśnie za sprawą kumpla z drużyny. – Wiedział, że lubiłem palić trawkę. Pewnego wieczora wpadł do pokoju, i rzucił mi na łóżko zwinięty banknot. W środku była mała działka kokainy. Powiedział: „spróbuj tego”.

Jednak świętowanie przynależności do wielkich Celtics zobowiązywało do czegoś więcej. Long poszedł do kuchni po browarek, a kiedy wrócił, poczuł, jak przemyka mu przez kark delikatny dreszczyk zaniepokojenia. Na stoliku leżało już zdjęte ze ściany lusterko, a na nim porcja białego proszku, która mogłaby z powodzeniem wypełnić kubek do kawy, nawet z czubkiem.

– Kurwa, skąd macie tego aż tyle? – zapytał Terry ze słyszalnym przerażeniem w głosie.

– Z dupy. Nie pierdol, przynieś słomki i siadaj – odpowiedzieli mu ze zniecierpliwieniem. Long posłusznie wrócił do kuchni i wyciągnął z szuflady garść słomek z McDonalda. Zwykle korzystała z nich jego dziewczyna, bo lubiła pić napoje gazowane właśnie przez słomkę, a nie prosto z butelki czy puszki. Ale do kokainy też nadawały się znakomicie. Panowie przekazywali między sobą lusterko tak wytrwale, aż znaczna część proszku zniknęła w ich nosach. Nikt się nie oszczędzał, ale Bias zażył zauważalnie najwięcej. Czyścił taflę jak odkurzacz.

Było po trzeciej w nocy, gdy posiadówę zakłóciło donośne chrobotanie klucza w zamku. Tribble natychmiast schował lusterko pod łóżko i miał rację, wykazując się tak dobrym refleksem – do akademika wrócił na noc Jeff Baxter, kolejny ze współlokatorów Biasa. Pozostali członkowie zespołu ukrywali przed nim swoje narkotykowe przygody, ponieważ Jeff dość pryncypialnie krytykował tego rodzaju rozrywki. Gdy tylko dostrzegł Lena, zaczął natychmiast gratulować mu sukcesu. On sam na początku swojej uniwersyteckiej kariery był anonsowany przez skautów jako talent na miarę NBA, może nawet wysokiego wyboru w drafcie, ale jego potencjał nigdy się aż do tego stopnia nie rozwinął, albo został zwyczajnie przeszacowany.

Jednak Baxter nie zazdrościł kumplowi, szczerze się cieszył z jego sukcesu.

bias-celtics

Uradowany Bias promuje swoją przynależność do Celtics. (GettyImages)

Len i Jeff gadali prawie godzinę, rozważając rozmaite scenariusze rozwoju bostońskiej przygody tego pierwszego. Zastanawiali się wspólnie, czy ma już teraz szansę w treningowych pojedynkach z Birdem, czy włączy się do walki o nagrodę Rookie of the Year. W końcu Baxter poszedł spać, następnego dnia czekały go poranne wykłady. Lusterko wynurzyło się spod łóżka. Bias zaczął kolejną turę.

– „Frosty”, nie przesadzasz? – zapytał jeden z towarzyszy, z wyraźnym zaniepokojeniem, dostrzegając, jak wielką działkę przygotował dla siebie Lenny.

– Ja? Kurwa, stary. Jestem potężny. Jestem silny jak „Koń” – zapewnił. I mocno pociągnął nosem. Rzeczywiście – czuł się wszechmocny. Jeszcze nigdy ksywa „Koń” tak dobrze nie oddawała zapasu sił, w jaki sobie zgromadził. To on został zawodnikiem Celtics. To on był liderem drużyny Maryland. Co oni mogą wiedzieć? Nie będą mu doradzać. To on był z nich najlepszy. Najsilniejszy. Silny. Potężny. Jak „Koń”. Silny. Najsilniejszy. „Koń”.

– Lepiej na chwilę usiądź – zagaił nieśmiało Long, widząc, że jego kumpel nie jest w stanie ustać na nogach, a kieruje się w stronę łazienki.

– Taaaak. Na chwilę. Usiądę. Na chwilę – wybełkotał Bias i zaległ na kanapie. Jego głowa odgięła się bezwładnie w tył, a ciało zaczęło okropnie drżeć.

Long miał za sobą kurs pierwszej pomocy i od razu rozpoznał, że dzieje się coś poważnego. Chwycił nożyce, których wcześniej użył do pocięcia słomek na kawałki i rozwarł kumplowi usta, żeby te nie udławił się własnym językiem. Drgawki ustały, więc Long i Tribble przenieśli Lenny’ego na podłogę i ułożyli w bezpiecznej pozycji. Zaczęli tracić głowę – telefon na pogotowie oznaczał duże prawdopodobieństwo wykrycia kokainy i poważne kłopoty dla wszystkich, na czele z samym Biasem, któremu taki skandal mógł pokrzyżować całą karierę. Nigdy by im przecież nie wybaczył, gdyby wywołali narkotykową aferę, po której szlag by trafił jego przyszłość w NBA. Nie wspominając już o tym, że wszyscy wylecieliby na zbity pysk z college’u za ćpanie w akademiku.

Nie, Lenny na pewno zabroniłby im telefonowania po pomoc, kazałby przeczekać ten chwilowy kryzys.

Niestety – konwulsje wróciły ze zdwojoną siłą. A potem ustały. Wszystko ustało.

Long rozpoczął resuscytację, Gregg  profilaktycznie trzymał targanego przed momentem spazmami kolegę za nogi, samemu telepiąc się z przerażenia. Tribble zdecydował się zadzwonić, ale nie na numer alarmowy, tylko do swojej mamy. Jego siostra cierpiała na epilepsję – postanowił zasięgnąć rady, bo zaistniałą sytuację uznał za – w pewnym sensie – podobną. Przytomna matka rzeczywiście udzieliła mu rady, tylko jednej: „natychmiast dzwoń po karetkę”. Zdesperowany Brian wreszcie zdecydował się na ostateczny krok, uprzednio chowając umorusane lusterko w innym pokoju. Pozostałe narkotyki próbował wyrzucić do śmieci, kitrając je w opróżnionym opakowaniu po ciasteczkach. Połowę proszku rozsypał na dywanie. Rozpoczęło się gorączkowe sprzątanie i rozdmuchiwanie pyłu. Zegar tykał.

W końcu udało się wszystko pochować, zawezwana pomoc przyjechała chwilę przed siódmą rano. Ratownik z miejsca zapytał, czy nieprzytomny chłopak zażywał narkotyki. Koledzy zapewniali, że pił wyłącznie piwo. To zresztą i tak było w tamtej chwili bez większego znaczenia.

O 8:51 Len Bias został oficjalnie uznany za zmarłego.

Zaprotokołowano śmierć, a oznaczone odpowiednim identyfikatorem zwłoki wywieziono ze szpitala, ułożone na ruchomym łóżku. Na oczach kamer telewizyjnych, reporterów prasowych, rodziny, zawodników Maryland Terrapins, studentów i gapiów. Spod narzuconego prześcieradła było widać tylko długi zarys nieruchomego, martwego ciała. Podrygującego wyłącznie wtedy, gdy kółka wózka natrafiły na nierówny fragment chodnika.

***

AUTOPSJA: nr 86-999

Hrabstwo Księcia Jerzego

Leonard K. Bias

19 czerwca 1986

DIAGNOZA: intoksykacja kokainy

OPINIA: Leonard K. Bias, 22 lata, mężczyzna, czarnoskóry. Umarł wskutek intoksykacji kokainy, co przerwało właściwy rytm pracy serca, poskutkowało nagłym napadem drgawek i zatrzymaniem akcji serca. Stężenie kokainy we krwi: 6.5 miligrama na litr. Badania toksykologiczne na zawartość alkoholu i innych narkotyków dały wynik negatywny. Z racji na trwające śledztwo w sprawie okoliczności towarzyszących śmierci, jej przyczyna na razie pozostaje NIEOKREŚLONA.

*

Za życia Len Bias był niezwykłym koszykarzem. Po śmierci został Arcyksięciem Ferdynandem dla rozpętania Wielkiej Wojny przeciwko narkotykom. To, co się działo wcześniej, to były tylko drobne potyczki. Prawdziwa batalia dopiero wtedy się rozpoczęła.
Dan Baum, autor książki “Smoke and Mirrors : The War on Drugs and the Politics of Failure”

*

Larry Bird (zawodnik Boston Celtics): – Wieść o śmierci Lena Biasa była jedną z najokrutniejszych informacji, jakie kiedykolwiek usłyszałem.

Keith Gatlin (przyjaciel Biasa, zawodnik Maryland Terrapins w latach 1983-88): – Ja nigdy nie piłem, nigdy nie paliłem. Na imprezach Lenny zawsze się ze mnie naśmiewał: „Hej, „Smooth”, idź po swoje piwo imbirowe!”. Sam nigdy nie widziałem go w sytuacji, w której sięgałby po coś więcej niż tylko alkohol. Nie byłem świadkiem niczego, co wzbudziłoby moje zaniepokojenie.

– Ostatnią rzeczą jaką od niego usłyszałem było: „Widzimy się jutro rano na matematyce, machniemy razem jakieś śniadanko”. Poszedłem spać. Około trzeciej w nocy usłyszałem hałasy i ludzi powracających do pokoju. Ale przewróciłem się na drugi bok i wróciłem do snu. O 6:57 obudził mnie telefon od mojej mamy. Zapytała, czy wszystko ze mną w porządku, bo miała złe sny. Gdy odpowiedziałem jej, że jest okej, trzasnęła słuchawką i zadzwoniła do mojej siostry. Ja wstałem i otworzyłem drzwi do pokoju – jeszcze przecierałem zaspane oczy, gdy spostrzegłem Lenny’ego na podłodze i mnóstwo zaniepokojonych ludzi wokół niego. Nie miał na sobie koszulki. I się nie ruszał.

– Zadzwoniłem do pani Bias. Powiedziałem jej, że coś złego dzieje się z Lennym. Poinformowałem, żeby kierowała się do Szpitala Księcia Jerzego. Wszystko działo się tak szybko, że było przytłaczające. Spieprzyłem i wysłałem ją w złe miejsce, bo Lena zabrano do innego szpitala. Pojechaliśmy tam wszyscy naszymi samochodami. Dopiero co widziałem się z gościem osiągającym szczyt szczytów, a teraz modliłem się o jego życie.

– Czekaliśmy. Pojawili się dziennikarze, robiło się tłoczno. Wszyscy płakali. Zobaczyłem paru świeżaków. John Johnson, Dave Dickerson, Tony Massernburg. Oni strasznie to przeżywali. Starszym chłopakom też było ciężko, ale ci młodzi… Dopiero co skończyli pierwszy rok na Maryland. Lenny był ich idolem. Byli zszokowani i kompletnie zdewastowani.

lenbias0612a

Pierwsze artykuły pasowe.

– Wtedy wyszła pani Bias. Co za silna kobieta… Objęła mnie i powiedziała: „Straciliśmy go. Obiecaj, że będziesz silny”. Płakaliśmy, łomotaliśmy pięściami w ściany, załamaliśmy się. To nie był piękny widok. Cały czas łudziłem się, że ktoś robi sobie z nas okrutne żarty. A potem było jeszcze gorzej. Okazało się, że Lenny nie tylko umarł. Umarł z powodu przedawkowania kokainy. Cały nasz świat się rozleciał. (…) Od tego momentu, gdziekolwiek bym nie poszedł, byłem stygmatyzowany. Wszystkich nas traktowano jak ćpunów. Pozostali studenci się nas wyrzekli, jak gdyby żaden z nich nigdy wcześniej ani później nie palił trawki, ani nie brał koki.

– Lenny zaparkował swój samochód, niebieskiego Nissana 300ZX, zaraz naprzeciwko wejścia do naszego akademika. Przez kilka tygodni po jego śmierci mijałem to auto. Każdego dnia. To powodowało jeszcze większy zamęt w mojej głowie. Zresztą, przez pierwsze dwa tygodnie w ogóle nie wychodziłem ze swojego pokoju. Zamawiałem tylko pizzę Domino’s i na okrągło oglądałem „Żar młodości”.

Bill Simmons (pisarz i dziennikarz sportowy): – Myślałem ostatnio o Lenie Biasie. Rozmawiałem z kumplem ze studiów na temat kłopotów Shawna Kempa z kokainą, przez które wylądował na odwyku tuż przed rozpoczęciem play-offów. Żaden z nas nie potrafił zrozumieć, w jaki sposób profesjonalny sportowiec może kombinować coś z kokainą po śmierci Lenny’ego.  Mój kolega powiedział: „Pamiętam śmierć Biasa. Poczułem wtedy lęk przed Bogiem”.

– Zgodziłem się, też go poczułem. Każdy poczuł. To było jak wielkie pranie mózgów dla całej młodzieży – nie bierzcie koki. Len Bias był ludzką anty-reklamą narkotyków. Może to właśnie jest jego dziedzictwo? Potem zmieniliśmy temat, ale… Złapałem się, że wciąż rozmyślam o tym wieczorem. Dlaczego to akurat dziedzictwo Lena Biasa? Dlaczego nie padło na kogoś innego? A przede wszystkim – dlaczego, po tych wszystkich latach, wciąż mnie to tak bardzo obchodzi?

Joanna Sullivan (studentka na uniwersytecie w Maryland): – Lenny był wielką częścią mojego studenckiego życia. Oglądanie go na parkiecie było oczywiście niesamowite. Ale był przede wszystkim ważną postacią poza boiskiem. Kimś w rodzaju celebryty na kampusie, zawsze otoczonego wianuszkiem kobiet. Mieszkał w tym samym apartamentowcu co ja, więc często miałam okazję go spotykać. Jego śmierć kompletnie nas wszystkich zmiażdżyła.

– Mój ostatni rok studiów był naznaczony przez tę tragedię. Cały czas krążyły między nami ekipy telewizyjne. Odszedł Lefty Driesell. Wydział sportowy się rozpadł. Działałam wtedy jako stażystka wieczornego pisma, opisywałam niektóre wydarzenia. Najbardziej pamiętam czuwanie, które Lonise Bias zorganizowała na deptaku. Jej uduchowiony wizerunek, gdy trzymała w dłoniach świecę i starała się zachować stoicki spokój. Ten widok do dzisiaj jest przy mnie. Zawsze się zastanawiałam, jak ona może to wszystko wytrzymać.

Sonya Cradle holds a poem she wrote in memory of her friend Len Bias, college basketball, during a wake for Bias at a church Sunday evening on June 22, 1986 in Washington. Bias died of an apparent heart attack in his University of Maryland dormitory Thursday. (AP photo/Tom Reed)

Sonya Cradle, jednak z koleżanek Lenny’ego, trzyma w dłoniach wiersze, które dla niego napisała. (WTOP)

Danny Ainge (zawodnik Boston Celtics): Spotkałem się z tym chłopakiem w Bostonie, jakoś koło południa. Podpisał kontrakt z Reebokiem, ja też miałem z nimi umowę. Rano, już następnego dnia, zatrzymałem się na stacji benzynowej żeby zatankować. To właśnie sprzedawca mi powiedział, że Len Bias nie żyje. Nie uwierzyłem. „Oszalałeś? Oczywiście, ze żyje. Widziałem się z nim parę godzin temu” – odpowiedziałem. To było nieprawdopodobne. Szokujące. Wyglądał na najszczęśliwszego dzieciaka na planecie, spełniły się wszystkie jego marzenia.

Bob Wagner (trener sekcji koszykarskiej Northwestern High School): – Miał opinię chłopaka, który nigdy nie dotyka narkotyków. Mimo to – często z nim rozmawiałem o zagrożeniach z nimi związanych. Lenny trzymał się z paroma kolesiami, o których wiedziałem, że biorą. Zawsze mi powtarzał: „Ludzie zdają sobie sprawę, że ja nie biorę, więc w czym problem?”. Myślę, że płynie z tego główna nauczka – czasem wystarczy tylko ten jeden, jedyny raz. Kiedy przychodzi wybierać między dobrem a złem, trzeba się zdecydować, nie można prosić o czas. Życie to nie koszykówka.

Brian Waller (przyjaciel Biasa z liceum): – Często rozmawialiśmy, że mogą się zdarzyć pewne sytuacje, w których będziemy zmuszeni do wzięcia narkotyków. Wiedzieliśmy, że musimy być silni i trzymać się od tego z daleka. Wiesz, jestem przekonany, że wciąż by tutaj był, gdybym towarzyszył mu tamtej nocy. Będę dźwigał brzemię tej świadomości do końca swoich dni.

Jay Bilas (dziennikarz zajmujący się sportem uniwersyteckim): – Ta śmierć nigdy nie zostanie zapomniana. Ludzie z generacji moich rodziców dzielą swoje czasy na te przed i na te po zamachu na prezydenta Kennedy’ego. Ja dzielę czas swojego życia na przed i po śmierci Lena Biasa.

Boston Celtics' president Arnold "Red" Auerbach, right, presents a team jersey to Len Bias' father James Bias during a tribute to the late basketball star at College Park, June 24, 1986. Bias, who was headed for a pro career in Boston, died in his University of Maryland dormitory Thursday. (AP Photo/Bill Smith)

Red Auerbach składa symboliczną koszulkę Biasa na ręce jego ojca. Numer trzydziesty. Ten specjalny, nowy, o którym Lenny poinformował sprzedawcę w sklepie. (AP Photo)

Michael Weinreb (publicysta sportowy): – Media były wtedy bardzo naiwne w temacie narkotyków. Niewielu potrafiło sobie wyobrazić, że człowiek tak zdrowy, tak wysportowany i muskularny może tak po postu umrzeć od czegoś takiego jak kokaina. Nie mówiliśmy przecież o Johnie Belushim. Bias nie doprowadził swojego ciała do skraju wytrzymałości. Wręcz przeciwnie.

Dave Statter (reporter telewizyjny, jako jeden z pierwszych relacjonował wydarzenia po śmierci Biasa): – Około godziny siedemnastej wszedłem ponownie na antenę. Podałem lakoniczną wiadomość, którą potwierdziliśmy uprzednio w kilku źródłach – w organizmie Lena Biasa wykryto kokainę. Nikt oprócz nas nie podawał tej informacji. Wtedy rozpoczęła się burza telefonów do redakcji, ludzie byli wściekli. Grozili mi śmiercią. Wkrótce kolejne stacje podjęły temat, powołując się nie tylko na naszą redakcję, ale również na moje nazwisko. Jako tego, kto pierwszy podał kokainowy wątek. Mój ojciec słuchał wtedy radia wracając autem do domu i pomyślał: „Mam nadzieję, że Dave ma rację. Jeśli nie, wkrótce znowu się do nas wprowadzi”. 

– Około 22:15 mój współpracownik przekazał mi kopię tekstu do kolejnego wejścia na antenę. Był tam szczegółowy opis wydarzeń z Washington Hall, streszczający ostatnie godziny przed śmiercią Biasa. Opowieść o kopcu kokainy i jego słowach: „Jestem „Koniem”, poradzę sobie”. Byłem trochę sceptyczny, żeby to przeczytać, ale kolega był absolutnie pewny tych informacji. Jego historia jeszcze bardziej rozwścieczyła ludzi. Potem się okazało, że była co do joty prawdziwa.

Jake Robinson (publicysta sportowy): – Tamtego dnia moja mama wysłała mnie do sklepu po drobne zakupy, chleb i colę. Wskoczyłem na deskorolkę, ale szybko zatrzymała mnie koleżanka z sąsiedztwa. Nigdy nie zapomnę jej wyrazu twarzy, tego bólu i szoku. Kiedy zapytałem ją, co się takiego stało, powiedziała mi rzecz tak okrutną i niewiarygodną, że musiałem zapytać ponownie. Zakładając, że to jakiś pozbawiony wyczucia żart. Powtórzyła trzęsącymi się wargami: „Len Bias umarł od przedawkowania kokainy”.

– Oboje sterczeliśmy w tym samym miejscu chyba przez godzinę, czekając na puentę tego ponurego dowcipu. Nigdy nie nadeszła. Pojechałem do sklepu. Do dziś nie potrafię wyjaśnić swoich rozmyślań: „Co ona gada? Gówno wie o sporcie, nie zna się na koszykówce. Nie wiem, po co mnie tak wkręca, ale ja mam to w dupie, nie dam się nabrać”. Wróciłem z zakupami do domu i chciałem włączyć telewizor, przekonując samego siebie, że ktoś robi sobie jaja z mojej naiwności. Wtedy zobaczyłem wyraz twarzy mojej mamy. Ona też była głupią dziewczyną, która nie znała się na sporcie. Ale nigdy by mnie nie okłamała.

Kevin McHale (zawodnik Boston Celtics): – Ta tragedia jest dla nas brutalnym przebudzeniem. Śmierć czai się tuż za rogiem. Musimy zrobić coś, żeby zmniejszyć szanse na kolejne nieszczęście. Jeżeli Red [Auberbach] sobie życzy, mogę poddać się testom na obecność narkotyków w każdej chwili. I to samo polecam wszystkim innym zawodnikom. Śmierć Lenny’ego powinna otworzyć nam oczy – związek zawodników razem z władzami ligi powinien obrać jak najtwardsze stanowisko przeciwko narkotykom.

John Salley (zawodnik Detroit Pistons): – Len Bias prawdopodobnie byłby najlepszym zawodnikiem w historii. Wszyscy to wiedzieli. Michael Jordan to wie. Zdaję sobie sprawę, że to dzisiaj brzmi jak wariactwo, ale wyczuwał to każdy, kto widział go w akcji. Miał ponad dwa metry wzrostu, potrafił zdobyć z łatwością trzydzieści punktów w meczu. Bronił, trafiał z dystansu, a jak wyskoczył, to prawie wylatywał poza halę. Przypominam sobie, jak sam Larry Bird mówił: „jak ten dzieciak do nas wreszcie przyjdzie, oddaję mu piłkę”. Celtics wygraliby z nim pięć mistrzowskich tytułów.

*

Śmierć Lena Biasa była porażką.

Przegrała przede wszystkim uczelnia w Maryland, której reputacja została potężnie zszargana, a wizerunek ich programu edukacyjnego dla młodych sportowców legł po prostu w gruzach. Okazało się po dokładniejszych badaniach, że 20% zawodników koszykarskiej drużyny Terrapins spróbowało już w swoim młodym życiu kokainy. Sam Bias czynił to wielokrotnie. Początkowo starano się go bronić, sugerując, że feralnej nocy zażył kokę po raz pierwszy i stąd tak tragiczne skutki przedawkowania. Nic podobnego – młody gwiazdor urządzał kokainowe imprezy regularnie, potężną dawkę białego proszku znaleziono również pod siedzeniem pasażera w jego Nissanie.

Nie było mowy o przypadku, spisku, zbiegu niefortunnych okoliczności. Bias pisał na siebie wyrok długimi miesiącami, aż wreszcie gilotyna runęła w dół. To nie był pech, po prostu wyczerpał się limit szczęścia.

Łatwo się o tym opowiada z perspektywy 2018 roku, na dodatek poza Stanami Zjednoczonymi. Latem 86′ nikt nie chciał zaakceptować niewygodnych faktów. Szukano kozłów ofiarnych, łapano się – niczym tonący brzytwy – coraz bardziej rozpaczliwych, bzdurnych teorii na temat śmierci koszykarza. Trudno było zrozumieć, że tak fenomenalnie utalentowany chłopak, stawiany za wzór młodego, czarnego sportowca mógł tak po prostu przedawkować. Roztrwonić swój dar w tak prozaicznie głupi sposób. Ciemniejsza strona jego osobowości nie była powszechnie znana – uchodził za ideał sportowca, którego spotkała szalona niesprawiedliwość.

Prawda była brutalna – Lenowi nikt nie dosypał śmiertelnej porcji kokainy do herbaty, nie topił depresji w nałogach. Po postu – bawił się i z białego proszku usypywał pomnik swojej próżności.

Nie mieściło się to społeczeństwu w głowie. Kokaina? Każdy, ale nie on. Zwłaszcza, że rodzinne miasto Lena miało być wzorem dla Ameryki. Tylko tam, w całych Stanach Zjednoczonych, notowano w drugiej połowie lat osiemdziesiątych rosnący dochód per capita, jeżeli wziąć pod lupę miejscowości zamieszkałe w większości przez czarnoskórych. Bias miał być sportową emanacją tego sukcesu ekonomiczno-społecznego i żywym dowodem na to, że Afroamerykanie naprawdę są w stanie zbudować wartościową, przyzwoitą społeczność. Mityczną „klasę średnią”. Zdolny, z dobrego domu, poświęcony realizacji marzeń. A tu taki gong.

Według policyjnych raportów, Lenny w ciągu kilku ostatnich miesięcy przed śmiercią przynajmniej pięciokrotnie zażył tak olbrzymią dawkę narkotyku, że balansował na granicy życia i śmierci. Miał wręcz szczęście, że przeżył tak długo. Załatwił go czysty towar, 98% koksu w koksie. Studenci z uniwersytetu w Maryland – jak widać – znali odpowiednich dostawców i nie wciągali byle gówna, kupionego pokątnie od ulicznego dilera. Kokaina była dla nich symbolem statusu społecznego. Czuli się elitą, wyjątkową kastą. Zwłaszcza sportowcy. Wciągali proszek niczym celebryci, zamiast palić skręty jak pospolite lumpy.

Uczelnią wstrząsnęło. Robotę stracił Lefty i kilku jego współpracowników. Słynny coach najpierw został od pierwszego zespołu, a potem zmuszony do rezygnacji – do dziś nie poczuwa się do winy i uważa, że poświęcono go w ofierze, celem uspokojenia nastrojów. Cóż – kokainy podopiecznemu do nosa nie wsadzał, to fakt. Jak to jednak możliwe, że Bias bez problemu przechodził przez wszystkie testy na zawartość dragów? Czy naprawdę można było przeoczyć, że najważniejszy zawodnik zespołu i kilku jego najbliższych kumpli z drużyny regularnie ma ślady po mące na czubku nosa?

– Żałuję tylko, że nie zaprosiłem go do siebie na kolację z okazji wyboru w drafcie – zarzekał się Driesell.

Komentarz Lefty’ego z perspektywy czasu brzmi śmiesznie. Udawał Greka, czy rzeczywiście tak niewiele wiedział o swoich podopiecznych? Warto też zwrócić uwagę, jak bardzo przy zadawaniu pytań asekuruje się prowadzący. Wszyscy bali się mrocznej prawdy o śmierci Biasa.

Przegrali również kumple Biasa, których stygmatyzowano i posądzano o to, że wpędzili swojego genialnego, wcześniej nieskazitelnie czystego kolegę w narkotykowe kłopoty. Najpierw winowajcą został oczywiście obwołany Brian Tribble – jedyny z obecnych przy śmierci Lenny’ego, który nie grał w już w zespole Terrapins. A skoro był człowiekiem z zewnątrz, to natychmiast nasuwała się hipoteza, że to on przyniósł ze sobą całe kokainowe nieszczęście. Intruz, który zatruł towarzystwo paskudnym nałogiem. Sprowadził niewinne owieczki na manowce.

W procesie związanym z tragiczną śmiercią koszykarza niczego jego kumplowi nie udowodniono, ława przysięgłych nie uznała go winnym, podobnie jak pozostałych imprezowiczów. Uznano, że nie ma wystarczających dowodów, by ponad wszelką wątpliwość ustalić, kto załatwił koks dla całego towarzystwa. Choć – biorąc pod uwagę późniejszą działalność Briana – wydaje się być dość oczywiste, że to on skombinował narkotyki, które następnie lądowały w nosach studentów z Maryland. Tribble wykorzystał później śmierć Biasa żeby… nabić sobie trochę sławy w dilerskim półświatku. Zrobił mnóstwo kontaktów, otwierały się przed nim kolejne drzwi. W Waszyngtonie odbywały się imprezy firmowane jego nazwiskiem – każdy doskonale wiedział, jakich dodatkowych atrakcji może się podczas takich dyskotek spodziewać.

Niedoszły sportowiec poleciał z rozmachem – zajął się przemytem i dystrybucją narkotyków wewnątrz kraju. W końcu wpadł i odsiedział nawet parę lat za kratami. Dzisiaj przedstawia siebie jako „spokojnego i rodzinnego obywatela, który dba o żonę i psa”.

Przegrał David Stern. Nie dostał wymarzonej rywalizacji na linii Jordan – Bias, a zamiast tego miał na głowie kolejny w burzliwych dziejach NBA skandal narkotykowy. W latach siedemdziesiątych tego rodzaju ekscesy skutecznie odstraszały publiczność od ligi, pojawiło się zatem zagrożenie, że rosnąca popularność basketu zostanie mocno zachwiana. Szczęście w nieszczęściu było takie, że Bias nie zdążył zadebiutować w barwach Celtics. Można było zatem wymiksować się ze skandalu i przy okazji uderzyć w akademicki basket.

Przegrali przy okazji Celtics, na czele z Redem Auerbachem – jego legendarne zdolności profetyczne tym razem się nie sprawdziły. Ekipa z Bostonu miała przedłużyć swoje panowanie na wiele następnych lat, tymczasem na kolejny mistrzowski pierścień przyszło jej zaczekać przeszło dwie dekady. Po drodze, w równie tragicznych okolicznościach, stracili jeszcze jednego obiecującego zawodnika – Reggiego Lewisa. Nawet tak potężna organizacja nie mogła przyjąć na szczękę dwóch ciosów tego kalibru i wyjść z tego bez szwanku. To był ciężki nokaut.

Przegrali politycy, którym dopiero medialna awantura wokół śmierci Biasa dała do zrozumienia, że amerykańskie prawodawstwo w dziedzinie walki z narkotykami jest kompletnie przestarzałe, nie nadąża za przebiegłością dilerów. I skalą ich działalności. W trybie nadzwyczajnym przepchnięto przez Kongres – z poparciem obu partii – ustawę anty-narkotykową. Napisaną na bazie pierwszych (i, jak się potem okazało, błędnych) ustaleń, jakoby Bias zmarł w efekcie inhalacji spalonego cracku, a nie wciągnięcia sproszkowanej kokainy prosto do nosa. W walkę z plagą cracku na ulicach amerykańskich miast włączyła się również pierwsza dama, Nancy Reagan, występując ze słynną kampanią społeczną „Po prostu powiedz: nie!”.

Bojownicy o prawa afroamerykańskiej społeczności do dziś uważają tamte działania za skrajnie rasistowskie i wymierzone wyłącznie w drobnych dilerów z czarnych dzielnic, a nie potężnych, narkotykowych baronów. W domyśle – białych. Cele zapełniły się czarnoskórymi i Latynosami, których przyłapano z towarem. Wyroki były bezwzględne.

Nowe prawo nieformalnie nazywano „Ustawą Lena Biasa”.

Prędko się okazało, że – być może szlachetna w swych zamierzeniach – walka z narkotykowym biznesem przerodziła się w histerię. Derrick Curry, przyjaciel rodziny Biasów, został schwytany przez patrol wraz z dwójką kumpli, siedział w należącym do jednego z nich samochodzie. Okazało się, że pod tylnym siedzeniem auta znajdowała się paczka z kokainą i marihuaną. Choć Curry nie był do tamtej pory notowany, liczni świadkowie zapewniali o jego niewinności i nie udowodniono mu żadnych powiązań z narkotykowym półświatkiem – poza wycieczką nie tym autem co trzeba – został skazany na dziewiętnaście lat pozbawienia wolności. Wyszedł po ośmiu, ułaskawił go Bill Clinton.

W 1985 roku tylko dziewięć tysięcy więźniów odsiadywało wyroki związane z przemytem i dystrybucją narkotyków. W 2016 roku – 85 tysięcy. Szaleństwo, a może po prostu skuteczność? Albo jedno i drugie.

*

W całej tej tragedii wciąż najważniejsza pozostaje wiadomość, że każdy może upaść. Niezależnie od tego jak jesteś silny, na jak potężnego wyglądasz i jak wspaniałe masz ciało, i jak świetnym koszykarzem jesteś. Jeżeli wkraczasz na złą ścieżkę, zło cię tam spotyka.
Kenny Smith, dwukrotny mistrz NBA

*

Lonise Bias do dziś uważa, że jej syn tylko raz miał styczność z kokainą. Ten jeden, jedyny, śmiertelny raz.

Niestety, jej dramat nie zakończył się na śmierci pierwszego syna. W grudniu 1990 roku zastrzelony został Jay Bias, młodszy brat Lenny’ego, równie utalentowany koszykarz. Jay wyzionął ducha w tym samym szpitalu, na tym samym piętrze. Morderca wpakował 20-letniemu chłopakowi dwie kule w plecy. W biały dzień, na parkingu przed centrum handlowym. Porachunki ganów? Skąd. Ktoś mu doniósł, że Jay flirtował z jego partnerką. Furia zaowocowała bezwzględnym mordem. – Chciałam rzucić ręcznik. Błagałam Boga, żeby i mnie zabrał już z tego świata – wspominała Lonise. – Nie zdajemy sobie sprawy, jak udane mamy życie, dopóki nie pojawią się w nim koszmary. Kiedy człowiek doświadcza takich tragedii, trudno się po prostu obudzić, wstać i dalej żyć.

lenbias4_850

Jay Bias rozpacza na pogrzebie brata. Cztery lata później również pożegnał się ze światem w tragicznych okolicznościach. (ESPN)

Ale Lonise żyje. I to jeszcze jak. Miłość do dwóch utraconych synów zagospodarowała w swojej fundacji, za pośrednictwem której stara się pomagać zagubionym dzieciakom, zanim te wylądują w pierdlu z powodu narkotykowych kłopotów. Kilku prezydentów Stanów Zjednoczonych zapraszało ją do konsultacji społecznych przy zmianach w legislacji, dotyczących przestępstw związanych z kokainą.

Czy jej pierwszy syn rzeczywiście był aż tak zdolnym koszykarzem, jak się dzisiaj spekuluje? Może to tylko rozdmuchany mit i jego kariera byłaby jedną z tysięcy przeciętnych karier, a nie wyzwaniem dla „Jego Powietrzności” Jordana?

To chyba bez znaczenia.

Obalanie tego rodzaju legend mija się z celem, nawet jeżeli są ku temu argumenty. Może James Dean wcale nie był aż tak genialnym aktorem i rozmieniłby się na drobne, grając w gównianych filmach? A Tupac Shakur nie był aż tak ponadczasowym raperem, jak nam się dzisiaj wydaje i zanudzałby nas wszystkich zwrotkami dogrywanymi do piosenek popowych chałturników? Przedwczesna śmierć, jeżeli wydarzy się w odpowiednio dramatycznych okolicznościach i dotknie odpowiednio utalentowanej osoby, zawsze rozbudza dodatkowe emocje i wznieca spekulacje, które z biegiem lat przepoczwarzają się w fakty. Nawet jeżeli ich stosunek do prawdy był w istocie dość luźny.

I niech tak zostanie. Niech „Frosty” na wieki pozostanie tym nieobecnym ogniwem w łańcuchu dziejów NBA, którego zabrakło, by zapobiec dominacji Chicago Bulls w latach dziewięćdziesiątych.  Ważniejszą zdaje się refleksja, czy śmierć Lena Biasa w sposób naprawdę istotny wryła się w społeczeństwo, czy trwale zmieniła mentalność sportowców. Również tych, którzy aktualnie rozkręcają swoje kariery. Krótkofalowo – na pewno. Charles Barkley (członek Dream Teamu z 1992 roku) opowiadał, że pod koniec lat osiemdziesiątych bał się nawet spojrzeć w kierunku kokainy. Zrozumiał, czym to grozi. Jednak wielu dowodzi, że to był przełom o jeszcze większym, historycznym znaczeniu, a nie tylko straszak dla pokolenia dzisiejszych pięćdziesięciolatków. Śmierć, która tąpnęła umysłami niczym zamach na Martina Luthera Kinga.

Może to też jest mit?

Charles „Lefty” Driesell nie ma wątpliwości: – Śmierć Lena Biasa nie zmieniła nic.

***

lenbiasgravestone_crop_exact

***

Michał Kołkowski

źródła: Washington Post, ESPN, TERP, Chicago Tribune, Pressbox Online, WTOP, DJ6Smith, Drug Warrant, Los Angeles Times, Dave Statter, The Undefeated, Sports lllustraded, NBC News
„The Boston Celtics” Michael D. McClellan; „Lenny, Lefty and The Chancellor: The Len Bias tragedy and the search for reform in big-time college basketball” C. Fraser Smith; „Red Auerbach’s winning ways” pod redakcją New World City; „The book of basketball” Bill Simmons; „Unfinished buisiness” Jack McCallum, “Smoke and Mirrors : The War on Drugs and the Politics of Failure” Dan Baum.

fot. newspix.pl

Legalni bukmacherzy internetowi 2019

KOMENTARZE (33)