Krzysztof Stanowski: terroryści wygrali. I co my z tym zrobimy?
Weszło

Krzysztof Stanowski: terroryści wygrali. I co my z tym zrobimy?

W 2006 roku siedziałem na stadionie we Frankfurcie, kiedy złapała mnie lekka paranoja. Mecz mistrzostw świata. Już wcześniej stwierdziłem, iż to dziwne, że do tej pory terroryści nie zaatakowali w takich właśnie okolicznościach i ta natrętna myśl co jakiś czas wracała. Trudno o bardziej spektakularny cel niż stadion wypełniony dziesiątkami tysięcy ludzi. Trudno o większy rozgłos niż ten, który towarzyszy mundialowi. Siedziałem więc na trybunach i spoglądałem a to na piłkarzy, a to na samoloty, które wzbijały się w górę z położonego tuż obok lotniska. Upewniałem się, że żaden nie skręcił w stronę trybun. Było to uciążliwe, bo samoloty startowały chyba co 30 sekund.

Zbliża się okropny dzień – dzień, w którym naprawdę podczas meczu dojdzie do straszliwej zbrodni na wielką skalę. Nie wiem, czy zdarzy się to we Francji w 2016, ale chyba zgodzimy się: to bardzo prawdopodobne. Jeśli celem terrorystów jest wywołanie chaosu, to wtedy nadarzy się dla nich niebywała okazja. Oni – terroryści – już tam są. Ukryci, pozornie zasymilowani, wiodący normalne życie. Czekają na sygnał. A my będziemy każdego dnia z niepokojem czekać na wieści: czy udało się przetrwać kolejne 24 godziny. Radość z piłkarskiego święta została wczoraj odebrana, kolejka po bilety zapewne znacząco się zmniejszyła. Ktokolwiek tam pojedzie – bez pełnej satysfakcji. Gdzieś z tyłu głowy będzie miał myśl: bomba może wybuchnąć w każdej chwili.

Od wczoraj słyszę: terrorystom zależy na wywołaniu strachu. Nie można im ulec, bo wtedy wygrają.

No to wygrali. Wzbudzili strach. Udawanie, że to nieprawda niczego nie zmieni. Wygrali ponad sto do zera.

Trudny czas przed tak zwanymi autorytetami. Dzień w dzień tłumaczą ciemnemu ludowi: nie bądź ksenofobem, otwórz się na obce kultury, niech cię kulturalnie wzbogacają. A potem wybucha granat. Oni dalej swoje: że trzeba być przyjaznym, że empatia, że cóż to jest te kilkadziesiąt tysięcy gości pod naszym wspólnym niebem, że najgorsze to te złowrogie okrzyki „Polska dla Polaków” i biało-czerwone flagi. A potem rozlega się seria z Kałasznikowa i kilkadziesiąt osób jest wzbogaconych ołowiem. Mam do autorytetów pewną prośbę: zamknijcie mordy. Ludzie – w przeciwieństwie do was – są realistami i mają oczy szeroko otwarte. Wy, w swoich intelektualnych salonikach, żyjecie w świecie ułudy. Jesteście i śmieszni, i straszni. Śmieszni, bo tacy głupiutcy, a straszni – bo jeśli Warszawa stanie się Paryżem, to będziecie mieć krew na rękach.

Francja jest stracona. Za sto czy za dwieście lat – chociaż niewykluczone, że już za naszego życia – będzie to kraj zupełnie inny, islamski. Wezmą co chcą – trochę uszczkną poprzez terror, trochę poprzez narzędzia czysto demokratyczne, a i demografia zrobi swoje. Ta demokracja, w połączeniu ze skrajną tolerancją i otwartością, zniszczy kontynent. To będzie mnie więcej taka sytuacja: czteroosobowa rodzina wpuszcza do mieszkania sześciu facetów w sandałach, a potem odbywa się głosowanie: kto ma zostać, a kto ma wyjść. Wynik, o dziwo, 6 do 4.

Polska jeszcze ma czas, ale coraz mniej. Przede wszystkim musi pozostać głucha na medialny terror tzw. intelektualistów, który prawdziwemu terrorowi bardzo służy. Jesteśmy w przededniu kryzysu, jakiego w Europie nie było od dziesięcioleci i prawdopodobnie w momencie zwrotnym dla historii świata. Tego kryzysu nie przezwycięży się przynosząc muzułmanom ubranka dziecięce i kurtki na zimę.

Nadzwyczajne czasy wymagają nadzwyczajnych rozwiązań. Trzeba się zastanowić, czy aby na pewno Polska powinna być krajem świeckim, czy może jednak mocno związanym z kościołem katolickim. Przez całe życie byłem za stuprocentowym rozdziałem państwa i religii, ale mam wątpliwości, czy taki rozdział jest w dzisiejszych czasach naprawdę wskazany. Być może trzeba iść albo w prawo, albo w lewo, zamiast stać po środku. Trudno nie odnieść wrażenia, że jesteśmy na początku wielkiej wojny religijnej, na razie toczonej partyzancko, ale nasilającej się. Być może nadszedł moment, w którym należy się chociaż uzbroić w religijne atrybuty. W tym konkretnym momencie nie mam żadnych obiekcji, by krzyże wisiały nie tylko w sejmie, ale w każdym urzędzie, w każdej szkole. Nawet nie miałbym nic przeciwko, by dzieci raz dziennie, przed pierwszą lekcją, odmawiały modlitwę. Wiecie dlaczego? Bo uważam, że Polska jeszcze ma szansę stać się krajem, w którym wyznawcy innych religii będą czuli się bardzo niekomfortowo. Nie mam na myśli jakichkolwiek ich prześladowań, jakiejkolwiek agresji czy jakiejkolwiek walki z ich wiarą. Mam na myśli to, iż przyjeżdżając do Polski powinni odpowiedzieć sobie na pytanie: czy naprawdę chcę mieszkać w kraju, w którym na każdym kroku natrafiam na symbole innej religii, w kraju, w którym nie powstanie ani jeden meczet, w kraju, w którym moje dzieci będą musiały wkuwać katechizm na ocenę. Ateiści nie powinni mieć z tym problemu: dla nich Jezus na ścianie nie powinien się różnić niczym od plakatu Spidermana.

Straszą mnie tu i tam: radiem Maryja, ojcem Rydzykiem, politykami, którzy całują biskupów w pierścień.

Naprawdę tego się boicie? Przez to nie możecie spać po nocach? A nie boicie się tego, dokąd doprowadziła obecna polityka w innych krajach? Ja wiem, że za tą polityką stały szlachetne idee, w innych okolicznościach bym się pod nimi podpisał, ale niestety źli ludzie znaleźli luki.

Tak wiele osób wstydzi się publicznie przyznać: boję się islamu. Podobno to takie prymitywne.

OK, w porządku. Jestem prymitywem i boję się islamu. Chcę się przed nim zamknąć na cztery spusty, chcę otoczyć się wysokim murem.

Domyślam się – bo mogę się tylko domyślać – że większość muzułmanów to normalni, wspaniali ludzie, ale niestety jest jeszcze owa mniejszość, której się boję. Nie chcę by zamordowała moją rodzinę. Nie chcę by ktokolwiek tej mniejszości ułatwiał życie. Jeśli mam do wyboru swój własny strach – moim zdaniem uzasadniony – a komfort życia przybyszów z krajów islamskich, wybieram siebie. Uważam, że jeśli ktoś nie chce mieszkać w kraju katolickim, to nie musi – może się przeprowadzić do Niemiec, do Francji, do Szwecji. Ja chcę żyć w kraju spokojnym.

I czy tzw. autorytety tego chcą, czy nie, czy to mądre czy głupie, czy sprawiedliwe czy oburzające – dzisiaj spokój zapewnia mi myśl, że sąsiedzi chodzą w niedzielę do kościoła, zamiast rozkładać na podłodze czerwony dywanik.

KRZYSZTOF STANOWSKI