Polskie medale zimowych igrzysk. Część II: chude i grube lata

Sebastian Warzecha

06 lutego 2026, 15:21 • 19 min czytania 3

Polskie medale zimowych igrzysk. Część II: chude i grube lata

Trzy dekady – tyle czekali Polacy na kolejny medal zimowych igrzysk olimpijskich po tym, jak historyczne złoto wywalczył dla naszego kraju Wojciech Fortuna. Po jego sukcesie szybko nie było już ani śladu, choć przez jakiś czas kręciliśmy się jeszcze wokół podiów. Im bliżej końca XX wieku, tym gorzej jednak wyglądały nasze zimowe starty. Aż przyszły pierwsze igrzyska z „dwójką” z przodu i nagle okazało się, że jednak potrafimy, zresztą cztery lata później też to pokazaliśmy. A prawdziwe zimowe szaleństwo – z polskiej perspektywy patrząc – przyszło w 2010 roku. Opowiedzmy i o tych ciemnych, i tych niezwykle jasnych czasach.

Reklama

Polskie medale. Jak Biało-Czerwoni radzili sobie na zimowych igrzyskach?

CZYTAJ TEŻ: CZĘŚĆ I, CZYLI OPOWIEŚĆ O PIONIERACH POLSKIEGO OLIMPIZMU ZIMOWEGO

Reklama

Czasem blisko, a jednak zawsze daleko. Po Fortunie nie ma medali

Innsbruck 1976 – Lake Placid 1980 – Sarajewo 1984 – Calgary 1988

Poprzednią część naszej opowieści o polskich medalach zakończyliśmy tym najważniejszym w XX wieku – złotem Wojciecha Fortuny z Sapporo. Równocześnie był to w poprzednim stuleciu… medal ostatni. Choć kolejne zimowe igrzyska regularnie dawały Polakom jakieś nadzieje. W 1976 roku, w Innsbrucku, wynikały one głównie z faktu, że skoro udało się już przełamać tę złotą niemoc, to nastąpi kontynuacja.

Nie nastąpiła.

Najlepsi byli wówczas nasi hokeiści – zajęli 6. miejsce. Na miejscach punktowanych – w najlepszej ósemce – zmieścili się jeszcze Erwina Ryś na łyżwiarskim torze (miała wtedy 21 lat i była sporą nadzieją na kolejne igrzyska) oraz nasza kobieca sztafeta 4 x 5 km w biegach narciarskich. W skokach nie tylko nie udało się obronić złota Fortuny, ale z całej naszej kadry – czterech zawodników – tylko Stanisław Bobak (raz na dwa konkursy) awansował do drugiej serii.

Było kiepsko, co tu kryć. W Lake Placid – cztery lata później – wypadliśmy nieco lepiej… ale też bez zachwytów. Wyróżniły się dwie osoby – znów Erwina Ryś-Ferens (w międzyczasie wzięła ślub), piąta na 3000 metrów, oraz Jerzy Łuszczek w biegach na 30 (5. miejsce) i 15 kilometrów (6.). Choć prawda jest taka, że i te miejsca Łuszczka w pełni fanów nie zadowalały – dwa lata wcześniej został przecież mistrzem świata i brązowym medalistą tej imprezy.

Erwina Ryś-Ferens

Erwina Ryś-Ferens na igrzyskach w 1976 roku. Fot. Newspix

Przede wszystkim – zmniejszała się liczebność naszej kadry. W 1972 roku na igrzyska pojechało 47 osób. Do Innsbrucka – gdzie było bliżej – aż 56. W Lake Placid fakt, że wysłaliśmy na zmagania tylko 30 sportowców można było usprawiedliwić faktem wylotu za Ocean. Ale że tyle samo było ich w Sarajewie – w bratniej, komunistycznej Jugosławii – to już świadczyło o problemie. Tym bardziej, że za dużą część wszystkich tych zestawień odpowiadała niezmiennie kadra hokeistów.

Co do Sarajewa – znów piąta, tym razem na 1500 metrów, była tam Erwina Ryś-Ferens, której to miejsce na igrzyskach po prostu się trzymało. Niezły wynik wykręciła Małgorzata Tlałka w narciarstwie alpejskim, która w slalomie specjalnym skończyła szósta. Siódmy na skoczni średniej – jak to wtedy nazywano – był Piotr Fijas, a to samo miejsce dołożyła jeszcze w rywalizacji na 1000 metrów wspominana już wielokrotnie Ryś-Ferens. Do tego ósma lokata hokeistów i Polacy zgromadzili tym samym 12 punktów.

I te punkty są istotne, bo w sumie pokazują, że liczebność nie szła w parze z jakością.

(Jeśli nie wiecie – system ten istnieje już od dłuższego czasu. Reprezentacje oprócz medali zgarniają też punkty właśnie – za 1. miejsce jest ich osiem, za 2. siedem i tak aż do 8., za które przyznaje się jeden punkcik).

Polacy, licząc od Sapporo, punktowali tak:

  • 1972: 28 punktów (kadra liczyła 47 osób).
  • 1976: 5 punktów (56 osób).
  • 1980: 13 punktów (30 osób).
  • 1984: 12 punktów (30 osób).
  • 1988: 10 punktów (33 osoby).

Te ostatnie igrzyska – w Calgary – staną się tu swego rodzaju przełomem, bo wkrótce miał zmienić się system, a wraz z nim, jak dziś wiemy, nastąpiło też pewne załamanie polskiego sportu. Z drugiej strony w dyscyplinach zimowych… to załamanie i tak było widać. Ograniczyła się liczebność kadry, mocno spadły punkty – nawet jeśli kryzys z 1976 roku był momentem uderzania o dno. W Calgary za nasz dorobek odpowiadali Grzegorz Filipowski (5. wśród solistów w łyżwiarstwie figurowym) i, a jakże, Erwina Ryś-Ferens (5. na 3000 i 7. na 1500 m), której naprawdę podarowalibyśmy chociaż honorowy medal, za to jak ratowała nasze igrzyska przez cztery dobre edycje z rzędu.

Cztery lata później ratować już nie było komu.

Posucha. O medalach nie było mowy

Albertville 1992 – Lillehammer 1994 – Nagano 1998

Gdy mowa o letnich igrzyskach olimpijskich, to te z Barcelony wspomina się jako najwspanialsze w dziejach. Polacy mogliby się zgodzić – nie dość, że atmosfera była cudowna, to zgarnęli 19 medali, choć tylko trzy złote. W letnich sportach bowiem transformacja ustrojowa dobiła nas dopiero z czasem. Barcelona, Atlanta czy Sydney były jeszcze igrzyskami, na których polscy fani mieli wiele powodów do radości.

Tych zimowych z 1992 roku – poprzedzających Barcelonę – właściwie mogli nie oglądać.

Do francuskiego Albertville wysłaliśmy 53 osoby. Wróciliśmy bez medalu i z 1 (słownie: jednym) punktem. Wywalczył go Stanisław Ustupski i chwała mu za to, że się to udało. Ustupski był zresztą niezłym kombinatorem norweskim, być może ostatnim na tym poziomie, jakiego mieliśmy w naszym kraju. Zdarzyło mu się nawet stanąć na podium zawodów Pucharu Świata (jedyny Polak, który tego dokonał), kilkukrotnie był też w dyszce – w tym na tych igrzyskach właśnie.

W dyszce w Albertville zameldowała się też nasza sztafeta 4 x 7,5 km w biathlonie mężczyzn (9. miejsce) oraz inna sztafeta – kobiet w biegach narciarskich na dystansie 4 x 5 km (10. miejsce). I tyle, to już. Cała wyliczanka. Francuskie igrzyska pokazały nam miejsce w szeregu. A że kolejne igrzyska, w Lillehammer, przyspieszono o dwa lata, by odseparować się od letnich terminów – no to nadziei na poprawę nie było.

No i faktycznie, medalu nie zdobyliśmy… choć nieco poprawić się jednak udało.

O dziwo, bo znacząco spadła liczebność naszej kadry. Do Norwegii pojechało 28 osób, a za znaczące wydarzenie można uznać olimpijski debiut Tomasza Sikory, który od razu… został chorążym. Wykręcił też dla Polski punkcik – w sztafecie 4 x 7,5 kilometra. Do naszego dorobku – całych ośmiu oczek – dołożyli się też sztafeta 4 x 5 km kobiet w biegach (8. miejsce) oraz Jaromir Radke, który na łyżwiarskim torze był 7. na 5000 i 5. na 10000 metrów.

Jaromir Radke

Jaromir Radke, już lata po igrzyskach, na torze w Tomaszowie Mazowieckim. Fot. Newspix

Umierały za to „nasze” dyscypliny. W kombinacji norweskiej reprezentował nas tylko wspomniany już Ustupski (zajął 21. miejsce), a na skoczni – gdzie do niedawna o miejsca do wyjazdu na igrzyska biło się wielu mocnych kandydatów – wystawiliśmy tylko Wojciecha Skupnia. Zajął 29. i 31. miejsce.

Do przodu – choć minimalnie – poszliśmy w Nagano, cztery lata później. I wiemy, że irytujące może być to nasze skupienie się na punktach, ale musicie zrozumieć – innych wyznaczników nie ma. Nie było mowy o medalach, mało kto w ogóle dawał nadzieje na to, że może na podium stanąć. To były jednostki, nic więcej, a i tak większość z nich była rozważana na zasadzie „przy odrobinie szczęścia…”. Pewniaków? Wielkich nadziei?

Zero. Okrągłe zero.

Jak więc to było w Nagano? Ano tak, że 39-osobowej reprezentacji udało się wykręcić 12 punktów. Nie dołożył się do nich w konkursach indywidualnych debiutujący wtedy na igrzyskach Adam Małysz, który akurat w sezonie olimpijskim był w fatalnej formie… ale nie na tyle, by zawalić rywalizację drużynową. I wraz z Łukaszem Kruczkiem, Wojciechem Skupniem oraz Robertem Mateją nasi skoczkowie wykręcili ósme miejsce w drużynie.

Hej, zawsze to punkcik!

Nieco niespodziewanie po aż trzy oczka sięgnęła Anna Stera, nasza biathlonistka, 6. w biegu na 7,5 kilometra. Udało się też zapunktować Andrzejowi Bachledzie-Curusiowi, który w kombinacji alpejskiej zajął 5. miejsce. Tak wysoko skończyła też nasza biathlonowa sztafeta – ta sama, która cztery lata wcześniej była 8. W biathlonie było widać więc oznaki, że coś „się rusza”. W skokach niby też, ale spadek formy Małysza – w poprzednich sezonach był młodą rewelacją PŚ – niepokoił.

Andrzej Bachleda-Curuś

Andrzej Bachleda-Curuś. Fot. Newspix

Niemniej: pojawiała się drobna, nieśmiała, ale jednak istniejąca nadzieja na kolejne igrzyska.

Pierwsze w XXI wieku. W Salt Lake City.

Ten przeklęty Szwajcar

Salt Lake City 2002

Wszyscy wiecie, co stało się na przełomie stuleci, prawda? Mimo wszystko napiszmy: Adam Małysz wystrzelił wtedy w sposób niesamowity, wygrał Turniej Czterech Skoczni, potem Puchar Świata, a w międzyczasie pobijał rekordy kolejnych skoczni i roznosił rywali, jak tylko chciał. Stał się fenomenem, największą gwiazdą polskiego sportu i wystarczyło mu do tego ledwie kilka miesięcy. W kraju na punkcie Małysza rozpętał się taki szał, że dla turystów w Wiśle jednym z głównych punktów do oglądania był… jego dom.

Adam, może niekoniecznie się tego spodziewając, wybudował się tak, że obok miał drogę, która wznosiła się nad domem. W efekcie prywatności wiele nie miał.

Tak jak i nie miał spokoju przed igrzyskami olimpijskimi w Salt Lake City. Sam jednak był sobie winnym. W sezonie 2001/02 może i trochę zwolnił – ale tylko trochę – natomiast przed igrzyskami i tak miał na koncie siedem wygranych, a o Kryształową Kulę walczyli on i Sven Hannawald. I to ta dwójka miała też rozstrzygnąć między sobą kwestię złotego medalu olimpijskiego.

I tak jak wszyscy wiemy, co stało się na przełomie lat 2000 i 2001, tak wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że w Salt Lake City nagle wystrzeliła forma Simona Ammanna.

To nie tak, że Szwajcar był w tamtym momencie anonimowy. Choć sezon 00/01 miał fatalny, nie zdobył w PŚ ani punktu, to kolejnej zimy skakał nieźle. No, po początkowym słabym okresie, gdy w czterech konkursach zdobył tylko punkt, a potem nie pojechał do Villach. Odpuszczenie normalnej skoczni w Austrii okazało się strzałem w dziesiątkę, bo po tamtym weekendzie wrócił do Pucharu Świata i nagle był jednym z czołowych zawodników.

W ośmiu kolejnych konkursach Pucharu Świata był 7., 2., 3., 2., 3., 5., 11. i 15. A potem znowu zniknął… tym razem jednak z powodu poważnego upadku, którego doznał na treningu w Willingen. Szwajcar już po wyjściu z progu niemal natychmiast obrócił się na bok, a potem runął na zeskok uderzając twarzą o bulę. W Niemczech nie wystartował, podobnie w Zakopanem i Sapporo.

Wrócił dopiero na igrzyska, a Szwajcarzy wiedzieli, że mają asa w rękawie. Już niedługo po upadku – na obozach treningowych w St. Moritz i Engelbergu – Ammann miał się prezentować kapitalnie. Tyle że chyba nawet oni nie spodziewali się tego, czego Simon dokonał. Ba, nikt nie mógł się spodziewać. Wcześniej tylko Matti Nykaenen – najlepszy skoczek w dziejach – zdobył olimpijski dublet.

Jakie były szanse, że dokona tego 20-letni Szwajcar?

Niewielkie. Ale jednak na normalnej skoczni to on okazał się najlepszy. Choć trzeba dodać, że Adam Małysz – trzeci – uzyskał… dokładnie takie same odległości, co Simon. Przegrał notami, zwłaszcza pierwszym, zachwianym przy lądowaniu skokiem. Drugi Hannawald też zresztą wyprzedził go za sprawą stylu. Mimo wszystko – Orzeł z Wisły zdobył medal. Pierwszy dla Polski na zimowych igrzyskach od 30 lat. To cieszyło.

– Czuję się bardzo dobrze. Myślę, że ten konkurs był czymś wspaniałym. W pierwszym skoku mogłem upaść, bo lewa narta wpadła mi w dziurę zrobioną przez jednego z poprzednich zawodników. Udało mi się jednak uratować, ale dostałem niskie noty. W sumie poszło po naszej myśli. Chcieliśmy zdobyć medal, no i on jest. Chcę dedykować go wszystkim kibicom, wszystkim Polakom i całej rodzinie. Tutaj była wspaniała publiczność, która bardzo mi pomogła. Ten medal na pewno w jakiś sposób uczcimy, ale dopiero po olimpiadzie. Jestem trochę zaskoczony zwycięstwem Ammanna, ale Szwajcar skakał dziś naprawdę bardzo dobrze – mówił Adam po konkursie na łamach „Trybuny Śląskiej”.

Dla niego nie był to jednak koniec igrzysk i medali. Została bowiem skocznia duża.

Tam znów najlepszy był Ammann – nie ma sensu tworzyć zaskakującej narracji, bo znów: wszyscy to wiecie, prawda? Jednak okoliczności jego wygranej były inne. Małysza co prawda wyprzedził znacznie, tym razem nie było mowy o notach – wygrał o ponad 11 punktów. Ale po Ammannie w drugiej serii skakał jeszcze przewodzący stawce Sven Hannawald. Niemiec skoczył nieźle, mógł zatriumfować, ale… upadł.

I spadł na 4. miejsce. Małysz poprawił więc wynik ze skoczni normalnej – miał srebro. Ale najbardziej cieszył się ten młodzieniaszek w okularkach, który właśnie zdobył złoty dublet. Gdyby on nie wystrzelił, to złotymi medalami podzieliliby się – zgodnie z planem – między sobą dwaj wielcy faworyci.

A tak obaj zdobyli co najwyżej srebro. Ot, uroki sportu. Zresztą Adamowi Simon jeszcze zdołał dopiec.

Adam Małysz. Salt Lake City

Adam Małysz na igrzyskach w Salt Lake City w 2002 roku. Fot. Newspix

I o tym też tu opowiemy. Ale nie teraz. Co do Salt Lake City warto jeszcze dodać, że o mały włos nie zdobyliśmy tam historycznego medalu w snowboardzie – Jagna Marczułajtis skończyła slalom gigant równoległy na 4. miejscu.

Ale historyczne medale przyszły. Cztery lata później.

Podsumowanie rozwoju i zapowiedź wielkich rzeczy

Turyn 2006

Długo, naprawdę długo czekali polscy kibice na medale w ostatnich włoskich zimowych igrzyskach. A przecież nadzieje były i wcześniej. Nieśmiało liczono na snowboardowe popisy Pauliny Ligockiej, która rok później zgarnęła medal mistrzostw świata. Wielu miało nadzieję, że przełamie się Adam Małysz, któremu sezon 2005/06 niespecjalnie wychodził. Ani jedno, ani drugie nie miało jednak miejsca.

Pozostało czekać.

Do 14. dnia igrzysk. Bo wtedy, gdy już mało kto wierzył, że Polacy jeszcze przywiozą do kraju jakieś medale, nagle miała miejsce niespodzianka. Na trzecim stopniu podium stanęła bowiem młoda, ledwie 23-letnia biegaczka narciarska. Zwała się Justyna Kowalczyk i była nadzieją polskich biegów. Niedługo przed igrzyskami – w Estonii – po raz pierwszy stanęła na podium zawodów Pucharu Świata. Zajęła wtedy 3. miejsce w rywalizacji na 10 kilometrów stylem klasycznym.

Z jednej strony więc mogła budzić nadzieję. Z drugiej – to był jeden (i to mały) wystrzał. Teoretycznie podobny miała rok wcześniej, na mistrzostwach świata w Oberstdorfie (4. miejsce na 30 km klasykiem!), ale tamte wyniki anulowano, gdy ogłoszono, że w organizmie Kowalczyk wykryto niedozwoloną substancję. Początkowo zdyskwalifikowano ją na dwa lata i gdyby taki werdykt się utrzymał, straciłaby szansę na wyjazd na igrzyska.

– To przeszłość, jakby za mgłą. Ostatnio brat pokazał mi komentarze w internecie, gdzie wypomniano mi tę dyskwalifikację. Zareagowałam uśmiechem, więc jest OK. Tamto nieporozumienie wynikało z tego, że nie znałam się na przepisach. Nie wiedziałam, że nie można – ot, tak sobie – wziąć jakiegoś leku. A bolało mnie ścięgno Achillesa. Teraz jestem w kontakcie z doktorem Robertem Śmigielskim. Doradza mi, stale sprawdza, co mogę, czego nie – mówiła kilka lat później w rozmowie z portalem sport.pl.

Apelacje przyniosły jednak efekt. Dostała sześć miesięcy. W grudniu 2005 roku wróciła do rywalizacji. Estońskie podium było pewnym potwierdzeniem tego, że może zgłaszać aspiracje do medalu. Potem było jeszcze 4. miejsce w (znów) Oberstdorfie.

Ale igrzyska nie układały się po jej myśli.

W biegu łączonym na 15 kilometrów była 8. Dziesiątki stylem klasycznym nawet nie ukończyła, zemdlała na trasie i musiała uzyskać pisemną zgodę kierownika polskiej ekipy medycznej, by w ogóle wystartować w kolejnych konkurencjach. Dostała ją. I biegała dalej.

W sprincie stylem dowolnym – zgodnie z oczekiwaniami – nie miała szans, skończyła 44. Zostało tylko 30 kilometrów. Jej dystans, świetnie czuła się na tych długich trasach. Tyle że w Pragelato biegany łyżwą, a więc tym stylem, który niespecjalnie jej leżał. Ale nie pozostało nic innego, jak ruszyć i spróbować ugrać medal.

Spróbowała… choć nie do końca. Sama mówiła, że właściwie to już olała wszystko, wyluzowała. Nie spinała się na ten bieg. I może to właśnie pozwoliło jej uzyskać świetny wynik.

Kowalczyk biegła w prowadzącej grupie, na 3 kilometry przed metą sama ją rozerwała, a pod koniec – na podbiegu – jeszcze raz zaatakowała. I uciekła rywalkom, odczepiła się od reszty. Dognały ją dwie: Katerina Neumannova i Julija Czepałowa. Najepiej finisz rozegrała ta pierwsza, początkowo trzymała się z tyłu tej grupki, ale zaoszczędziła dzięki temu siły i uciekła na ostatnich metrach obu rywalkom. Rosjanka też wyprzedziła Polkę, choć wydawało się przez moment, że odpada od pozostałej dwójki. A Kowalczyk – którą komentator w pewnym momencie zdążył ochrzcić „złotą medalistką” – musiała zadowolić się brązem.

Ale to był taki brąz, który cieszył. Bo był zapowiedzią rzeczy wielkich, Justyna miała w końcu jeszcze wiele przed sobą.

Polska reprezentacja też.

Bo nazajutrz, przedostatniego dnia rywalizacji, wpadł drugi medal. Srebrny. Zupełnie inny od tego krążka Justyny Kowalczyk, bo w pewnym sensie stanowiący ukoronowanie kariery – nawet jeśli ta trwała jeszcze kilka dobrych lat. Wywalczył go Tomasz Sikora na biathlonowych trasach, który w biegu masowym przegrał tylko z Michaelem Greisem, a wyprzedził między innymi Ole Einar Bjoerndalena.

To ten bieg ze słynnym rach-ciach-ciach. Ten, w którym Sikora strzelał bezbłędnie… aż do ostatniego strzału. Gdyby trafił i tę ostatnią próbę, miałby złoto. Ale prawda jest taka, że i tak musiał być zadowolony.

Kilka lat temu w rozmowie z Weszło wspominał:

Długo miałem problemy z zatokami, spałem w zasadzie po trzy-cztery godziny. Bardziej byłem zmęczony tym bólem niż samymi startami. Poza tym podczas igrzysk nie wolno było przyjmować o wiele więcej środków przeciwbólowych, dlatego tak musiałem się z tym męczyć. Przed ostatnim startem byłem już tak zmęczony, że do dziś pamiętam pewną scenę. Jedna z dziewczyn pilnowała nam karabinów i powiedziałem do niej wtedy: „Kurczę, gdybym mógł, zrezygnowałbym z tego startu”. Ale że były to igrzyska olimpijskie, więc czułem, że muszę.

Więc pobiegł. I nagle wszystko się złożyło. 19 celnych strzałów. Dobre bieganie, może nie najlepsze w stawce, ale wystarczające. I tak pobiegł po srebro. Po kompletnie nieudanych igrzyskach, na których był przecież jedną z nadziei – w poprzednich sezonach potrafił stawać na podium zawodów Pucharu Świata. Ale akurat przed igrzyskami nie. Dlatego ta nadzieja była cicha, niewielka.

Jak to w biathlonie – przy dobrym strzelaniu? Może, może. Ale rywale muszą pudłować. No i oni pudłowali, on trafiał. Dobiegł srebrny. Na mecie się popłakał, potem mówił, że nie cierpi tego momentu, wstydził się tego puszczenia emocji, bo wzorem dla niego był ojciec, który nigdy nie płakał.

Ale w tamtej chwili chyba nie było możliwości powstrzymać tych łez. A pewnie płakał nie tylko on, ale też wielu przedstawicieli polskiego biathlonu, który przecież – wbrew pozorom – miał spore tradycje. Wszyscy czekali na taki moment. Wszyscy biegacze z kolei czekali na taki medal jak ten Justyny Kowalczyk.

Biathloniści, niestety, powtórki nie doczekali się do dziś. A biegacze? Cóż, Justyna się dopiero rozkręcała.

38 lat czekania. I wystarczy

Vancouver 2010

Można współczuć osobom, które nie pamiętają zimowych igrzysk w Vancouver. Odrodzenia Adama Małysza i jego walki o medale. Wyczekiwania na złoto, które trwało i trwało, i trwało… aż się doczekało. I tego sensacyjnego, idealnego zamknięcia igrzysk w postaci medalu łyżwiarek. Tak, to była zima, która pokazała nam, że możemy się w tych sportach na śniegu i lodzie liczyć.

Miłe to było uczucie.

Prawda jest taka, że im dalej w ten tekst – a tym bardziej w trzecią część, która ukaże się w kolejnych dniach – tym trudniej opisać tu cokolwiek tak, by było zaskakujące. Wielu przecież nadal doskonale pamięta tamte igrzyska. Skupmy się więc nie na szczegółach, a na ogóle. I przede wszystkim – na emocjach. Bo przecież rywalizacja w Vancouver zaczęła się dla nas cudownie.

Już pierwszego dnia igrzysk – licząc ceremonię otwarcia jako „dzień zerowy” odbywał się konkurs na skoczni normalnej. Nadzieje na medal były, choć też bez przesady. Adam Małysz w Pucharze Świata skakał zmiennie… choć im bliżej igrzysk, tym lepiej. W ostatnim konkursie przed startem w Vancouver wyskakał drugie miejsce – najwyższe w tamtym sezonie. Ogromnym faworytem był jednak ten, który wystrzelił osiem lat temu – Simon Ammann, który tylko w dwóch pierwszych konkursach tamtej zimy wypadł poza TOP 5!

Tak więc miał być Ammann, a potem wielu innych: Gregor Schlierenzauer (jeszcze w styczniu był liderem klasyfikacji generalnej), Thomas Morgenstern, może Janne Ahonen czy nawet Andreas Kofler. A my? My po cichu czekaliśmy na znakomity występ Adama Małysza. I się doczekaliśmy. Owszem, Simon Ammann odskoczył wszystkim fantastycznymi próbami na 105 i 108 metrów. Ale drugi? Drugi był Orzeł z Wisły!

Kolejne zimowe igrzyska z medalem – trzecie z rzędu, nasz rekord – stały się faktem. Lepszego początku naprawdę nie można było sobie wymarzyć.

Cztery dni po Małyszu do klasyfikacji medalowej wpisała się Justyna Kowalczyk. Startowała wówczas w sprincie stylem dowolnym. To nie była jej konkurencja, ale zdarzało się, że potrafiła w niej pobiec. To właśnie tym sprintem pokazała, że przygotowała na igrzyska fantastyczną dyspozycję… o co się trochę martwiliśmy, bo we wcześniejszym biegu na 10 kilometrów sporo straciła do rywalek i zajęła 5. miejsce.

W sprincie jednak wszystko poszło dobrze. W kwalifikacjach Justyna była 5., swój ćwierćfinał wygrała. W półfinale też była najlepsza. W finale za to do złota brakło niewiele – dokładnie 1,1 sekundy. I z jednej strony było to rozczarowanie.

A z drugiej? Wielka radość, bo mimo wszystko ten medal w sprincie, srebro – za plecami Marit Bjoergen, oczywiście – było pewnym zaskoczeniem. Justyna tylko raz wcześniej – na niespełna miesiąc przed tym startem – stanęła na podium PŚ w tej konkurencji. A tu nagle srebro igrzysk? Cudownie! Dwa medale, dwa srebra, czyli jakby nie było… najlepszy występ w polskiej historii!

Choć, wiadomo, brakowało złota.

Na to trzeba było jednak poczekać, ale nie było to czekanie bezczynne. 19 lutego Kowalczyk dorzuciła bowiem swój drugi medal – brąz w biegu łączonym. Przegrała (oczywiście) z Bjoergen, ale też z Anną Haag ze Szwecji. Potem biegaczki czekały te konkurencje, które Kowalczyk obchodziły mniej – czy to sprint drużynowy, czy sztafeta. A to wszystko kończyło się biegiem na 30 kilometrów. Ale zanim przyszedł on, to drugie srebro dorzucił Adam Małysz – tym razem na dużej skoczni. Tam Ammann już ostatecznie odskoczył wszystkim, a Polacy mogli powtarzać „no tak, znowu on”.

Bo przecież gdyby Szwajcar nie istniał, to Małysz miałby trzy olimpijskie złota. Ale taki jest sport.

Nas te igrzyska już i tak cieszyły. Mieliśmy trzy srebra i jeden brąz. Znakomity dorobek, biorąc pod uwagę naszą historię. Jednak brak złota mimo wszystko ciążył. Adamowi się nie udało, Justyna też była blisko, ale brakowało takiego sukcesu. Został jednak ten bieg na 30 kilometrów. Konkurencja Kowalczyk, do tego biegana na tych igrzyskach stylem klasycznym. Proste pytanie brzmiało: jak nie tam, to kiedy? Jak nie ona, to kto?

I o rany, jaki to był bieg!

Warto jednak cofnąć się tu jeszcze i napisać kilka rzeczy. Po pierwsze, Kowalczyk niezmiennie denerwowała nakładana na nią (nie bez powodu, wygrała Tour de Ski i była liderką Pucharu Świata) presja oczekiwań. -– Mam dość tych głupot! Pseudofachowcy wyprowadzają mnie z równowagi i niepotrzebnie niepokoją kibiców. W Polsce na biegach zna się pięć osób, a bardzo dobrze tylko mój trener. Wiem, co mówię! – mówiła przed wylotem do Kanady.

Po drugie, nie podobały jej się kanadyjskie trasy. Dla niej były zbyt łatwe, uznawała, że nie stanowią wyzwania, a wiadomo – Justyna najlepsza była tam, gdzie trudność się zwiększała. Wymagające podbiegi, duża intensywność – to było jej królestwo. Z tego też powodu – i po poprzednich biegach, które dla wielu w Polsce mimo wszystko stanowiły rozczarowanie – Kowalczyk raczej z przekąsem wypowiadała się o swoich szansach.

Ale próbowała, walczyła. Do 22. kilometra wszystkie faworytki biegły grupą. A potem zaczęło się prawdziwe ściganie, bo zaatakowały Norweżki. Justyna ruszyła za nimi, choć na mokrej trasie nie było to łatwe. W końcu jednak zaczęła zyskiwać przewagę nad wszystkim rywalkami… poza Marit Bjoergen. Obie miały wkrótce 40 sekund nad resztą stawki. Jasne było, że wygra któraś z nich. Justyna próbowała urwać Norweżkę, ale się nie udawało.

Na ostatnią prostą wpadła z minimalną przewagą. Ale Bjoergen zmieniła tor i zdawała się doganiać Polkę. Był moment, że serca polskich fanów niemal pękły, bo pewnym wydawało się, że Norweżka wygra. Ale Kowalczyk wykrzesała z siebie ostatki sił, a Marek Jóźwik w komentatorskiej budce też dawał z siebie wszystko. – Może będzie złoty medal! Justyna mocno kijkami! Bjoergen nie odpuści do ostatniego kilometra! Będzie walka na śmierć i życie? Bjoergen czy Kowalczyk? Bjoergen czy Kowalczyk? Justyna mocniej, jesteś silniejsza, potrafisz to zrobić! Justyna Kowalczyk minimalnie, minimalnie Polka, będzie złoty medal! – krzyczał.

I złoto było. Faktycznie, minimalne. O trzy dziesiąte sekundy. 38 lat po Fortunie, wreszcie się udało. Polska znów cieszyła się z tego, że jej hymn miał zostać zagrany na igrzyskach. Jeśli ktoś jednak myślał, że to koniec emocji w Vancouver, to się mylił. Bo jeszcze tego samego dnia o brąz rywalizowały nasze panczenistki i udało im się po niego sięgnąć. A więc szósty medal, na zamknięcie naszych olimpijskich zmagań.

Idealna puenta do wspaniałej imprezy.

I zapowiedź tego, co miało nastąpić za cztery lata. Ale to już temat na trzecią część naszej opowieści.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o zimowych igrzyskach olimpijskich na Weszło:

3 komentarze

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Igrzyska

Igrzyska

Usłyszała od Piesiewicza, że będzie chorążą. „Jestem dumna”

Jakub Radomski
12
Usłyszała od Piesiewicza, że będzie chorążą. „Jestem dumna”
Igrzyska

Przeanalizował szanse Polaków. „Żurek jedzie po dwa medale”

Jakub Radomski
6
Przeanalizował szanse Polaków. „Żurek jedzie po dwa medale”
Igrzyska

Słaby Stoch w treningach. „Spędziłem 12 godzin w aucie”

Jakub Radomski
15
Słaby Stoch w treningach. „Spędziłem 12 godzin w aucie”
Igrzyska

Rosjanin stał się Polakiem i pragnie medalu. „To jest rzeźnia”

Jakub Radomski
21
Rosjanin stał się Polakiem i pragnie medalu. „To jest rzeźnia”
Reklama
Reklama