Przez lata był czołowym polskim łyżwiarzem, a ukoronowanie jego kariery to brązowy medal w drużynie, zdobyty w Soczi razem ze Zbigniewem Bródką oraz Janem Szymańskim. Potem poszedł w „dyrektory” – dziś jest właśnie takowym w Polskim Związku Łyżwiarstwa Szybkiego, a do Mediolanu i Cortiny d’Ampezzo, na igrzyska, jedzie jako szef misji olimpijskiej. Tę samą funkcję pełnił zresztą i w Pekinie. Z Konradem Niedźwiedzkim rozmawiamy o dużych szansach medalowych w łyżwiarstwie, stresie u sportowca i szefa misji, ale też o tym, jak będzie wyglądać organizacja igrzysk i o… odholowanym samochodzie.
Konrad Niedźwiedzki, szef misji olimpijskiej. „Igrzyska? Jestem gotowy na to, co rzuci nam los”
SEBASTIAN WARZECHA: Wybacz mi, ale te rozmowę zacznę nieco ci umniejszając. Bo mam wrażenie, że wiele osób może nawet nie wiedzieć, że istnieje ktoś taki jak szef misji olimpijskiej. To może powiedzmy na start, jak ważna to postać. Myślę, że można to określić tak: ile będziesz średnio – licząc od teraz do końca igrzysk – spać na dobę?
KONRAD NIEDŹWIEDZKI: (śmiech) To zależy! Jeżeli wszystko będzie szło płynnie i bez problemów, to myślę, że będą to dosyć spokojne noce i standardowe dni. Natomiast w sytuacjach nieprzewidzianych ta noc się skraca i trzeba się dostosować do tego, co jest do zrobienia. Będę na bieżąco na to wszystko patrzeć. Różnie to bywa, ale jestem na wszystko przygotowany.
Pekin był chyba najtrudniejszym startem, jaki można było „dostać” w tej roli? Mam tu na myśli koronawirusa i pozytywne wyniki testów niektórych Polaków. Tam tego snu było pewnie mało?
Tak, jak mówiłem o sytuacjach nieprzewidzianych i nieprzespanych nocach, to z tyłu głowy mam właśnie ten Pekin. Tam w zasadzie od początku mieliśmy problemy z pozytywnymi testami i był to trudny czas. Również ze względu na to, że było bardzo dużo restrykcji. Te wszystkie przypadki, a w efekcie grupy, które do nas dzwoniły z każdej wioski [igrzyska w Pekinie były rozbite trzy wioski olimpijskie – przyp. red.], bo wszędzie coś się działo – to wszystko sprawiło, że był to napięty okres.
Teraz spodziewam się jednak, że będą to bardziej „normalne” zawody. Natomiast są to też igrzyska i nigdy nie wiadomo, co się przytrafi. Oby jak najmniej i finalnie było jak najwięcej spokoju. Jak mówię: ja jestem gotowy i misja też jest gotowa na to, że dostosujemy się do tego, co los nam rzuci.
Trudno przygotować się do igrzysk, gdzie tych wiosek będzie sześć i to nieco „poukrywanych” po górskich okolicach, gdzie dojazd wcale nie jest łatwy?
Właśnie z tego względu mamy szerszą niż zazwyczaj misję olimpijską. Aby można było zapewnić, mówiąc kolokwialnie, „serwis” 24 godziny na dobę naszym olimpijczykom, to w każdej z tych wiosek muszą być członkowie misji . Tak to ułożyliśmy, bo różne sytuacje mogą się przytrafić. Każda wioska jest zabezpieczona i będziemy się starali jak najbardziej ułatwić pobyt naszym sportowcom.
Znasz już dobrze Mediolan?
Znam na tyle, że wiem, że to dość zakorkowane miasto i sporo się tam dzieje. Przeszedłem chrzest bojowy, gdy odholowano mi samochód, który postawiłem na złej linii (śmiech). Ale to był błąd w czasie mojego pierwszego pobytu. Postawiłem auto na miejscu obok samochodu, który tam stał. Okazało się, że następnego dnia od 6:00 rano był jakiś jarmark i wszystkie inne samochody zniknęły, a mój został odholowany.
Rzadka sytuacja – ktoś we Włoszech zwraca uwagę na złe parkowanie.
(śmiech) Tak, ale to wszystko właśnie przez ten jarmark. Zapewne mój samochód zablokował dostęp dla ciężarówek i trzeba było odholować.
Czy jako szef misji jesteś tak naprawdę od wszystkiego? Każda skarga czy problem zawodników przejdzie właśnie przez ciebie? Czy macie tu jakieś szczebelki?
To będzie wyglądało tak, że jeżeli będą małe problemy, zgłoszenia, to będą to rozwiązywali poszczególni przedstawiciele misji olimpijskiej. Jest w misji kilku zastępców, którzy będą w innych wioskach. To będzie rozwiązywane na ich poziomie. Trudniejsze rzeczy pewnie będą do mnie dochodzić i będziemy wspólnie próbowali je rozwiązać.
Macie też do pomocy osobę z Polski, ale mieszkającą we Włoszech.
Kinga, bo tak ma na imię, jest osobą z ramienia komitetu organizacyjnego. Ma duże doświadczenie jeżeli chodzi o inne igrzyska olimpijskie, a kontakt jest bardzo dobry. Jesteśmy na co dzień na łączach, więc wszystko jest tu bardzo płynne. A że jest Polką, to na pewno to pomaga. Do tego zna też ten teren, choć nie jest z Mediolanu. Korzystamy z tego wszystkiego.
Jest również attache, którym ma być Czesław Lang – też osoba, która zna ten włoski styl życia.
To też jest nasza mocna strona. Pan Czesław ma sporo znajomych we Włoszech, mówi po włosku i zna ten kraj bardzo dobrze. W jakichś problematycznych sytuacjach mamy kolejną osobę, która będzie mogła pomóc czy to misji, czy reprezentacji. To jest jak najbardziej in plus. Mimo wszystko oby pan Czesław jak najrzadziej się nam przydawał, ale jeżeli będą jakieś kwestie do rozwiązania, to będziemy z tego korzystać.
Byłeś na wszystkich igrzyskach od 2006 roku. W Turynie debiutowałeś jako zawodnik, teraz wracamy do Włoch po 20 latach. Jak wspominasz te igrzyska z Turynu? I czy ta włoska organizacja wtedy wypaliła? Bo przecież wiemy, że w Cortinie i okolicach było sporo problemów, choćby z halą hokeistów, która długo była wykańczana.
Wtedy miałem 21 lat i tak naprawdę sam wyjazd na igrzyska był dla mnie ogromnym wydarzeniem. Chyba nawet nie rejestrowałem tego wszystkiego, co mogło pójść nie tak, bo też nie miałem wyobrażenia o tym, jak takie igrzyska wyglądają. Dla mnie to był po prostu szczególny czas. Dopiero teraz po latach, pracując przy organizacji imprez z kalendarza ISU [Międzynarodowa Unia Łyżwiarska], rozmawiam z ludźmi, którzy byli wtedy w Turynie w komitecie organizacyjnym i słyszę różne historie, których ja zupełnie nie zarejestrowałem. Że coś było niedokończone, gdzieś prace trwały do samego pojawienia się zawodników. Dopiero po 20 latach to do mnie dociera. (śmiech)
Natomiast próbując to przenieść na te igrzyska… myślę, że części tej włoskiej mentalności się nie zmieni. Na pewno duży jest nadzór Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego i oni nad tym czuwają. Moje wrażenia, które mam z posiedzenia szefów misji czy wizytacji poszczególnych obiektów i wiosek są dobre. Wygląda na to, że wszystko będzie na czas. Oczywiście, wyskakują co jakiś czas takie historie jak z tą halą hokejową. Tak naprawdę nawet nie wiem, jak wygląda ta kwestia. Podejrzewam, że jeśli chodzi o wymiary, to trudno będzie to zmienić, ale tam w międzyczasie pojawiła się też jakaś dziura na lodowisku. Choć to jest do naprawienia.
Jest też na przykład kwestia lodowiska treningowego dla łyżwiarstwa figurowego, którego ma nie być. Zamiast tego lodowisko treningowe do short tracku ma być dzielone pomiędzy dwoma sportami. Natomiast myślę, że jest to wszystko do zrobienia. Może ten plan różni się nieco od tego założonego przez organizatorów, ale damy radę, bo przy okazji innych startów czy igrzysk też tak to wygląda, że te lodowiska są dzielone. Jakieś niespodzianki będą, ale obiekty, które wizytowałem, wyglądały całkiem dobrze.
Na łyżwach szybkich – gdzie liczymy na medale – przez opóźnienia nie było za to próby przedolimpijskiej.
My tak naprawdę mieliśmy próbę przedolimpijską – był nią Puchar Świata juniorów w listopadzie. Seniorzy co prawda nie mieli okazji tam jeździć, ale można ocenić po wynikach jak ten tor będzie wyglądał. Na pewno zostanie wzbogacony o symbole olimpijskie, bo tego jeszcze wtedy nie było. Z pewnością mam nadzieję, że infrastruktura dookoła toru zostanie poprawiona, bo było tam nieco zimno i brakowało prywatności w pomieszczeniach do spotkań, w tych częściach wspólnych. Generalnie jednak naprawdę nieźle poszła organizatorom budowa toru w hali EXPO. Z poprawkami będzie okej.
Co jest bardziej stresujące: jechać na igrzyska jako zawodnik i walczyć o medal czy jako szef misji?
Jako zawodnik. Bo to poniekąd wiąże się z przyszłością. Oczywiście najważniejsze są te kwestie stricte sportowe, ambicjonalne czy wręcz marzenia – bo zawodnicy, którzy jadą na igrzyska, marzą o medalu. A teraz mamy w dodatku takie nagrody, że można sobie medalowym startem ułożyć życie. PKOl przygotował rekordowe nagrody finansowe, ale i mieszkanie czy samochód, Ministerstwo stypendia oraz nagrody pieniężne. To siedzi gdzieś z tyłu głowy.
Nie powiem jednak, że funkcja szefa misji nie jest stresująca. Aktualnie z entuzjazmem podchodzę do tego, że niektóre koszule, które były opięte jakiś czas temu, teraz leżą całkiem dobrze (śmiech). Natomiast zawodnicy mają jednak więcej ciśnienia. Choćby w takich sytuacjach, jak mieliśmy w Pekinie – to też dramatyczne kwestie, gdy ktoś nie może wystartować. My przyjmujemy to po prostu z rozczarowaniem, a zawodnik może przeżywać taki moment wręcz do końca życia.
Ty po medalu z Soczi poczułeś, że to życie jest już faktycznie ułożone?
W mojej sytuacji jest to chyba bardziej kwestia po prostu spełnienia się. Realizacji marzenia, które towarzyszyło mi od dziecka. Bo jednak nagrody finansowe – ja dostałem bodajże 37 tysięcy za brązowy medal – teraz są zdecydowanie inne, większe. Trudno ułożyć sobie za tyle życie. Choć oczywiście korzystam od stycznia ubiegłego roku ze świadczenia olimpijskiego, które na koncie zawsze jest mile widziane. Jednak wydaje mi się, że tamtych czasach to chyba była bardziej kwestia spełnienia zawodowego, nie myślało się o emeryturach, choć dziś to bonus. Oczywiście, ważne jest też to, że medal zostaje z tobą do końca życia. Dziś czuję, że pomaga mi to w rzeczach, którymi zajmuję się na co dzień. Natomiast nadal nie jest to chyba „ułożenie życia”.

Brązowa drużyna polskich łyżwiarzy z Soczi. Konrad Niedźwiedzki po lewej. Fot. Newspix
Mieliście jednak poczucie, że Soczi to wasza największa szansa na medal jako drużyna?
Zdecydowanie. Wtedy tak naprawdę kładliśmy się spać jako co najmniej czwarta drużyna igrzysk, bo byliśmy już po dwóch biegach. Drugi przegraliśmy z Holendrami, więc trafiliśmy do Finału B, czyli walki o brązowy medal. Były myśli, że jesteśmy już bardzo blisko i trzeba zrobić wszystko, by postawić kropkę nad „i”.
Jak mówiłem: Turyn to była dla mnie nowość, nie myślałem o medalu. Trochę inaczej podchodziłem do Vancouver, ale tam mi nie wyszło. W Soczi miałem z kolei perturbacje zdrowotne w starcie indywidualnym na 1500 metrów. Złapałem wtedy kontuzję i nie mogłem pokazać tego, co jeździłem w Pucharach Światach. Moja droga do tego medalu była dosyć wyboista, trudna. Tym bardziej czuć było ten stres. Rzeczywiście było sporo emocji związanych z tym startem.
Czy tak jak wy wiedzieliście przed startem, że macie wielką szansę na medal, tak teraz wszyscy w polskim łyżwiarstwie wiedzą, że te igrzyska to ogromna szansa dla tego sportu?
Myślimy o tym, że czekamy już 12 lat na medal olimpijski, a przy tym od wielu lat potwierdzamy naszą wysoką pozycję w sportach zimowych w Polsce czy nawet na świecie. Brakuje nam jednak właśnie tego medalu olimpijskiego. Zbudowaliśmy w tym okresie fajną strukturę, fajny system szkolenia, zbudowaliśmy kadry… Chciałoby się, by zawodnicy, którzy zdobyli kupę medali czy to Pucharów Świata, czy mistrzostw świata, postawili teraz tę kropkę nad „i” i przywieźli ten medal.
To pomogłoby całej dyscyplinie, a nam pozwoliłoby dalej to rozwijać. Bo medale olimpijskie dla związków wiążą się też z większymi nakładami na dany sport. A my przecież i tak otrzymywane w ostatnich latach środki dobrze wydatkowaliśmy, czego dowodem są na przykład medale mistrzostw świata. Natomiast marzy mi się, żebym i jako zawodnik – z czego się już cieszę – i po „drugiej stronie” mógł pomóc kadrze w tym, by i inni zawodnicy mogli zdobyć medale.
Jeśli zdobędziemy we Włoszech trzy medale na łyżwach, to będziesz tym zaskoczony?
Będę pozytywnie zaskoczony, bo igrzyska to trudne zawody. Nie można tego porównać do Pucharów czy mistrzostw świata. Na pewno nas na to stać. Natomiast taki dorobek powiedziałby nam, że wykorzystaliśmy właściwie wszystkie szanse, które mieliśmy i zrealizowaliśmy plan niemal w stu procentach. Niemal, bo jest możliwość, by ten dorobek był nawet większy, ale to właśnie kwestia realizacji naszego potencjału na sto procent. Igrzyska są jednak trudne i nie jest łatwo zamienić wszystkie nasze szanse, nadzieje na medale. Trzy to i tak byłby ogromny sukces… a tak naprawdę każdy medal byłby dla nas niezwykle cenny.
Spytałem o trzy medale, bo tak naprawdę trzy największe szanse, przynajmniej na papierze, mamy właśnie w łyżwiarstwie. Są nimi Damian Żurek, Kaja Ziomek-Nogal i Władimir Semirunnij. Plus kilka mniejszych – jak Andżelika Wójcik, nadzieje w short-tracku…
Tych szans jest sporo. Te naprawdę „mocne”, z których nie musimy się przesadnie tłumaczyć, mamy rzeczywiście trzy-cztery. Natomiast reprezentacja, jaką wysyłamy, ma duży potencjał . Przy odrobinie szczęścia jest tu szansa nawet na większy dorobek. Stąpajmy jednak na razie twardo po ziemi. Oby po pierwsze przytrafił się jeden medal, taki, który pozwoli innym zawodnikom uwierzyć w siebie i pokazać, że mogą sięgnąć po medal na igrzyskach. Kwestie życzeniowe, marzenia na razie zostawiam. Przejdziemy przez te igrzyska dzień po dniu.

Damian Żurek będzie jedną z naszych największych nadziei medalowych w Mediolanie. Fot. Newspix
A ja bym jednak trochę jeszcze poprzewidywał. Ale teraz pytam cię jako szefa misji, już nie tylko o łyżwy, a całą kadrę. I zapytam tak: czy dorobek medalowy Polski będzie lepszy niż w Pekinie?
Mam nadzieję, że ten wynik poprawimy. Tam był skromny jeden medal, do tego brązowy. Zresztą dużo było wtedy głosów, że w ogóle nie przywieziemy medalu. Cieszę się jednak, że Dawid Kubacki stanął na podium i „rozmyły” się te wszystkie rozmowy. Teraz też było trochę takich głosów, ale nieco przycichły. I mam nadzieję, że ten wynik faktycznie będzie nieco bardziej okazały, taki, z którego będziemy mogli być dumni – nie tylko my, zaangażowani w to wszystko, ale ogółem Polacy.
W Salt Lake City w 2002 roku i cztery lata później w Turynie było srebro i brąz. Przebijamy?
Myślę, że tak.
Pjongczang? Tam złoto i brąz.
Jest to możliwe, ale oczywiście o to złoto zawsze jest najtrudniej.
Okej, to tu się zatrzymajmy. Bo Vancouver to sześć medali, w tym jedno złoto, a Soczi to już było prawdziwe święto polskiego sportu (cztery złota, srebro i brąz przyp. red.).
Tak, to już kosmos. Trudno będzie to poprawić.
Pytałem już o ciebie-zawodnika i ciebie-szefa misji. To zapytam jeszcze: czy byciu chorążym reprezentacji też towarzyszy stres? Czy jednak czuje się euforię?
To ogromna radość, duma i jedna z najpiękniejszych chwil, jakie przeżyłem jako zawodnik. Cieszę się, że miałem taki epizod w swoim życiu, bo to jednak wprowadzenie reprezentacji Polski na stadion, na który patrzy cały świat. Jest przy tym lekki stres, bo ma się tę flagę, trzeba ładnie machać, żeby się nie zakręciła i przez te kilka sekund wyglądało to tak, jak wyglądać powinno. Więc jest mały stresik, ale też wielka duma i szczęście z takich momentów.
Jak bardzo cieszysz się tym, że na tych igrzyskach wniesie tę flagę nie tylko przedstawicielka łyżew szybkich, ale w dodatku zawodniczka bardzo doświadczona i taka, która miała to zrobić już cztery lata temu, ale uniemożliwił jej to COVID?
Bardzo się cieszę, bo uważam, że Natalia Czerwonka to jak najbardziej dobra kandydatura. Może osobiście cieszę się bardziej właśnie dlatego, że to przedstawicielka łyżew i medalistka olimpijska. I myślę, że tak na koniec kariery – choć nie chcę jej „skazywać” na zakończenie startów – to piękne podsumowanie wszystkiego, co osiągnęła, na czele z medalem olimpijskim. Akurat pisałem do niej po ogłoszeniu i widzę, że też jest z tego faktu zadowolona. Zdecydowanie jest to nominacja uzasadniona.
We Włoszech wybije ci 20-lecie twojego olimpizmu, licząc od Turynu 2006. Czego byś sobie na tę okazję życzył?
Przede wszystkim tego, żeby łyżwiarstwo po 12 latach przerwy wróciło do Polski z medalem. Bo nasi zawodnicy naprawdę świetnie się prezentują i mają wszystko, żeby ten medal zdobyć. A do tego życzę sobie i tego, by cała Polska przez te dwa tygodnie kibicowała wszystkim naszym reprezentantom. Bo nawet jeżeli któryś nie jedzie po medal, to trzeba wiedzieć, że w prawie 40-milionowym kraju jest tylko 60 osób, które się na te igrzyska zakwalifikowały. A to nie jest proste.
Życzę więc sobie tego, żebyśmy kibicowali im wszystkim i nie wyciągali zbyt pochopnych wniosków. Igrzyska to nie są łatwe zawody, trzeba się mocno napracować – często inwestując nawet swoje pieniądze – by w ogóle na nie pojechać. Liczę, że będziemy mieć we Włoszech i dumę z medali, i dumę z naszych reprezentantów, i fajną rywalizację. No i… a w sumie chyba i tak dużo tych życzeń. (śmiech)
Po pierwsze przytakuję, jak najbardziej. Po drugie, myślałem, że może nawiążesz do początku tej rozmowy i zażyczysz sobie, żeby się wysypiać. Bo to by znaczyło, że wszystko idzie dobrze.
Wysypianie się to nie jest dla mnie najważniejsza rzecz. Ale tak, byłoby to wskazane. Natomiast wiesz, może też być tak, że jeżeli się nie wysypiasz, to choćby z tego powodu, że jest ogromne zainteresowanie mediów, by dopytać o coś jednego czy drugiego medalistę. Więc to niewysypianie się może też być dobrym znakiem.
To ja w takim razie życzę ci, żebym i ja cię takimi prośbami nękał.
Niech tak będzie!
ROZMAWIAŁ
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. 400mm.pl