Robert Lewandowski przez lata przekonywał, że to w Katalonii w końcu znalazł miłość i uwielbienie. I choć rzeczywiście stał się idolem trybun oraz ulubieńcem Joana Laporty, jego relacja z Barceloną długimi momentami była także po prostu skomplikowana. Jeśli była to miłość, to daleka od cukierkowej – pełna napięć, pretensji i nerwowych momentów. Ale czy nie tak wygląda właśnie prawdziwe uczucie?
Futbol bywa bezwzględny. Najlepiej obrazuje to fakt, że przygoda Roberta Lewandowskiego z Barceloną dobiegła końca właśnie wtedy, gdy jej trenerem jest Hansi Flick.
A przecież Niemiec największe sukcesy odnosił, gdy obok niego był Lewandowski. Ich współpraca przez lata gwarantowała sukcesy. W Bayernie Monachium wygrali wszystko, co było do wygrania, a Lewandowski nie tylko pobił legendarny rekord Gerda Müllera, ale – zdaniem wielu – zasłużył też na Złotą Piłkę.
W Barcelonie Flick ponownie „odblokował” Polaka. Poprzedni sezon 37-latek zakończył z imponującym dorobkiem 42 bramek, a razem świętowali dwa mistrzostwa Hiszpanii.
Jedyna poważna trenerska porażka Flicka przyszła wtedy, gdy pracował bez Lewandowskiego. Reprezentacja Niemiec odpadła z mundialu w Katarze już po fazie grupowej. Dlatego trudno uciec od wrażenia, że gdyby trener jasno zadeklarował chęć dalszej współpracy z Polakiem, Barcelona zrobiłaby wszystko, by przedłużyć jego kontrakt.
A tak, skończyło się pożegnaniem bez konkretnej oferty.

Chłodna kalkulacja wygrała z sentymentem
Rzecz jasna Flick nie decydował w tej sprawie wprost. Ale od dłuższego czasu wysyłał sygnały, że rola polskiego napastnika maleje z każdym tygodniem. Unikał deklaracji na konferencjach prasowych, w ważnych meczach trzymał go na ławce rezerwowych, niechętnie i bardzo ogólnikowo rozmawiał o przyszłości napastnika.
Decyzja, że Barcelona potrzebuje kogoś innego, musiała być dla 61-letniego wyjątkowo trudna. Ale gdy trzeba było ją podjąć, chłodna kalkulacja wygrała z ogromnym sentymentem.
Flick widział, jak wygląda w ostatnich miesiącach forma napastnika, wiedział też, czego potrzebuje jego drużyna. Miał również świadomość, co dla trenera i dla drużyny oznacza sfrustrowany i trzymany na ławce rezerwowych Lewandowski.
To przecież Niemiec z bliska obserwował trudny charakter Lewandowskiego, gdy ten był niezadowolony ze współpracy ze szkoleniowcem. Obecny trener Barcelony był asystentem Niko Kovaca w Bayernie, przeciwko któremu buntowali się piłkarze (w tym Lewandowski), doskonale zna też historie związane z Carlo Ancelottim i Julianem Nagelsmannem.
Sygnały, które od pewnego czasu wysyłali Flick oraz dyrektor sportowy Deco, zaczęły układać się Lewandowskiemu niczym obrazek z puzzli. Widząc, w którą stronę zmierza Barcelona, napastnik, jeszcze po rozmowie z trenerem, podjął decyzję, że w sobotę ogłosi swoje pożegnanie z Blaugraną.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Xavi Hernandez chciał pożegnać Lewandowskiego
Choć pobyt Lewandowskiego w Barcelonie na wielu polach okazał się sukcesem – Polak w ciągu czterech lat zdobył trzy tytuły mistrzowskie, został symbolem odrodzenia Barcelony, ulubieńcem kibiców i prezydenta Joana Laporty, to jego miłość z katalońskim klubem nie zawsze była łatwa.
A jeśli przyjrzymy się bliżej, można nawet powiedzieć: to była naprawdę trudna relacja.
O ile Flick obiektywnie został postawiony przed wyjątkowo niewdzięczną decyzją – miał pośrednio zdecydować o przyszłości jednego ze swoich najbardziej zasłużonych piłkarzy, w momencie, gdy ten miał już 38 lat i kończył się jego kontrakt – tak przecież nie był pierwszym trenerem, który wysłał sygnały, że dla dobra klubu Lewandowskiego należy już pożegnać.
Wiosną 2024 roku Xavi Hernandez udał się do Deco z jasnym komunikatem: Robert Lewandowski musi odejść!
Historię potwierdzał później na łamach książki „Lewandowski. Prawdziwy” Sebastiana Staszewskiego sam Joan Laporta.
– Podczas spotkania w moim domu spojrzałem mu [Xaviemu] w oczy i spytałem: „Czy wierzysz w tę drużynę?”. Potwierdził. A dwa tygodnie później przyszedł do Deco z tą listą. Było tam nazwisko Roberta. Powiedziałem: „Xavi, kocham cię, jesteś naszą legendą, ale nie tak się umawialiśmy. Nic z tego nie będzie” – przyznał prezydent Barcy.

Stosunki między Xavim a Lewandowskim układały się mocną sinusoidą. Hiszpański trener był jedną z osób, która gorąco namawiała napastnika na transfer do Barcelony. W rozmowach odniósł sukces, choć Duma Katalonii przechodziła wówczas poważny kryzys. Snajper uwierzył jednak w projekt Xaviego.
W pierwszym sezonie Lewandowski ciągnął drużynę za uszy niemal w pojedynkę – został królem strzelców La Liga, pomógł odzyskać mistrzostwo Hiszpanii, a w Lidze Mistrzów w pięciu występach zdobył pięć bramek. Wiosną kibice odczuli jednak pewien dysonans – oto gość, który jeszcze przed chwilą demolował wszystkie obrony świata i powinien otrzymać Złotą Piłkę, teraz odpada z Manchesterem United w 1/16 finału Ligi Europy.
Z biegiem czasu Lewandowski czuł, że pomysł Xaviego na zespół przestaje działać, co odbijało się też na wynikach strzeleckich napastnika. Szkoleniowiec miał za to świadomość, że snajper staje się jego szatnianą opozycją.
Wszystko skończyło się wizytą u Deco z listą piłkarzy „do odstrzelenia”. Z próby sił zwycięsko wyszedł Lewandowski.
Pożegnanie Xaviego i zatrudnienie Hansiego Flicka zdecydowanie przedłużyło karierę Lewandowskiego i wyraźnie wpłynęło na renesans jego formy w sezonie 2024/25. Podczas gdy w ostatnim sezonie Xaviego Lewandowski zdobył łącznie 26 bramek, rok później, pod wodzą Flicka, skończył sezon z 42 trafieniami. Średni czas czekania na bramkę skrócił się wówczas ze 146 minut do zaledwie 93.
Niełatwa relacja z młodymi piłkarzami
Nie jest też tajemnicą, że początkowo relacje Lewandowskiego z młodymi zawodnikami również nie układały się podręcznikowo. Problem z wymagającym podejściem napastnika mieli zwłaszcza choćby Lamine Yamal czy Pedri, którzy nie nawykli do obcesowego traktowania.
– Młodym zawodnikom zdarzają się mecze, w których nie gramy najlepiej, to naturalne. W pierwszych miesiącach Robert się na to wkurzał, na niektórych piłkarzy nie patrzył przychylnym okiem – przyznawał na łamach książki „Lewandowski. Prawdziwy” Gavi.
– Dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że możemy być naprawdę utalentowanym pokoleniem, które przejdzie do historii klubu. Wtedy przestał się irytować, a zaczął pomagać – dodawał.
O tym, że Lewandowski na treningach wcielał się w rolę złego policjanta mówili też inni – Laporta, dziennikarz Toni Juanmarti, a nawet Patrick Kluivert. Doświadczony napastnik uważał, że szaleństwo na punkcie Yamala może zaszkodzić piłkarzowi – postanowił więc chłodzić jego głowę, upominając przy każdym błędzie i docinając po nieudanych zagraniach.
Przyzwyczajonemu do pochwał nastolatkowi początkowo trudno było to zaakceptować. Zanim ich relacja się ociepliła i obaj piłkarze zrozumieli się wzajemnie, musiało upłynąć nieco czasu. Wciąż jednak, mimo udanej boiskowej współpracy i kultowych już zdjęć w ciemnych okularach z Raphinhą u boku, daleko jej było do zażyłości, jaka łączyła choćby Lewandowskiego i Gaviego, który od początku traktował Polaka jak swojego boiskowego ojca.

Brak opaski i milczenie Deco
Miłość Lewandowskiego z szatnią Barcelony była trudna nie tylko w kontekście młodych zawodników. O pozycji reprezentanta Polski świadczy choćby fakt, że mimo swojej piłkarskiej klasy i wybitnego doświadczenia, nigdy nie został wybrany do czwórki kapitanów zespołu.
Kiedy z zespołu odchodzili Jordi Alba i Sergio Busquets, szatnia wskazała na ich miejsce Ronalda Araujo i Frenkiego de Jonga. Gdy zwolniły się dwa kolejne miejsca – do grona kapitanów dołączyli Pedri oraz Raphinha.
– Polak wszedł w rolę złego policjanta, który gonił innych do pracy. Zawodnicy w końcu to zaakceptowali, ale jednocześnie wciąż patrzyli na niego jak na surowego nauczyciela. A za takimi w szkole się nie przepada – twierdzi w nieautoryzowanej biografii dziennikarz Juanmarti.
Koniec końców napięte okazały się również relacje z Deco, który w sierpniu 2023 roku został zatrudniony w roli dyrektora sportowego Barcelony. Trzeba pamiętać, że transfer Lewandowskiego był robotą jego poprzednika – Mateu Alemany’ego.
Z otoczenia Barcelony można usłyszeć, że Deco od początku sceptycznie podchodził do przedłużenia umowy z Lewandowskim. To kolejny z czynników, który ostatecznie zadecydował o pożegnaniu z Dumą Katalonii.
Miłość trybun i człowiek Laporty
A jednak przez większość pobytu w Barcelonie Lewandowski czuł też coś, czego przez lata brakowało mu nawet w Monachium – bezgraniczne uwielbienie kibiców. Już pierwsze tygodnie po transferze pokazały, jak wielkie emocje wywołało jego przyjście do Katalonii. W klubowych sklepach koszulki z nazwiskiem Polaka sprzedawały się tak dobrze, że w pewnym momencie zabrakło… litery „W”, potrzebnej do nadruku nazwiska „Lewandowski”. Pracownicy tłumaczyli kibicom, że nie są w stanie drukować kolejnych trykotów, bo magazyny zwyczajnie nie były przygotowane na taką skalę zainteresowania.
Dla Lewandowskiego był to jasny sygnał, że trafił do miejsca, które potrzebowało nowego lidera i nowej gwiazdy. Sam wielokrotnie podkreślał później, że od pierwszego dnia czuł ogromne wsparcie ze strony kibiców Barcelony.
– Od początku poczułem miłość fanów. Czułem, że oni naprawdę na mnie czekali – opowiadał w jednym z wywiadów. Innym razem dodawał: – Kiedy wychodzę na Camp Nou i słyszę ludzi skandujących moje nazwisko, czuję coś wyjątkowego.

Jeszcze większym admiratorem Polaka był Joan Laporta. Prezydent Barcelony traktował transfer Lewandowskiego niemal jak symbol odbudowy klubu po kryzysie finansowym i sportowym. To właśnie Laporta był jedną z osób najmocniej przekonanych, że Polak może ponownie uczynić Barcelonę wielką.
– Przyszedł do nas w bardzo trudnym momencie. Mimo swojej pozycji w Bayernie bardzo naciskał, żeby trafić do Barçy. Dużo poświęcił – mówił Laporta.
Prezydent klubu publicznie bronił go także wtedy, gdy wokół napastnika pojawiały się wątpliwości. – Lewandowski zasługuje na przedłużenie kontraktu, bo chciał tu przyjść – przekonywał, choć ostatecznie musiał uszanować głos przedstawicieli pionu sportowego.
Relacja Lewandowskiego z Barceloną, jak to zwykle w przypadku Lewandowskiego, pozostanie trudna do jednoznacznej oceny. Z jednej strony nie brakowało w niej ciężkich momentów – napięć w szatni, skomplikowanych relacji z trenerami, chłodnego podejścia Deco. Z drugiej – Robert otrzymał w Barcelonie to, czego tak bardzo pragnął. Status gwiazdy, miłość klubu i prezydenta, który widział w nim twarz nowej Barcelony.
Na kolejną taką historię z udziałem polskiego piłkarza będziemy czekali długie lata. O ile w ogóle kiedykolwiek się doczekamy.
