Powrót Śląska na remis nie dał awansu. Macenko grał dla obu klubów

Patryk Idasiak

11 maja 2026, 20:42 • 5 min czytania 11

Reklama
Powrót Śląska na remis nie dał awansu. Macenko grał dla obu klubów

Śląsk Wrocław musiał pokonać ŁKS, żeby zagwarantować sobie bezpośredni awans do Ekstraklasy. Na to będzie musiał jednak poczekać, choć w hicie Betclic 1. Ligi pokazał charakter, wracając od stanu 0:2 na remis 2:2 i to w pięć minut. Jehor Macenko ten dzień zapamięta do końca życia, bo zawalił przy dwóch golach, zmarnował „setkę”, a potem to on trafił na 2:2 i był nawet bliski gola na 3:2. 

Reklama

Śląsk Wrocław grał o awans

Matematyka hitu Betclic 1. Ligi była prosta. Śląsk Wrocław grał po prostu o to, żeby bezpośrednio awansować do Ekstraklasy. W przypadku zwycięstwa Wieczysta nie miałaby już szans na wyprzedzenie Wrocławian. Forma drużyny Ante Simundży może imponować. Patrząc na wyłącznie sportowy aspekt – wiosna jest wręcz fenomenalna. Było kilka wysokich zwycięstw. Do tego starcia przystępowali, mając osiem wygranych na dziesięć ostatnich spotkań, w tym to najświeższe, bardzo przekonujące w Łęcznej.

ŁKS lepszy w pierwszej połowie. Skwitował to golem

Od początku Śląsk Wrocław wiedział o co gra i starał się szybko wymieniać piłkę. Z jednej czy drugiej strony przebijać się próbował Piotr Samiec-Talar. On zresztą też oddał pierwszy celny strzał. Sprawdził z rzutu wolnego, czy dobrze kleją rękawice Łukasza Bomby.

Tylko, że ŁKS to nie jest zespół grający o nic. Jak już się przebudził, to przez dobrych pięć minut gospodarze nie wiedzieli, co się dzieje. Zaczęło się od łupnięcia w słupek z ponad 20 metrów przez Mateusza Wysokińskiego. Chwilę potem Fabian Piasecki uderzał z powietrza, ale perspektywa kamery mogła być w pierwszej chwili myląca. Wyszedł z tego lekki strzał. Dosłownie minutę później Piasecki zastawił się w polu karnym i ponownie sprawdził Szromnika.

Reklama

Dużo smrodu było też po dwóch rzutach rożnych bitych przez Gustafa Norlina. Dosłownie w cztery minuty ŁKS kilkukrotnie stworzył zagrożenie. Obrońcy i bramkarz Śląska nie mieli łatwo w walce z Piaseckim. Raz Szromnik miał problem z interwencją w pojedynku z napastnikiem ŁKS-u, innym razem niezbyt pewnie wybijał Lamine Ba i zagarnął mu piłkę właśnie wszędobylski Piasecki, lecz potem obrońca swój błąd naprawił.

Mieliśmy też kontrowersję w polu karnym, kiedy to Krzysztof Fałowski w ostatniej chwili wsadził nogę przed rywala i został kopnięty przez Michała Rosiaka. Trener Grzegorz Szoka nie mógł uwierzyć, że w tej sytuacji nie ma jedenastki.

ŁKS jednak się nie zraził. Kontynuował tempo, jakie sobie narzucił. A w zasadzie zrobił to Fabian Piasecki, który od kwietnia strzela jak najęty. Gol z Wieczystą z ławki, dublet w Tychach, gol z Pogonią Siedlce, dublet z Pogonią Grodzisk Mazowiecki. No i we Wrocławiu też wreszcie do siatki trafił. Ale asysta drugiego stopnia obowiązkowo do wpisania dla Jehora Macenki. Podał on do Andreu Arasy, a ten nawet się nie zastanawiał i posłał prostopadłą piłkę do Piaseckiego. Akurat w miejsce, w którym Macenki brakowało, bo wyszedł ze swojej strefy, by interweniować.

Piasecki popatrzył, zastanowił się i strzelił dokładnie tam, gdzie chciał – obok Michała Szromnika.

Reklama

Gdyby spojrzeć na statystyki, to ŁKS bardzo zasłużenie prowadził we Wrocławiu. W strzałach miał przewagę 8:3, w rzutach rożnych 4:0, a przecież dwa kornery sprawiły spore zagrożenie po wrzutkach Norlina. Rycerze Wiosny mieli ochotę na popsucie zabawy gospodarzom i to im się udawało.

Druga połowa pełna emocji!

Śląsk Wrocław miał za to świetną okazję trzy minuty po przerwie. Samiec-Talar prawie jak Dani Olmo w El Clasico zagrał z piętki do Macenki, ale ten jest tylko stoperem, więc nie pocelował, a walnął prosto przed siebie. Tam, gdzie stał Łukasz Bomba.

Reklama

Później znów inicjatywę zaczęli przejmować Łodzianie. Efektem tego była doskonała szansa Loffelsenda, który nie zdołał przelobować Szromnika. ŁKS znów swój dobry moment udokumentował trafieniem. No i raz jeszcze pomógł w tym Macenko, który tym razem wpakował sobie samobója po dośrodkowaniu Andreu Arasy. Hiszpanowi musimy więc zaliczyć drugą asystę.

 

Nie minęły dwie minuty i… prawie po drugiej stronie mieliśmy samobója! Bomba uchronił zespół po wślizgu Fałowskiego, ale wobec mocnego strzału Krzysztofa Kurowskiego był już bezradny. Śląsk Wrocław szybko „włączył” się do tego meczu ponownie.

Reklama

Solidnie nam się tu tempo rozkręciło, bo za chwilę Bomba zaliczył kolejną interwencję po uderzeniu Marjanaca. Śląsk uwierzył w comeback i napierał. No i w zasadzie w pięć minut odrobił dwubramkową stratę! Drogę od zera do bohatera przebył Macenko – błąd przy golu, zmarnowana „setka”, potem samobój, a następie stały fragment, po którym sam zdobył bramkę z główki!

Mogło się wydawać, że to Banaszak wcisnął futbolówkę do siatki i przy tym faulował Łukasza Bombę, lecz okazało się, że bramka padła już wcześniej, a Piasecki wybijał piłkę zza linii bramkowej. Tak więc trafienie zapisujemy na konto Ukraińca.

Reklama

Szala mogła się przechylić albo w jedną, albo w drugą stronę. Bardzo złą decyzję podjął Serhij Krykun. Wszedł na boisko w 82. minucie i już cztery minuty później nie podniósł nawet głowy, żeby jakoś spróbować poszukać kolegów ustawionych po drugiej stronie, tylko oddał mało groźny strzał.

A Macenko omal nie zdobył drugiej bramki dla Śląska! Dobrze się to widowisko w końcówce oglądało, bo zarówno jedni, jak i drudzy dążyli do zagarnięcia trzech punktów. We Wrocławian wstąpiły nowe siły, kiedy zobaczyli na tablicy siedem doliczonych minut, ale i goście potrafili się zapędzić z przewagą liczebną pod bramkę Michała Szromnika.

Skończyło się remisem, ale hit Betclic 1. Ligi na pewno nie rozczarował. Po ostatnim gwizdku gracze jednej i drugiej ekipy padli na murawę.

Reklama

CZYTAJ WIĘCEJ O BETCLIC 1. LIDZE NA WESZŁO:

Fot. Newspix

11 komentarzy
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Mundial 2026

Mundial szokujących remisów, ale bez żadnej sensacji

AbsurDB
3
Mundial szokujących remisów, ale bez żadnej sensacji

Betclic 1. Liga

Reklama