Historia najnowsza. Tak wygląda ostatnia część naszego zestawienia najważniejszych momentów polskiego sportu na ćwierćwiecze. To zresztą kolejna część z „motywem przewodnim”. O ile w tej pierwszej królował Adam Małysz, w drugiej dużo było piłki nożnej, to w trzeciej rządzi – co nie zaskakuje – Iga Świątek. Ale są i inne momenty – w tym olimpijskie i piłkarskie. Jakie więc momenty wyróżniliśmy w ostatnich dziewięciu latach? Przekonajcie się.
Polski sport i najważniejsze wydarzenia ćwierćwiecza. Część III – 2017-2025
Lata 2017-2021 są być może najbardziej obfitującymi w sukcesy w XXI wieku. A potem polski sport wcale nie zwolnił. Mistrzostwa świata, wygrane Ligi Mistrzów w siatkówce, turnieje wielkoszlemowe w tenisie, a nawet najlepszy piłkarz świata. Wszystko to mieliśmy w ciągu ostatnich dziewięciu lat w naszej sportowej rzeczywistości. Uwierzcie, wybierać wydarzenia do tego zestawienia wcale nie było łatwo, a zdaje się, że czasem nie doceniamy tego, jak nasz sport rozkwitł. Może więc właśnie lektura tego tekstu – i tych podlinkowanych poniżej – w tym pomoże. Zapraszamy.
PRZECZYTAJ TEŻ PIERWSZĄ CZĘŚĆ ZESTAWIENIA O LATACH 2001-2008
A PO PIERWSZEJ – DRUGĄ, W KTÓREJ ZNAJDZIECIE WYDARZENIA Z LAT 2009-2017
Spis treści
- 2017. Złota drużyna
- 2018. Absolutna dominacja. Kamil jak Adam
- 2019. Wrócił!
- 2020. Robert najlepszy, Robert… oszukany?
- 2021. Najlepsze igrzyska w tym wieku
- 2022. Nikt nie miał podjazdu do Igi
- 2023. Absolutna królowa mączki
- 2024. Złota wspinaczka, czyli uratowane igrzyska
- 2025. Jak nie na ziemi, to na trawie
- Czytaj więcej na Weszło:
2017. Złota drużyna
Adam Małysz przez lata się męczył. Nie to, że ze swoimi skokami – wiemy przecież, jak wielkim skoczkiem był, pierwsza część tego zestawienia była zdominowana przez niego, a i w drugiej Adam się kilka razy przewinął. To nadal jeden z najwybitniejszych skoczków wszech czasów i prawdopodobnie najważniejszy polski sportowiec ostatnich 25 lat. Cała jego kariera miała tylko jeden problem.
Nie miał partnerów na poziomie.
Gdyby duety w skokach (które teraz będą na igrzyskach) wprowadzono 20 lat wcześniej, to kto wie – może nawet ugrałby dodatkowe medale, bo czy to Robert Mateja, czy potem młody Kamil Stoch (a czasem i inni zawodnicy) potrafili skoczyć na niezłym poziomie. Ale zebrać trzech takich do kupy przez całą karierę Małysza było właściwie niemożliwe. Tuż po niej jednak coś się w naszych skokach ruszyło. W 2013 roku nasza drużyna pierwszy raz w historii stanęła na podium mistrzostw świata.
A cztery lata później byliśmy najlepsi.
Co ważne – to nie był medal niespodziewany. Wręcz przeciwnie. O ile w konkursach indywidualnych nie oczekiwaliśmy koniecznie złota (skończyło się brązem Piotra Żyły), o tyle w drużynie wiedzieliśmy, że możemy walczyć o najwyższe cele. Bardzo dobrze w tamtym sezonie skakał Kamil Stoch (wygrał Turniej Czterech Skoczni), nie odstawał wspomniany Żyła, Maciej Kot zaliczał sezon życia (był 5. w klasyfikacji generalnej PŚ!), a Dawid Kubacki stanowił dobre uzupełnienie tej ekipy.
Efekt był taki, że gdy Stoch siadał na belce do ostatniego skoku, właściwie tylko kataklizm mógł nam odebrać złoto. Kamil postarał się, by ten kataklizm nie nadszedł. Z drugimi w tamtym konkursie Norwegami wygraliśmy o 25,7 punktu. To był nokaut, najlepsza ekipa, jaką mieliśmy, najlepszy moment – zespołowo – naszych skoków. Potwierdzenie, że możemy rywalizować z reprezentacjami, które masowo produkują zawodników na poziomie czołówki PŚ.
Przez niemal dziewięć lat od tamtego konkursu sporo się, niestety, zmieniło. Ale tamten moment został z nami do dziś. I pewnie będzie długo wspominany.
2018. Absolutna dominacja. Kamil jak Adam
Rok 2018 obfitował w naprawdę wiele ważnych dla polskiego sportu wydarzeń. Nasi siatkarze po raz drugi z rzędu zostali mistrzami świata. Karierę skończyła Agnieszka Radwańska, a Iga Świątek dała zapowiedź tego, że będzie w stanie ją zastąpić, wygrywając juniorski Wimbledon. Smutna wiadomość przyszła ze świata lekkiej atletyki – zmarła wtedy Irena Szewińska, najlepsza polska olimpijka w historii.
Jednak jeśli mamy wybrać najważniejsze ze wszystkich momentów, to będzie nim absolutna dominacja Kamila Stocha.
Polak wygrał w sezonie 2017/18 niemal wszystko co było do wygrania. Niemal, bo nie zdobył mistrzostwa świata w lotach… i do dziś można się zastanawiać co by było, gdyby nie odwołana czwarta seria. A tak trzeba było zadowolić się srebrnym medalem. Ale tylko tam. Turniej Czterech Skoczni Kamil wygrał po raz drugi z rzędu, a do tego triumfując we wszystkich konkursach. Dorównał Svenowi Hannawaldowi, który do tamtego momentu był jedynym w dziejach zawodnikiem, jakiemu się to udało.
A potem przyszły igrzyska. Na skoczni normalnej było rozczarowanie – w nieco loteryjnym konkursie Stoch był czwarty, tuż za nim prowadzący po pierwszej serii Stefan Hula. Ale na dużej Kamil wszystko sobie odbił, zdobywając trzecie w karierze złoto. Do tego doszedł brąz w drużynie, pierwszy taki medal w historii polskich skoków na igrzyskach. A na koniec – wiadomo – druga Kryształowa Kula.

Dodajmy, że wygrana w wielkim stylu. W 22 konkursach sezonu Kamil najlepszy był 9 razy. 13 razy stał na podium. Tylko czterokrotnie wypadł z najlepszej dziesiątki. Zgromadził 1443 punkty, o 373 więcej od drugiego Richarda Freitaga. To była dominacja w najlepszym możliwym wydaniu. Wielki sezon, po prostu.
Taki, który zasłużył na miejsce w tym zestawieniu.
2019. Wrócił!
Rok 2019 był wielkim dla polskiego motorsportu, bo na żużlu pierwszy tytuł mistrza świata zgarnął Bartosz Zmarzlik. I znów jesteśmy w sytuacji, w której czyjś tytuł ustąpić musi wydarzeniu na papierze mniej imponującemu – bo Robert Kubica mistrzem nie został. Ba, przez cały sezon F1 zgromadził na swoim punkcie tylko jeden punkt.
Ale wiecie co? Nie o to w tym wszystkim chodziło.
CZYTAJ TEŻ: 10 MIGAWEK Z KARIERY ROBERTA KUBICY. OD MAKAU DO LEMANS
Bo w historii Kubicy w tamtym momencie nie liczyły się wyniki. Nawet gdyby tego punktu nie było – a biorąc pod uwagę tamten bolid Williams to samo jego wywalczenie było sensacją – to i tak byłaby to historia dekady w F1. Serio. O Kubicy mówiło się w tamtym okresie wszędzie. Wspominano jego wypadek, opowiadano o pokiereszowanej ręce, o tym, jak musi jeździć, jak ma dostosowaną kierownicę w bolidzie. I tak dalej, i tak dalej.
Nazwisko Roberta przewijało się w zagranicznej prasie, wspominano o nim w „Top Gear”, mówiono w telewizjach. Przez moment było go więcej niż – na przykład – Lewisa Hamiltona, który miał walczyć o kolejny tytuł mistrzowski. Historia Kubicy inspirowała, a sam jego powrót był czymś, co trudno było sobie wyobrazić tych kilka lat wcześniej, gdy dochodziły do nas kolejne wieści o stanie zdrowia polskiego kierowcy, a potem – postępach jego rehabilitacji.
Fakt, że nie tylko wrócił, ale i zdołał udowodnić coś na torze – bo wykręcał w tym Williamsie najlepsze możliwe czasy, jakie tylko się w takim bolidzie dało – był czymś niesamowitym. Naprawdę warto docenić to, co Robert zrobił. I jasne, można powtarzać, że sam sobie tę karierę zepsuł, bo, w rajdach nie miał po co startować.

Ale to było. I minęło. Dawno sam Kubica zostawił to już za sobą i patrzył nie w przeszłość, a w przyszłość. Dlatego udało się wrócić, a potem w tej F1 na trochę zostać – w roli kierowcy rezerwowego, ale jednak. Zresztą z tej rezerwy wykręcił jeszcze kilka Grand Prix w Alfie Romeo.
Kto wie, czy bez tego powrotu do F1 byłyby kolejne sukcesy, już w wyścigach długodystansowych. W tym wygranie LeMans.
2020. Robert najlepszy, Robert… oszukany?
Rok 2020? Iga Świątek sensacyjnie wygrywa Roland Garros, przesunięte na jesienny termin z powodu pandemii. Do tego Jan Błachowicz – po latach starań – zdobywa pas mistrzowski UFC. Wychodzi na to, że nawet mimo COVID-u i odwołania wielu zawodów, mieliśmy wówczas sporo powodów do radości. Jednak ani Świątek, ani Błachowicz się tu nie pojawią.
Bo miejsce za rok 2020 należy się Robertowi Lewandowskiemu.
Tak naprawdę moglibyśmy naszego napastnika umieścić w tym zestawieniu dwa razy z rzędu – bo i w 2021 roku miał mocne argumenty – ale postawiliśmy jednak tylko na ten rok. Z prostego powodu: to był pierwszy raz w dziejach, gdy nasz piłkarz, Polak-rodak, był najlepszy na świecie. I to nawet nie temat do dyskusji – w 31 meczach Bundesligi Lewy trafił do siatki 31 razy i dorzucił 4 asysty. W 10 spotkaniach Ligi Mistrzów zdobył… 15 goli i 6 asyst. Gdyby nie covidowe ograniczenie ćwierć- i półfinałów do jednego meczu, pewnie byłby rekordzistą pod względem liczby zdobytych bramek w jednej edycji.
Ale nawet bez tego – był bezapelacyjnie najlepszym piłkarzem świata i liderem Bayernu. Tego Bayernu, który sięgnął po potrójną koronę. Grzegorz Lato, Kazimierz Deyna, Zbigniew Boniek i jeszcze kilku naszych zawodników było prawdziwymi kozakami, którzy znajdowali się w niektórych latach w światowej czołówce. Ale w sezonie 2019/20 i w roku 2020 Lewy był nie do dogonienia i przez nich, i przez kogokolwiek z jemu współczesnych. Zasłużenie został piłkarzem roku według FIFA.
I zasłużenie zgarnął też Złotą Pi… no właśnie, cholera, nie zgarnął. Bo „France Football” odwołało plebiscyt ze względu na pandemię i przerwanie sezonu Ligue 1. Że inne ligi – i Liga Mistrzów też – ostatecznie zostały dokończone, nie miało znaczenia. Lewy stracił więc szanse na to, by zostać pierwszym polskim triumfatorem tego plebiscytu, a sezon później – gdy nadal był wielki – minimalnie pokonał go Leo Messi. I to też była spora kontrowersja (zresztą drugi raz z rzędu wygrał wtedy nagrodę FIFA).
Polacy wiedzą ostatecznie swoje, ale jednak przykre jest to, że Lewandowski nie ma tego Balona na półce. Ot, żeby czasem móc na niego spojrzeć i powiedzieć sobie, że ma się to, na co się ewidentnie zasłużyło.
2021. Najlepsze igrzyska w tym wieku
Gdyby nie pandemia, pewnie byłoby gorzej. Bo Anita Włodarczyk nie miałaby tyle czasu na dojście do formy. Bo Maria Andrejczyk też męczyłaby się z kontuzjami, a Patryk Dobek nie przeniósłby się na 800 metrów. A i Dawid Tomala pewnie nie zaskoczyłby tak rywali. Ale pandemia była, a letnie igrzyska w Tokio – przesunięte o rok – okazały się absolutnie najlepszymi, jakie w XXI wieku były udziałem reprezentacji Polski.
No bo spójrzmy na to:
- Ateny 2004. 10 medali: 3 złote, 2 srebrne, 5 brązowych.
- Pekin 2008. 11 medali: 4 złote, 5 srebrnych i 2 brązowe.
- Londyn 2012. 11 medali: 3 złote, 2 srebrne i 6 brązowych.
- Rio de Janeiro 2016. 11 medali: 2 złote, 3 srebrne i 6 brązowych.
- Tokio 2020. 14 medali: 4 złote, 5 srebrnych i 5 brązowych.
- Paryż 2024. 10 medali: 1 złoty, 4 srebrne i 5 brązowych.
Jasne, złotych i srebrnych krążków było tyle, co i w Pekinie. Ale ogółem medali więcej. Najwięcej od Sydney (2000, 16 medali). I to w momencie, gdy wydawało się – a Paryż to niejako potwierdził – że tendencja jest raczej spadkowa. Tokio to przede wszystkim szczyty naszej lekkiej atletyki. To ona dała nam wszystkie złota, z kolei nieco zawiodły inne dyscypliny, bo gdyby w nich wyniki były takie, jak przy innych okazjach – może nawet byłoby jak w Australii.
Ale i tak piękna była ta japońska impreza. Bo Anita Włodarczyk zdobyła trzecie złoto z rzędu, a wtórował jej Wojciech Nowicki. Bo Patryk Dobek zdobył brąz dla naszych biegów, na który czekaliśmy od lat. Bo nasza sztafeta mieszana wywalczyła złoty medal, który był prawdziwie sensacyjny, a Dawid Tomala w chodzie na 50 kilometrów zgarnął takie złoto, że trudno nawet nazwać je sensacją – trzeba by wynaleźć inne, mocniejsze słowo.

Do tego był medal kobiecej sztafety, ukoronowanie jej wieloletniego rozwoju. Kolejne krążki w dokładających je regularnie wioślarstwie i kajakach. Brązowy medal w zapasach Tadeusza Michalika, który porwał nim całą Polskę. I srebro w żaglach. Powodów do radości w Tokio mieliśmy naprawdę, ale to naprawdę wiele.
I jasne, w tym samym roku Kamil Stoch po raz trzeci wygrał Turniej Czterech Skoczni. Piotr Żyła został mistrzem świata. Hubert Hurkacz pokonał Rogera Federera w ostatnim profesjonalnym meczu Szwajcara i tym samym wszedł do półfinału Wimbledonu. A Lewandowski nadal strzelał i grał swoje.
I tak dalej, i tak dalej. Ale igrzysk w Tokio po prostu nic nie mogło przebić.
2022. Nikt nie miał podjazdu do Igi
Mamy w Polsce sporo uczucia do sportów, które owszem, są konkurencyjne, ale niekoniecznie uprawia się je w przesadnie wielu krajach świata. A przynajmniej na najwyższym poziomie. Choćby właśnie w 2022 roku trzeci raz mistrzem świata na żużlu został Bartosz Zmarzlik. Na igrzyskach w Pekinie – tych zimowych – jedyny medal dał nam Dawid Kubacki na skoczni. Z kolei swoje ostatnio złoto wywalczył Paweł Fajdek w rzucie młotem.
Były też, rzecz jasna, sukcesy w nieco popularniejszych światowo dyscyplinach. ZAKSA znów wygrała (drugi raz z rzędu) Ligę Mistrzów. Koszykarze niespodziewanie dotarli do półfinału EuroBasketu, odprawiając Słowenię z Luką Donciciem w składzie. Jednak żadne te osiągnięcia nie mogą się równać temu, co w 2022 zrobiła Iga Świątek.
Bo to nie tylko wygrana w turnieju wielkoszlemowym, jak w 2020 roku. Pojedyncze imprezy potrafią w końcu przynieść niespodzianki, zwłaszcza w kobiecym tenisie. Tym razem jednak tak nie było – Iga w 2022 roku była absolutnie najlepsza. Ba, to był jeden z najlepszych sezonów w dziejach.
Polka wygrała wtedy – drugi raz w karierze – Roland Garros. Ale sam „dojazd” do Paryża był niesamowity: to wtedy trafiła się seria 37 wygranych spotkań, z czego 7 z nich miało miejsce już w stolicy Francji. Iga triumfowała wówczas kolejno w Dausze, Indian Wells, Miami, Stuttgarcie, Rzymie i we French Open właśnie. Ledwie kilka z meczów, jakie rozegrała po drodze, sprawiły jej trudności. Na ogół ogrywała rywalki bez litości.
Jasne, że taka seria musiała się odbić.
Polce nie wyszedł Wimbledon, potem też radziła sobie średnio. Ale odrodzenie przyszło na US Open, gdzie – choć nie grała już tak wybitnie – też okazała się najlepsza. A na koniec poprawiła wygraną w turnieju w San Diego. Osiem tytułów w sezonie, wywalczonych 11085 punktów, co przełożyło się na ponad 6000 (!) oczek przewagi nad drugą Ons Jabeur. To była dominacja, wręcz demolka. Nikt nie mógł wówczas dogonić Igi. Nie było o tym mowy.
Usprawiedliwione stały się wtedy wszelkie porównania do Sereny Williams czy Justine Henin – największych postaci kobiecego tenisa XXI wieku, a więc czasów, gdy zaczęto grać mniej imprez, z powodu większych obciążeń (dawniej najlepsze tenisistki wygrywały dobrze ponad 10 turniejów rocznie, ale to był inny tenis). Rok 2022 w wykonaniu Igi był – po słabszym, choć wciąż niezłym 2021 – potwierdzeniem ogromnych możliwości Polki.
Iga była najlepsza na świecie. Nikt nie mógł się z nią równać.
2023. Absolutna królowa mączki
Zostajemy przy Idze Świątek, bo inaczej po prostu się nie da. W roku 2023 co prawda sporo się w naszym sporcie działo: znów wygrywali Bartosz Zmarzlik i ZAKSA, Piotr Żyła obronił tytuł mistrza świata w skokach na normalnej skoczni, genialny sezon rozegrali siatkarze (wygrali Ligę Narodów i mistrzostwa Europy), historyczne złoto zdobył Oskar Kwiatkowski w snowboardowych mistrzostwach świata, a nasi hokeiści po dwóch dekadach wrócili do elity.
Wszystkie te wydarzenia zasługują na wspomnienie.
Ale Iga znów robiła swoje. I znów była najlepsza. A tym razem było trudniej, bo to w 2023 roku wyrosła jej konkurentka w postaci Aryny Sabalenki. Białorusinka wygrała wtedy Australian Open i mocno na Polkę naciskała, na moment odbierając jej nawet prowadzenie w rankingu WTA. Świątek odzyskała je jednak z końcem sezonu i wraz ze zwycięstwem w WTA Finals, dorównując i pod tym względem Agnieszce Radwańskiej (bo w większości pozostałych przegoniła ją już wcześniej).
No a przedtem, oczywiście, obroniła tytuł w Paryżu. I to też było wydarzenie. Głównie dlatego, że WTA w ostatnich latach było… no cóż, nieprzewidywalne. Rok 2017 to cztery różne mistrzynie wielkoszlemowe. Podobnie 2018. I 2019. W 2020 nie rozegrano Wimbledonu, ale pozostałe turnieje wygrywały różne tenisistki. W 2021 też. Jasne, powtarzały się nazwiska (Naomi Osaka wywalczyła przecież cztery Szlemy), ale żadna zawodniczka nie była regularna. Dopiero Iga w 2022 roku triumfowała w dwóch turniejach w roku.
A sezon później obroniła jeden z tych tytułów, co nie przydarzyło się żadnej zawodniczce od… Sereny Williams w latach 2015-2016 na Wimbledonie. Gdyby chcieć znaleźć kogoś poza Amerykanką – która wyrastała ponad resztę zawodniczek – trzeba by cofnąć się do lat 2012-2013, gdy w Australian Open najlepsza okazywała się Wiktoria Azarenka.
Zresztą w samym Paryżu nie miało to miejsca jeszcze dłużej – od Justine Henin (2005-2007). Po Belgijce nikt przez 16 (!) lat nie obronił tytułu. A galeria triumfatorek tego turnieju wcale nie była słaba, złożona z przypadkowych nazwisk. W latach 2008-2021 wygrywały tam: Ana Ivanović, Swietłana Kuzniecowa, Francesca Schiavone, Li Na, Marija Szarapowa (dwukrotnie), Serena Williams (dwukrotnie), Garbine Muguruza, Jelena Ostapenko, Simona Halep, Ashleigh Barty, Iga Świątek i Barbora Krejcikova.
Z całego tego towarzystwa tylko Ostapenko nie grała w innym wielkoszlemowym finale, a Schiavone i Ivanović nie wygrały kolejnego Szlema. To mocne, naprawdę mocne zestawienie. Jednak nikt nie potrafił na mączce się zadomowić. Aż przyszła Iga i w końcu to zrobiła, a potem – rok później – zgarnęła hat-tricka. W 2023 roku cieszyło nas jednak samo to, że Polka potwierdziła swój status najlepszej tenisistki na mączce.
A potem najlepszej na świecie.
2024. Złota wspinaczka, czyli uratowane igrzyska
Paryskie igrzyska olimpijskie nas zawiodły. Po trzech latach od Tokio kompletnie padła nasza lekka atletyka (jeden medal – brąz Natalii Kaczmarek, dziś już Bukowieckiej), a inne dyscypliny też nie stanęły na wysokości zadania. Rzutem na taśmę udało nam się dobić do 10 medali, gdy niespodziewanie po srebrny krążek w kolarstwie torowym sięgnęła Daria Pikulik. Ale to i tak był słaby wynik.
A byłby jeszcze słabszy, gdyby nie Ola Mirosław.
To jej zasługą było nasze jedyne złoto. A Mirosław wcale nie miała łatwo. Owszem, była ogromną faworytką, ale właśnie takie postaci mają często najtrudniejsze zadanie – muszą potwierdzić ten status na największej scenie. A format wspinaczkowych sprintów nie pozwala na najmniejszy choćby błąd. Jedna pomyłka w fazie pucharowej i z medalu nici. To test dla ciała, ale też dla głowy, która – jak przecież wiemy – potrafiła rok czy dwa wcześniej Olę zawieść. Zdarzało się przecież Polce przegrywać ważne imprezy.
I zdarzało się, że reagowała na to sporymi nerwami i łzami. Ba, nawet porażki na mniej ważnych startach czasem tak się w jej przypadku kończyły. Na igrzyska pojechała jednak z misją, zdeterminowana. W Tokio sprint był częścią całego wspinaczkowego „pakietu”, Ola tam wygrała i ustanowiła rekord świata, ale medalu nie było – skończyła tuż za podium. W Paryżu miała szansę na upragnione złoto.
I złoto zdobyła.
Zdobyła, dodajmy, w genialnym stylu. Już w biegach o rozstawienie dwukrotnie poprawiała własny rekord świata – najpierw na 6,21 s, a potem na 6,06 s, co było czasem z innej planety. Rywalki, które zbliżały się do niej przez ostatnie lata, nagle zrozumiały, że musiałyby zrobić coś niezwykłego, by Mirosław pokonać. W eliminacjach wykręciła 6,10 s, co byłoby rekordem, gdyby nie wcześniejsze starty.
A potem przyszła faza pucharowa. 1/4 finału? 6,35 s. Półfinał? 6,19 s, pokonała Aleksandrę Kałucką, która wykręciła fantastyczną życiówkę – 6,34 s. Finał? Genialny bieg z Deng Lijuan. Chinka wspięła się na absolutne wyżyny, pobiegła na górę w czasie 6,18 s. Na KAŻDĄ inną rywalkę byłoby to aż nadto wystarczająco. Na Mirosław jednak nie było wtedy mocnych – Ola znów osiągnęła 6,10 s.
W efekcie została mistrzynią olimpijską. Naszą jedyną w Paryżu, ale trudniej było o bardziej zasłużone złoto. A na podium stała w dodatku razem z Kałucką, która wygrała bieg o brąz. To był polski moment tamtych igrzysk, a co za tym idzie – najważniejsza chwila całego roku. A nawet kilku lat, bo Mirosław na ten medal pracowała długo i długo czekała, aż w ogóle będzie miała szansę go zdobyć.
Ale czekać w pełni się opłaciło.
2025. Jak nie na ziemi, to na trawie
Na koniec wracamy – po raz trzeci – do Igi. A moglibyśmy pewnie umieścić ją tu i cztery razy, gdyby o Robercie Lewandowskim napisać w 2021 roku, a 2020 poświęcić jednak Świątek. Ale tak to działa, takie są wybory. W każdym razie – lata 20. XXI wieku na razie zdominowała właśnie Świątek. Sześć tytułów wielkoszlemowych, WTA Finals, brązowy (choć to pewne rozczarowanie) medal olimpijski, mnóstwo tygodni na szczycie rankingu.
Wyliczanka się ciągnie. Ba, powstały nawet statystyki ilustrujące, że Iga w swoim obecnym wieku osiąga rezultaty na poziomie… Sereny Williams.
A od tego roku jest też królową trzech nawierzchni. Bo w lipcu przyszedł sukces na Wimbledonie. Sukces kompletnie niespodziewany, bo Świątek była wcześniej w kryzysie, ponad rok nie wygrała turnieju. Po czym nagle obudziła się na trawie, zagrała genialny turniej, a w finale wygrała z Amandą Anisimovą 6:0, 6:0. Nie będziemy pisać jednak o tym przesadnie więcej, bo niedawno publikowaliśmy też nasze zestawienie najważniejszych momentów za rok 2025:
CO BYŁO NAJWAŻNIEJSZE W POLSKIM SPORCIE W 2025 ROKU?
W każdym razie: sporo się w tym roku w polskim sporcie działo, tak. Ale nikt nie był blisko wygranej na Wimbledonie. To prestiż, największy turniej, najbardziej uwielbiany przez fanów i wielu zawodników. Wygrać tam, to jak wygrać olimpijskie złoto czy piłkarską Ligę Mistrzów. Każdy tego chce.
A w 2025 roku udało się Idze.

SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix