Na placu boju pozostało już tylko czterech żołnierzy, co oznacza, że mamy do czynienia z półfinałami rozgrywek FOGO Futsal Ekstraklasy. A za chwilę będzie już ich tylko dwóch. I może być nawet tak, że nie będziemy potrzebowali do tego trzeciej kolejki, bo Texom Eurobus Przemyśl i Piast Gliwice wygrali na wyjazdach, a teraz przenoszą się na swoje hale. Dopuszczalna jest jedna pomyłka, natomiast można przyklepać finał nieco szybciej.
„Spodziewajcie się niespodziewanego” – no na pewno fani futsalu po pierwszych półfinałach tak nie powiedzą, bo wydarzyło się dokładnie to, co można było zakładać. 1:0 prowadzi bowiem zwycięzca fazy zasadniczej, czyli Texom Eurobus Przemyśl i ten zespół, który deptał mu po piętach, a więc mistrz kraju – Piast Gliwice. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że taka właśnie para utworzy nam finał, gdzie bitwa będzie trwała już do trzech zwycięstw.
Ale… poczekajmy, dajmy jeszcze szansę tym, którzy przegrali. Bo Constract Lubawa „wrócił” do meczu. Był jednak na tyle gościnny, że tylko trochę – jak w dobrym thrillerze – postraszył rywali, ale to nie taki strach, żeby nakryć się kołdrą z przerażenia (ale było naprawdę blisko, bo kołdra już się unosiła). Niemniej obu półfinałów na pewno nie uznamy strzelaninami do jednej bramki.
REKORD BIELSKO-BIAŁA – TEXOM EUROBUS PRZEMYŚL 1:3 (1:1)
Jeśli gra Rekord Bielsko-Biała, to pierwszym skojarzeniem z ćwierćfinałów na pewno jest bomba Edgara Vareli z rzutu wolnego, którą uznaliśmy najlepszym zagraniem spośród wszystkich dziewięciu spotkań. Polecamy odszukać. W półfinale Varela już tak nie błyszczał. Długo dobrze murowali bramkę obaj golkiperzy – Michał Kałuża z Rekordu i Krzysztof Iwanek z Texomu Eurobus. Pierwszy skapitulował Kałuża, natomiast musiał już leżeć na ziemi, żeby pokonał go Danyjił Abakszyn, bo pierwszy strzał obronił, przy drugim miał piłkę na koniuszkach palców. Rywal walnął jednak za mocno.
Gospodarze odpowiedzieli taką lutą Pawła Budniaka, że aż moglibyśmy ją wkleić do filmu „Piłkarski poker”, w scenie, w której to słynny Jan Laguna połamał poprzeczkę w starciu z ZSRR. Tutaj jednak obramowanie solidna firma, bramka ostała się cała i zdrowa. Ale Budniak miał czego żałować, bo na pewno znalazłby się w zestawieniu TOP 10 zagrań półfinałów, a tak to niestety zostanie zapomniany. Żeby trafić do siatki, trzeba strzelać. Z tego założenia wyszedł Mikołaj Zastawnik, który pewnie już się miał ze wstydu odwracać do obrony, bo piłka po jego uderzeniu leciała i płakała. Ale bramkarz gości był zasłonięty i wpuścił to dość wstydliwie, między nogami. Wcześniej wybraniał takie pikiety, a tutaj… no cóż, wina musi iść na Iwanka.
Wisi jednak po dobrym piwie kolegom, którzy naprawili jego babola. A po dwa browary powinni dostać Henrique Diniz i Rotisław Semenczenko. Ciekawe, czy będzie jeszcze w tym sezonie taki mecz, w którym Ukrainiec nie trafi do siatki, bo odkąd załadował gola sezonu, który na Weszło rozszedł się jak jedyny egzemplarz zakazanej książki, to trafia regularnie. Tutaj też strzelił niecodziennie, bo gospodarze musieli przycisnąć i wycofać bramkarza. Semenczenko nawet się nie zastanawiał, nie tyle przechwycił piłkę, co po prostu spontanicznie na jeden kontakt ją kopnął. I tak sobie leciała, leciała, leciała, leciała… i dokręciła się za linię. 3:1, dziękuję i na razie. Po tym zostało 50 sekund do końca i nic się już nie wydarzyło.
Bramki: Zastawnik 17’ – Abakszyn 12’, Diniz 21’, Semenczenko 40’
Stan rywalizacji do dwóch zwycięstw: 0:1
Następny mecz: sobota (16 maja), godz. 18:30 w Przemyślu
CONSTRACT LUBAWA – PIAST GLIWICE 3:4 (1:4)
Bruno Graca pogroził palcem wszystkim, którzy spóźnili się tutaj na początek meczu. Albo tym, co postanowili na dzień dobry skorzystać z łazienki, bo „przecież nic się nie wydarzy”. No i się wydarzyło. Graca w ćwierćfinale załadował ekskluzywnego woleja. Tu może tak ekskluzywnie nie było przy samym strzale, ale można podziwiać to, w jaki sposób piłka w ogóle dotarła do strzelca. Długa piłka od bramkarza i zgranie klatką Miguela Pechacy (zobaczcie sobie akcję z Euro 2004 – Jan Koller do Milana Barosa!). Portugalczyk może czegoś takiego nie pamiętać, bo miał wtedy raptem trzy lata.
Gospodarze wzięli się do odrabiania strat, ale Tomasz Kriezel był innego zdania. Niejeden kibic już w geście zadowolenia podniósł ręce, a tutaj niesamowitym wślizgiem reprezentant Polski wybił piłkę przeciwnikowi, który miałby już pustą bramkę. Raz się Michałowi Widuchowi upiekło, ale za drugim razem już wyszedł zakalec. Najpierw sam próbował uderzać, a potem nadział się na błyskawiczną kontrę. Przy próbie wybicia przeciwnik go zastawił i – cóż – gdyby Jakub Raszkowski tego nie trafił, to musiałby kończyć karierę sekundę później, bo prawdopodobnie żuk gnojak z tego miejsca wkulałby piłkę do siatki. Raszkowski nie mógł spudłować i mieliśmy 1:1.
A potem? Nie no, to musicie zobaczyć, bo się tego nie da opisać. Widzieliście kiedyś lob na własnym bramkarzu z połowy boiska? No to zobaczycie, jak włączycie skrót. Raszkowski przebył błyskawiczną drogę z piekła do nieba. Nie zdążył się nawet dobrze nacieszyć i walnął kuriozalnego samobója. A biedny Roberto Gozi aż wpadł do siatki. Jemu się raczej nie podobało, ale fotoreporterom owszem.

Kriezel natomiast nie chciał zostać najwyraźniej zapamiętany ze spektakularnego wślizgu. Wolał na przykład z dubletu. I to nie z takiego, że dostawił nogę do pustej, bo najpierw zapakował petardę z daleka, a potem – pyk – wypuścił sobie piłkę podeszwą obok rywala, zrobił szybki zwód z prawej i podcinkę lewą – wszystko w naprawdę niezłej dynamice. W 17. minucie było więc 1:4. Ach, Kriezel to były gracz Constractu, więc bolało podwójnie.
No i dopiero wtedy gospodarze postanowili włączyć się do tego filmu. Bo przecież Oscara można zdobyć nawet za charyzmatyczne pięć minut, gdy skradnie się ekran. Constract tego co prawda nie zrobił, ale śmiało podkręcił tempo w tym thrillerze, trafiając do siatki dwukrotnie. Wycofanie bramkarza się opłaciło. Pedrinho trafił w taki sposób, jaki na normalnym podwórku jest wstydem, a na hali zupełnie odwrotnie – to klasa i styl. Walnął po prostu z czuba, z prezesa, z palca, ze szpica, z bambra, z dzioba, czy jak to tam u was nazywacie. Pedrinho się spodobało, bo potem znowu próbował z czuba, z prezesa, z palca, ze szpica, z bambra czy dzioba.
No i słuchajcie, działo się, choć nic tego nie zwiastowało. Potem Savio w taki sposób z bliska zapakował z całej siły w poprzeczkę. Pedro Pereira w 33. minucie poszedł jak dzik prawą stroną i zdobył bramkę kontaktową. Goście się chyba trochę przestraszyli, bo kompletnie oddali pole. Kacper Sendlewski w koszulce zastępczego bramkarza uderzył w słupek, aż tam jego koledzy poderwali się z ławek. No więc dobry, thrillerowy występ gospodarzy, ale jednak nie będzie to przełomowa rola. Solidna – to na pewno. Gdyby Constract nie pokazał charakteru, to moglibyśmy ziewać po 20 minutach, a oni na to ziewanie nie pozwolili.
Bramki: Raszkowski 5’, Pedrinho 22’, Pedro Pereira 33’ – Graca 1’, Raszkowski 6’ (sam.), Kriezel 10’, 17’
Stan rywalizacji do dwóch zwycięstw: 0:1
Następny mecz: sobota (16 maja), godz. 16:00 w Gliwicach.
Cóż, faworyci mają wszystko w swoich nogach. No i w swoich halach.