Wracamy do Przemyśla! Finał FOGO Futsal Ekstraklasy nierozstrzygnięty

Patryk Idasiak

02 czerwca 2026, 12:12 • 8 min czytania 1

Reklama
Wracamy do Przemyśla! Finał FOGO Futsal Ekstraklasy nierozstrzygnięty

Co robicie w poniedziałek 8 czerwca o godzinie 18:00? Bo mamy taką jedną ciekawą propozycję. Na pewno zobaczymy czwarty mecz finałowy pomiędzy Piastem Gliwice a Eurobusem Texom Przemyśl. 

Reklama

Stan rywalizacji to 2:1 dla Piasta Gliwice, ale… wszystko rozstrzygnie się teraz w Przemyślu. Finał jest na razie jak kurier rozwożący paczki. Można powiedzieć, że dowozi.

PIAST GLIWICE – EUROBUS TEXOM PRZEMYŚL 4:4 (2:2) k. 4:5

No i to jest finał drodzy państwo, działo się tu jak w dobrym odcinku Breaking Bad. I nawet były ofiary, bo Krzysztof Iwanek w konkursie karnych został znokautowany strzałem prosto w głowę. Co prawda obronił to uderzenie, ale tylko on sam wie, ile naliczył w tym czasie w głowie samolotów i helikopterów.

Zdjęcie na chwilę przed tragedią. Za chwilę Iwanka głowa zaboli bardziej niż po weselu. 

Reklama

Przed rozpoczęciem meczu na ekranie pojawiła się statystyka dotycząca Eurobusa – „Nigdy nie wygrali w Gliwicach”. Postanowili to potraktować osobiście jak Michael Jordan. Najpierw Fabio Cecilio uderzył z woleja po rożnym, a piłka odbiła się od obrońcy i zmyliła Michała Widucha. Nie minęła minuta, a Rotisław Semenczenko zdobył bramkę na 2:0. I szczerze to powinno być nawet trzy, tylko Artem Fareniuk zrobił to, z czego zasłynął w tym sezonie Mileta Rajović – kopnął piłkę tak, że trafił w swoją drugą nogę. Potem efektownie podcinką minął Kriezela i uderzył w słupek. Eurobus tu zadziwiał.

Gospodarze zareagowali i włączyli tryb joga bonito u jednego ze swoich piłkarzy. Padło na Bruno Garcę. W minutę walnął on dwa gole – najpierw mocno lewą nogą, ale później… o panie, Ronaldinho złapałby się za głowę. Urwał się rywalowi i będąc tyłem do bramki – uderzył delikatnie piętą, myląc Krzysztofa Iwanka. Bramkarz wyklinał na Fareniuka, który skanował przestrzeń, obejrzał się dwa razy w prawo, a jak looknął w lewo, to przeciwnik już mu uciekł. Esencja futsalu, dziewiątce z Przemyśla wykipiało mleko, a przecież poszedł tylko umyć ręce. No i szybko zrobiło się 2:2.

Bruno Garca miał ewidentnie dobry dzień.

Reklama

Garca był nawet bliski hat-tricka w pierwszej połowie. Pamiętacie jak Dill kombinował w pierwszym finale z jakimiś podcinkami? On też chyba pamiętał albo może dostał burę od trenera, że „jak masz na nodze, to przyp***ol, nie kombinuj”. Tak też zrobił już 50 sekund po przerwie, bijąc mocno ze szpicla/czuba/prezesa, po futsalowemu. Teraz to goście musieli gonić króliczka. Abakszyn wyrównał po finalizacji z bliska. A Garca… znowu był bliski hat-tricka, zabierając piłkę Fabio Cecilio i to w polu karnym. Iwanek uratował koledze skórę.

Kiedy Breno Bertoline trafił na 1:52 przed syreną, wówczas kibice na hali w Gliwicach ryknęli jak lew na sawannie. Mieli prawo pomyśleć, że to musi dać 2:0 w dwumeczu. Innego zdania był Danyił Abakszyn, który po wycofaniu bramkarza zaczaił się po cichaczu przy słupku, zmienił tor lotu piłki i doprowadził do dogrywki. Po co są dogrywki? Nie wiemy, nie ma sensu tego opisywać, przejdźmy od razu do karnych.

„A ja cię już widziałem gdzieś, piękny jesteś, wiesz?” – rzuca Dario do Kuby w serialu „Ślepnąc od świateł”. My możemy powiedzieć tak o Romanie Kołtoku, bo znów jego interwencja w konkursie karnych okazała się tą na wagę awansu. Tym razem nie trzy jak w półfinale, lecz jedna, ale jakże ważna. Wcześniej jego kolega z zespołu – Krzysztof Iwanek – też odbił strzał, ale jakim kosztem… Jeżeli ktoś z rodziny powtarzał mu, że nie ma sensu stać na bramce w futsalu, bo może zaboleć, to dostał idealny argument. Iwanek aż padł rażony piorunem po strzale Breno Bertoline.

Reklama

Te dwie obrony spowodowały, że Eurobus wyrównał stan rywalizacji.

PIAST GLIWICE – EUROBUS TEXOM PRZEMYŚL 6:3

W sobotę o godz. 18:00 rozpoczął się finał Ligi Mistrzów. Ale jak ktoś się pomylił i włączył transmisję o 15:00, to mógł pomyśleć, że w tych ciemnych strojach to biegają Ousmane Dembele (Dill), Fabian Ruiz (Miguel Pegacha) czy Joao Neves (Bruno Graca). Styl gry się zgadzał.

Zaczęło się od samobója Artema Fareniuka, który jakoś w weekend miał sporego pecha. Pewnie jeszcze coś zgubił, czegoś zapomniał zrobić… Tutaj wpakował samobója przy próbie wybicia piłki. Pecha nie miał za to po drugiej stronie Juninho Silva, któremu wyjątkowo „siedziała” futbolówka na nodze. Kiedy wymanewrował zwodem trzech przeciwników, to była dopiero rozgrzewka. Piast coraz konkretniej atakował. W siódmej minucie Ruben Santos spektakularnie wybił piłkę z linii bramkowej, potem Sebastian Szadurski obił słupek. Goście atakowali z rzadka, ale nasz pechowiec weekendu Fareniuk w stuprocentowej sytuacji zapakował w poprzeczkę.

Można też było się dowiedzieć (jak ktoś nie zna przepisów), że gol bezpośrednio z autu się nie liczy, jeżeli ktoś piłki po drodze nie dotknie. Rozemocjonowany tłum kibiców z Przemyśla miał chyba nadzieję, że gdzieś tam piłka drasnęła bramkarza Piasta, bo o brak znajomości przepisów nikogo nie podejrzewamy! Zresztą, jak piłka wyląduje w siatce, to człowiek jakoś tak mimowolnie się cieszy. Zrozumiałe.

Reklama

Po stronie Piasta okazji nie brakowało, ale Krzysztof Iwanek zatrzymał Lazzarettiego i Bertoline. Gospodarze jeszcze wtedy nie wiedzieli do kogo podawać piłkę. Dopiero później się połapali, że Juninho Silva przemienił się w Midasa i wszystko zamieniał w złoto. Najpierw trafił na 2:0, później na 3:1. Aż z radości wskoczył na Bertoline, bo drugie trafienie nie było jakimś tam dołożeniem nogi do pustej. Strzelał bramkarz – Michał Widuch – a Juninho po drodze zagrał piętką i zmylił golkipera rywali.

Eurobus i tak mimo tych licznych okazji gospodarzy był jak ten koleś na wakacjach w randomowym mieście w Europie. Spotkałeś go w samolocie, potem na deptaku w mieście, a później jeszcze w jakiejś knajpie. Ciągle ten sam gość z czerwonym plecakiem. To był właśnie Eurobus. Cały czas zostawiał swój oddech na plecach. Strzelił gola kontaktowego na 1:2, potem na 2:3, następnie też na 3:4. No gość z czerwonym plecakiem ewidentnie nie chciał się odczepić! A tak poważnie – duży szacunek za charakter dla ekipy z Przemyśla, bo spowodowała, że było tu tak dużo emocji.

Moment kluczowy tego meczu? Zdecydowanie „babol” Henrique Diniza, który ofiarował gola Bertoline. Było to tak nieodpowiedzialne, że aż się złapał za głowę. No i później nie udało się już spotkać faceta z czerwonym plecakiem. Odpowiedzi nie było. Tomasz Kriezel zamknął ten mecz strzałem do pustej bramki. Bardzo długo Eurobus był w grze, ale ten błąd w rozegraniu najwyraźniej ważył tyle, że nie wziąłby go na klatę sam Pudzianowski.

Reklama

CONSTRACT LUBAWA – REKORD BIELSKO-BIAŁA 1:0 (1:0)

Jeśli finał to kurier dowożący paczki, to ten mecz był listonoszem, który nawet nie zapukał do domu i zostawił awizo przy furtce. Słuchajcie, no nie przychodzi się na mecz futsalowy i to o trzecie miejsce, żeby zobaczyć tylko jednego gola. Panowie się nie popisali w ofensywie i nie ma tu specjalnie czego komentować. Wynik 1:0 to może być co najwyżej w szachach albo warcabach, bo właśnie taki wpisuje się po zwycięstwie któregoś z zawodników. No i tu też mieliśmy warcabowy pojedynek jasnozielonych pionków z takimi bardziej miętowymi.

Mięta zwyciężyła. Kacper Sendlewski krótkim zwodem nawinął Varelę i uderzył akurat pomiędzy dwoma przeciwnikami, dwóch innych jeszcze zasłaniało bramkarzowi (swój i przeciwnik), no i Jakub Florek zobaczył piłkę dosłownie w ostatniej chwili. I to było generalnie jedyne, co wpuścił. Młody bramkarz Rekordu spisywał się doskonale, a już najbardziej kozacka była interwencja, w której w ostatniej chwili wyciągnął nogę, kiedy Szymon Licznerski piętą zmienił tor lotu piłki.

Zbijamy też żółwia Gabrielowi Rinaldinowi za to, że zachował się fair play. Mógł walić na pustą bramkę na 2:0, ale zobaczył, że zwija się z bólu przeciwnik, więc wybił piłkę na aut. Rzeczywiście okazało się, że Varela był faulowany, a to oznaczało rzut karny! Wreszcie publiczność, która trochę przysypiała (żartujemy, na futsalu się nie przysypia) mogła się poderwać z krzeseł po interwencji Roberto Goziego, który na półtorej minuty przed końcem zatrzymał strzał Franco Spellanzona.

Reklama

Bramkarze po obu stronach odbili w sumie 29 strzałów.

CONSTRACT LUBAWA – REKORD BIELSKO-BIAŁA 6:1 (3:0)

Constract postanowił wynagrodzić kibiców za poprzedni pojedynek. Nie było żadnych wątpliwości, kto powinien zdobyć brązowy medal mistrzostw Polski. 6:1, czyli totalna dominacja.

Był już w tych play-offach samobój lobem ze środka boiska i dostał takiego Roberto Gozi. A teraz patrzył się z daleka, jak podobnego dostaje jego vis-a-vis, czyli Michał Kałuża. Wykop z autu i piłka akurat odbiła się od nie tego kanta głowy Pawła Budniaka. Minęło zaledwie 40 sekund i padła zdecydowanie najładniejsza bramka weekendu i proszę tu nawet nie dyskutować, bo to dyktatorska opinia. Kacper Sendlewski dostał podanie z rożnego, zaczekał aż piłka opadnie na ziemię i walnął ekskluzywnie w okienko.

Reklama

Znowu ten Sendlewski! W pierwszym meczu przecież to jego indywidualna akcja uratowała nas przed wynikiem 0:0. A później Helder pokazał, że na siłownię to on nie przychodzi sobie robić zdjęć na Instagrama, bo Martin Dosa odbił się od niego po prostu tak brutalnie jak student w dresie od ochroniarzy w nocnym klubie.

Już w przerwie w zasadzie można było zawiesić na szyjach Constractu brązowe medale, żeby mogli sobie w nich dalej biegać i grać. W drugiej połowie tylko dobijali najbardziej utytułowaną drużynę w Polsce. Pedrinho trafił na 4:0 (zagranie piętką Rinaldina – klasa), potem ten sam zawodnik dołożył gola na 5:0, jeszcze Pedro Pereira na 6:0 do pustaka i można tu byłoby podstawić tego mema z Simpsonów: stop, stop, he’s already dead. No i przystopowali. Rekord strzelił na koniec gola honorowego.

Fot. FOGO Futsal Ekstraklasa

Reklama
1 komentarz
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

FOGO Futsal Ekstraklasa

Reklama