Domek z kart. Skąd tureckie kluby mają tak wielkie pieniądze na transfery?

AbsurDB

Autor:AbsurDB

18 sierpnia 2026, 08:08 • 27 min czytania 5

Reklama
Domek z kart. Skąd tureckie kluby mają tak wielkie pieniądze na transfery?

Victor Osimhen w Galatasaray. Mason Greenwood w Fenerbahce. Mohamed Salah w Trabzonsporze. Leandro Trossard i Dusan Vlahović w Besiktasie. Turcja kiedyś była miejscem, w którym dawne gwiazdy kończyły przygodę z piłką. Dziś trafiają tam w sile wieku, może nie najlepszym okresie swoich karier, ale na pewno nie na odcinanie kuponów. Skąd wzięły się w tureckiej piłce pieniądze, które pozwalają zakontraktować czołowych zawodników i trenerów świata? Znaleźliśmy dziesięć powodów takiego stanu rzeczy. 

Reklama

Skąd wzięły się wielkie pieniądze na transfery w lidze tureckiej?

Rok temu Galatasaray wydało na Osimhena 75 milionów euro, a prawie 60 kosztowali Wilfried Singo i Ugurcan Cakir. Z kartą w ręku pozyskało też Ilkaya Gündogana i Leroya Sane, ale przecież trzeba było im zapewnić godną pensję, by ich przekonać. Do Galaty zimą poszedł również na krótko Przemysław Frankowski. W sezonie 2025/26 tureckie kluby wyłożyły na stół prawie pół miliarda euro. Machinę nakręcają giganci, bowiem ci słabsi rzadko wydają na piłkarza ponad milion euro. Jeszcze Basaksehir i Samsunspor mogą trochę sypnąć.

Sielanka trwa dalej.

Besiktas najpierw wypożyczył, a przed tym sezonem wykupił Orkuna Kökçü (kibica tego klubu od dziecka) za 30 milionów, Vlahović przeszedł (w teorii) za darmo, podobnie jak Mohamed Salah do Trabzonsporu, ale przecież obaj będą pobierali gigantyczne wynagrodzenia. Transfer Egipcjanina to w ogóle jakieś szaleństwo, bo pokazuje, że Trabzonspor zamierza postawić się gigantom i będzie jeszcze ciekawiej.

Reklama

Mohamed Salah

Mohamed Salah witany jak król w nowym klubie.

Portal Capology szacuje łączne wydatki na pensje w lidze tureckiej na ponad pół miliarda euro. Więcej wydają tylko kluby w najlepszych pięciu ligach oraz w Arabii Saudyjskiej i Championship. Na nawet dwadzieścia milionów euro rocznie mogą liczyć Mohamed Salah i Victor Osimhen. Dziesięć „baniek” przekraczają zarobki: N’Golo Kante, Edersona, Marco Asensio, Milana Skriniara, Masona Greenwooda i Taliski w Fenerbahce, Leroya Sane w Galatasaray oraz Dusana Vlahovicia w Besiktasie.

A przecież są tam jeszcze takie gwiazdy, jak Nathan Ake, Matteo Guendouzi, Romelu Lukaku (Fenerbahce), Davinson Sanchez, Ilkay Gündogan (Galatasaray), Leandro Trossard (Besiktas), czy Andre Onana (Trabzonspor), z których każdy zarabia ponad sześć milionów euro.

Reklama

W Polsce mówiło się o milionie euro rocznie dla Benjamina Mendy’ego, a i tak plotki o pensji Francuza okazały się przesadzone. Skąd zatem nad Bosforem takie pieniądze? Jakim cudem tamtejsze kluby przelicytowują nie tylko Portugalczyków, Szkotów, Belgów, Holendrów, ale nawet zespoły z pięciu najpotężniejszych lig, nawet Saudyjczyków? Przecież zaledwie cztery lata temu turecka liga spadła, co prawda chwilowo, ale jednak aż na dwudzieste miejsce w rankingu UEFA!

Mały kontrakt na prawa telewizyjne i olbrzymie koszty odsetek

Przyczyną z pewnością nie są kontrakty telewizyjne. 123 miliony euro – na tyle opiewa aktualnie obowiązujący. Więcej pieniędzy otrzymuje prawie każdy klub Premier League. Co prawda około jednej trzeciej z tej kwoty trafia do wielkich klubów ze Stambułu, ale są to znacznie mniejsze środki, niż otrzymują od telewizji rywale z innych krajów, których oferty transferowe są regularnie przebijane przez tureckie zespoły.

W dodatku wpływy z praw telewizyjnych drastycznie spadają. Poprzedni kontrakt opiewał na 370 milionów, a osiem lat temu sięgał… pół miliarda euro. A trzeba jeszcze przecież pamiętać o inflacji.

W dodatku roczne koszty odsetek płaconych przez tureckie kluby to prawie dwieście milionów euro. Średnio każdy zespół płaci z tego tytułu około dziesięciu milionów, czyli niewiele mniej niż cała Ekstraklasa razem wzięta (13 milionów). Większe koszty za to ponoszą tylko kluby angielskie, ale w ich przypadku stanowi to zaledwie 5% przychodów. Tymczasem nad Bosforem jest to aż… 22%! Dwa razy więcej niż w drugiej pod tym względem Portugalii.

Reklama

Koszty odsetek według lig (źródło: raport UEFA “The European Club Finance and Investment Landscape”), dane za rok 2024.

Mimo to łączny zysk tureckich klubów osiągnął w 2024 roku prawie sto milionów euro. To drugi wynik w Europie za Bundesligą! Jednocześnie paradoksalnie wartość majątku zespołów Süper Lig spadła o 14 milionów euro. Jedyną inną ligą, w której wartość ta się zmniejszyła, była Ekstraklasa (o milion). W Turcji powodem jest głównie spadek wartości liry. Cały majątek wyceniany w tej walucie szybko traci na wartości podawanej w euro.

Reklama

Wyniki finansowe według lig (źródło: raport UEFA “The European Club Finance and Investment Landscape”)

Wyniki Galatasaray i Legii – nie ta skala

Oto świeżutki, raptem sprzed kilku dni, raport finansowy Galatasaray. Wynika z niego, że na około 1,5 mld złotych przychodów (dla porównania Legia generuje ich 230 milionów) składa się:

  • około 500 mln zł ze sprzedaży koszulek i produktów (Legia: 20 mln)
  • 400 mln zł ze sprzedaży biletów, lóż, karnetów VIP (Legia: ponad 40 mln)
  • prawie 400 mln zł z praw do nazwy i sponsoringu (Legia: około 40 mln)
  • ponad 200 mln zł od UEFA (Legia: około 30 mln za poprzedni sezon)
  • około 70 mln zł z praw telewizyjnych (Legia: prawie 80 mln zł)

Z powyższego zestawienia wynika, że o ile pod względem praw telewizyjnych klub z największym w Polsce budżetem jest wręcz w lepszej sytuacji od tureckiego hegemona, to pod względem marketingowym dzieli te zespoły przepaść, a pod względem sprzedaży produktów sygnowanych herbem klubu jesteśmy daleko w tyle.

To zestawienie nie pokazuje jednak pełnego obrazu, który jest znacznie bardziej skomplikowany.

Reklama

W rozmowie z Jamesem Benge z CBS źródło zbliżone do Galatasaray przekazuje swój punkt widzenia: „Pieniądze w tureckiej piłce są jak bitcoin. Po prostu są i nikt nie wie skąd się biorą i dokąd trafiają.” Spróbujmy jednak dotrzeć do tego, jakie są ich źródła.

Galatasaray Lemina

Warto jednak dodać, że kibic, który przychodzi oglądać mecze Galatasaray, na co dzień widzi w koszulce tego klubu takich piłkarzy: Leroy Sane, Victor Osimhen, Ilkay Gündogan, Davinson Sanchez, Wilfried Singo, Mario Lemina, Lucas Torreira, Lesley Ugochukwu, Baris Yilmaz, Noa Lang. Nie trzeba specjalnie interesować się piłką, żeby kilka tych nazwisk dobrze kojarzyć.

Powód pierwszy: kibice

Z ostatniego raportu finansowego UEFA wynika, że przychody tureckich klubów wyniosły 877 milionów euro. Oznacza to roczny wzrost o 64%. Był on zdecydowanie najszybszy z grona poważnych lig. Drugie miejsce zajęła Chorwacja z prawie dwukrotnie mniejszym tempem skoku przychodów:

Reklama

Przychody według lig (źródło: raport UEFA “The European Club Finance and Investment Landscape”), dane za 2024 rok. 

Przyrost wpływów z biletów był jeszcze szybszy i wyniósł 69%. Suma z tego tytułu w lidze tureckiej to 150 milionów euro. W Ekstraklasie – 39 milionów. Co ciekawe, mediana wpływów z biletów wynosi w Turcji poniżej miliona euro na klub. Oznacza to, że połowa klubów ligi generuje rocznie więcej niż milion euro na sprzedaży wejściówek, a druga połowa – mniej. W Polsce mediana wynosi… więcej, bo 1,3 miliona euro. Dziewięć klubów sprzedaje rocznie bilety i karnety za większą kwotę, a dziewięć  – za mniejszą.

Jak to zatem możliwe, że nad Bosforem łączne wpływy są prawie czterokrotnie większe? Oczywiście decydują o tym olbrzymie różnice we frekwencji.

Reklama

Małe dzielnicowe kluby stambulskie (Kasimpasa czy Fatih Karagumruk) gromadzą bowiem mniej widzów niż Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Za to Galata i Fener osiągają przeciętną frekwencję na poziomie czterdziestu tysięcy, a Besiktas – trzydziestu. W Polsce tę liczbę przekroczył w końcu pierwszy od pół wieku klub – Lech Poznań.

Pod względem wpływów z biletów Galata jest na dwunastym miejscu w Europie. Awansowała aż o sześć pozycji, wyprzedzając nawet Milan i Atletico. Do czołowej dwudziestki wskoczyło też Fenerbahce, awansując o dziewięć miejsc nad Celtic i Borussię Dortmund.

Średni przychód z dnia meczowego Galatasaray to trzy miliony euro. To więcej niż… łączne roczne przychody ze wszystkich dni meczowych Motoru Lublin.

Reklama

Pod względem średniej kwoty, jaką kibic przy okazji jednej wizyty zostawia na stadionie, Galatasaray i Fenerbahce są w czołowej dziesiątce europejskiej! Ich fani wydają każdorazowo więcej niż kibice Manchesteru City i United. Mówimy o przeciętnych wydatkach przekraczających siedemdziesiąt euro na jedno spotkanie. W Ekstraklasie tylko w przypadku Legii kwota ta wynosi więcej niż siedemdziesiąt… złotych (94 zł). Drugi Widzew to już jedynie 69 zł, a Lech: 64 zł.

„Biedni” stambulscy fani wydają zatem średnio ponad cztery razy więcej na mecz niż mieszkańcy bogatych i rozwijających się polskich aglomeracji. To pierwszy z powodów, dla których tureckie kluby mają czym płacić. Dane pochodzą z zamkniętego finansowo sezonu 2024/25, czyli jeszcze przed przyjściem Victora Osimhena.

Powód drugi: plan, który miał jedynie ratować przed utonięciem, a okazał się żyłą złota

Druga w kolejności, ale pierwsza pod względem znaczenia przyczyna poprawy kondycji tureckich klubów jest jednak zupełnie inna. To zdecydowanie najbardziej skomplikowany czynnik. Spróbuję przedstawić go w telegraficznym skrócie, ale tak, by nie umknął żaden istotny element.

Można go streścić krótkim „tureckie kluby wdrożyły plan naprawczy, który uchronił je przed upadłością”. Jednak dość ciekawe są jego szczegóły. Jeśli nie interesują cię zawiłości na pograniczu polityki, kursów walut, stóp procentowych – przejdź do punktu trzeciego.

Reklama
  • W 2019 roku kluby i Turecki Związek Piłki Nożnej zauważają, że problem zadłużenia staje się tak gigantyczny, że zaczyna zagrażać istnieniu Galatasaray, Fenerbahce, Besiktasu i Trabzonsporu. Cały kwartet przestaje spełniać kryteria finansowego fair play. Federacja, kluby i UEFA dochodzą do wniosku, że konieczne jest przygotowanie poważnego planu naprawczego.
  • Prace nad jego kształtem trwają aż dwa lata. W życie zaczyna wchodzić od 2021 roku. Jest dość rewolucyjny, ale z założenia nie polega na darowaniu jakiegokolwiek zadłużenia, a na jego restrukturyzacji. Pożyczki, które powinny zostać spłacone lada chwila albo już są przeterminowane, albo rozłożone zostają na wiele lat. Łączna wartość długów to niebagatelne 1,7 miliarda euro. Dla porównania Legia ma około 40 mln euro długu, a oszczędny poznański Lech zaledwie kilka milionów.
  • Jednak nie dzieje się to za darmo. Konsorcjum banków-wierzycieli praktycznie przejmuje częściową kontrolę nad przychodami klubów. Te właściwie nie tyle spłacają pożyczkę, co część ich przychodów trafia prosto do wierzycieli. Banki kładą ręką na istotnej części wpływów klubowych. W przypadku Fenerbahce jest to aż 50%. Mało tego – narzucają reguły wydatkowania. Zmuszają Wielką Czwórkę do dość drastycznego cięcia kosztów – co najmniej o 20%. W Galatasaray pensje obcięto o połowę.
  • Zadłużenie zostaje znacząco rozłożone w czasie. Przez pierwsze dwa lata w ogóle nie trzeba spłacać kapitału. Ostatnie raty mają być zwrócone dopiero w 2030 roku. W dodatku zostaje przewalutowane na lirę turecką, choć długi w znacznej części były zaciągane w walutach zagranicznych. To okaże się później kluczowym elementem układanki. Warto zaznaczyć, że jest to moment, w którym lira kosztuje 12 eurocentów, a roczne oprocentowanie kredytów w tureckiej walucie wynosi 20%.
  • Szczególnie interesująca jest sytuacja Galatasaray, które podpisało umowę sztywno wiążącą oprocentowanie swojego kredytu z referencyjną stopą procentową liry tureckiej. Tej samej nocy, której Żółto-Czerwoni podpisują dokument, zmieniony został prezes Tureckiego Banku Centralnego.
  • Nowy szef rewolucjonizuje turecką politykę pieniężną. Co prawda lira mocno traci na wartości, ale oprocentowanie denominowanych w niej kredytów gwałtownie spada. Odsetki, które musi spłacać klub nagle spadają o… połowę. Wartość zadłużenia nawet w przeliczeniu na euro malała, choć nie było ono w ogóle spłacane! Bez jakichkolwiek realnych działań ze strony Galaty, znacząco poprawiał się stan jej finansów! Oczywiście zupełnym przypadkiem jest to, że szef banku centralnego, który spowodował taką sytuację wcześniej był członkiem Kongresu Galatasaray, a jako zagorzały kibic tego klubu jeździł za nim nawet na mecze wyjazdowe…

  • Nic dziwnego, że pozostała trójka szybko decyduje się wskoczyć do odjeżdżającego pociągu, który daje nadzieję na lepszą przyszłość finansową. Fakt, że w międzyczasie załamał się kurs tureckiej liry był dużym problemem, ale dla banków, a nie klubów, co widać na przykładzie:
  • Klub, który miał w 2021 roku do spłacenia 100 milionów euro przy kursie 0,10 euro za jedną lirę turecką przekonwertował swój dług na miliard lir. Gdy przyszło do spłaty w 2023 roku, to jedna lira warta była połowę tego, co wcześniej, bo jedynie 0,05 euro. Jednak zwrot następował w lokalnej walucie, zatem umówiony miliard lir był już wart jedynie 50 milionów euro. Banki otrzymywały połowę kwoty, na jaką liczyły. Oczywiście dochodzą do tego odsetki, ale nie zbliżyły się do kwoty zaoszczędzonej przez kluby na przewalutowaniu, bo oprocentowanie spada z 20% do 8%. Do czasu…
  • W połowie 2023 roku zmienia się prezes banku centralnego. Wajcha przechyla się w drugą stronę: koniec ze spadkiem wartości liry, ale w zamian oprocentowanie kredytów szybuje w górę, by dwa lata temu osiągnąć aż 50%.
  • Nagle umowa z niezwykle korzystnej dla klubów i bardzo problematycznej dla banków staje się czymś dokładnie odwrotnym – znacznym obciążeniem dla Wielkiej Czwórki. Jeden klub za drugim zaczyna kombinować, jak wycofać się z niej rakiem. Niestety nie da się tego zrobić inaczej, niż szybko spłacając zadłużenie póki warunki są korzystne. Tylko skąd wziąć na to środki? Odpowiedzią okazuje się przede wszystkim sprzedaż ziemi (ale o tym za chwilę).
  • Szybka spłata długów, póki warunki są wciąż atrakcyjne, pozwala klubom na swobodne dysponowanie swoimi przychodami i uwolnienie się od odsetek. Przede wszystkim dzięki temu mogą samodzielnie dysponować swoimi środkami bez patrzących im na ręce bankierów, oglądających każdą lirę z każdej strony.
  • We wrześniu 2024 roku Trabzonspor zostaje pierwszym klubem, który całkowicie spłacił zadłużenie wobec konsorcjum banków i rozwiązał umowę. W lipcu na to samo decyduje się Galatasaray. W tym roku spłatę zakończyło Fenerbahce. Program obejmuje już zatem jedynie Besiktas, który rocznie płaci 50 milionów euro samych odsetek, dlatego podobno także jest bliski wycofania się z umowy

A zatem, podsumowując: hulaj dusza, piekła nie ma! Kojarzycie ten moment, gdy w końcu otrzymujecie w młodości poważne pieniądze tylko dla siebie? Jakieś większe kieszonkowe albo pierwsze stypendium, którego nikt nie będzie kontrolował ani sprawdzał, czy przynieśliście resztę? Wielu postanawia wydać je na najbardziej absurdalną rzecz, jaka przyjdzie im do głowy. Idiotyczny tatuaż w dziwnym miejscu. Wielki dmuchany flaming w ogrodzie. W większej skali: kamper, motorówka albo domowy symulator golfa. To właśnie sytuacja prezesów tureckich potęg. Stali się znaną z „Charliego i Fabryki Czekolady” Verucą Salt – rozpuszczoną dziewczyną, która zawsze musi dostać od swoich rodziców każdą rzecz, jakiej tylko zapragnie.

Pierwszy raz od lat nikt nie patrzy im na ręce. W końcu każdej faktury i każdego kontraktu nie analizuje w najdrobniejszym szczególe zestaw poważnych i nieczujących futbolu bankierów. Gawiedź chce mieć Osimhena – to prezes kupi im Osimhena. Potrzebują Greenwooda – będą mieć Greenwooda. Marzą o Salahu – będzie Salah. Wszystkiego ma być w opór. Jeśli będą chcieli pójść do muzeum lotnictwa, to zabierze ich do muzeum lotnictwa.

Reklama

Powód trzeci: działki w najatrakcyjniejszych miejscach kraju

W pogoni za środkami, które pozwolą im szybko spłacić zadłużenie, póki warunki były niezwykle korzystne, kluby sięgnęły po to, co mają najcenniejsze: ziemię. Od dawna posiadają działki, szczególnie w Stambule, które ulokowane są na terenach wartych olbrzymie pieniądze.

Majątek najbogatszego tureckiego dewelopera to pięć miliardów. Mniej więcej tyle warte są aktywa największej firmy działającej w tej branży nad Wisłą. Tyle że w przypadku Turków chodzi o pięć miliardów dolarów, a w przypadku Polaków – o pięć miliardów złotych.

Turecki potentat współpracuje z Fenerbahce w komercjalizacji należących do klubu terenów w dzielnicy Ataşehir. Co to za miejsce? Krzyżują się w nim dwie najważniejsze autostrady: zewnętrzna obwodnica Stambułu, łącząca część europejską z azjatycką i mająca osiem pasów ruchu z drogą O-4, którą z największego miasta kraju można dojechać do jego stolicy – Ankary (sześć pasów ruchu na prawie całej długości).

Reklama

Dzielnica Ataşehir Detta Priyandika, Public domain, Wikimedia Commons

To tak, jakby Legia zamiast w Urszulinie miała działki przy skrzyżowaniu polskich autostrad A1 i A2 w okolicach Baranowa, ze zbudowanym już tam Centralnym Portem Komunikacyjnym.

Ataşehir to niezwykle szybko rozwijająca się dzielnica bankowa, w której buduje się osiedla drapaczy chmur dla prawie stu tysięcy mieszkańców. A Fener partycypuje w finansowym boomie tego obszaru.

Reklama

Galatasaray podobne aktywności prowadzi w nadmorskiej dzielnicy Florya, koło dawnego lotniska imienia Ataturka. Zdaniem niektórych jest to… najcenniejsza działka w całej Turcji. Klub miałby na niej zarobić według różnych szacunków od czterystu milionów do nawet miliarda dolarów.

Powód czwarty: stadiony

Niezwykle istotnym momentem w rozwoju tureckich klubów było dostosowanie stadionów do potrzeb kibiców. Dziś wprost niebywałe wydaje się, jak Galata mogła przez dekady grać na starym obiekcie imienia Alego Sami Yena, liczącym zaledwie dwadzieścia kilka tysięcy miejsc. Tak było jeszcze do 2011 roku. Nowy stadion jest właściwie tak duży, jak Stadion Narodowy w Warszawie. A kosztował prawie o połowę mniej niż nasz.

Stadion Legii od dwunastu lat nie ma sponsora tytularnego. Wcześniej Pepsi płaciła za prawa około sześciu milionów złotych. To ponad dwukrotnie mniej niż jeden ze sponsorów płacił za nadanie jego nazwy… jednej z trybun stadionu Galatasaray. W dodatku Turcy opłatę za nazwę stadionu kasują cały czas. Od trzech lat płaci za nią firma Rams. Prawie dziewięć milionów euro rocznie. Za stadion Legii nie płaci nikt od dwunastu lat…

Jak stwierdził ostatnio Marcin Herra: „Wiem, że niektórzy uważają, iż to tylko słowa, natomiast każdego dnia pracujemy nad tym tematem (chodzi o sponsora stadionu, którego nie ma od 2015 roku).”

Reklama

Ponad sto miesięcy. Ponad cztery tysiące dni „pracują nad tematem”. Galatasaray w tym czasie wyłącznie za prawa do stadionu lub trybun skasował… około stu milionów euro. Oczywiście za większy obiekt, a przede wszystkim swój własny, ale różnica robi wrażenie. Jak dogonić taki klub?

Nie chodzi zresztą tylko o Galatasaray. Fenerbahce za prawa do stadionu w latach 2015-2025 skasowało 90 milionów dolarów od wielkiego koncernu spożywczego Ulker (licząc po dzisiejszym kursie to trochę mniej niż 80 mln euro). Jeszcze więcej zarobił Besiktas od Vodafone, a Trabzonspor wywalczył około połowę tej kwoty. Producent jogurtów Chobani będzie od teraz płacił Fener dziesięć milionów euro rocznie. Mniej więcej tyle zarabiał tam Jose Mourinho. Wystarczy to na około siedem miesięcy pensji Salaha. Kolejne tygodnie mogą zwrócić się ze sprzedaży jego koszulek.

Co ciekawe, w sezonie 2024/25 średnia liczba widzów na mecz w Ekstraklasie była… wyższa niż w lidze tureckiej. Teraz znów wygrywa Turcja (14,5 tysiąca do 13,5 tysiąca w Polsce) – głównie dzięki poprawie wyników Trabzonsporu.

Dość istotne jest też to, że Turcy nie muszą wydawać milionów na stadiony. Ich obiekty są już nowoczesne i całkiem pojemne, bo w ostatniej dekadzie zrealizowali najwięcej takich projektów w Europie. Jedyna duża inwestycja to nowy obiekt w stolicy, który będzie domem reprezentacji narodowej. Większość aren, na których odbędzie się Euro 2032 jest gotowa i nie wymaga wielkich inwestycji. Renowacji wymaga jedynie należący do państwa Stadion Olimpijski im. Atatürka oraz obiekt Fenerbahce:

Reklama

Masowe kibicowanie

Bardzo orientacyjnie można stwierdzić, że Galatasaray kibicuje 40% Turków, Fenerbahce – 30%, a Besiktasowi – 20%. Trabzonspor może cieszyć się poparciem około 6% mieszkańców.

Przy olbrzymiej, prawie dziewięćdziesięciomilionowej populacji kraju oznacza to, że Żółto-Czerwoni mają trzydzieści kilka milionów kibiców, Żółte Kanarki – około trzydziestu, a Biało-Czarni – około dwudziestu. Nawet w przypadku prowincjonalnego Trabzonsporu, baza kibicowska to ponad pięć milionów osób.

Dla porównania, w Polsce najbardziej optymistyczne szacunki wskazują, że Legii i Lechowi kibicuje ponad dwa miliony osób.

Reklama

Jeszcze jedno musi wybrzmieć. Siła tych ludzi nie tylko Stambuł. W prawie każdej z 81 prowincji tego kraju najpopularniejszym klubem jest Galatasaray, Fenerbahce lub Besiktas. W stolicach nawet najbardziej odległych regionów Galata potrafi mieć bez problemu co najmniej kilkanaście tysięcy kibiców. Ilu fanów Legia ma w Zielonej Górze? Stu? To chyba dość naciągana liczba.

Zresztą to działa także w drugą stronę. W kilkunastomilionowym Stambule swoich fanów mają wszystkie tureckie kluby, bo ogromna część jego mieszkańców to przyjezdni z prowincji.

Gdy cztery lata temu Trabzonspor zapewnił sobie ostatnie mistrzostwo kraju, postanowił ostatni DOMOWY mecz ligowy, na którym otrzymał trofeum za wygranie ligi, zorganizować na obiekcie najdogodniejszym dla jak największej liczby swoich kibiców. Czy przeniósł spotkanie na inny, większy stadion w Trabzonie? Rozegrał je w pobliskiej miejscowości? Nie. Zdecydował się na stadion w Stambule. Tysiąc (!) kilometrów od domu. Gwoli ścisłości trzeba zaznaczyć, że niektórzy twierdzą, że powodem przeniesienia spotkania było rozkradzenie murawy stadionu w Trabzonie z radości po zapewnionym sobie mistrzostwie.

Niezależnie od powodów, na meczu w Stambule stawiło się siedemdziesiąt tysięcy osób, a dla wielu zabrakło biletów. Taki tłum świętował w największym mieście kraju sukces prowincjonalnego klubu.

Reklama

Czy wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce? Że przykładowa Jagiellonia Białystok jedzie świętować w Warszawie?

Powód piąty: sprzedaż koszulek

Taki potencjał sprawia, że sprzedaż biletów to nie jedyny sposób, by pozyskać środki od fanów. Tureckie kluby prawdopodobnie wiedzą to najlepiej na świecie. Może to być pewną niespodzianką dla Polaków przyzwyczajonych do tego, że na tureckich bazarach można kupić podrobione koszulki prawie każdego klubu. Jednak zespoły znad Bosforu przodują w sprzedaży produktów klubowych, czyli tych oficjalnych.

Reklama

Rok temu UEFA podała, że Galatasaray na sprzedaży gadżetów i koszulek zarobiło 85 milionów euro. Zajęło pod tym względem dziewiąte miejsce w Europie, wyprzedzając nawet PSG i Manchester City! Fenerbahce zajęło czternaste (przed klubami z Mediolanu), a Besiktas osiemnaste miejsce.

W październiku podawaliśmy, że Legia osiągnęła świetny rezultat sprzedażowy, zbliżając się do przychodów na poziomie… pięciu milionów euro z merchandisingu.

Warto podkreślić, że tym europejskim klubem, w którym udział sprzedaży produktów z jego herbem w ogólnych przychodach jest największy, jest Fenerbahce! Aż 39% budżetu zapewniają mu fani. Żaden inny duży klub nie osiągnął tak wysokiego wskaźnika.

Reklama

Nathan Ake, Vedat Muriqi i Mason Greenwood – nowi piłkarze Fenerbahce. Z pierwszym i trzecim miał okazję zmierzyć się Górnik Zabrze. 

 

Łączy nas słabość reprezentacji

I co z tego, że Turcy zarabiają znacznie mniej od nas? Nie przeszkadza im to wydawać co roku milionów lir na najprzeróżniejsze pierdółki z herbem ukochanego klubu. A on przecież ciągle jest ten sam. Od lat dziewięćdziesiątych zmiany w logotypach są właściwie tylko kosmetyczne – za każde pięć tytułów przyznawana jest dodatkowa gwiazda w herbie (ostatnio piątą dodało Galatasaray). Każda rodzina ma już przecież ręcznik, kapcie, popielniczkę, etui na telefon, zapach w aucie i cokolwiek jeszcze da się wymyślić, w barwach swoich faworytów.

Na tym polega przywiązanie do klubu, miłość do niego i fanatyzm. Nad Wisłą nie zbliżamy się nawet do tego poziomu. Owszem wśród zagorzałych fanatyków i osób, które jeżdżą na najdalsze nawet wyjazdy za swoimi klubami jesteśmy może nawet i potęgą. Jednak brakuje masowej popularności lokalnych zespołów. Rodzice owszem, kupują dzieciom koszulki, ale Yamala, Haalanda i Mbappe. W Turcji też mogą mieć na plecach nazwiska wielkich gwiazd, tyle że coraz częściej chodzi o piłkarzy grających w tamtejszej lidze. Bo to są wielkie gwiazdy.

To, co łączy nas z Turkami to fakt, że poprawa pozycji w rankingu UEFA nie wiąże się ze znaczącym postępem drużyny narodowej. Gwiazdy Półksiężyca przynajmniej pojechały na mundial, ale zaliczyły tam klasyczne polskie mecze: otwarcia, o wszystko i o honor.

Inflacja – zagrożenie, ale też szansa

Paradoksalnie szalejąca w Turcji od kilku lat inflacja może być nie tylko zagrożeniem, ale także szansą dla niektórych działów gospodarki. Potrafiła ona przekroczyć 50%. To bardzo boli, gdy kupujesz za liry chleb. Nieco mniej, gdy handlujesz piłkarzami. A szczególnie, gdy masz w nich długi, a te osiągnęły poziom wprost niebotyczny.

Inflacja w Turcji (źródło: https://tradingeconomics.com/turkey/inflation-cpi).

Oczywiście ma to wielki wpływ na możliwość generowania przychodów w lirach tureckich. Ale przychody z nagród za grę w Europie, sprzedaży piłkarzy, kontraktów reklamowych kluby znad Bosforu otrzymują najczęściej w euro. A jego kurs na lokalnym rynku rośnie znacząco.

Pięć lat temu jedno euro można było sprzedać za dziesięć lir tureckich. Dziś dostanie się ich ponad pięćdziesiąt. Jeżeli zarabiasz w walucie zachodniej (a to ona jest podstawą przychodów największych klubów tureckich), to możesz na lokalnym rynku otrzymać coraz więcej towarów i usług. Oczywiście inflacja zjada znaczną część zysków, ale tłumaczy to jakim cudem przy tak szybkim wzroście cen duże zespoły wciąż całkiem nieźle sobie radzą.

Powód szósty: struktura własnościowa

Oto, jak zorganizowane są największe tureckie kluby:

  • Galatasaray: stowarzyszenie fanów (o charakterze non-profit) ma 60% akcji, reszta akcji notowana jest na giełdzie
  • Besiktas: stowarzyszenie fanów (o charakterze non-profit) ma około 70% akcji, reszta akcji notowana jest na giełdzie
  • Fenerbahce: stowarzyszenie fanów (o charakterze non-profit) ma 62% akcji, reszta akcji notowana jest na giełdzie
  • Trabzonspor: stowarzyszenie fanów (o charakterze non-profit) ma 51% akcji, reszta akcji notowana jest na giełdzie

Cała czwórka funkcjonuje zatem na bardzo podobnych zasadach. Pozyskuje środki z giełdy, nie oddając jednocześnie władzy w klubie żadnemu zewnętrznemu podmiotowi. Rządzą kibice, a środki dają inwestorzy giełdowi.

W Polsce próby takiego finansowania podjęli się GKS Katowice i Ruch Chorzów, ale porównywanie ich do tureckiej wielkiej czwórki byłoby po prostu nieuczciwe. Lepiej usiądźcie: dzienne obroty na akcjach któregokolwiek z czterech tureckich wielkich klubów są większe od łącznych obrotów na akcjach GKS-u i Ruchu. Razem wziętych. Od początku ich pobytu na giełdzie NewConnect. A każdy z nich jest tam już od kilkunastu lat.

Jednego dnia właściciela zmieniają akcje Trabzonsporu o wartości średnio kilkunastu milionów złotych. Tyle wynoszą łączne obroty na akcjach GKS-u i Ruchu przez półtorej dekady. Oczywiście klub z samego handlu akcjami nic nie ma. Jednak tureckie zespoły są częścią wielkiego systemu finansowego i pełnoprawnego obrotu giełdowego. O obecności naszych zespołów na NewConnect prawie wszyscy już zapomnieli. Dzienne obroty na akcjach Ruchu potrafią wynieść… 2 (słownie: dwa) złote. Czasem właściciela nie zmienia ani jedna akcja przez kilka dni.

Wiadomo, że GKS i Ruch to nie są dwa największe kluby w Polsce, lecz jednak w promieniu 50 kilometrów od Katowic mieszkają prawie cztery miliony osób. To nie Stambuł, ale w przypadku Trabzonu w takiej odległości od stadionu mieszka zaledwie 700 tysięcy osób.

Na tle Turcji nawet akcja crowdfundingowa Wisły Kraków, która w ten sposób pozyskała w 2019 roku cztery miliony złotych, wygląda jak zabawa w przedszkolu. A przecież – warto to podkreślić – w skali polskiej była ona imponująca.

Prezes musi obiecać transfery

Taki sposób funkcjonowania tureckich klubów jest jednym z czynników sprzyjających wielkim zakupom. Po pierwsze: by zostać prezesem, trzeba wygrać wybory. I tak jak w przypadku Realu i Barcelony, najlepszym sposobem na to jest ściągnięcie wielkich gwiazd. Tytuły można obiecać, ale nie wiadomo, czy uda się je zdobyć. Fenerbahce – druga największa firma – czeka na mistrza od sezonu 2013/14! Jeden z kandydatów –  Hakan Safi – mówił: – Ściągniemy Lewandowskiego! 

Ale wygrał Aziz Yilidrim i jego koncepcja była już inna. – Nie dam 20 milionów euro rocznie 38-latkowi – miał stwierdzić nowy szef Fenerbahce w rozmowie z dziennikarzem Yagizem Sabuncuoglu.

Z gigantycznymi transferami jest paradoksalnie nieco łatwiej. Wystarczy zdobyć na nie pieniądze. Mistrzostwa one nie kupią, ale duże nazwiska z pewnością przyciągną.

W dodatku prezesi mają często mocne powiązania biznesowe z wielkimi firmami, które dzięki tym kontaktom chętniej decydują się na wsparcie finansowe danego klubu. Z tego względu na wejście na turecki rynek decyduje się niewielu zagranicznych inwestorów. Jedynym poważnym klubem z międzynarodowymi powiązaniami jest izmirskie Goztepe. Jego właścicielem jest Sport Republic, do którego należy też Valenciennes i Southampton.

Ten system ma też oczywiście wielkie wady. Gdy znany dyrektor sportowy z Europy był przymierzany do Besiktasu, przedstawił swoją osiemnastomiesięczną wizję uczynienia z niego hegemona. Właściciele podziękowali mu za współpracę, bo kibice z pewnością nie wytrzymają tak długiego okresu oczekiwania… Prezydent uznał, że do tego czasu zostałby wywieziony na taczkach. Po co mu zatem długoterminowe plany?

Powód siódmy: system podatkowy

Wydatkom sprzyja także wyjątkowy system podatkowy. Piłkarze zagraniczni płacą zazwyczaj stosunkowo niewielką dwudziestoprocentową daninę. Dzięki temu gwiazdy „na rękę” otrzymują znacznie więcej niż w Anglii czy Hiszpanii, gdzie państwu muszą oddawać nawet połowę swoich dochodów.

Najciekawsze jest jednak to, co dzieje się dalej z tymi pieniędzmi. Otóż nie trafiają one do państwa, ale na specjalny rachunek, z którego klub może korzystać. Jeżeli przeznaczy je na wynagrodzenia dla młodych zawodników, ich trenerów, ośrodki treningowe, zakwaterowanie, podróże czy też sprzęt sportowy, to zapłacony podatek w rzeczywistości zostaje w klubie.

W praktyce jest to forma dotowania szkolenia młodzieży poprzez system podatkowy. Wysokie zarobki profesjonalnych piłkarzy przeznaczane są częściowo na dbanie o to, by szkolić narybek w akademiach. Niepotrzebne w tej sytuacji jest finansowanie ze strony samorządów i spółek publicznych, które w Polsce przybiera karykaturalne formy.

Powód ósmy: łatwo płacić na papierze

Kolejnym czynnikiem sprzyjającym podpisywaniu wysokich kontraktów są stosunkowo niewielkie konsekwencje, jakie wynikają z nich akurat w Turcji. Łatwo zobowiązać się do wydania pewnej kwoty jeśli w rzeczywistości… wcale jej nie zapłacisz. Umowa z klubem tureckim to dopiero połowa sukcesu jeżeli chodzi o otrzymanie od niego pieniędzy. Oczekiwanie na otrzymanie prawdziwego przelewu może być drogą przez mękę.

25 (!!!) tureckich klubów ma dziś aktywne zakazy transferowe od FIFA. Jarosław Królewski piąty rok czeka na należne Wiśle pieniądze za Mateusza Lisa. Bramkarz zdążył w tym czasie zagrać w Turcji, przejść do Southampton, zostać wypożyczonym do Francji, wrócić do Turcji i ostatnio przejść do Lecha. A kilkuset tysięcy euro, jak nie było, tak nie ma.

Oczywiście te problemy nie dotyczą wielkiej trójki. Najpotężniejsze zespoły nie mogą sobie pozwolić na niepłacenie. Ale już Trabzonspor w 2018 roku otrzymał zakaz transferowy za zaległości w płatnościach.

Powód dziewiąty: finansowe fair play nie przyjęło się nad Bosforem

W 2016 roku Galatasaray zostało wykluczone z pucharów za naruszenie zasad finansowego fair play. Podobnie Trabzonspor cztery lata później. Z tego samego powodu w 2021 roku UEFA zastrzegła sobie prawo konfiskaty piętnastu procent kwoty należnej od niej Besiktasowi. Rok temu otrzymał on też karę 900 000 euro. Powodem było wydanie ponad 80% budżetu na wynagrodzenia, a więc przekroczenie ustalonego wcześniej limitu.

Obecnie granica ta wynosi 70%. Mimo tego Fenerbahce osiągnęło poziom 84% wydatków na pensje graczy, trenerów i kwoty transferowe. Za zbyt wysokie wynagrodzenie wypłacane między innymi Jose Mourinho, UEFA ukarała ten klub karą w wysokości siedmiu milionów euro.

Można powiedzieć, że cała najpotężniejsza czwórka jedzie zatem po bandzie. Co roku balansuje na granicy tego, co wolno i czego nie wolno. Bardzo często odchylając się niebezpiecznie w złą stronę. Tureckie potęgi mówią: „Ograniczenia i limity nie interesują mnie”. Wyścig zbrojeń trwa, a skoro w sumie każdy z czterech głównych uczestników jest karany, to wszyscy wciąż mają równe szanse.

W dodatku prezesi mają świadomość tego, że ich kluby są „too big to fail” – zbyt duże, by politycy pozwolili któremuś z nich kiedykolwiek upaść. Konsekwencje tego byłyby dla nich katastrofalne.

W dodatku niektórzy uważają, że UEFA celowo przymyka nieco oko na to, co dzieje się nad Bosforem. Główną konkurencją tamtejszych potęg na rynku transferowym jest bowiem liga saudyjska. To z nią Turcy rywalizują w wyścigu o pozyskanie największych gwiazd. Tak było choćby w przypadku Victora Osimhena. Europejska federacja woli, by trafiały one do zespołów, które grają w europejskiej, nie azjatyckiej Lidze Mistrzów.

Powód dziesiąty: demografia

Wydawać by się mogło, że choć w Turcji mieszka dwa i pół razy większa liczba osób niż w Polsce, to przecież my zarabiamy znacznie więcej. Jednak porównanie produktu krajowego brutto wskazuje, że turecka gospodarka jest o połowę większa od polskiej. Oczywiście w przeliczeniu na mieszkańca jest odwrotnie, jednak to wielkość rynku decyduje o tym, ile wielkie firmy są w stanie wydać na reklamę, by stać się na nim rozpoznawalne.

Jest jeszcze jeden problem: 21% mieszkańców naszego kraju to osoby po 65. roku życia. Nad Bosforem ten wskaźnik jest dwa razy mniejszy. O ile u nas emerytów jest ponad siedem milionów, czyli zaledwie dwa razy mniej niż w Turcji, to osób w wieku do 35. roku życia nad Wisłą żyje około trzynastu milionów, a nad Bosforem – 38 milionów, a zatem prawie trzy razy więcej.

To właśnie na promocję w tej grupie wielkie koncerny zdecydowanie chętniej kierują swój budżet marketingowy. Dla nich ten kraj ma przyszłość, zarówno z demograficznego, jak i ekonomicznego punktu widzenia. W ostatniej dekadzie populacja Polski zmniejszyła się o dwa miliony osób, a Turcji zwiększyła się o osiem.

To właśnie potencjał ludnościowy jest jednym z czynników, które sprawiają, że do ligi tureckiej płyną olbrzymie pieniądze. W dodatku, jak już wspomniano, mówimy o społeczeństwie, które ma totalnego bzika na punkcie piłki nożnej i reaguje bardzo emocjonalnie. Rodziny wspierają te same kluby od wielu pokoleń. Dla sponsorów każdy pozyskany klient daje nadzieję, że będzie lojalny przez dekady, wraz z całą familią. Dlatego koncerny są w stanie płacić tak wielkie pieniądze za sponsorowanie tamtejszych klubów.

Kiedy runie ten domek z kart?

Nawet wymienione czynniki nie wyczerpują katalogu przyczyn obecnego stanu rzeczy. O samych powiązaniach polityki i sportu nad Bosforem można napisać doktorat. Fenerbahce oficjalnie podziękowało Erdoganowi za to, że w trakcie swojej wizyty w Arabii Saudyjskiej pomógł załatwić transfer N’Golo Kante.

Dochodzi do tego fakt, że tureccy fani po prostu kochają wielkie nazwiska. Kluczowe jest dla nich, by pozyskana przez nich gwiazda była popularniejsza od tej, którą pozyskał rywal zza miedzy. I tak jest od lat. Dziesięć lat temu, gdy Fenerbahce pozyskało van Persiego i Naniego, to udało mu się sprzedać większą liczbę karnetów od Galatasaray, które… skończyło poprzedni sezon wyżej w tabeli.

Lukas Podolski na trybunie Galatasaray

Najtrafniejszym opisem stanu rzeczy w tureckiej piłce jest ten autorstwa Ismaila Sayana, który znalazłem w opiniotwórczym magazynie „Socrates”. Warto go zacytować:

„W środowisku piłkarskim panuje chora mentalność, która wpaja wszystkim, że jedynym rozwiązaniem każdego problemu są transfery, czyli wydawanie coraz większych sum, zmusza kluby do trwonienia pieniędzy, których nie mają – innymi słowy, do zaciągania długów – a następnie popycha je do spłacania ich nowymi zobowiązaniami… A co, jeśli transfery nie przyniosą oczekiwanego efektu? Jeśli UEFA nie zainterweniuje będzie jeszcze więcej transferów, więcej bezmyślnych wydatków i więcej długu. A kiedy w końcu osiągniemy limit zadłużenia, znów zapukamy do rządu, domagając się wsparcia od podatników”.

Najciekawsze jest to, że niektórzy z tych, którzy płacą te podatki i ich dzieci, wspiera tę szaloną sytuację. To niewiarygodne, ale część społeczeństwa popiera bogacenie się piłkarzy, ich menedżerów, „pośredników” w tym biznesie i wspieranie klubów ze środków publicznych”.

Wygląda na to, że turecka piłka może być jak domek z kart, który prędzej czy później runie. Nie wiadomo tylko, czy cieszyć się, że Ekstraklasa przeskoczy wtedy Super Lig w rankingu UEFA, czy martwić się tym, że sytuacja nad Wisłą jest równie patologiczna, co nad Bosforem?

Fot. Newspix.pl

5 komentarzy
AbsurDB

Kocha sport, a w nim uwielbia wyliczenia, statystki, rankingi bieżące i historyczne, którymi się nałogowo zajmuje. Kibic Górnika Wałbrzych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne ligi zagraniczne

Reklama