Ostatnie lata? Zapomnijmy. Niech Kamil Stoch będzie tylko wielki [KOMENTARZ]

Sebastian Warzecha

29 marca 2026, 11:42 • 6 min czytania 8

Reklama
Ostatnie lata? Zapomnijmy. Niech Kamil Stoch będzie tylko wielki [KOMENTARZ]

Od ponad czterech lat nie stał na podium. I już nie stanie. W ostatnich sezonach walczył sam ze sobą. Chęci były. Nadzieje też. Brakowało jednak dalekich skoków. To wszystko prawda. Prawdą jest też jednak, że Kamil Stoch kończy karierę jako jeden z najlepszych skoczków w dziejach oraz jedna z najważniejszych postaci naszego sportu. I nie ma sensu wspominać go inaczej, niż w ten sposób.

Kamil Stoch skończył karierę. Za nim ostatni skok w Planicy

Jestem dzieckiem Małyszomanii.

Wiele moich dziecięcych wspomnień jest powiązanych z Adamem Małyszem (a że moim rodzinnym miastem jest Ustroń, tuż obok Wisły, to tym większa była ta dziecięca duma, że tak skacze tak pięknie ktoś, do kogo mi tak geograficznie blisko), począwszy od oglądania konkursów i świętowania kolejnych wygranych Adama, przez granie „w Małysza” albo Skoki Narciarskie 2002, na które serdecznie zapraszał, aż po autografy, które dostałem od niego jako kilkulatek (i które pewnie nadal zalegają gdzieś na dnie szafy).

Reklama

Gdy zaczynał się Turniej Czterech Skoczni 2000/01, miałem trzy lata. Kiedy Adam Małysz odchodził na skokową emeryturę, kończyłem powoli drugą klasę gimnazjum. Były w tym okresie zimy lepsze i gorsze w wykonaniu Orła z Wisły, wiadomo, ale niezmiennie siadałem przed telewizorem, gapiłem się w ekran i dmuchałem pod te narty.

Jak i miliony innych Polaków, z czego część takich jak i ja – dzieciaków, zapatrzonych w tych skoczków, dopingujących ich, na czele z Małyszem właśnie.

Piękne to były czasy.

Czemu jednak w ogóle piszę o tym dziś? Czemu komentarz o pożegnaniu Kamila Stocha zaczyna się od Adama Małysza?

Reklama

Z prostego powodu: tysiące kolejnych dzieciaków zakochało się w skokach właśnie przez skoki Kamila. Jeśli dla mnie tym powodem był Adam Małysz, to dla – dajmy na to – mojej młodszej o 14 lat siostry to samo robił właśnie Stoch. Kamil sprawił, że po sukcesach Adama, jego przejściu na emeryturę, właściwie nie było przerwy, niemal od razu przeszliśmy z jednej ery w drugą. Potem na całego dołączyli się jeszcze Piotr Żyła i Dawid Kubacki, oczywiście, wspierani czasem przez innych zawodników.

Ale to potem. Zanim do tego doszło, to swoje robił Stoch. I za to mu chwała.

Zastąpić Małysza? Presja największa z możliwych

Miało nie być drugiego takiego jak Małysz. I pod pewnymi względami nie było. Stoch – w zupełnie innej rzeczywistości – nie miał szans dorobić się podobnego statusu. Ale sportowo zbliżył się do Adama tak, jak tylko się dało, a dla niektórych – nawet przerósł. To kwestia dyskusyjna, każdy ma swoje preferencje. Na pewno Kamil lepszy był w Turnieju Czterech Skoczni, na pewno na igrzyskach. Ale na pewno gorszy jeśli o Kryształowe Kule chodzi (choć jest poetyckie to, że obaj wygrali po tyle samo konkursów PŚ – 39), podobnie na mistrzostwach świata.

Ale to wszystko nieważne. Istotne jest co innego.

Reklama

Bo w tych rozważaniach zapomina się często o jednym. O ile Małysz miał na początku inne warunki, o ile wyciągał te polskie skoki z otchłani lat 90., o tyle Stoch ledwie zaczął stawać na podium, musiał zmierzyć się z być może największą presją, jaką można było wyobrazić sobie w naszym sporcie – wymagano od niego, by stał się następcą Adama Małysza, bo ten skończył karierę.

Czy ktokolwiek poza nim był w stanie zrozumieć, jak ogromna to presja?

Czy ktokolwiek inny by sobie z nią poradził?

A co za tym idzie – czy gdyby nie udało się Stochowi, to Kubacki i Żyła doszliby tam, gdzie finalnie się znaleźli? Czy też ich zjadłaby ta presja, te nadzieje, te oczekiwania?

Reklama

CZYTAJ TEŻ: KAMIL STOCH I HISTORIA. GDZIE JEST POLAK WŚRÓD NAJWIĘKSZYCH?

Trudno powiedzieć, bo wiemy, że Stocha nie zjadła. I wielkie brawa, ogromny szacunek za to, że to dźwignął. Bo przecież sam widział po kolegach z sąsiednich roczników, że gdy tylko któryś się wybił, to od razu bywał ochrzczony „następcą Adama” i zwykle go to przytłaczało. Stoch też miał gdzieś tę łatkę już jako dzieciak, a w 2011 przybito mu ją z pełną mocą. A jednak dał sobie radę.

Cholera, ależ on dał sobie radę.

Kamil Stoch podczas pierwszego konkursu Zimowych Igrzysk

Reklama

Ostatnie lata? Niczego nie zmieniają

Soczi. Pjongczang. Val di Fiemme. Zakopane. Planica. Oslo. Lahti. I wiele, wiele innych skoczni.

A na nich? Skoki na złoto. Skoki na rekordy. Skoki poza rozmiar skoczni. Skoki na dobrze ponad 200, a nawet 250 metrów. Skoki wybitne, znakomite, doskonałe. Piękne technicznie. Skoki na radość, skoki na łzy wzruszenia, skoki, które sprawiały, że na trybunach i przed telewizorami skakali z radości polscy kibice. Skoki, które inspirowały kolejne pokolenie. Skoki wielkie.

I Kamil Stoch to wielkość właśnie. Kamil Stoch to mistrzostwo. Kamil Stoch to – najważniejsze w tym wszystkim słowo – legenda.

Ostatnie lata? A po co to komu wspominać? Można mówić, że Adam Małysz wiedział, „kiedy ze sceny zejść”. Ale wiecie co? „Idźcie precz” z tym Perfectem, dajcie mistrzom wybierać moment pożegnania. Niech oni sami decydują. Jedni wcześniej, inni później. Jedni na szczycie, inni niekoniecznie. Ale czy to, kiedy się odchodzi od sportu, cokolwiek zmienia?

Reklama

No nic nie zmienia.

Że w ostatnim konkursie był 30., to przecież nie zabiera Kamilowi wszystkich sukcesów, jakie zdobył w poprzednich latach. A przecież dzięki temu, że skakał tak długo, to spięło się to wszystko jeszcze klamrą – Kamil na żywo, ze skoczni albo spod niej, mógł oglądać olimpijskie sukcesy Kacpra Tomasiaka (i Pawła Wąska). Z medalu w duetach, w których nie skakał, cieszył się, jakby to on oddawał decydujący skok.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: KRZYK NA PARKINGU, PEPE REINA I KOLARSTWO. TEGO MOŻECIE NIE WIEDZIEĆ O STOCHU

Piękne to były widoki. I nie można przy tym zarzucić Stochowi, że jeździł gdzieś za zasługi… bo po prostu nie było lepszych. Kamil skakał słabo, owszem, ale nadal był w tym sezonie drugim najlepszym z naszych skoczków. Kto wie, może gdyby miał następców, gdyby czuł, że odstaje, to skończyłby karierę wcześniej?

Reklama

Ale nie czuł, bo nie było komu go odstawić. No i fajnie, skoro na miejsce w kadrze zasługiwał, to skakał. A że bez sukcesów? Trudno.

Ważne, że robił to, czego sam chciał.

Wielki mistrz na tę możliwość wyboru, podjęcia ostatecznej decyzji po prostu zasłużył. Tak jak zasłużył na pożegnanie w Planicy, gdy jego żona machnęła mu chorągiewką, na dole przywitali go koledzy z kadry, a szpaler z nart ustawiły dzieciaki z klubu Kamila. Jasne, nie stanie dziś na podium, jak w ostatnim konkursie stawał Adam Małysz. Bardzo szybko – bo już w pierwszym skoku drugiej serii – nastąpiło to pożegnanie. Ale odszedł od zawodowego sportu, gdy sam zdecydował.

To w tym najważniejsze.

Reklama

A wszystkie te ostatnie lata, cały ten słabszy okres – po prostu wykreślmy. Pamiętajmy sukcesy, pamiętajmy te najlepsze skoki. Bo to za ich sprawą przeszedł do historii polskiego sportu.

I już na zawsze w niej pozostanie.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Reklama

Czytaj więcej o skokach narciarskich:

8 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Inne sporty