Pierwsze 40 minut perfekt. A potem Jagiellonia oddała pole

Patryk Idasiak

16 września 2026, 23:13 • 6 min czytania 29

Reklama
Pierwsze 40 minut perfekt. A potem Jagiellonia oddała pole

Jerzy Engel mówił w przerwie meczu z Koreą Południową, że pierwsze 15 minut było „perfekt”. Jagiellonia zagrała „perfekt” nawet prawie trzy kwadranse w Pireusie, broniła i atakowała mądrze, ale głupim błędem podłączyła Greków do tego meczu. A w drugiej połowie całkowicie oddała pole i już tylko się broniła. Nieskutecznie. Choć nie oddała w tym czasie ani jednego celnego strzału, to wcale nie była daleka od wywiezienia punktu. 

Reklama

Z kim w ogóle przyszło się zmierzyć Jagiellonii? Olympiakos to zdobywca Ligi Konferencji z sezonu 2023/24. Teraz jednak źle się dzieje w tym klubie – porażka w eliminacjach Ligi Mistrzów i przeciętna postawa w lidze spowodowały, że z posadą pożegnał się trener Jose Luis Mendilibar, a jego następca Imanol Alguacil rozpoczął od porażki u siebie z OFI Kreta. Właściciel klubu Evangelos Marinakis nienawidzi się z premierem Grecji Kyriakosem Mitsotakisem. Uważa, że przez to cierpi klub. Ligę sezon temu wygrało AEK. Dominator z Pireusu w czterech ostatnich latach tryumfował tylko raz.

Na początku był chaos – sporo niedokładności czy strat. Gospodarze jednak nie dali rady z tego skorzystać – ani z ryzykownego podania Konstantopoulosa, ani ze straty Romanczuka. Niepilnowany Jota z kolei zmarnował całkiem niezłą szansę. „Jaga” kombinowała, żeby silnik wszedł na dobre obroty.

W 16. minucie zobaczyliśmy chyba taki pierwszy naprawdę ładny, zaplanowany od A do Z atak pozycyjny Olympiakosu. Nie trafił dobrze w piłkę prawy obrońca Manolis Saliakas. Grecy zobaczyli, że prawa strona nieźle im hula i starali się przesuwać właśnie tam piłkę w ostatniej fazie akcji. Hulała rzeczywiście, ale… tylko przez chwilę. Gospodarze niby mieli piłkę, ładnie ją sobie wymieniali, ale Jagiellonia nie pękała na robocie. Nie przyjechała tu dać się skopać.

Kajetan Szmyt dał prowadzenie!

I jak już odpowiedziała, to konkretem – podwójną akcją – najpierw Nik Prelec uderzył w słupek, a później Ortega obronił dobitkę Conceicao, który próbował go zaskoczyć z ostrego kąta.

Reklama

Stefan Ortega został kilka lat temu ściągnięty do Manchesteru City, bo Pepowi Guardioli podobała się jego gra nogami. Na pewno Katalończykowi nie spodobałoby się to, co Niemiec odwalił w 20. minucie, kiedy spressowany przez Preleca podał piłkę pod nogi Rodrigo Conceicao. Trzeźwość umysłu zachował Nik Prelec. Nie podpalił się, nie podniecił, że jest w polu karnym, tylko znalazł jeszcze Kajetana Szmyta, a ten walnął pod poprzeczkę!

Szmyt rozochocony za moment pognał lewym skrzydłem i dośrodkował, ale wyłapał to bramkarz. „Jaga” tak się rozpędziła, że przeciwnicy mieli problem, żeby się przedrzeć już nawet prawą stroną. Montoia się nie dawał, a nakręcony Szmyt pomagał mu w asekuracji. Za to zaczęło to wyglądać gorzej po drugiej stronie, gdzie żółtą kartką ukarany został Norbert Wojtuszek i chwilę po niej trochę przestraszony konsekwencjami wyraźnie odpuścił przeciwnikowi.

Reklama

Jagiellonia mimo takich zrywów, naporów, skoków pressingowych, w ogóle nie bała się rozgrywać piłki od tyłu, ale ten spokój chyba za bardzo udzielił się Sławomirowi Abramowiczowi, który podał prosto do przeciwnika. Wtedy Taras Romanczuk udowodnił, że jest w reprezentacyjnej formie, bo od razu depnął i uratował kolegę. Niewiele brakło, a defensywny pomocnik byłby jeszcze większym bohaterem, lecz uderzył z główki za lekko, a dobrze znalazł go bijący rzut wolny Anders Klynge.

Cały czas świetne spotkanie rozgrywał Szmyt, który blisko 40. minuty popisał się niezłą akcją w obronie, taką godną oklasków. Montoia, któremu przecież zdarzało się złapać zamułę (choćby ze Śląskiem) tu mógł liczyć na kolegę grającego po tej samej stronie. Goście z Białegostoku dobrze się ustawiali, kiedy przeciwnicy mieli piłkę. Nawet kiedy udało im się przedrzeć, to zaraz wyrastał na drodze jakiś Klynge czy inny Romanczuk.

Strata bramki na własne życzenie. Dwa błędy

Do czasu. Wszystko by się udało, gdyby nie głupi podwójny błąd.

Gol Olympiakosu padł na własne życzenie. Była to sekwencja dwóch „baboli”. Dobre wrażenie zatarł Nik Prelec, który po świetnym odbiorze nie spojrzał w prawo, tylko na siłę pchał akcję do środka i od tego zaczął się cały smród. Do Preleca dołączył Wojtuszek. Zawiesił mu się Windows i zamiast doskoczyć do podania, to… odskoczył. Po tym błędzie świetną paradą popisał się Abramowicz, ratując drużynę. Potem przy kornerze Abramowicz dorzucił kolejną paradę, ale dobitki Armando Gonzaleza nie miał już szans wyjąć.

Reklama

Co mogło niepokoić? Fakt, że Taras Romanczuk nie wyszedł na drugą połowę. Było widać, że coś jest nie tak już w momencie, gdy wracał do obrony wyraźnie kulejąc. Jego miejsce zajął Eryk Kozłowski. No i zaczęło to bez doświadczonego pomocnika wyglądać trochę gorzej. Gospodarze bardziej dominowali, „Jadze” brakowało nawet punktów zaczepnych, żeby wyprowadzić jakąkolwiek kontrę. Zachować odrobinę spokoju, przytrzymać piłkę, dać się sfaulować.

Reklama

W obronie w trudniejszym momencie wyróżniał się Bernardo Vital (dwa bloki). Swoje dodał też Abramowicz. Trener Adrian Siemieniec zobaczył, że gra się nie klei i trzeba wzmocnić motorykę – zdjął więc Imaza i Klynge, a weszli Hampus Findell i Youssuf Sylla i to oni byli zaangażowani w pierwszy taki przynajmniej średnio groźny wypad „Jagi” pod grecką bramkę.

Głównie jednak polski zespół się bronił i to coraz głębiej. Mógł podobać się szarpiący i walczący na skrzydle Conceicao, ale brakowało jakichś kilkupodaniowych akcji, prób. To już nie była Jagiellonia z pierwszej połowy. A jakby tego było mało – po raz kolejny „podpalił” Abramowicz, który tak chciał wciągnąć przeciwników w szesnastkę, że prawie się wkopał na minę. Tym razem miał szczęście, że szybko doskoczyli i zawęzili Konstantopoulos z Vitalem.

Minęło ponad pół godziny, a „Jaga” ciągle stała z zerem strzałów w drugiej połowie. Strzały za to na ciało zbierali obrońcy, którzy nabijali do statystyk kolejne bloki. I było tak aż do 84. minuty, kiedy piłka trafiła na głowę Romana Jaremczuka… dodajmy, że wcześniej niewidocznego. Wystarczył moment zawahania i świetnie grający w powietrzu Ukrainiec znalazł sobie odrobinę miejsca. Wybitnym snajperem to on w ostatnich latach nie jest, ale akurat to „Jadze” walnął pierwszego gola w sezonie.

Reklama

Zdaje się, że polski zespół po prostu trochę za głęboko się cofnął, ale nie ma co płakać. Lepiej mierzyć się z takimi Olympiakosami niż obijać słabeuszy w Lidze Konferencji. Choć Białostoczanie dobrze bronili, to z przodu w drugiej połowie kompletnie ich nie było. Mogło być i w sumie powinno nawet 3:1, ale centymetrów zabrakło Panagiotisowi Retsosowi, który huknął w poprzeczkę. Obronę „Jagi” wstydliwie objechał Gelson Martins. Nie było już punktów zaczepienia, by powalczyć.

Reklama

Fot. Newspix

29 komentarzy
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Cancelo w sztosie. Babol Szczęsnego w cieniu koncertu Barcelony

Braian Wilma
0
Cancelo w sztosie. Babol Szczęsnego w cieniu koncertu Barcelony

Liga Europy

Reklama