Fenomen klubu Puchacza. Skąd się wziął Sabah Baku?

Adrian Mańko

26 sierpnia 2026, 15:57 • 13 min czytania 2

Reklama
Fenomen klubu Puchacza. Skąd się wziął Sabah Baku?

Azerski klub w Lidze Mistrzów – taka zbitka słów nikogo już nie szokuje, wszakże sztuka ta dwukrotnie udawała się Karabachowi. W tym roku jednak Azerbejdżan zrówna się już z Polską zarówno w liczbie sezonów w Champions League, jak i liczbie  przedstawicieli. Do Karabachu dołączył stołeczny Sabah z Tymoteuszem Puchaczem w składzie. Bardziej zdumiewa jednak inny fakt. Klub ten powstał raptem 9 lat temu.

Reklama

Kiedy Legia po raz ostatni występowała w piłkarskiej elicie Europy, Sabah nie było jeszcze na sportowej mapie Azerbejdżanu! I słowo „sportowej” nie jest tu przypadkowe, bo to klub wielosekcyjny. Pora przedstawić „beniaminka” Ligi Mistrzów.

Dziewięć lat. Tyle wystarczyło, żeby przejść drogę od świeżo utworzonego klubu występującego na drugim poziomie azerskiego futbolu do drużyny, która tej jesieni stanie w szranki z największymi tuzami światowej piłki. Losowanie fazy ligowej dopiero przed nami, ale przecież niezależnie od jego rezultatu, kaukaski kopciuszek trafi na jakieś potęgi z pierwszego, a pewnie i drugiego koszyka.

Sabah nie może się pochwalić dekadami tradycji, wielką bazą kibiców czy gablotą wypchaną trofeami. Może się za to pochwalić czterema wygranymi dwumeczami w tegorocznych kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Jak to się właściwie stało?

Najpierw było Vətən…

Na początek warto wyprostować jedną rzecz, bo historia Sabah potrafi być nieco myląca. W niektórych materiałach można trafić na informację, że historia klubu sięga 1967 roku, kiedy powstał Vətən. Brzmi nieźle: prawie sześć dekad tradycji, prawda? Tyle że byłoby to zbyt duże uproszczenie.

Reklama

Vətən była szkołą piłkarską, zajmującą się szkoleniem dzieci i młodzieży. To właśnie na jej bazie w 2018 roku powstała akademia Sabah. Sam klub używa określenia, że akademia została utworzona „na bazie” Vətən Football School. Nie chodzi więc o zmianę nazwy starego klubu na nowy. Sabah FK powstał jako zupełnie nowy klub 8 września 2017 roku. W pierwszym sezonie grał w drugiej lidze Azerbejdżanu.

To rozróżnienie jest ważne, bo pozwala zrozumieć fenomen.

Sabah to dziewięciolatek! Powstał jako nowy projekt, który wykorzystał istniejącą infrastrukturę i know-how szkoleniowe. I trzeba przyznać, że słowo „projekt” pasuje tu wyjątkowo dobrze.

Reklama

Sabah znaczy „jutro”

Nazwa też nie jest przypadkowa. „Sabah” po azersku oznacza „jutro”. Trudno wymyślić lepszą nazwę dla klubu, który w ciągu kilku lat właściwie przeskoczył kilka epok.

Najpierw był drugi poziom rozgrywek. Potem azerska Premier League. Później pierwsze europejskie puchary. Następnie pierwszy medal. Pierwsze trofeum. Mistrzostwo. Dublet. Wreszcie awans do Ligi Mistrzów!

To, co innym zajmuje dziesięciolecia, chłopaki z Baku zrobili w trybie ekspresowym. Co masz zrobić jutro, zrób dziś. Inna sprawa, że przebycie takiej drogi ułatwia uboga struktura piłki w Azerbejdżanie. Na „dzień dobry” nie musisz przebijać się od „ósmej Ligi Mistrzów”, jak pieszczotliwie nazywa się u nas B-klasę.

Reklama

W 2017 roku klub wystartował w drugiej lidze. W 2018 dostał się do najwyższej klasy rozgrywkowej kuchennymi drzwiami. Sabah zajęło dopiero 5. miejsce na zapleczu tamtejszej ekstraklasy, ale uśmiechnął się los. Khazar Baku, które wygrało rozgrywki, nie otrzymało licencji. Kolejne trzy ekipy nie były zainteresowane grą w elicie. Padło więc na Sabah. Oni z szansy skorzystali.

Początkowo klub ze stolicy Azerbejdżanu był raczej ciekawostką niż poważnym kandydatem do tytułu. W swoim piątym sezonie w Premier League (2022/23) został już jednak wicemistrzem i po raz pierwszy zakwalifikował się do europejskich pucharów. Rok później zadebiutował w Europie, eliminując łotewski RFS, a z Partizanem Belgrad odpadł dopiero po rzutach karnych.

Potem tempo jeszcze wzrosło.

W 2024/25 Sabah wygrał swój pierwszy Puchar Azerbejdżanu. W finale pokonał Karabach 3:2.

Reklama

A jeśli ktoś uznał, że to pojedynczy wyskok, następny sezon szybko wyprowadził go z błędu.

Kampania 2025/26 była dla Sabah absolutnie historyczna. Zespół został pierwszy raz w historii mistrzem Azerbejdżanu, detronizując hegemona z Karabachu. Dołożył do tego drugi Puchar i skompletował w ten sposób pierwszy w swojej historii dublet.

A potem przyszedł sierpień…

Reklama

Przyszedł oligarcha i kupił gwiazdy? Nie do końca

Najłatwiejsze wyjaśnienie sukcesu Sabah brzmiałoby mniej więcej tak: pojawił się bogaty Azer, wpompował do klubu pieniądze (pewnie wątpliwego pochodzenia), kupił kilku dobrych piłkarzy i po sprawie. Ale to nie tak.

Prostuje to zresztą sam Tymoteusz Puchacz w najnowszej rozmowie z FootTruckiem. – To nie jest tak, że przyszedł bogaty gość i ściągnął gwiazdy – powiedział „Puszka”. Jego zdaniem Sabah zbudowano przede wszystkim na dobrym pionie sportowym: dyrektorze sportowym, trafionych transferach, trenerze i całym sztabie. Puchacz porównał ten mechanizm nawet do Jagiellonii, gdzie Łukasz Masłowski potrafił wyciągać zawodników nieoczywistych, a później robić z nich ligowe gwiazdy.

To chyba najlepsza odpowiedź na pytanie, czym Sabah różni się od wielu klubów, które mają pieniądze. Mądrym ich wydawaniem.

Kim jest człowiek od „jutra”?

Za projektem stoi Jakub Husejnow, azerski biznesmen i założyciel Bridge Group of Companies. To nie jest człowiek, który przypadkiem zainteresował się piłką nożną.

Reklama

Bridge Group to szeroki biznesowy organizm działający między innymi w branży budowlanej, nieruchomościach, projektowaniu, usługach i innych sektorach. Husejnow jest jego właścicielem i przewodniczącym rady dyrektorów, a jednocześnie właścicielem i założycielem Sabah.

I właśnie tutaj zaczyna się drugi, bardzo ciekawy wymiar tej historii. Sabah nie jest bowiem jedynym sportowym projektem związanym z nazwiskiem Husejnowa. Pod marką Sabah funkcjonują także inne przedsięwzięcia sportowe, między innymi klub koszykarski czy… akademia szachowa. Sabah ma też swoją piłkarską akademię, drugi zespół i drużyny młodzieżowe.

Dzisiaj klub mocno inwestuje w rozwój młodych zawodników. Przykładowo współpraca z Edu Max Academy obejmowała między innymi naukę angielskiego dla zawodników młodzieżowych. Niby detal, ale właśnie z takich detali buduje się klub, który chce być czymś więcej niż pierwszym zespołem.

Husejnow próbuję więc zbudować markę sportową rozpoznawaną w Europie.

Reklama

W przypadku futbolu od początku postawiono zresztą na profesjonalną strukturę – klub ma prezesa, dyrektora sportowego, własne zaplecze treningowe, akademię, zespoły młodzieżowe i – co w tej części Europy wcale nie jest oczywistością – publikuje sprawozdania finansowe. To wszystko razem tworzy obraz bardziej korporacji sportowej niż przypadkowego klubu założonego przez pasjonata.

Skąd te pieniądze?

Sabah nie jest też żadnym biednym kopciuszkiem. W 2025 roku klub wykazał 26,73 mln manatów przychodów operacyjnych. Z tego aż 19,15 mln pochodziło ze sponsoringu i reklamy. Kolejne 3,81 mln stanowiły wpływy z UEFA, a 3,37 mln pochodziło z azerskiego Funduszu Rozwoju Piłki Nożnej. Na bilety przypadło zaledwie 69,1 tys. manatów. Jeden manat to w przeliczeniu nieco ponad 2 złote.

To daje dość osobliwy obraz klubu.

Reklama

Sabah ma przychody na poziomie krajowej czołówki, ale absolutnie nie żyje z kibiców. Dzień meczowy ma marginalne znaczenie. I to mówi naprawdę dużo nie tylko o samym Sabah, ale też o całym azerskim futbolu. W 2025 roku sponsorzy i reklama odpowiadały za mniej więcej 72% przychodów operacyjnych Sabah. Sprzedaż biletów była przy tym właściwie symbolicznym dodatkiem.

Można więc być mistrzem kraju, zarabiać miliony i jednocześnie nie mieć problemu z tym, że 70 tysięcy manatów z biletów wygląda przy całym budżecie jak pieniądze na waciki.

„Banksterzy”

Na Sabah najczęściej mówi się „Sowy”. Funkcjonuje też przydomek „Studenci”. Pasowałoby jednak również „Banksterzy”. Najważniejszym partnerem Sabah jest bowiem Bank Respublika. Współpraca trwa od początkowego etapu funkcjonowania klubu, a stadion w Masazır został nazwany Bank Respublika Arena. I to też jest symboliczne. Bank był przy klubie, kiedy ten dopiero budował swoją pozycję, a dziś jego logo jest na koszulkach drużyny, która właśnie przebiła się do elity europejskiego futbolu.

W tym sensie historia Sabah jest również historią długofalowego budowania marki. Sponsorzy nie finansowali gotowego produktu. Uwierzyli w jego rozwój. I pewnie nie żałują tej współpracy.

Reklama

Tutaj wracamy do słów Puchacza, który mówił w FootTrucku, że Sabah nie ma największego budżetu w lidze, ale pion sportowy „dowozi”. To głównie laurka dla Igora Ponomariowa, będącego dyrektorem sportowym Sabah. Dobiera zawodników nieoczywistych, a następnie dostarcza trenerowi materiał, z którego da się zrobić konkurencyjny zespół.

I coś w tym musi być. Zresztą, sam Puchacz to przecież nie był najoczywistszy wybór na rynku w tamtym momencie. Kadra Sabah to międzynarodowa mieszanka. Serbowie, Uzbecy, Afrykanie, zawodnicy z Europy Zachodniej, Azerowie. Wielu z nich przychodzi bez statusu gwiazdy, nawet lokalnej. Dopiero w Baku mają się nią stać.

Tymoteusz Puchacz znowu nieźle trafił z transferem. 

Reklama

A potem przyszedł Dambrauskas

Drugą częścią układanki jest trener Valdas Dambrauskas. Litwin nie jest szkoleniowcem z przypadku. Pracował w kilku krajach Europy. Był zresztą o krok od pracy w Ekstraklasie… W Baku Dambrauskas dostał zespół, który już miał potencjał, ale potrzebował kogoś, kto to wszystko poukłada.

Puchacz w rozmowie z FootTruckiem mówi o nim niemal bezkrytycznie. Opowiada, że w około 40 meczach pod jego wodzą przegrał zaledwie dwa, a kiedy sam był w podstawowym składzie, Sabah nie przegrał meczu. Jeszcze ważniejsze są jednak szczegóły dotyczące pracy taktycznej.

Przed rewanżem z Hapoelem trener przewidział, jak rywal będzie pressował. Puchacz wspominał, że rano na odprawie Dambrauskas powiedział im, gdzie powinno pojawiać się miejsce po wyciągnięciu zawodników Hapoelu. Potem mecz wyglądał dokładnie tak, jak trener zapowiadał.

Wiele razy przerabialiśmy to w polskich realiach. Ktoś zdobywał tytuł, a potem oddawał najlepszego gracza, a najczęściej kilku. Rozbiórka mistrzowskiej ekipy, chaotyczne szukanie nowych bohaterów i fiasko w eliminacjach Ligi Mistrzów. Skąd my to znamy… Ale w Sabah było inaczej. Azerowie nie rozebrali drużyny po sukcesie.

Reklama

Puchacz podkreśla, że praktycznie wszyscy kluczowi zawodnicy zostali. Zespół jest ze sobą od około roku, grupa się cementuje, zawodnicy spędzają ze sobą dużo czasu. W jego opinii właśnie ta ciągłość pomogła im w trudnych momentach dwumeczu z Hapoelem.

Pierwszy kontakt Sabah z europejską piłką nastąpił w 2023 roku. Eliminacje Ligi Konferencji. Najpierw łotewskie RFS, potem Partizan Belgrad. Rok później Maccabi Hajfa. Ten dwumecz sam w sobie może być osobnym rozdziałem historii klubu. Azerowie wygrali pierwszy mecz 3:0, by w rewanżu przegrywać 2:5 po 90 minutach, a potem po dogrywce 3:6. Po 120 minutach było więc 6:6, zatem o awansie decydowały karne.

Sabah wytrzymał wojnę nerwów. Z marzeniami o Lidze Konferencji pożegnał się jednak rundę później, przegrywając oba mecze z irlandzkim St Patrick’s Athletic. To było spore rozczarowanie.

Reklama

Historyczny wieczór na stadionie Tofiqa Bahramowa

Pierwszy mecz rozegrano w Bukareszcie. Hapoel jako gospodarz wygrał 2:1.

Sabah przystępował więc do rewanżu z zadaniem odrobienia straty. Zniknął atut własnego boiska, bo Bank Respublika Arena nie spełnia wymogów rundy play-off Ligi Mistrzów. O fazie ligowej nie wspominając. Trzeba było skorzystać z gościnnych progów stadionu imienia Tofiqa Bahramowa.

Przez długi czas wszystko szło źle.

W pewnym momencie Hapoel prowadził 2:1. Mistrz Azerbejdżanu znalazł się w sytuacji, w której potrzebował dwóch goli, żeby doprowadzić do dogrywki.

Reklama

I wtedy zaczął się chaos.

2:2 w 74. minucie.

3:2 w doliczonym czasie gry. Asysta Puchacza. Z przeciągniętego – jak sam mówi – rzutu rożnego.

Reklama

Dogrywka.

Czerwona kartka dla rywala.

4:2.

Reklama

5:2.

A to oznaczało 6:4 w dwumeczu! Sabah w Lidze Mistrzów!

Reklama

To był czwarty wygrany dwumecz. Wcześniejsze trzy – cóż – poszły dość gładko.

  • 4:1 z walijskim The New Saints
  • 3:0 z fińskim KuPS
  • 5:2 z (nie)dobrymi znajomy Lecha, czyli Aahrus
  • 6:4 z Hapoelem

Cztery kolejne przeszkody, cztery kolejne awanse.

Zalany łzami Puchacz

Bez cienia przesady można stwierdzić, że historia Tymoteusza Puchacza po zakończeniu kariery nadawać się będzie na film. Dziś to lewy obrońca uczestnika Ligi Mistrzów. Rok temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.

Holstein Kiel nie zgłosiło go do 2. Bundesligi i nie zabrało na obóz do Stanów Zjednoczonych. Puchacz wspominał, że trzy dni przed końcem okna transferowego realnie groziła mu gra w lidze regionalnej. Trenował indywidualnie z Szymonem Oniszczukiem, widywano go na orliku, był na treningu Mazura Radzymin, nagrywał jakieś filmiki z influencerem IShowSpeed. W Internecie stał się trochę pośmiewiskiem.

Reklama

Sam mówi, że przez ostatni rok widział opinie, według których nie był już traktowany poważnie jako profesjonalny piłkarz. To właśnie dlatego emocje po końcowym gwizdku w Baku były tak ogromne i polały się łzy. Nie chodziło wyłącznie o jeden mecz. Nakładało się na siebie spełnienie dziecięcego marzenia, rok wcześniej przeżywana niepewność i wszystkie komentarze, które do niego docierały.

Cała eliminacyjna droga Sabah nie byłaby tak udana bez wkładu „Puszki”. Polak grał we wszystkich spotkaniach. I dał konkretne liczby – pięć asyst. Jak na lewego obrońcę to wynik przekozacki. Puchacz sam zresztą żartował w FootTrucku, że liczba jest absurdalna, ale składają się na to też świetnie bite stałe fragmenty.

I jasne – można to deprecjonować, mówiąc, że poziom rywali nie był taki, jak niebawem czeka w fazie ligowej. Można dyskutować o jakości poszczególnych występów. Nawet ten ostatni był daleki od ideału. Ale awans do Ligi Mistrzów okraszony pięcioma asystami mówi sam za siebie.

Reklama

Puchacz w FootTrucku opowiadał, że przed transferem do Sabah chciał po prostu rozegrać dobry sezon i zobaczyć, co wydarzy się latem. Liga Azerbejdżanu nie była na początku jego wymarzonym kierunkiem. Miał za sobą Bundesligę, 2. Bundesligę, Championship, Ekstraklasę i reprezentację Polski. Sabah był klubem bez wielkiej historii, gdzieś na drugim końcu Europy. Tymczasem to miejsce dało mu drugie życie.

Polak został więc w Baku na kolejny sezon – jak sam mówi – na lepszych warunkach. Dodaje, że zdecydowały nie tylko finanse, ale i to, co działo się na boisku. Projekt mu się spodobał.

Rok to w futbolu epoka. Raz martwisz się, czy nie będziesz kopać w mazowieckiej okręgówce z Quebo, by za chwilę „martwić się”, czy zagrasz przeciwko Barcelonie czy jednak PSG.

„Zajebista szatnia”

Jest zresztą jeszcze jeden polski smaczek. Puchacz będzie zapewne istotnym ogniwem Sabah w Lidze Mistrzów. Wskazują na to eliminacje. W poprzednim sezonie taką postacią w Karabachu był Mateusz Kochalski. Dla niego też Azerbejdżan nie był wymarzonym kierunkiem. Zresztą – dla kogo jest? To nie żaden raj na ziemi. Ale można spełnić piłkarskie marzenia.

Kochalski zagrał m.in. przeciwko Chelsea, Liverpoolowi, Napoli, Ajaksowi, Benfice czy Newcastle. Czasem bolały go plecy od schylania się po piłkę do siatki, ale czasem to rywali bolała głowa od zastanawiania się, jak u licha pokonać tego Polaka. Wybił się, trafił do notesów wielu klubów. Przed nim kawał kariery – przynajmniej tak się wydaje.

Teraz czas na Puchacza, który dostał drugie, piłkarskie życie. Dużo mówi również o szatni. Padło to bardzo wymowne słowo. Według niego grupa jest bardzo zżyta. Spędzają ze sobą mnóstwo czasu, a przede wszystkim – nie rozmontowano jej po poprzednim sezonie.

Sabah. Ta ekipa po prostu się lubi!

To ważne, bo na boisku widać było coś, czego nie da się kupić samym budżetem. W rewanżu z Hapoelem Sabah przegrywał i to różnicą dwóch goli. Był zmęczony. Temperatura przekraczała 30 stopni, wilgotność była ogromna, a mecz zamieniał się w piłkarski ping-pong. Puchacz mówił, że zawodnicy byli już wypruci, ale mimo tego oni dalej próbowali odwrócić sytuację.

Sabah zdał egzamin jako zespół.

Gdzie są kibice?

Realia azerskiego futbolu są bardzo specyficzne. Widać to po frekwencji. Sabah jest w Lidze Mistrzów, ma prywatnego właściciela, ma sponsorów, ma krajowe trofea. A mimo wszystko praktycznie nie ma kibiców. Powiedzieć, że na ligowe mecze nie przychodzą tłumy to duży eufemizm. Są – nomen omen – puchy. Średnia frekwencja Sabah w sezonie 2025/26 oscylowała wokół 1,4 tysiąca widzów. Tyle chodzi w Polsce na mecze Betclic 2. Ligi czy Betclic 3. Ligi.

Puchacz przyznał, że kiedy przychodził do Baku, Sabah jawił mu się jako klub „bez historii, bez niczego” i z niewielką bazą kibicowską.

Tyle że na wielki mecz wszystko potrafi się zmienić. Na rewanż z Hapoelem przyszło ponad 27 tysięcy kibiców, zapełniając obiekt Bahramowa prawie w całości. Nie wszyscy byli jednak oczywiście fanami Sabah. Azerowie przyszli po prostu kibicować mistrzowi kraju.

Przez wiele lat azerski futbol w Europie był utożsamiany z Karabachem. Klub ten regularnie występował w fazach zasadniczych europejskich pucharów. Dwukrotnie nawet w Champions League. Po raz pierwszy w 2017 roku, czyli wtedy, gdy… Sabah powstawało. Teraz trochę wykorzystał systematycznie budowany przez krajowego giganta dorobek rankingowy.

Żeby jednak móc to zrobić, trzeba było zdetronizować hegemona. Karabach zdobywał mistrzostwo Azerbejdżanu 11 razy od sezonu 2013/14. Łatwiej byłoby napisać, że w ostatnich 13 sezonach tego tytułu nie zdobył tylko dwukrotnie. Raz przegrał z Neftci Baku, a ostatnio z Sabah. To najlepiej obrazuje, jak niebywałej sztuki dokonały „Sowy” z Baku.

To wcale nie rekord

Liga Mistrzów po dziewięciu latach od założenia klubu? To jakiś rekord! Pewnie tak pomyśleliście. Ale są w tej materii lepsi! Astanie udało się to po sześciu latach, Lipskowi po ośmiu. W tym osobliwym zestawieniu Puchacz i spółka lądują na najniższym stopniu podium, wyprzedzając m.in. Pafos i Krasnodar.

Co ciekawe, jeśli Sabah rozegra swój mecz pierwszej kolejki Ligi Mistrzów we wtorek, będzie to dokładnie w dziewiątą rocznicę założenia klubu. 8 września. Panie Ceferin, musisz!

2 komentarze
Adrian Mańko

Wychowanek świętej pamięci Lubelskiego Sport Expressu, do którego trafił jeszcze w liceum, wyłowiony jako młody talent portalu Lublinianka.NET. W Lubliniance od 20 sezonów pełni rolę spikera, a w dziennikarstwie zwiedził kilka tytułów, ostatnio Dziennik Wschodni. Najdłużej pracował jednak na chwałę jednego z buków. Od 2005 roku tworzy własny projekt piłkarski - LAKP. Piłka nożna? Zawsze i wszędzie! Liga Mistrzów, Premier League, Ekstraklasa, okręgówka, B-klasa. Wszystko jedno. Nie gra w padla. Ale gra w tenisa. Lubi też żużel.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama