Natalia Bukowiecka liczy na medal HMŚ. „Chciałabym się zmęczyć”

Sebastian Warzecha

21 marca 2026, 15:27 • 7 min czytania 3

Reklama
Natalia Bukowiecka liczy na medal HMŚ. „Chciałabym się zmęczyć”

Jeśli mowa o medalowych szansach na halowych mistrzostwach świata, to Natalia Bukowiecka jest jedną z największych. Ale nasza znakomita biegaczka na hali osiągała do tej pory sukcesy wyłącznie w biegach sztafetowych. Indywidualnie jeszcze medalu nie ma. Dziś, w Toruniu, ma zdobyć swój pierwszy taki. A najlepiej: zostać mistrzynią świata. Choć stawka – mimo że w stosunku do stadionu nieco przerzedzona – wcale nie jest słaba. A wątpliwości budzą też nowe zasady rozgrywania finału 400 metrów.

Natalia Bukowiecka pobiegnie po medal HMŚ?

Wczoraj biegała dwa razy: eliminacje i półfinały. Oba swoje biegi wygrała, zwłaszcza w tym drugim było to istotne, bo do finału przechodziły bezpośrednio tylko zwyciężczynie każdego biegu. Czasy? Nie imponowały przesadnie, choć też oba biegi Natalia dobrze kontrolowała i nie miała potrzeby przyspieszać. W eliminacjach, rano, pobiegła więc 51,60 s. W półfinale, wieczorem, nieco szybciej – 51,41 s. Do jej rekordu Polski, 50,83 s, sporo jeszcze brakowało.

A to wynik istotny. Ale o tym jeszcze napiszemy.

Reklama

W każdym razie: wczoraj Bukowiecka się nie zmęczyła i taki był plan. Strategia zresztą też była jasna: rano pobiec „na zaliczenie”, wieczorem dać z siebie nieco więcej. I to wyszło, choć paradoksalnie, ten drugi bieg był dla niej lżejszy. – Chyba kosztował mnie mniej sił niż poranny, jest okej. Było szybciej niż rano, starałam się utrzymać to tempo, bo wiedziałam, że rywalki mogą być bardziej wymagające. Próbowałam też zachować siły. Teraz trzeba się wyspać – mówiła.

Sił miała dość sporo, bo po swoim biegu przez dłuższy czas nie podchodziła do dziennikarzy. Najpierw, wiadomo, trzeba było złapać oddech. Po biegu na 400 metrów zajmuje to dłuższą chwilę, bo to dystans morderczy – na hali może trochę mniej, niż na stadionie, bo po pierwszym kółku i zbiegnięciu do środka można kontrolować to, jak biegną rywalki i zarządzać tempem. Ale i tak do rzadkości nie należą sytuacje, gdy zawodniczka potrzebuje nawet kilkunastu minut na to, by odsapnąć.

Reklama

Natalia pozbierała się szybciej. A potem poszła do kibiców.

– Chciałam rozdać nieco autografów, bo rano nieco „olałam” kibiców. Nie dlatego, że nie chciałam z nimi rozmawiać, ale wiedziałam, że jest ten drugi bieg. Chciałam jak najszybciej wrócić do hotelu, zjeść, wykąpać się i przygotować do drugiego biegu. Dlatego chciałam im to teraz wynagrodzić i podeszłam choć na chwilkę.

Rozdała więc autografy, udzieliła wywiadów, a potem kierunek – hotel. By tam odpocząć. Wyspać się. I dziś walczyć o medal.

„Nikomu się to nie podoba”

Jest w tym roku na halowych mistrzostwach świata pewna nowość. To znaczy: jest ich kilka, ale akurat ta dotyczy też Natalii Bukowieckiej. Otóż do finału biegów na 400 metrów awansuje odpowiednio osiem zawodniczek i ośmiu zawodników. Na pierwszy rzut oka – nic dziwnego, standardowa liczba. Na drugi? Chwila, chwila, moment! Na hali jest przecież tylko sześć torów. A osiem zawodniczek na tylu nie pobiegnie przy starcie z bloków.

Reklama

Jak więc rozwiązano tę sytuację?

Otóż zrobiono dwa finały po cztery zawodniczki. Dwóch kompletów medali jednak nie przewidziano, więc medal ostatecznie zdobędą trzy najszybsze zawodniczki – w tym przypadku – z obu biegów. Innymi słowy: załóżmy, że Natalia, której wylosował się bieg numer jeden, osiągnie rezultat na poziomie 50,70 s i dobiegnie pierwsza. Bardzo dobry czas, owszem, ale przez kolejnych 10 minut i tak będzie musiała czekać na to, co zrobią jej rywalki w drugim biegu.

Bo gdyby – dajmy na to – trzy pierwsze dobiegły tam z rezultatami na poziomie 50,50 s, 50,55 s i 50,65 s, to Bukowiecka skończyłaby bez medalu. Tak więc Natalia może usiąść po swoim biegu, czekać na rozstrzygnięcia drugiego biegu, a ostatecznie skończyć kompletnie rozczarowana. Wiadomo, na hali teoretycznie nie ma wpływu wiatru, warunki są stałe i takie same dla wszystkich. Można by więc pomyśleć, że pozwala to na równą rywalizację… i może by tak było, gdyby cały bieg rozgrywać po swoich torach.

Jeśli jednak połowa dystansu jest po zbiegnięciu do wewnętrznej, to wiele się zmienia. Jedna zawodniczka może musieć nadrabiać po zewnętrznym torze, inna zostać przyblokowana, może dojść do potknięć, z kolei słabsze biegaczki mogą zostać „pociągnięte” przez kogoś mocnego w jednym z finałów.

Reklama

Generalnie: zmiennych jest wiele. I każda może wpłynąć na setne, a może i dziesiąte części sekundy, które biegaczka może zyskać lub stracić. Pytaniem przed półfinałami pozostawało więc: czy warto myśleć o tym, w której serii może się pobiec? Natalia twierdziła, że nie.

– Nie miałam w głowie rozstawień, bo nie wiedziałam, jak podejdą do tego inne dziewczyny. Czy będą oszczędzać siły, czy pobiegną szybko. Więc nie wiedziałam, na kogo mogę trafić, a wtedy takie myślenie było bez sensu – mówiła. Nie spodobało jej się jednak, że trafiła do pierwszego finału. – Pobiegnę w pierwszej serii? To źle. Mi się to nie podoba, mogę wygrać swój bieg i zostać bez medalu. To trochę dziwne. Nie będę wiedziała, jak dobiegnę, czy mam się cieszyć, czy nie.

Co jednak myśli o samych zmianach? Czy uważa, że mogą jakkolwiek pozytywnie wpłynąć na ten bieg?

– Format? Nikt nas, zawodniczek, nie pytał o zdanie. Pytają nas głównie dziennikarze i nie słyszałam jeszcze, by ktokolwiek się z tym zgodził. Chyba po prostu World Athletics wprowadza zmiany i szuka rozwiązań. Zresztą nie tylko na 400 metrów, ale i w rzutach, skokach, zmiany też na 800 metrów. Szukają, ale nie wiem, jaki ma to sens. Jeszcze nie słyszałam, żeby któraś była z tego zadowolona. Zobaczymy po finale – mówiła nasza biegaczka.

Reklama

Cóż więc, pozostaje trzymać kciuki, by Bukowiecka ostatecznie – po oczekiwaniu – mogła się ucieszyć. A jakie są na to szanse?

Złoto, medal, rozczarowanie? Co czeka Natalię?

Jak wspomniano – Natalia trafiła do pierwszej serii biegów. Są w niej też Kanadyjka Zoe Sherar (życiówka 51,40 s), Hiszpanka Blanca Hervas (51,44 s) i Lieke Klaver. Holenderka będzie jedną z głównych faworytek, bo na hali biegała już w karierze znakomite 50,10 s. Choć w tym sezonie się do tego rezultatu na razie nie zbliżyła – jej najlepszy wynik to równe 51 sekund. Ale to ogółem ciekawy układ, bo są tu dwie zawodniczki, które ewidentnie odstają i dwie faworytki do medali.

Natalia i Lieke już na zejściu po pierwszych dwustu metrach powinny być z przodu. A potem rozegrać to między sobą. Możliwe, że Polce będzie to sprzyjać, bo mniejsza będzie tu szansa na jakieś zamieszanie, potknięcie. A możliwe, że wręcz przeciwnie – bo Klaver zwykle otwiera biegi piekielnie mocno i całkiem prawdopodobne, że trzeba będzie ją wyprzedzać.

– Chyba będę biegła z Lieke z rozstawienia, to niekoniecznie zejdę pierwsza. (śmiech) Natomiast będę biegła z kimś, to już coś zupełnie innego [Natalia nawiązuje do dwóch pierwszych biegów, gdzie prowadziła po zejściu sama dyktowała tempo – przyp. red.]. Myślę, że ten bieg może się ułożyć kompletnie inaczej. Natomiast wydaje się, że dużo ciekawsza byłaby rywalizacja, gdybyśmy biegły wszystkie razem.

Reklama

Inaczej sytuacja ma się w drugim biegu. Tam stawka powinna być bardziej wyrównana, choć odskoczyć może Henriette Jaeger, Norweżka, która w tym sezonie biegała 50,62 s, a jej życiówka jest o jeszcze 18 setnych lepsza. Świetnie na tych HMŚ prezentuje się też Czeszka Lurdes Gloria Manuel (ma angolsko-rosyjskie korzenie, ale od narodzin żyje w Czechach). Pozostałe dwie zawodniczki – Mercy Adongo Oketch z Kenii i Haitanka Wadeline Venlogh – nieco odstają, ale mogą zaskoczyć.

Ich finał może być chyba nawet cięższy niż mój, bo będą bardzo równo biegły. Nie wiem, jak się nastawią – mówiła Natalia. Skoro jednak format jest, jaki jest, to trzeba było pytać o czasy. Innymi słowy: jaki wynik na złoto?

Reklama

– Myślę, że 50,50 s. Czyli nowy rekord Polski, mam nadzieję, że się uda. Nie wiem, czy tyle pobiegnę, ale wydaje mi się, że dobrze tu wyglądam, kontroluję te biegi. Chciałabym pobiec taki bieg, żeby się zmęczyć, ale dzięki temu wykręcić bardzo dobry rezultat.

Celem jest więc – bo musi być – medal. Najlepiej złoty. Ale o tym, czy go zdobędzie, Natalia przekona się dopiero po dłuższej chwili. Bo tak sobie ktoś wymyślił.

Czytaj więcej o HMŚ na Weszło:

Fot. Newspix

3 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Ekstraklasa

Przełamanie Pasów po fartownym karnym. Obie ekipy pograły do kotleta

Jakub Białek
1
Przełamanie Pasów po fartownym karnym. Obie ekipy pograły do kotleta

Inne sporty