Ukrainiec wykluczony z igrzysk za… kask. Ale to on wygrał w tej sprawie [KOMENTARZ]

Sebastian Warzecha

12 lutego 2026, 15:22 • 6 min czytania 21

Ukrainiec wykluczony z igrzysk za… kask. Ale to on wygrał w tej sprawie [KOMENTARZ]

Władysław Heraskewycz – ukraiński skeletonista – nie weźmie udziału w rywalizacji w swoim sporcie, bo Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie wyraził zgody na to, by startował w kasku upamiętniającym zmarłych w wyniku agresji Rosji na Ukrainę. Heraskewycz nie chciał z tego zrezygnować, wolał odpuścić cały start. Prawda jest jednak taka, że w tym konflikcie to on wygrał. A MKOl chyba nie do końca przemyślał swoje stanowisko.

Reklama

Wykluczenie za kask. Władysław Heraskewycz nie pojedzie w igrzyskach

Heraskewycz już wcześniej zgłosił chęć udziału w tym kasku, ale MKOl się nie zgodził. By więc się przesadnie nie powtarzać, w wielkim skrócie: Ukrainiec przyjechał na igrzyska w kasku, który przedstawiał wizerunki części z zabitych w wyniku rosyjskiej inwazji ukraińskich sportowców. Zobaczyć można było na nim: 14-letnią sztangistkę Alinę Perehudową, zawodnika trójboju siłowego Pawło Iszczenkę, hokeistę Ołeksija Łogijowa, aktora i sportowca Iwana Kononienkę, skoczka do wody i trenera Mykytę Kozubenkę, strzelca Ołeksija Chabarowa oraz tancerkę sportową Darię Kurdel.

Reklama

Co istotne: nie było tam żadnych nawiązań do wojny, informacji o działaniach zbrojnych, potępienia agresji. Po prostu upamiętnienie. Nic więcej, nic mniej.

A upamiętnienie zmarłych na igrzyskach się zdarza. Nawet w Mediolanie i Cortinie, bo przecież zrobili to czy to jeden z amerykańskich łyżwiarzy (upamiętniał rodziców), czy amerykańska narciarka dowolna (koleżankę), czy też norweski biathlonista (kolegę, którego sam znalazł martwego na podłodze w pokoju hotelowym). Celowo nie podaję nazwisk – nie są one istotne. Istotne jest to, że oni mieli możliwość wyrażenia swojej żałoby w taki sposób.

Heraskewycz ją dostał… ale nie do końca. Jak pisał w oficjalnym komunikacie Międzynarodowy Komitet Olimpijski:

„Pan Heraskewycz mógł pokazać swój kask w trakcie treningowych przejazdów. MKOl zaoferował mu również możliwość pokazania go od razu po zawodach, przy okazji przejścia przez strefę mieszaną. Żałoba nie jest wyrażana i postrzegana w ten sam sposób na całym świecie. By wesprzeć sportowców w żałobie, MKOl utworzył w wioskach olimpijskich ośrodki wielowyznaniowe oraz miejsca żałoby, by żałoba mogła być wyrażana z godnością i szacunkiem. Istnieje też możliwość założenia czarnej opaski podczas zawodów. Podczas igrzysk olimpijskich sportowcy mają również wiele możliwości wyrażenia żałoby i swoich poglądów, między innymi w strefach medialnych, mediach społecznościowych czy podczas konferencji prasowych i wywiadów”.

Ukrainiec chciał jednak założyć kask wtedy, gdy liczyło się to najbardziej – w trakcie zawodów. Na to jednak Komitet nie chciał się już zgodzić. Proponował kompromis, uciekał się do wymienionych w komunikacie rozwiązań. Czyli: chcesz upamiętnić kolegów? Jasne, możesz. Ale tylko w określonych sytuacjach i wtedy, gdy będzie na tobie mniej kamer.

Taki kompromis to nie kompromis. To spychanie pamięci o zmarłych na dalszy plan.

A przy okazji kompletna wizerunkowa porażka MKOl.

MKOl sam sobie przegrał tę sprawę

Można zrozumieć, że Komitet dba o to, by igrzyska były wolne od polityki (czy to się udaje – to zupełnie inna sprawa). Natomiast doświadczenia z przeszłości powinny pokazać, że są sprawy, w których ostatecznie jeśli ktoś traci – to właśnie MKOl. Nawet jeśli w dłuższej perspektywie. Słynny protest biegaczy na igrzyskach w Meksyku w 1968 roku – ten z uniesionymi do góry pięściami w czarnych rękawiczkach – owszem, początkowo mocno odbił się na nich.

Ale potem zawiał wiatr zmian. I cała sytuacja się odwróciła, a dziś większość osób docenia tamten gest, krytykując ówczesne działania Komitetu.

Władysław Heraskewycz

Heraskewycz na olimpijskim torze. We wspomnianym kasku. Fot. Newspix

W tej sytuacji Heraskewycz stał na uprzywilejowanej pozycji. Bo to zresztą ogółem inteligentny gość, który kuma, jak działa świat i co może się medialnie „sprzedać”. A nie ma czego ukrywać – to sprzedanie musiało być jego celem. To nie zawodnik, który (przynajmniej na papierze) miałby w skeletonie walczyć medale, za to jest bardzo zaangażowany w promowanie sprawy Ukrainy na świecie. Wybierając nie kask z przesłaniem antywojennym czy antyrosyjskim, a taki wyrażający żałobę, właściwie z miejsca był wygranym.

Opcje były bowiem dwie:

  1. Albo Komitet zezwoliłby mu na start w nim i mógłby zaprezentować go szerszej publiczności przed kamerami, a do tego będzie mógł o nim opowiedzieć jeszcze więcej w wywiadach. „Jeszcze”, bo robił to już wcześniej, kask szybko stał się medialny. Podobnie jak – ponownie – sprawa ukraińska.
  2. Albo Komitet zablokowałby ten start – do czego ostatecznie doszło – a przy tym naraził się na gniew wielu sportowców i innych, również neutralnych osób. Bo jeśli nie można wyrażać żałoby, to co można? W tej opcji MKOl przegrywa, a Heraskewycz… zyskuje być może jeszcze większą medialność.

Naprawdę, Ukrainiec nie mógł przegrać. MKOl mógł… i zrobił to po całości. Bo nie dość, że na start w tym kasku nie pozwolił, nie dość, że wykluczył Ukraińca ze startu, to wcześniej pozwolił mu kask prezentować. Skoro więc w czasie treningów było to możliwe, to dlaczego nie podczas startu? Treningi olimpijskie też są transmitowane, fotografowane, organizuje się po nich wywiady.

Komitet się zagubił, a Heraskewycz skorzystał z tego i wyprowadził cios jak rasowy bokser. MKOl w takiej sytuacji nie dość, że opuścił gardę, to nie pomyślał o tym, żeby się odchylić. I zaliczył nokaut. Kontaktowało się z Heraskewyczem także i Weszło jeszcze przed jego wykluczeniem, lecz olimpijczyk był chętny tylko na rozmowę po igrzyskach. Teraz pewnie zmieni zdanie. Jak wiemy od jego otoczenia, chcą z nim rozmawiać największe sportowe redakcje świata. Zatem wygrał.

Cenny punkt dla Ukrainy. Czy to utrudni powrót Rosji?

Pisaliśmy niedawno o tym, że Rosja zdaje się przybliżać do powrotu do rywalizacji sportowej pod swoją flagą. Kirsty Coventry, prezydent MKOl, która zresztą bezpośrednio – dwukrotnie – rozmawiała z Heraskewyczem w tej sprawie i przekonywała go do zmiany swojego stanowiska, mówiła, że „MKOl nie może być organizacją polityczną”. I gdzieś przebijają się też te polityczne wątki w tej decyzji.

CZYTAJ TEŻ: ZBANOWANI, A NA IGRZYSKACH. SKĄD SIĘ WZIĘLI ROSJANIE WE WŁOSZECH?

Czego MKOl nie rozumie? Ano tego, że w żałobie nie ma nic politycznego. Heraskewycz, jako się rzekło, przechytrzył ich. Wybrał taki symbol na kasku, którego nie można podważać w ten sposób – a przynajmniej nie w oczach opinii publicznej.

Bo żałoba to nie polityka. Żałoba to żałoba.

Dzięki tej sytuacji znów mówi się o Ukrainie. Przypomina się, że inwazja nastąpiła ledwie dni po poprzednich igrzyskach. Opowiada o zabitych sportowcach. Nawet w reakcjach w social mediach nie widać przesadnej złości na to, że ktoś próbuje „upolityczniać” igrzyska. Raczej pytania: czemu nie można wyrazić tęsknoty za zmarłymi? Co jest z tym nie tak? Czy zasady MKOl-u nie zmierzają aby w złym kierunku? Serio, Heraskewycz postawił na stoliku szachownicę, tyle że po swojej stronie miał ze trzy królowe i przewagę od początku.

MKOl mógł postarać się wywalczyć remis. Zamiast tego sam poddał partię.

Być może, przy okazji, utrudnił też zwycięstwo Rosji w kolejnej partii, bo o agresji znów zrobiło się w olimpijskim świecie głośno – i może utrudni to kompletny powrót Rosjan na sportowe areny.

A Heraskewycz pokazał jak można wygrać przegrywając. Bo przecież nie stanie na starcie rywalizacji. Nie pokaże tego kasku do kamer w trakcie zawodów. Ale to co dla niego najcenniejsze – ponowne zwrócenie uwagi świata na Ukrainę – osiągnął z nawiązką.

I żadne oficjalne oświadczenia Komitetu tego nie zmienią.

SEBASTIAN WARZECHA

Czytaj więcej o igrzyskach:

21 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Ekstraklasa

Feio o Koronie, historii i pączkach. „Wiemy, jaką społeczność reprezentujemy”

Szymon Janczyk
3
Feio o Koronie, historii i pączkach. „Wiemy, jaką społeczność reprezentujemy”
Reklama

Inne sporty

Reklama
Reklama