Bastoni oczami mistrza świata. „Nie jest tak dobry jak Maldini”

Marcin Ziółkowski

16 kwietnia 2026, 17:55 • 4 min czytania 0

Reklama
Bastoni oczami mistrza świata. „Nie jest tak dobry jak Maldini”

Alessandro Bastoni to zapewne najczęściej wymieniane we włoskich mediach imię i nazwisko pod kątem piłkarzy z Półwyspu Apenińskiego. Choć jest dopiero kwiecień w 2026 roku to już dużo się działo z udziałem stopera Interu. Słynny incydent z meczu z Juventusem, następnie ogrom pogróżek, a do tego wszystkiego błąd w Zenicy w barażu o udział w mundialu i pogłoski o odejściu do Barcelony – łatwo nie jest. Mistrz świata z 1998 roku Marcel Desailly powiedział, że na ten moment Włoch nie jest w połowie tak dobry jak Paolo Maldini. Dodał jednak, że transfer do Barcelony może być tym, czego Duma Katalonii potrzebuje w składzie.

Reklama

Bastoni sprowadzony na ziemię przez Desailly’ego. Francuz jednak docenia jego umiejętności

Włoski stoper od kilku tygodni łączony jest z grą dla Barcelony w nowym sezonie. Mimo że jest bardzo ceniony w klubie z Hiszpanii, to Marcel Desailly w obecnym momencie nie traktuje obrońcy z tak dużym entuzjazmem jak media. Mistrz świata z 1998 roku powiedział w Italian Football Podcast, ze choć Bastoni jest ważny i świetnie się adaptuje, to nie jest w połowie tak dobry jak Paolo Maldini i to co pokazał do tej pory to jego sufit.

– Myślę, że on daje regularność, gra od siedmiu lat gra w Interze, nieważne kto jest trenerem, to on ma ciągle swoją pozycję. Nie jest liderem, ale wie jak się zaadaptować do systemu. To myślę, że jest jego szczyt. Pomaga swoją powtarzalnością, czytaniem gry. Musisz mieć jakieś fundamenty pod sukces, ale to co widzimy… on nie jest w połowie tak dobry jak Maldini. Jest jak jest.

Reklama

– Tak jak u Leao, nie widzę w nim zwycięskiej mentalności. Może podniesie swój poziom, gdy pójdzie do Barcelony, oni na każdej pozycji mają kogoś dobrego, ale są słabi z tyłu. Może to właśnie on da im tę moc, aby to zmienić. Potrzeba im defensywnych liderów.

Desailly mówił też na temat Milanu – kiedyś i dziś

Nie zabrakło też tematu Rafaela Leao, który gra dla byłej drużyny Desailly’ego. Francuz określił Portugalczyka mianem piłkarza, który nie ciągnie drużyny cały sezon, a robi to raz na kilka meczów.

– Nie można ciągle go krytykować. Gdy to się robi, on zaraz czyni na boisku coś magicznego i potem nie wiesz, co masz więcej powiedzieć. Nie ma ciągłości formy, nie jest liderem na przestrzeni całego sezonu jak to bywało np. z Neymarem. To ważny zawodnik, ale nie może być najważniejszym.

– Zrozumcie mnie dobrze – on może być kimś takim, ale tylko od czasu do czasu. Mam wrażenie, że on sam o sobie myśli, że wszystko już potrafi. Nie studiuje raczej tego, co powinien usprawnić, aby mieć tę powtarzalność. Mógłby osiągnąć poziom Złotej Piłki, ale nie wiem czy jest na to gotowy.

Reklama

Desailly nawiązał też do lat swojej gry w Mediolanie. Położył nacisk na finał Ligi Mistrzów 1994, a także anegdotę z Silvio Berlusconim. Nie zabrakło odniesienia do słów Johana Cruyffa, który mówił kiedyś, że Milan to nic specjalnego i niemożliwym jest, aby Barcelona przegrała ateński finał.

– Przed spotkaniem asystent miał kopię gazety ze słowami Cruyffa. To nas naprawdę zmotywowało. Asystent Capello wiedział co robi, pokazując nam te słowa. Od początku mieliśmy kontrolę nad rywalem, Barcelona żyła złudzeniem (…) My byliśmy jak stado wilków, a gdy jeszcze na boisku grał niesamowity Marcel Desailly to już nie było czego zbierać (śmiech).

Reklama

– [Berlusconi] był wielkim pasjonatem piłki. Rok po przybyciu wszedł do polityki, aby chronić swoją firmę. Bardzo go atakowano, monopol na rynku medialnym tak naprawdę miał Agnelli. Pamiętam, jak mówił, że cieszy się, że nas widzi i w sumie to nie ma nam nic do powiedzenia, a potem gadał przez godzinę (śmiech). Capello musiał powiedzieć mu, żeby już przestał, że muszą odpocząć. Co sobotę przybywał do nas w dresach. Tylko Baresi mógł mu zwrócić uwagę.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

0 komentarzy
Marcin Ziółkowski

Człowiek urodzony w roku stulecia swojego przyszłego ulubionego klubu. Schodzący po czerwonej kartce Jens Lehmann w Paryżu w finale Ligi Mistrzów 2006 to jego pierwsze piłkarskie wspomnienie. Futbol egzotyczny nie jest mu obcy. Przykład? W jednej z aplikacji ma ustawioną gwiazdkę na tajskie Muangthong United, bo gra tam niejaki Emil Roback. Inspiruje się Robertem Kubicą, Fernando Alonso i Ottem Tanakiem, bo jest zdania, że warto dać z siebie sto i więcej procent, nawet mimo niesprzyjających okoliczności. Po szkole godzinami czytał o futbolu na Wikipedii, więc wybudzony nagle po dwóch godzinach snu powie, że Oleg Błochin grał kiedyś w Vorwarts Steyr. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem na odcinek specjalny Rajdu Safari, ale nigdy nie grał w Colina 2.0. Na meczach unihokeja w szkole średniej stawał się regenem Lwa Jaszyna. Esencją piłki jest dla niego styl rodem z Barcelony i Bayernu Flicka, bo Zdenek Zeman i jego podejście to życie, a posiadanie piłki jest przehajpowane

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama