Sport wygra ze wszystkim. A przynajmniej pomoże odwrócić wzrok

Sebastian Warzecha

25 lutego 2026, 11:39 • 17 min czytania 3

Sport wygra ze wszystkim. A przynajmniej pomoże odwrócić wzrok

Regularna wojna domowa na ulicach. Albo wielkie masakry i prześladowania cywilnej ludności. Może też przytrafić się trzęsienie ziemi, po którym kraj musi podnieść się z gruzów. Może trwać terror, tajne więzienia i tysiące zaginionych. Obozy internowania, koncentracyjne i miejsca straceń. Ty, kibicu, bądź jednak spokojny – wielki sport nie jest zagrożony. Igrzyska czy mistrzostwa się odbędą. One są tu najważniejsze.

Reklama

Meksyk w ogniu, ale czy coś grozi mundialowi? Historia uczy, że nie

W Meksyku trwa aktualnie coś na kształt regularnej wojny domowej. Kartele narkotykowe rozpętały ją przeciwko służbom i władzy. Strzelaniny, podpalenia, zagrożenie dla ludności cywilnej budzą wątpliwości co do mistrzostw świata, które częściowo mają odbyć się w tym kraju już za kilka miesięcy. Od czasu do czasu ktoś podnosi też temat kolejnych strzelanin w USA – głównym kraju-organizatorze MŚ 2026 – czy dyskryminującej oraz agresywnej polityki Donalda Trumpa i jego podwładnych.

Reklama

Nikt jednak nie podnosi tematu odebrania Meksykowi czy USA mundialu. To ostateczność, która do tej pory (choć nie do końca) miała miejsce raz w historii. Futbol wygrywa z takimi przeszkodami jak zabójstwa, konflikty, polityka czy nawet dyktatury.

I tym razem zapewne nie będzie inaczej.

CZYTAJ TEŻ: MEKSYK PŁONIE PO ŚMIERCI „EL MENCHO”. CZY MUNDIAL JEST ZAGROŻONY?

***

Są wspomnienia: jedno z argentyńskich więzień, przerwa w torturach. Oprawcy wnoszą telewizor, czarno-biały obraz pokazuje stadion, tysiące kibiców. I dwie drużyny na murawie. Trwa finał mistrzostw świata. Prześladowani obejrzą go z prześladującymi. Ich drużyna wygrywa. Cieszą się.

Są wspomnienia: piękne igrzyska. Wielkie święto całego kraju, choć czasy niespokojne. Międzynarodowa prasa donosi jednak, że w tej całej napiętej zimnowojennej atmosferze, olimpiada znów stała się symbolem międzynarodowej zgody i pokoju. Pomija się awantury między sportowcami. Pomija protesty. Pomija też dziesiątki zamordowanych ledwie kilkanaście dni wcześniej.

Są wspomnienia: trzęsienie ziemi. Zrujnowane miasta, zagubieni ludzie, śmierć i zniszczenie. I wielkie kwoty przeznaczone na mistrzostwa, gdy ludzie sami odbudowywali swoje domy, a państwo zawiodło.

Bo mistrzostwa muszą trwać, jak przedstawienie. To stara prawda, tego uczy nas historia.

Czasem sport trwa na przekór wszystkiemu, czasem faktycznie po to by jednoczyć. Choćby na chwilę, zanim kolejna tragedia rozbije naród.

Możliwe, że za kilka dekad będą wspomnienia: przemoc na ulicach, morderstwa, porwania. Strach o wyjście z domu. Strach o to, że się nie wróci. Ale to nic nowego, to już było. I we wspomnieniach będzie też to, że mistrzostwa się odbyły. I że może nawet były piękne, że czuło się wspólnotę.

A co było przed i po nich? To szybko przestanie świat obchodzić.

Najwspanialszy mundial… pomiędzy masakrami

Gdy dziś wspomina się mistrzostwa świata z 1970 roku, powszechnie uznaje się, że to jeden z najlepszych – o ile nie najlepszy – mundial w historii. Powodów jest wiele. Od tych najbardziej prozaicznych, jak legendarny wzór piłki, Telstar, którą wypuścił Adidas, aż po genialny mecz Włochów z RFN w półfinale, wygrany przez tych pierwszych 4:3.

To też ostatnie mistrzostwa Pelego, który sięgnął po swój trzeci Puchar Świata (a Brazylia otrzymała w efekcie ówczesne trofeum, Nike na własność), wspomnienia genialnego Jairzinho (strzelał w każdym meczu mundialu!), świetnej ekipy Peru, gola Carlosa Alberto zamykającego mistrzostwa po znakomitej akcji całej reprezentacji Canarinhos czy wreszcie Estadio Azteca. Często mówi się też o Juanito, maskotce turnieju, wesołym chłopcu z piłką przy nodze i w sombrero założonym na głowę.

Tak, to wszystko piękne wspomnienia. Wspaniała historia.

W dodatku – historia pokazana w kolorze. Pierwszy raz w dziejach mundial transmitowano właśnie tak. I w sumie to w dużej mierze zasługa koncernu, który te mistrzostwa do Meksyku sprowadził. Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna (PRI), rządząca krajem od 1929 roku i coraz bardziej zmieniająca się w dyktaturę, niespecjalnie się tym turniejem interesowała. Robili to jednak Guillermo Canedo de la Barcena, wiceprezes FIFA i twórca CONCACAF, a także Emilio Azcarraga Milmo, syn założyciela Telesistemo Mexicano, największej telewizji w Ameryce Łacińskiej.

Ich wspólnymi siłami do Meksyku trafiły mistrzostwa. Pomogły głosy krajów z Ameryki Łacińskiej, o której zabiegał Stanley Rous, prezydent FIFA. Pomogło lobbowanie u krajów „trzeciego świata” piłkarskiego. Meksyk dostał swoje święto.

Zresztą drugie. Dwa lata wcześniej w stolicy kraju odbyły się igrzyska olimpijskie, to nimi głównie interesowała się PRI. I do nich za moment przejdziemy. Mundial był dodatkiem, ale takim, który faktycznie zjednoczył mieszkańców. Wszyscy w kraju świętowali kolejne mecze Meksyku, wszyscy cieszyli się z wygranych. Zapomnieli dzięki temu o problemach: społecznych nierównościach, biedzie, masakrze sprzed dwóch lat, politycznej presji ze strony władzy.

Mistrzostwa z roku 1970 były momentem wielkiego szczęścia, którego nie odebrało nawet niepowodzenie gospodarzy w walce o medal.

Rok po nich, w Boże Ciało 1971, na ulice w Meksyku wyszli protestujący studenci. Do stłumienia potencjalnej rewolty władze posłały służby, wsparte paramilitarnymi oddziałami, które szkolono (z pomocą CIA, dodajmy) bez przerwy przez kilka lat. Efektem była masakra, znana pod nazwą El Halconazo (od Los Halcones, czyli nazwy wspomnianych paramilitarnych bojówek). Ponad stu zabitych, wielu rannych.

– Bez wątpienia masakra w Boże Ciało to blizna w kolektywnej świadomości Meksykanów. Nasz kraj jest pełen blizn. Trzy lata wcześniej miała miejsce masakra studentów na Placu Tlatelolco, a po 1971 roku doszło do kolejnych protestów, gdzie młodzi ludzie domagali się demokratycznych reform. Wtedy zrodziły się zradykalizowane grupy politycznie, a protesty zakończyły się wstąpieniem wielu studentów do partyzantki – mówił po latach na łamach Filmwebu Alfonso Cuaron, reżyser, który przedstawiał te wydarzenia w oscarowej „Romie”.

Mundial był więc tylko przerywnikiem w historii przemocy meksykańskiej władzy wobec własnych obywateli. A igrzyska olimpijskie zorganizowane dwa lata wcześniej? One próbowały wymazać to, co stało się tuż przed nimi.

Na igrzyskach nie mówi się o zabitych

Dziś wspomina się rekordy. Zabawę. Radość. Ostatnie igrzyska przed masakrą w Monachium i ograniczeniem dostępu do wioski olimpijskiej. Historię, bo po raz pierwszy olimpijską imprezę zorganizowano w Ameryce Łacińskiej. Imprezę, zorganizowaną wbrew wątpliwościom o wysokość (2200 metrów na poziomem morza) czy ogólny klimat. A także o nierówności społeczne, biedę, problemy gospodarcze i wiele innych.

Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie planował jednak z Meksyku rezygnować:

Igrzyska należą do wszystkich państw: suchych i mokrych, ciepłych i zimnych, leżących na wschodzie, zachodzie, północy lub południu czy też na małej lub dużej wysokości – mówił Avery Brundage, jego przewodniczący. Igrzyska więc się odbyły. A w ich czasie też nie brakowało kontrowersji. Były starcia olimpijczyków z różnych krajów, nawet bójki, były napięcia na tle rasowym, zabrakło RPA i Rodezji ze względu na prowadzoną przez nich politykę, był słynny protest Black Power na olimpijskim podium.

Wiadomo, czasy były niespokojne. Rok 1968. Środek protestów przeciwko wojnie w Wietnamie, kilka miesięcy po śmierci Martina Luthera Kinga, przez Europę przetoczyła się w tym samym okresie fala demonstracji – i po zachodniej, i po wschodniej części żelaznej kurtyny. Na świecie wrzało, zimna wojna też nie zwalniała. Meksykanie chcieli zaproponować alternatywę, dlatego igrzyska nazywano „olimpiadą pokoju”. Dziennikarze po ceremonii otwarcia też odmieniali słowo „pokój” przez wszystkie przypadki znane w każdym możliwym języku.

Podobnie przepisywano przemówienie Gustavo Diaza Ordaza, prezydenta kraju. Mówił w nim o przełamywaniu stereotypów. Mówił o rozwoju, jaki nastąpił w Meksyku: spadku bezrobocia, zmniejszeniu i kontroli inflacji. Mówił o pokoju, wypuszczając w niebo setki białych gołębi. Mówił o igrzyskach, o sporcie i jego pięknie. Mówił długo. Mówił wzniośle.

Nie wspomniał jednak o tym, że ledwie dziesięć dni wcześniej wcześniej władze Meksyku urządziły na własnych obywatelach krwawą masakrę, w której zginęło kilkaset osób, kilka tysięcy zostało rannych, a wielu kolejnych obrażenia odniosło później – w czasie tortur w aresztach.

Wszystko zaczęło się od studenckich protestów. Młodzież chciała reform, jak na całym świecie. Zresztą protestowano już w lipcu, na kilka dobrych tygodni przed igrzyskami. Media przedstawiały studentów jak chuliganów. A prezydent Ordaz był wręcz paranoicznie przeświadczony o tym, że każdy tylko czeka na moment, by go obalić. Dlatego wszelkie strajki, protesty i wyrazy sprzeciwu ukrócał szybko i brutalnie. Policja wielokrotnie powstrzymywała demonstracje w kraju.

Jej brutalność – choć brzmi to strasznie – nie była niczym nowym.

Zrobiło się z tego błędne koło, bo im bardziej brutalne były działania służb, tym więcej osób protestowało. Meksykanie doszli do momentu, gdy osoby na ulicach były liczone w setkach tysięcy. W miarę upływu czasu media zmieniły narrację – mówiły, że protestujący chcą storpedowania igrzysk. Stąd działania przybrały na sile. Aresztowano wiele osób nawet na terenie studenckich kampusów, siłą wyciągając ich z sali. W odpowiedzi rzucano między innymi koktajle Mołotowa.

Masakra też zaczęła się od protestu. Ludzie zebrali się na placu Tlatelolco, miejscu historycznym, gdzie Hernan Cortes pobił niegdyś finalnie wodza Azteków i na nowo napisał dzieje kraju. Z balkonu tamtego wieżowca przemawiali przywódcy manifestacji. Wśród demonstrantów mnóstwo było tajnej policji. Poznawali się po białej rękawiczce na jednej z dłoni. O 18:10, nieco ponad godzinę po rozpoczęciu demonstracji, nad plac nadleciały dwa śmigłowce. Z obu wystrzelono salwy.

Protestujący wpadli w panikę, rzucili się do ucieczki, ale jej drogi były zablokowane przez wojsko. Żołnierze otworzyli ogień z karabinów maszynowych. Strzelano na oślep. Obrywały nawet dzieci. Część ofiar nie zginęła od kul, a po pobiciu lub zadźganiu bagnetami. Masakra trwała półtorej godziny. Po kolejnych dwóch w mediach nadano informację, że ogień otworzyli terroryści, a żołnierze tylko się bronili.

Terroryści, czyli studenci.

Całą sytuację sprawnie wyciszono… ale nie na tyle, by nie dowiedział się o niej MKOl. To zasługa chociażby Oriany Fallaci, która znalazła się w zmasakrowanym tłumie, została nawet postrzelona. Fallaci nagrała ponad dwugodzinną relację, którą wysłała do Włoch. Mówiła, że było tam gorzej niż w Wietnamie (z tamtejszej wojny wróciła kilka miesięcy wcześniej), że przez 45 minut leżała, przykryta tarczą, w kałuży krwi i widziała jak padają ludzie, których zdążyła poznać, a funkcjonariusze katują tych, którzy przeżyli.

Wywiad z nią przeprowadziła później Elena Poniatowska – dziś znana i szanowana meksykańska pisarka – zanosząc go do jednej z gazet. Odmówiono jej wydruku, argumentując to skupieniem się na igrzyskach. Przekaz był jasny: igrzyska są świętem, nic nie może tego popsuć. A rząd? Rząd jest bez winy.

Bo jedyne czego chce, to pięknych igrzysk właśnie. I to piękno dostał. Międzynarodowy Komitet Olimpijski, który znalazł się pod ścianą, zaufał meksykańskim władzom.

Żadna z demonstracji przemocy nie była wymierzona bezpośrednio w igrzyska olimpijskie. Byliśmy zapewnieni, że nic nie przeszkodzi pokojowemu wejściu ognia olimpijskiego na stadion. Jako goście Meksyku mamy pełne zaufanie, że Meksykanie, znani ze swojego umiłowania do sportu i gościnności, dołączą do uczestników i widzów, by celebrować igrzyska – oazę w niespokojnym świecie – pisano w oficjalnym oświadczeniu Komitetu.

Igrzyska się zaczęły. O pomordowanych na placu Tlatelolco nie wspominano ani słowem.

Prywatny folwark. Futbol wbrew trzęsieniu

Mundiale – czy w ogóle duże imprezy – w Meksyku mają najwidoczniej to do siebie, że zawsze obciążone są problemami. Przy czym piszę to zdanie z perspektywy ówczesnych (i dzisiejszych) władz tego kraju. Bo tym właśnie byli dla nich protestujący – a potem martwi lub torturowani – studenci. Problemem. Nieco ponad 40 lat temu – a 17 po protestach z placu Tlatelolco – problemem stało się z kolei trzęsienie ziemi.

Meksyk organizację mundialu w 1986 roku dostał niespodziewanie. Wcześniej – jedyny raz w historii – organizator zrezygnował kilka lat po wyborze.

Pierwotnie miała być to bowiem Kolumbia. Przez lata jednak w tym kraju właściwie nic w kierunku mundialu nie robiono. W międzyczasie pogłębił się tam kryzys gospodarczy, więc organizację mistrzostw zepchnięto na jeszcze dalszy plan. W końcu FIFA zaczęła grozić odebraniem imprezy, a Kolumbijczycy uznali, że wyjść z tego z twarzą mogą tylko wtedy, gdy sami turnieju się zrzekną. Tak też zrobili, pocieszając się literackim Noblem dla Gabriela Garcii Marqueza.

Organizacja finalnie przypadła Meksykowi, bo zadziałał stary sojusz Canedo-FIFA (ale już nie Rous, a Joao Havelange). Znów ważna okazała się telewizja. A rozgrywki o mundial toczono między innymi przeciwko… USA. I były tak zacięte, że Henry Kissinger, wieloletni doradca prezydentów Stanów, powiedział potem: – Polityka futbolowa wywołuje we mnie tęsknotę za polityką na Bliskim Wschodzie.

W każdym razie – Meksyk został organizatorem. I wydawał się gotowy. Miał infrastrukturę, całkiem mocną ligę, kraj żył piłką. Ale we wrześniu 1985 roku przyszło trzęsienie ziemi (swoją drogą podobna sytuacja dotknęła Chile na dwa lata przed MŚ 1962). Zginęło około dziesięciu tysięcy ludzi, wielu zostało rannych. W samej stolicy kraju 250 tysięcy osób zostało pozbawionych dachu nad głową. Nie ucierpiały – ku szczęściu rządzących – stadiony.

Szczęściu, bo rząd niespecjalnie przejmował się poszkodowanymi. Na tyle, że zmobilizowali się sami ludzie, oni w dużej mierze odbudowywali swoje domy, bez wsparcia polityków. Ci mogliby spodziewać się wielkich protestów, ale… no właśnie, przyszedł mundial. Święto zjednoczenia, które wtedy zapobiegło manifestacjom, jednak w pewnym sensie pomogło im z czasem – meksykańscy myśliciele do dziś uważają, że turniej z 1986 roku scementował to, co zaczął ten z 1970. Poczucie tworzenia wspólnoty, dumę z bycia Meksykanami wśród zwykłych ludzi.

Nie zmienia to faktu, że mistrzostwa znów wygrały – w oczach polityków i milionerów – z potrzebami ludu. Nawet jeśli ten lud mistrzostwami się potem cieszył.

Kibice, czyli kaci i prześladowani

Bo to paradoks takich wydarzeń. Widoczny – być może najbardziej w historii – w Argentynie z roku 1978.

Adolfo Perez Esquivel był więźniem argentyńskiej junty. Jednym ze „znikniętych”, bo tak nazywano ofiary reżimu, również te jeszcze żywe. Aczkolwiek o jego aresztowaniu dowiedziała się międzynarodowa opinia publiczna. I po 14 miesiącach faktycznie wyszedł z… no właśnie, więzienia? Trudno określić tym słowem ośrodki prześladowań za czasów tak zwanej brudnej wojny w Argentynie.

Jego uwolnienie zbiegło się w czasie z mundialem. Wolność odzyskał trzy dni przed finałem mistrzostw w 1978 roku, gdy Argentyna grała z Holandią.

I wygrała.

Esquivel wspominał później, że mimo wszystko kibicował swojemu krajowi – wiedząc dobrze, że umocni to władzę wojskowych. Ale chciał tej wygranej, pragnął jej. Jego kibicowska dusza, wewnętrzny patriotyzm, potrzeba poczucia tych emocji, wygrała nawet nad czternastoma miesiącami prześladowania. Jednak nie tylko on czuł ten dylemat. Ledwie kilometr od Estadio Monumental mieściła się Szkoła Mechaników Marynarki Wojennej (ESMA).

ESMA. Argentyna

Dzisiejsze Muzeum Pamięci ESMA, z wizerunkami ofiar placówki. Fot. Newspix

Wbrew nazwie – nie szkoła, a najbardziej znany ośrodek tortur junty. Osadzeni tam wspominali po latach, że w dniu finału ich oprawcy wwieźli na miejsce telewizor. I tam, przy celach, oglądali mecz. Doszło do scen rodem z groteskowych powieści – z goli Kempesa i Bertoniego radowali się ofiary i kaci. Graciela Daelo, później profesorka uniwersytetu, pisała po latach, że więźniowie wiedzieli: „Jeśli oni wygrają, my przegramy”.

A jednak wielu się cieszyło. Świętowało. Jeden z dowódców „ośrodka” ściskał nawet ręce osadzonym i całował ich w policzki, przez moment czując z nimi zjednoczenie. Ale to był tylko moment, jakby slogan ukuty przez protestujących – „Futbol tak, tortury nie!” – na moment stał się rzeczywistością. Ale potem futbol się skończył.

Tortury nie.

Stadiony wypełnione ofiarami

Nie jest dziś możliwe oszacowanie liczby ofiar wojskowej dyktatury w Argentynie. Najpewniejsza wersja to około 30 tysięcy osób. Wiele innych było torturowanych, wróciło do rodzin z fizycznymi i mentalnymi ranami. O ile miało rodziny, o ile one też nie zostały porwane, torturowane i zabite. Poszkodowanymi przez reżim można by pewnie wypełnić wszystkie stadiony mundialu.

Zresztą – zapewne wielu z tych, którzy oglądali mecze z trybun, ostatecznie dostało się w tryby tej maszyny.

Maszyną była junta. Władzę przejęła dwa lata wcześniej. I paradoksalnie – pewnie dzięki niej mundial się odbył. Wcześniej FIFA była na granicy odebrania go Argentynie, bo poprzednie rządy niewiele robiły, by się do imprezy w ogóle przygotować.

Rząd wojskowych robił. Wydał na mistrzostwa astronomiczne kwoty – około 700 milionów dolarów (duża część została najpewniej zdefraudowana, a kolejna – wydana w celach korupcyjnych) wobec szacowanych 100 milionów. Przedstawiciele FIFA wielokrotnie odwiedzali kraj, monitorowali sytuację. Oprowadzano ich po remontowanych stadionach, pokazywano inwestycje. Nie wspominano słowem – choć teoretycznie nie było to tajemnicą, na światło dzienne powoli wychodziła już część ze zbrodni – o tym, jak traktuje się wrogów politycznych (lub osoby które po prostu za takich uznano).

W efekcie gdy otwierano mundial, Joao Havelange, prezydent FIFA, mówił, że „świat może w końcu ujrzeć prawdziwe oblicze Argentyny”. Popisał się też Berti Vogts, kapitan Niemców, który po pierwszym meczu mówił: – Argentyna to kraj, gdzie panuje porządek. Nie widziałem ani jednego więźnia politycznego.

Jorge Rafael Videla i Joao Havelange

Przemawia Jorge Rafael Videla, prezydent Argentyny i przywódca junty. Tuż obok niego, po lewej, Joao Havelange, prezydent FIFA. Fot. Newspix

Dziennikarzy pytał też, czy podobne pytania jak jemu – o kwestie polityczne – będą zadawać sportowcom, którzy dwa lata później wystartują na igrzyskach w ZSRR. Wyszło ironicznie, bo po inwazji Związku Radzieckiego na Afganistan większość krajów Zachodu moskiewską imprezę zbojkotowała. A Vogtsa dodatkowo pogrążyło to, że niemieccy dziennikarze porównywali mundial w Argentynie do igrzysk w III Rzeszy, z 1936 roku.

Niedozwolona była krytyka. Jakakolwiek. W tym i piłkarzy. Eduardo Galeano, wielki pisarz argentyński, napisze potem w „Blaskach i cieniach futbolu”:

– Na organizację mundialu przeznaczono wiele milionów dolarów, nie wiadomo, ile kosztowało budowanie wizerunku szczęśliwego kraju pod rządami wojskowych. Najważniejsi organizatorzy MŚ realizowali w międzyczasie swój plan eksterminacji. Ostateczne rozwiązanie, jak je nazywali, obejmowało zamordowanie wielu tysięcy Argentyńczyków, ilu – tego nie wiemy do dziś. Każdy, kto próbował się tego dowiedzieć, prędzej czy później zapadał się pod ziemię. Ciekawość, podobnie jak wszelkie wątpliwości, była traktowana jako dowód buntu.

Kilka krajów rozważało bojkot. Żaden się nie zdecydował – Holendrzy jedynie nie uścisnęli dłoni argentyńskim generałom po finale. Na tyle było stać świat. Esquivel, już przywoływany, oskarżał potem trenera Argentyny, Cesara Luisa Menottiego, o „milczenie, którym uprawiał politykę”. Menotti odwołał się do tego dopiero lata później, już po upadku reżimu, w wywiadzie-rzece, cytowanym tu za (znakomitą) książką Leszka Jarosza „Historia Mundiali” (tom 2):

– Wiele osób może powiedzieć, że trenowałem drużynę w czasach dyktatury, gdy w Argentynie panował rząd, z którym nie tylko nie miałem nic wspólnego, ale który na dodatek przeczył mojej drodze życiowej. I zadaję sobie pytanie, jak powinienem był wówczas postąpić? Trenować zespół, by grał źle, oprzeć wszystko na sztuczkach, zawieść ludzkie nadzieje? Nie, oczywiście, że nie. Wszyscy byliśmy cały czas świadomi, że gramy dla całego narodu, który wówczas potrzebował nowego punktu wyjścia, by wspólnie zacząć robić coś innego. Chcieliśmy grać jak najlepiej […], jeśli się uda, dać ludziom zwycięstwo, a przynajmniej prawdziwą radość z oglądania wspaniałej piłki nożnej. Gdy wychodziliśmy na boisko w dniu finału, każdy z nas miał robić jedno: patrzeć na ludzi na trybunach. Ale nie na trybunę VIP. Powiedziałem zawodnikom: „Patrzcie tam, gdzie siedzą wasi ojcowie, na wszystkich, którym to jesteśmy winni: spawaczy, rzeźników, piekarzy, taksówkarzy”.

I właśnie, paradoks. Argentyńczycy nie chcieli junty. Pragnęli jej upadku – a przynajmniej duża część z nich. Ale Argentyńczycy chcieli sukcesu, który tę juntę umacniał i finalnie umocnił. Piłkarze? Nie chcieli grać dla wojskowych, a dla ludu. I to zrobili, ale w ten sposób ostatecznie zagrali właśnie dla generałów i dyktatorów.

Dyktatura Jorge Videli i jego współpracowników – Videli, który mówił na mistrzostwach, że w „Argentynie nie ma więźniów politycznych” – przetrwała potem jeszcze cztery lata.

Dziś jej działania określane są mianem ludobójstwa. A mundial – poza triumfem gospodarzy – pamięta się właśnie przez pryzmat zbrodni junty.

Inny świat, ta sama historia

Zdawać by się mogło, że to odległa przeszłość. Że czasy są inne, świat się zmienił i poszedł do przodu. Że w epoce social mediów nie jest możliwe, by coś takiego się powtarzało. To idealistyczne podejście, zarezerwowane dla młodych albo tych, którzy zaprzeczają rzeczywistości.

Futbol – czy też sport w ogóle – jest idealnym narzędziem dla reżimów, dyktatur lub po prostu państw zbrodniczych.

Mundial w 2018 roku w Rosji odbył się cztery lata po tym, jak tamtejsze wojska zaatakowały Krym i wobec tysięcy relacji o tym, jak w kraju Władimira Putina traktuje się przeciwników politycznych. Igrzyska w 2008 roku zorganizowano w Chinach, z których dochodziły regularnie informacje o łamaniu praw człowieka, prześladowaniach mniejszości. Ignorowano te wieści, podobnie jak ignorowano protesty aktywistów.

Zignorowano też to, jakim państwem jest Katar, gdzie mistrzostwa odbyły się cztery lata temu. Zignorowano nierówności, przemoc, działania gangów i brutalność policji w Brazylii, gdzie w ciągu dwóch lat odbyły się i mistrzostwa świata, i igrzyska olimpijskie. Ignorowane są regularnie przewiny Arabii Saudyjskiej, zbrodnicze posunięcia Izraela w strefie Gazy czy kolejne wojny inicjowane bądź też wspierane przez USA. Podobnie jak noszące znamiona łamania praw człowieka działania służb tego kraju na jego terytorium.

Dlaczego więc ktoś na szczytach FIFA miałby przejąć się tym, co teraz dzieje się w Meksyku? Wystarczy zapewnienie, że wszystko będzie dobrze, zmobilizowanie służb, wręczenie im immunitetu na działania. Możliwe, że Meksykanie podejdą do tego inaczej, ale w ostateczności Gianni Infantino na pewno przymknie oko na to, co w Meksyku się dzieje. Przynajmniej tak długo, jak kraj ten mundial – czy też jego część – „dowiezie”. A przy okazji może dorzuci co nieco do skarbczyka bez dna FIFA.

To nauka wyciągnięta z historii i teraźniejszości. Sport nie tylko pokona przeciwności losu – kiedy jest taka potrzeba, do wielu odwróci się plecami, ignorując je. A przy okazji zasłaniając widok innym.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj również na Weszło:

Pomocne przy tworzeniu tego artykułu okazały się obie części „Historii mundiali” Leszka Jarosza, książka „Mundial. Historia”, „Blaski i cienie futbolu” Eduardo Galeano, magazyn „Kopalnia”, materiały FIFA, MKOl, a także artykuły New York Times, Jacobin, Tribune, National Football Museum i wspomnienia Oriany Fallaci.

3 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Inne sporty

Tekst czytelnika: 48 godzin na igrzyskach. Reportaż kibicowski

redakcja
11
Tekst czytelnika: 48 godzin na igrzyskach. Reportaż kibicowski
Inne sporty

Olimpijczycy spod samiuśkich Tater? Niekoniecznie!

AbsurDB
9
Olimpijczycy spod samiuśkich Tater? Niekoniecznie!
Reklama
Reklama