Carrick już wrócił do wygrywania. Wystarczyła jedna kontra

Patryk Idasiak

23 lutego 2026, 23:10 • 5 min czytania 3

Carrick już wrócił do wygrywania. Wystarczyła jedna kontra

Manchester United wygrał na Hill Dickinson Stadium, ale nie musiał za wiele robić. Wystarczyła do tego jedna błyskawiczna kontra i ciąg na bramkę Benjamina Sesko. No i jeszcze Senne Lamens, bo w kluczowym momencie po raz kolejny pomógł, broniąc w fenomenalny sposób strzał Michaela Keane’a, który zapowiadał się na petardę w samo okienko. Nie dla Belga, który jest lekarstwem na problemy w bramce. Michael Carrick wygrał swój piąty mecz na sześć. Niejeden trener zazdrości mu takiego wejścia do drużyny, bo to marzenie każdego, by odmienić wyniki z marszu. 

Reklama

Pierwszy mecz między tymi zespołami zapisze się w historii

Trudno byłoby w ogóle przebić to, co działo się w pierwszym meczu Manchesteru United z Evertonem. Niemal 80 minut bicia głową w mur w przewadze skończyło się… porażką 0:1. To było po prostu mistrzostwo świata frajerstwa. Idrissa Gueye uderzył kolegę z drużyny z plaskacza i The Toffees musieli grać w osłabieniu przez 80 minut. Manchester United nie potrafił tego wygrać. Kiernan Dewsbury-Hall strzelił jedynego gola, a Czerwone Diabły męczyły się w ataku pozycyjnym jak budowlaniec na mrozie.

No i się po prostu ośmieszyły.

Reklama

Te czasy już jednak za United. Teraz są inne, z Michaelem Carrickiem u sterów, który przystępował do tego spotkania z bilansem 4-1-0. Więcej niż o formie Diabłów mówi się jednak… o tym kolesiu, co czeka pięć meczów, żeby ostrzyc sobie fryzurę. Mecz z West Hamem mógł być zwycięstwem numer pięć, ale przytrafił się remis. No i trzeba liczyć od nowa. Ciekawe też, że Wayne Rooney czy Matheus Cunha mówili wprost, że wkurza ich rzeczony kibic i to, jak na świecie się o tym mówi. Cóż, jeszcze sobie trochę poczekają.

Cunha o kibicu United: Jego fryzura totalnie mnie nie obchodzi

Manchester United i Everton z nudnym poniedziałkiem

Niedawno Manchester United był drużyną, która oddaje najwięcej strzałów w Premier League, ale po bardzo kiepskim spotkaniu z West Hamem United na grze dużo poniżej średniej liczby uderzeń, dał się wyprzedzić Liverpoolowi.

No i w pierwszej połowie na Goodison Park był taką drużyną pomiędzy tą beznadziejną z poprzedniej kolejki a kapitalnym Manchesterem z początków pracy Michaela Carricka. Goście przez 45 minut stworzyli raptem dwie dogodne szanse. Najpierw po pinballu w polu karnym bliski pokonania Jordana Pickforda był Amad Diallo. W sumie to rzeczywiście pokonał bramkarza i piłka wturlałaby się za linię bramkową, lecz był tam jeszcze James Tarkowski, który wybił ją wślizgiem.

Goście dominowali w posiadaniu piłki, ale raczej męczyli w tym bułę, brakowało czegoś w ostatniej fazie ataku. Dwoma groźnymi strzałami wyróżnił się Diogo Dalot i to w zasadzie tyle.

Everton był jeszcze gorszy. Raptem dwa strzały o współczynniku 0.04 xG to wynik dość wstydliwy, jak na mecz na własnym obiekcie.

Gdybyśmy zrobili ctrl+c i ctrl+v i wkleili to w klasyczny nudny poniedziałek z Ekstraklasą, podpisując oba zespoły polskimi nazwami, to nikt nie zauważyłby różnicy. Bo to niestety w pierwszej połowie wyglądało na nudny poniedziałek z Ekstraklasą, może i nawet Betclic 1. Ligą, a nie najbogatszą ligą świata.

Letarg.

W 25 sekund drugiej połowy Everton zrobił już więcej niż przez 45 minut pierwszej. Na prawej stronie przewagę stworzył Iliman Ndiaye, który objechał Casemiro i znalazł w polu karnym Dewsbury’ego-Halla. Ten wypatrzył jeszcze lepiej ustawionego kolegę, lecz odwołany z wypożyczenia z Preston młody Harrison Armstrong nie strzelił swojego pierwszego gola w Premier League. Uderzył za lekko i nie miał z tym problemów Senne Lammens.

Wystarczyła jedna kontra United

Everton się przebudził. Zaczął atakować. Strata na własnej połowie mogła jednak słono kosztować. Bryan Mbeumo nie trafił z woleja z bliskiej odległości. W ostatniej chwili interweniował jeszcze James Tarkowski, który trochę Kameruńczykowi sprawę utrudnił, ale mimo wszystko – przekopać z całej siły z woleja z dwóch metrów nad bramką to duża sztuka. Zrobił to w takiej sytuacji:

Im dalej w las, tym bardziej rozochocony czuł się Everton. No i wtedy – pach! Manchester United wyprowadził zabójczą kontrę! Wystarczyła… laga na Mbeumo, dokładne, długie podanie, które posłał Matheus Cunha. Kameruńczyk poczekał na pędzącego kolegę z drużyny. Benjamin Sesko sunął niczym ekspresowy pociąg, odstawił obrońcę i pozostało mu tylko zapytać Pickforda, w który róg ma walnąć.

A Słoweniec jest w tak świetnej formie, że już przed strzałem widzieliśmy piłkę w siatce. Więcej miał tych gorszych momentów, ale teraz niewątpliwie jest ten lepszy – sześć goli w ostatnich siedmiu meczach, a warto dodać, że już trzeci raz w tym czasie trafił do siatki jako zmiennik.

Everton próbował wyrównać, ale raczej w stylu XIX-wiecznego futbolu, w którym można było się kopać i przepychać, a już najlepiej faulować bramkarza. Sędzia tylko się denerwował, bo co chwilę musiał przerywać grę. Piłkarze Evertonu chcieli chyba wszystkich przeciwników wepchnąć do siatki, zapominając o tym, że trzeba wkopać tam piłkę. Mieli aż 10 rzutów rożnych, ale skupiali się głównie na brzydkich przepychankach, utrudniając robotę Lammensowi.

W 86. minucie ogromną klasę pokazał Senne Lammens, ale nie przy kornerze, a strzale z dystansu. Ręce składają się same do oklasków za paradę po strzale Michaela Keane’a.

W doliczonym czasie wynik podwyższyć mógł, a w zasadzie to nawet powinien Benjamin Sesko, ale postanowił mijać Pickforda i przegrał ten pojedynek. Miał szczęście, że to się nie zemściło, bo Tyrique George solidnie przyładował z 20 metrów, tylko że w sam środek. Nikt jednak do Słoweńca nie będzie miał pretensji, bo skromne prowadzenie udało się utrzymać.

A Michael Carrick ma pięć wygranych w sześciu meczach. Trzeba o tym głośno mówić, jak były piłkarz tego klubu po raz kolejny uspokaja sytuację i nastroje. Przecież identycznie było z Ole Gunnarem Solskjaerem. Kibicom musi być podwójnie miło, że to właśnie klubowa legenda wyprowadza ich ulubieńców z kryzysu.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO O PREMIER LEAGUE:

Fot. Newspix

3 komentarze
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama
Reklama