Reklama

Testowała go Legia, trafił do Puszczy. Lee Jin-hyun z Korei Południowej spełnia marzenie o Europie

Szymon Janczyk

Autor:Szymon Janczyk

23 lutego 2024, 13:11 • 8 min czytania 21 komentarzy

Zimą 2023 roku Lee Jin-hyun przyleciał na testy w Legii Warszawa. Mógł walczyć o mistrzostwo Polski, grać w topowym zespole w Ekstraklasie. Zamiast tego zimą 2024 roku trafił do Puszczy Niepołomice. Beniaminka rozgrywek z niewielkiego miasteczka w okolicach Krakowa. Klubu powszechnie uważanego za kopciuszka, walczącego o utrzymanie. Dlaczego historia przenosin nad Wisłę drugiego Koreańczyka w dziejach naszej ligi jest aż tak zagmatwana? Co sprawiło, że w końcu w Polsce wylądował?

Testowała go Legia, trafił do Puszczy. Lee Jin-hyun z Korei Południowej spełnia marzenie o Europie

Gdy na tureckim zgrupowaniu Legii Warszawa zameldował się chłopak z drugiej ligi koreańskiej, ciężko było się tym zachwycać. Stołeczny klub mógł być świeżo po finansowych i ligowych perturbacjach, ale mało kto przypuszczał, że potencjalnych wzmocnień może szukać w takich miejscach. Gdyby jeszcze chodziło o jakiś nastoletni talent, nieodkrytą perełkę — w porządku.

Lee, owszem, miał za sobą występy w koreańskich młodzieżówkach. Pojechał na mundial U-17, zdobył złoty medal mistrzostw kontynentu U-23, ba — Paulo Bento w trybie „sprawdzam wszystkich” dał mu nawet kilka okazji na złapanie minut w seniorskiej reprezentacji. W tamtym momencie był już jednak w pełni ukształtowanym i ułożonym 25-letnim piłkarzem, który od dwóch lat kopał w koreańskiej K League 2.

Nie wyglądało to na potencjalny strzał w dziesiątkę. A jednak: Lee Jin-hyun był bardzo bliski podpisania umowy z Legią Warszawa.

Transfery. Lee Jin-hyun trafił do Puszczy Niepołomice. Testowała go Legia Warszawa

W Turcji zewsząd płynęły głosy, że Koreańczyk na testach prezentował się bardzo dobrze. Na treningach nie szło stwierdzić, że jest gościem wyciągniętym z drugiej ligi w Azji. W sparingach wyglądał solidnie. Brakowało jednak efektu wow, który dla kreatywnego środkowego pomocnika, ofensywnej ósemki (ale też dziesiątki, bo Jin-hyun może grać na obydwu pozycjach), jest kluczowy. Lee miał świetnie ułożoną lewą nogę, co prezentował zwłaszcza przy okazji uderzeń i dośrodkowań ze stojącej piłki. W otwartej grze jego kreatywność nie była już tak duża. Klub chwalił jego wydolność oraz zaangażowanie, jednocześnie powątpiewając, że warunki fizyczne Koreańczyka pozwolą mu rywalizować z zawodnikami w Ekstraklasie.

Reklama

Kosta Runjaić trochę kręcił nosem, chciał układać zespół po swojemu. Szalę na niekorzyść Jin-hyuna ostatecznie przechyliło to, że angaż dla solidnego ligowca mógłby oznaczać mniej szans dla młodego Igora Strzałka, który później uzbierał ponad 300 minut w najwyższej lidze.

Legia Warszawa podziękowała Koreańczykowi, który wrócił do ojczyzny. Daejeon Hana Citizen to klub wyrozumiały. Jin-hyun pomógł im w awansie do K League 1, ale jego kontrakt wygasł. Działacze, mając świadomość tego, że pomocnikowi bardzo zależy na złapaniu kontraktu w Europie, zadeklarowali, że może poszukać swojej szansy na innym kontynencie, a w razie czego znajdzie u nich bezpieczną przystań i opcję powrotu. Tak też się stało — Lee podpisał nowy, roczny kontrakt z dotychczasowy klubem. Bez problemu udowodnił też, że przeskok na wyższy szczebel to dla niego błahostka.

Sezon 2023 zakończył z trzema golami, sześcioma asystami i dwoma asystami drugiego stopnia na koncie. Dogrywał Tiago Orobo, czołowemu snajperowi rozgrywek, przeciął się z Vladislavsem Gutkovskisem, który trafił do Korei Południowej latem. Jego fantastyczna lewa nowa dawała się rywalom we znaki. Wkręcił futbolówkę do bramki bezpośrednio z rzutu rożnego. Asystował po kornerach i rzutach wolnych. Strzelał po długim słupku tak, że ręce same składały się do oklasków.

Gutkovskis w Korei Południowej. Jak do tego doszło?

Kończył rozgrywki jako czołowy asystent K League 1, miał siódmy wynik pod względem kluczowych podań spośród wszystkich środkowych pomocników (minimum 1000 rozegranych minut), tylko jeden piłkarz częściej podawał piłkę w pole karne, tylko pięciu miało wyższy współczynnik udanych akcji w ofensywie. Dane z platformy „WyScout” pokazują, że żaden z niego osesek. Zarówno w K League 2, jak i szczebel wyżej, notował ponad sześćdziesięcioprocentową skuteczność pojedynków w defensywie i minimum cztery odbiory na połowie rywala w przeliczeniu na 90 minut.

Podania w tercję ataku, rozgrywanie, kreowanie i wykorzystywanie sytuacji — wszystko się zgadza, liczby w najwyższej klasy rozgrywkowej dorównują tym z sezonu, w którym Daejeon wywalczył awans do K League 1. Chłopak po prostu ogarniał temat.

Reklama

W Korei Południowej Lee został odstawiony, bo nie przedłużył kontraktu

Lee Jin-hyun miał tylko jeden problem. Był zafiksowany na wyjazd do Europy. Z jego punktu widzenia ciężko mieć o to pretensje, ale Daejeon Hana Citizen drugi raz nie chciał dać się zrobić na ten sam numer. Chociaż pomocnik był ważną częścią szatni, uchodził za otwartego i — nomen omen — pomocnego gościa, gdy okazało się, że nie przedłuży wygasającej umowy, został odstawiony na boczny tor. Od września tylko raz zagrał pełne 90 minut, łapał jakieś ogony, a w finałowej fazie sezonu wystąpił tylko raz, w pozostałych przypadkach nie łapiąc się nawet do kadry meczowej.

Dodatkowo trzeba pamiętać, że liga w Korei Południowej kończy się na początku grudnia, więc Lee czekała spora przerwa w grze przed kolejną próbą podboju Europy. W tym czasie nie mógł już trenować z drużyną, korzystał z gościny małego, lokalnego klubu. Gdy trafił do Puszczy Niepołomice i został skierowany na badania motoryczne, szybko wyszło, że od czterech miesięcy nie rozegrał żadnego ligowego spotkania. Koreańczycy byli jednak uczciwi. Wspomniane badania to co innego niż zwykłe testy medyczne, nie musieli się na nie godzić. Jasne, skoro jest już koniec lutego, to pewnie byli na lekkim musiku, żeby Jin-hyun jednak jakiś klub znalazł, niemniej mieli przecież świadomość, że piłkarz bez rytmu meczowego nie wykręci topowego wyniku.

I nie wykręcił, ale był na tyle ambitny, że zdecydował się na drugą próbę, podczas której poprawił wcześniejszy wynik. Zresztą: szczegółowe rezultaty wykazały, że problem jest przejściowy i do nadrobienia, że „baza” motoryczna jest solidna i faktycznie predysponuje Lee do intensywnej, pełnej poświęceń gry, co sugerowali także pytani o niego przez działaczy Puszczy przedstawiciele Legii.

Sekret jest bowiem taki, że o ile Japończycy kojarzą nam się z piłkarzami, którzy robią przewagę swoją techniką, tak liga koreańska jest bardziej bezpośrednia. Nie jest więc tak, że Lee Jin-hyun po dwóch meczach w barwach Żubrów będzie żałował, że w ogóle podpisał kontrakt z zespołem preferującym dłuższe podania i dużo walki. W podobnym środowisku obracał się od lat, choć w Korei Południowej twierdzą, że na tle często siermiężnych ligowców, pomocnik Daejeon wyróżniał się właśnie tym, że intensywność łączył z umiejętnościami piłkarskimi.

Te na treningach w Niepołomicach potwierdził błyskawicznie. O ile w Legii po prostu nie odstawał, tak w drużynie Tomasza Tułacza pod względem jakości może grać pierwsze skrzypce. Niewątpliwym atutem będą też wspomniane wcześniej stałe fragmenty gry. W zespole, który dopracował ich wykonanie do perfekcji, człowiek z tak ułożoną nogą może wykręcić solidne liczby.

Koreańczycy chcą do Europy. Piłkarzy blokuje służba w wojsku

A o liczby w tym wszystkim chodzi. Lee Jin-hyun i jego otoczenie ewidentnie lekko przeszarżowali z oczekiwaniami. Mimo że Koreańczyk ma niezłe CV na lokalnym podwórku, nie wystarczyło ono do tego, że w Europie uzyskać warunki finansowe podobne do tych, jakie miał w Daejeon Hana Citizen. Gdy zorientowano się, że poprzeczkę trzeba będzie obniżyć, wielu potencjalnych pracodawców rozwiązało już problemy z brakiem „ósemki” w kadrze i lista ewentualnych nowych miejsc pracy mocno się skurczyła.

Puszcza Niepołomice na tym skorzystała. Wpadła do wyścigu na ostatniej prostej, wyrwała ciekawego zawodnika po kosztach, na bardzo korzystnych warunkach finansowych. Oczywiście kontrakt jest stosownie obwarowany także z drugiej strony, bo pomocnik chce szybko się wybić i wskoczyć na lepszy poziom. Nie wyjechał na drugi koniec świata tylko po to, żeby walczyć o życie w Ekstraklasie, w dodatku w niewielkim klubie. Na końcu obie strony mogą być jednak zadowolone.

Transfery z Korei Południowej to w polskiej piłce novum. Przed Lee nad Wisłą grał tylko Kim Min-kyun, wyciągnięty przez Jagiellonię Białystok z drugiej ligi japońskiej. 24-latek spędził na Podlasiu pół roku i wrócił do Azji, tłumacząc się problemami z aklimatyzacją. Rynek koreański wciąż pozostaje dla naszych klubów nieodkryty, nawet jeśli w międzyczasie coraz odważniej sięgamy po Japończyków. Rodacy Jin-hyuna mają poważny problem, gdy marzą o transferze do Europy. Jest nim służba wojskowa, z której perspektywą borykał się nawet gwiazdor Tottenhamu, Son Heung-min.

Wynalazki, memy, legendy. Najbardziej egzotyczni obcokrajowcy w Ekstraklasie

Pójście w kamasze ucina pewne opcje, utrudnia wyłowienie młodych, utalentowanych zawodników. Żaden z dziesięciu najdrożej sprzedanych piłkarzy z koreańskiej K League 1 nie trafił do europejskiego klubu; czterech z nich to obcokrajowcy. Rekordem dla Starego Kontynentu wciąż pozostają zakupy sprzed dwóch dekad, pokłosie Mistrzostw Świata 2002. Niedawno trend przełamał FC Midtjylland, który sięgnął po Cho Gue-sunga i wyłożył za niego nieco ponad 3 miliony euro. W pakiecie z nim do Danii trafił Lee Han-beom; w tę samą stronę zaczął też zerkać Celtic Glasgow, który zakontraktował dwóch młodych Koreańczyków.

Sam Lee Jin-hyun ma zresztą za sobą przelot z Europą. Jako nastolatek trafił na wypożyczenie do Austrii Wiedeń, zagrał nawet w Lidze Europy. Ze służby wojskowej zwolnił go natomiast złoty medal Asian Games, który skrócił obowiązkowe, blisko dwuletnie szkolenie, do krótkiego, miesięcznego obozu. Z tym bagażem łatwiej będzie mu zaistnieć na największym piłkarskim rynku na świecie, choć nie ma co ukrywać — Żubry z Niepołomic za sprawą Lee na karuzelę wielomilionowych transakcji nie wskoczą.

Egzotyka zawsze jednak przyciąga uwagę, więc w najbliższych miesiącach będziemy bacznie przyglądać się pomysłowi Puszczy na Jin-hyuna i Jin-hyuna na Puszczę.

WIĘCEJ O PUSZCZY NIEPOŁOMICE:

SZYMON JANCZYK

fot. FotoPyK, Newspix

Nie wszystko w futbolu da się wytłumaczyć liczbami, ale spróbować zawsze można. Żeby lepiej zrozumieć boisko zagląda do zaawansowanych danych i szuka ciekawostek za kulisami. Śledzi ruchy transferowe w Polsce, a dobrych historii szuka na całym świecie - od koła podbiegunowego przez Barcelonę aż po Rijad. Od lat śledzi piłkę nożną we Włoszech z nadzieją, że wyprodukuje następcę Andrei Pirlo, oraz zaplecze polskiej Ekstraklasy (tu żadnych nadziei nie odnotowano). Kibic nowoczesnej myśli szkoleniowej i wszystkiego, co popycha nasz futbol w stronę lepszych czasów. Naoczny świadek wszystkich największych sportowych sukcesów w Radomiu (obydwu). W wolnych chwilach odgrywa rolę drzew numer jeden w B Klasie.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce

Jan Mazurek
0
Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce
Ekstraklasa

Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Patryk Fabisiak
1
Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Ekstraklasa

Ekstraklasa

Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce

Jan Mazurek
0
Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce
Ekstraklasa

Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Patryk Fabisiak
1
Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Komentarze

21 komentarzy

Loading...