Polska piłka chce przestać być tylko uczestnikiem europejskiej układanki i zacząć mocniej wpływać na jej zasady. PZPN pracuje nad Strategią Dyplomacji Sportowej, która ma uporządkować działania federacji za granicą aż do 2032 roku. Cel? Więcej Polaków w UEFA i FIFA, większa liczba dużych imprez nad Wisłą, mocniejsza pozycja przy europejskim stole i – co nie mniej istotne – większy kawałek finansowego tortu.
Brzmi jak dyplomacja. W praktyce chodzi o bardzo konkretną grę: kto ma głos, kto potrafi zbudować koalicję, kto umie przepchnąć swój interes i kto jest przy stole, kiedy zapadają decyzje warte setki milionów euro.
„Jesteśmy w tyle jako Polska”. PZPN chce ruszyć po wpływy w Europie
W środę na PGE Narodowym odbyło się spotkanie, które było efektem powołania przez zarząd PZPN 26 marca Rady Ekspertów ds. Dyplomacji Sportowej. Wzięli w nim udział przedstawiciele różnych środowisk, nie tylko piłkarskich, ale też lekkoatletycznych czy koszykarskich. Pojawił się również choćby wiceminister spraw zagranicznych Marcin Bosacki. Na spotkaniu z mediami wystąpili z kolei przewodniczący Rady Dariusz Mioduski, prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki, prezes Polskiego Instytutu Dyplomacji Sportowej Michał Banasiak oraz członek Gabinetu Prezydenta UEFA Łukasz Wójtowicz.
Diagnoza Dariusza Mioduskiego nie była szczególnie owinięta w bawełnę.
– Jesteśmy w tyle jako Polska. Wszyscy to robią, wszyscy istotni to robią. Wszyscy rozumieją, że sport jest istotną częścią rozwoju kraju, promocji kraju, budowania gospodarki, budowania wizerunku. Intuicyjnie też to wiemy, natomiast nie posiadamy, przynajmniej w piłce, formalnych struktur, które pozwalają nam robić to bardziej skutecznie – mówił wiceprezes PZPN ds. zagranicznych i wiceprezes European Football Clubs.
I właśnie z tym ma się skończyć. Dotychczas polska obecność w międzynarodowym futbolu często opierała się na konkretnych ludziach. Ktoś miał kontakty, ktoś wypracował pozycję, ktoś znał odpowiednie osoby. Problem w tym, że taki model jest zależny od personaliów. Kiedy człowiek znika, może zniknąć również wpływ.
Największe federacje dawno poszły inną drogą. Angielska FA, niemiecki DFB, francuska FFF, hiszpańska RFEF, włoska FIGC czy portugalska FPF mają struktury zajmujące się relacjami międzynarodowymi, partnerstwami, obecnością w UEFA i FIFA oraz wspieraniem kandydatur do organizacji wielkich wydarzeń. Polska chce zbudować coś podobnego.
Tak powstała Liga Konferencji
Mioduski przywołał przy tym przykład, który bardzo dobrze pokazuje, czym w praktyce może być dyplomacja sportowa. Liga Konferencji nie pojawiła się przecież dlatego, że ktoś w Nyonie rano wstał i uznał: „Dobra, zróbmy trzeci puchar”. Za jej powstaniem stało przeciąganie liny pomiędzy federacjami, ligami i klubami. Jedni chcieli nowych rozgrywek, inni obawiali się dalszego wzmacniania największych klubów, jeszcze inni musieli znaleźć dla siebie miejsce w całej układance.
Dla Polski powstanie Ligi Konferencji okazało się szczególnie istotne. Polskie kluby dostały łatwiejszą ścieżkę do europejskich rozgrywek, a wraz z nią pieniądze, punkty rankingowe, ekspozycję i możliwość budowania wartości zawodników.
– To był typowy projekt, w którym trzeba było poruszać się po wszystkich interesariuszach, tworzyć koalicję, rozumieć, kto jest przyjacielem, kto niekoniecznie, i wypracować kompromis – podsumował Mioduski. I właśnie o taką Polskę ma chodzić. Nie o Polskę, która dowiaduje się o zmianach po fakcie, tylko o Polskę, która jest przy ich tworzeniu.
44 miliony euro. Tyle wróciło do polskich klubów
Tutaj dyplomacja przestaje być abstrakcją. Marcin Animucki podał konkretną kwotę: około 44 milionów euro nagród otrzymały cztery polskie kluby występujące w poprzednim sezonie w europejskich pucharach. Kolejne 4–5 milionów euro trafiło do klubów, które w Europie nie grały, w ramach mechanizmu solidarnościowego.
– Przez lata nie mieliśmy tak wysokiego rankingu UEFA, który powodował, że pieniądze wypływające z rynku polskiego do UEFA na zakup praw do Ligi Mistrzów, Ligi Europy i Ligi Konferencji do Polski nie wracały. Dzisiaj cztery kluby, które grały w zeszłym roku, osiągnęły około 44 mln euro zwrotów w ramach nagród – mówił Animucki.
Animucki od 2018 roku zasiada w zarządzie European Leagues, organizacji skupiającej 40 zawodowych lig. Tam również nie ma jednej wielkiej europejskiej rodziny, w której wszyscy mówią jednym głosem. Interesy są różne, czasem wręcz sprzeczne.
– Czasem jesteśmy odmienni, czasem mamy inne interesy, czasem trzeba się w niektórych obszarach wspierać, ale można też budować różnego rodzaju sojusze – tłumaczył. Polska może więc próbować budować pozycję nie tylko jako pojedynczy rynek, ale również jako reprezentant średnich i mniejszych lig.
Polska chce wejść do TOP 10
Wszystko to ma mieć przełożenie również na boisko. Jednym z celów Ekstraklasy jest awans Polski do pierwszej dziesiątki rankingu UEFA. Obecnie zajmujemy 12. miejsce. Różnica między kolejnymi pozycjami nie jest tylko statystyczną ciekawostką. Wyższy ranking oznacza korzystniejsze zasady kwalifikacji i większą przewidywalność dla klubów. Mistrz Polski z sezonu 2026/27 będzie miał zapewnioną co najmniej grę w Lidze Europy, a jednocześnie możliwość walki o Ligę Mistrzów. Zdobywca Pucharu Polski zacznie natomiast od play-offów Ligi Europy. Jeśli odpadnie, pozostanie w Lidze Konferencji.
– Jesteśmy w sytuacji, w której nigdy nie byliśmy w przeszłości. Mamy już dziś dwa zespoły w rozgrywkach ligowych w przyszłym sezonie i brak ryzyka inwestycyjnego dla właścicieli i zarządów pod kątem wzmacniania drużyn – podkreślał Animucki.
A kiedy jeden polski klub zdobywa punkty w Europie, korzystają na tym również jego krajowi konkurenci. Dlatego Ekstraklasa pozwala pucharowiczom przekładać ligowe spotkania przed ważnymi meczami kwalifikacyjnymi. Kluby zgodziły się również na finansowe premiowanie tych, którzy reprezentują ligę w Europie.
Po EURO 2012 czas na kolejny krok
Padło również pytanie: skoro EURO 2012 było tak ważne, to co dalej? Animucki uważa, że Polska powinna już myśleć o kolejnym dużym turnieju – mistrzostwach Europy czy świata. Perspektywa? W grę mogą wchodzić lata 2036, 2038, 2040 czy 2042.
Tylko że konkurencja nie śpi. – Bez ustrukturyzowanego działania na wszystkich szczeblach międzynarodowych może się nam to po prostu nie udać, bo konkurencja międzynarodowa nie śpi, też rośnie, rozwija się i buduje stadiony – mówił prezes Ekstraklasy.
Na PGE Narodowym odbyły się konsultacje dotyczące Strategii Dyplomacji Sportowej PZPN.
Zaczęło się od dwóch godzin rozmów. Przy jednym stole spotkali się eksperci z piłki, innych dyscyplin sportu, biznesu, administracji i dyplomacji. Gospodarzami byli wiceprezes PZPN ds.… pic.twitter.com/aQKgWAj4dv
— PZPN (@pzpn_pl) September 23, 2026
Czyli znowu: stadion to dopiero początek. Potrzebni są ludzie, którzy będą potrafili przekonać decydentów. Potrzebne są relacje. Potrzebna jest kandydatura przygotowywana przez lata, a nie kilka miesięcy przed terminem składania dokumentów.
Animuckiemu wtóruje Dariusz Mioduski. – Wydaje mi się, że musimy mieć takie ambicje. Po prostu jesteśmy dużym krajem, bo organizacja ME, MŚ czy IO to są wszystko rzeczy, które napędzają całe państwo, gospodarkę, atmosferę czy optymizm. Czy to dostaniemy? To trochę będzie zależało od tego, czy będziemy mieli struktury, bo samą infrastrukturą nie dorównamy choćby Arabii Saudyjskiej. Oni po prostu mają wielkie budżety. My tego nie mamy, ale możemy wygrać innymi rzeczami, choćby współpracując z sąsiadami czy państwami skandynawskimi – zauważył prezes Legii Warszawa.
94 procent mówi: zróbmy to
Na razie jedno jest jasne. Pomysł stworzenia systemowego zaplecza dla międzynarodowej działalności PZPN ma bardzo duże poparcie. 94 procent uczestniczących ekspertów opowiedziało się za utworzeniem w PZPN komórki odpowiedzialnej za skoordynowane działania międzynarodowe. Potrzebę systemowego wykorzystania potencjału związku oceniono średnio na 4,8 w pięciostopniowej skali. Mioduski chce za kilka lat sprawdzić efekty przede wszystkim po liczbie Polaków obecnych w międzynarodowych strukturach.
– Chciałbym za pięć-siedem lat zobaczyć, ilu Polaków i na jakich pozycjach funkcjonuje w tych międzynarodowych gremiach. Mam nadzieję, że będzie ich więcej i będą na bardziej istotnych pozycjach, bo to będzie oznaczało, że rzeczywiście mamy większy wpływ – mówił. On sam w ostatnich miesiącach pojawił się w medialnych rozważaniach dotyczących kandydowania na stanowisko prezydenta FIFA, choć na razie odżegnuje się od poważniejszych kroków w tym zakresie.
– Na tym etapie powiem tylko, że jest mi niezmiernie miło, że moje nazwisko się pojawiło. Odbieram to jako uznanie tego, że sposób, w jaki działam i co sobą reprezentuję, to są rzeczy, które środowiska piłkarskie, szczególnie w Europie, chciałyby widzieć na tej pozycji. Uważam natomiast, że w tej chwili nie będę za bardzo się zastanawiał nad kandydowaniem – powiedział w rozmowie z TVP Sport.
Drugi test będzie jeszcze bardziej konkretny: czy w PZPN rzeczywiście powstanie profesjonalny departament z odpowiednim budżetem.
– Chciałbym zobaczyć dobrze funkcjonujący departament w ramach PZPN-u, z budżetem wystarczającym, żeby skutecznie działać i koordynować wszystkie działania, nie tylko w samym PZPN, ale też z partnerami zewnętrznymi, ministerstwem i innymi federacjami. Tak, aby było to niezależne od tego, kto akurat będzie u władzy w PZPN i jaka opcja będzie zarządzać działaniami w związku – zapowiedział Mioduski.
Pierwsze działania mają ruszyć jeszcze w tym roku. PZPN planuje między innymi projekty związane z dyplomacją meczową oraz stałym monitorowaniem sytuacji w międzynarodowym futbolu. Na 2027 rok ma zostać przygotowany szczegółowy kalendarz działań.
W gruncie rzeczy chodzi więc o zmianę filozofii. Nie wystarczy być obecnym na kongresie UEFA. Nie wystarczy mieć stadion. Nie wystarczy znać kilku osób. Polska chce wiedzieć, gdzie chce być, kogo chce tam mieć, z kim powinna budować sojusze i o jakie decyzje powinna walczyć. Bo w europejskim futbolu wiele rzeczy rozstrzyga się długo przed pierwszym gwizdkiem. A decyzje podejmowane przy stole w UEFA potrafią później oznaczać dla polskich klubów dziesiątki milionów euro.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. Newspix