Jakub Szymański po złocie HMŚ. „Będę miał wywalone”

Sebastian Warzecha

21 marca 2026, 23:38 • 8 min czytania 2

Reklama
Jakub Szymański po złocie HMŚ. „Będę miał wywalone”

Jakub Szymański w wielkim stylu sięgnął po złoto halowych mistrzostw świata w biegu na 60 metrów przez płotki, dźwigając rolę faworyta. Gdy podszedł do dziennikarzy, udzielić wywiadu po tej wygranej, powiedział: „teraz to już mogę gadać”. I faktycznie, rozmowa trwała dłuższą chwilę, a zahaczyła nawet o Igę Świątek. Co więc miał do powiedzenia pierwszy polski mistrz świata z hali od 2018 roku?

Jakub Szymański ze złotem HMŚ. „Wypłakałem się”

Myśli o Chinach. Jakub Szymański w dołku

Zacząć trzeba od Chin. Co prawda tegoroczne halowe mistrzostwa świata odbywają się w Toruniu, ale te rok temu były właśnie w Państwie Środka. I dziwny to był rok, pełen imprez. Były halowe mistrzostwa Europy, w kalendarzu stadionowym znalazły się z kolei mistrzostwa świata. Wielu lekkoatletów odpuszczało więc start w Chinach. Nie Szymański – on założył, słusznie zresztą, że poziom w Chinach na jego dystansie będzie słaby. I taki był.

Tyle że Jakub z tego nie skorzystał. Planował zdobyć złoto, wrócił… bez finału. Odpadł o rundę wcześniej, po biegu z błędami. I to w nim siedziało.

Reklama

– Miałem zdobyć złoto, a zostałem z niczym. Byłem zrozpaczony. Nie miałem energii na sezon letni. Biegi na 110 metrów przez półtora miesiąca były u mnie bez energii. U moich trenerów też. To było podcięcie skrzydeł. Nie mogłem się cieszyć tym latem. Byłem dużym pesymistą, jak nie ja, bo jestem optymistą zawsze i wszędzie, wierzę w swoje możliwości – mówił.

Latem było więc z tego powodu słabiej, ale też odbijało się to nawet na… życiu codziennym Jakuba. Jak wspomina: budził się, właściwie każdego dnia przez (niemal) rok, z myślą właśnie o tamtym starcie.

Przez 360 dni tuż po obudzeniu czy to minutę, czy kilka sekund, czy dziesięć minut myślałem o tym, o tych Chinach. Robiłem potem pomiar tętna i mi pokazywało, że mam 100, a moje spoczynkowe to 40. Zawsze podnosiło mi to ciśnienie. A teraz się to zmieni. Wymarzyłem sobie ten dzień. Wracam do domu rodzinnego, będę mógł normalnie spać z psem w łóżku i jak się obudzę, to będę miał wywalone w to, co jest jutro. Będę się cieszyć tym, czego dokonałem.

Chiny były więc „blokerem”. Trzeba było to przezwyciężyć, zapomnieć o tym. A nie było łatwo. – Zasadzałem się tam na złoto. Przyjechałem dwa tygodnie wcześniej, zrobiłem aklimatyzację, byłem lepszy od Granta Hollowaya – na treningu przebiłem życiówkę o 10 setnych. Tamta forma była jednak i tak niższa niż treningi przed tymi mistrzostwami, tegorocznymi – mówił Kuba. Wspominał też, że z czasem zaczął patrzeć na Dayrona Roblesa, płotkarza z Kuby, który w przeszłości w podobny sposób co on zawalił szanse na złoto.

Reklama

A potem wrócił. I zdobył tytuł mistrza świata.

Kubie też się udało.

Wszystko największe

W eliminacjach było dobrze… choć nie, zacząć trzeba wcześniej. Bo to był fantastyczny sezon halowy w wykonaniu Szymańskiego. Przed dzisiejszym startem zaliczył 11 biegów. I wygrał wszystkie, nawet te, w których popełniał błędy, które nie były idealne. Sto procent skuteczności, do tego w Berlinie, w ostatnim starcie przed HMŚ, wykręcony nowy rekord Polski – 7,37 s. Przy okazji najlepszy czas na świecie, współdzielony z dwójką Amerykanów: Treyem Cunninghamem i Dylanem Beardem.

– Jak do tej pory to jest mój najlepszy sezon – halowy i nie tylko – w życiu. Miałem 11 na 11 wygranych biegów i rekord Polski w Berlinie. Choć wiedziałem, że ten rekord jest niepotrzebny, bo nie było potrzeby, żebym jechał tu jako faworyt, bo i tak wiedziałem, że nim jestem. Choć to 7,37 s chyba odebrało nieco pewność rywalom. To 7,40 s, które dziś pobiegłem, wystarczyło do tego złota, bo najważniejsza jest walka psychiczna i opanowanie swoich emocji – mówił Kuba.

Reklama

No więc tak: eliminacje były w porządku. Bez szału, ale na kontroli. W dodatku: bez kofeiny, a mówił, że to ważne. Na półfinał i finał już sobie tę (syntetyczną kofeinę) zaaplikował, dorzucił też sporo adrenaliny, również tej od publiki – bo wiele razy podkreślał, że to dla niego ważne, że chciał się tym nakręcać i dlatego publiczność jeszcze „podgrzewał”. – Nie narzucałem sobie presji, myślałem jak najmniej inwazyjnie dla siebie – o tym, żeby pozostać elektrycznym, żeby pobudzać publiczność, bo wiedziałem, że ta publiczność mi pomoże – mówił.

Równocześnie jednak gdzieś ta presja w nim siedziała. Nawet jeśli ją od siebie odsuwał.

– Najważniejszy start, największa presja, największa radość i największa dramaturgia w moim życiu. Wszystko „naj” – mówił. Choć dobrze te emocje ukrywał. Nawet przed bliskimi. – Rodzina myślała, że to po mnie spłynęło, nie wiedzieli, co przeżywam. Wiedzieli tylko trenerzy i menadżer, czyli Marcin Rosengarten, Mikołaj Justyński i Maciej Ryszczuk. Bo im się tylko spowiadałem, rodzina nie wiedziała. Bo moja rodzina nie była profesjonalnymi sportowcami, a nikt, kto nie był czy nie miał z tym sportem do czynienia, to nie wie, co taki zawodnik czuje. Oni myśleli, że jest wszystko w porządku, że jakoś to będzie, bo ten start nie jest tak ważny, bo jestem młody. A ten start jednak ciążył i teraz się udało.

Reklama

W półfinale było 7,42 s, z lekkim trąceniem pierwszego płotka. Niezły czas, choć też jeszcze nie to. A Cunningham zrobił chwilę wcześniej znakomite 7,35 s i samodzielnie zaczął liderować światowym listom. Kuba się tym jednak nie przejmował. – Wiedziałem, że ta życiówka nie znaczy dla niego nic dobrego, bo jak się bije życiówki – i ja tak miałem w Glasgow – to potem nie ma tego wystrzału. To trochę jak po wystrzeleniu pistoletu, zostają ślepaki. Na pewno pobiegniesz gorzej, nie zrobisz drugi raz życiówki – mówił.

Był więc gotów i przekonany, że stać go na złoto.

I miał rację.

Reklama

Złoty człowiek

O trudnych czasach mówi, że nie potrzebował psychologa, bo jest „odmieńcem” i dobrze sobie radzi sam z problemami sam, po prostu ze sobą rozmawiając. I poradził sobie, faktycznie. Choć nie było łatwo. Dlatego dziś, po biegu, był już piekielnie zmęczony.

Muszę odpocząć. Przez ostatni rok mogłem się albo odkleić i nie wrócić do takiego skupienia, radości z biegania… albo się umocnić i zrobić to, co planowałem przez tyle czasu. [Do tej pory] wszystko, co miało związek ze sportem, miało też związek z Chinami. I z tym, że wtedy powiedziałem sobie, że jak nie zdobędę złota, to nie wrócę szczęśliwy do Europy. Ale może Chiny to było coś potrzebnego w moim życiu? Bo wygrane nie uczą tak, jak porażki. To mówił też Michael Jordan, wszyscy najwięksi sportowcy: Rafael Nadal, LeBron James, Black Mamba [Kobe Bryant]. Na nich wszystkich się wzorowałem i oni wszyscy mówili, że trzeba w siebie wierzyć. A ja przestałem na chwilę.

W Toruniu jednak w siebie wierzył. Choć nie uniknął pomyłki. Zakładał bowiem, że na złoto trzeba będzie biegać rekord Polski. A wyszło, że czas o trzy setne sekundy gorszy też mu je dał. W finale wykręcił bowiem 7,40 s. Drugi, niespodziewanie, był Enrique Llopis z rekordem Hiszpanii (7,42). Cunningham dopiero trzeci, wybiegał 7,43 s. Kuba jednak nie od razu się cieszył. Przez moment tonował jeszcze emocje, dopiero gdy na ekranie jako pierwsze pojawiło się jego nazwisko, to wybuchł – a wraz z nim cała hala.

– Czułem, że jestem w czubie, że mam medal. Ale nigdy nie świętujesz tego na pewniaka, gdy nie ma się tej przewagi. W tym sezonie zwykle miałem taką przewagę, że zawsze wiedziałem, że jestem pierwszy. Ale tutaj nie mogłem się cieszyć, natomiast czułem, że jest dobrze. Wiedziałem, że zrobiłem zajebisty rzut i poprawiłem, co miałem poprawić – mówił. Rzut, czyli ten końcowy ruch na mecie. Czasem ma z nim problemy, dziś skoordynował go idealnie, jak mówi – rzucił się jednym barkiem, a to jeszcze dodaje przewagi.

Reklama

Generalnie: wszystko wyszło, wszystko się udało. Miał złoto i pobiegł, szczęśliwy, do rodziny. Uściskać ich. Ze łzami w oczach.

– Pierwszy raz w lekkiej atletyce zaszkliły mi się oczy, wypłakałem się, przytuliłem do rodziców i rodziny, jak mały chłopiec. Potrzebowałem tego, bo przez rok nie miałem życia psychicznie.

Jakub Szymański z rodziną

Z Miami przyleciał… trener Igi Świątek

Jest w tym wszystkim jeszcze jeden wątek, a dla Kuby – wielka niespodzianka. Z trybun oglądał go bowiem Maciej Ryszczuk, trener przygotowania fizycznego Igi Świątek, ale i połowa duetu, który przygotowuje niektórych z naszych płotkarzy – w tym właśnie samego Szymańskiego.

Reklama

Rzadko się zdarza, że Maciej ogląda Kubę z trybun, bo zwykle jest w boksie u Igi. A dziś był, zobaczył i może świętować z teamem i rodziną Szymańskiego.

– Czuwa Opatrzność. Mój drugi trener, Maciej Ryszczuk, miał mecz Igi Świątek w Miami. Było jakieś pięć procent szans, że Maciej tu będzie. Niespodziewanie Iga przegrała, zresztą z naszą rodaczką [Magdą Linette]. I mój trener przyleciał tu z Miami. O 13 był na Okęciu, na lotnisku. Pojechał tylko do domu do Warszawy, a potem prosto tutaj, zrobił niespodziankę. Jak go zobaczyłem, to mi się oczy zaświeciły. Byli obaj trenerzy tutaj, mój pierwszy trener, Bernard Werner oglądał w telewizji i pewnie jest ze mnie dumny, bo to on zapoczątkował moją karierę. Potem Mikołaj i Maciej to przejęli, szlifują ten diament i będą go szlifować. Maciej Ryszczuk tu przyjechał i z jednej strony to powinna być presja, bo rzadko jest na zawodach, zwykle pracujemy na odległość. Ale jestem wdzięczny losowi, że tak się stało. 

A co do Igi Świątek, to Kuba zapewnia, że to wielka postać i jeszcze będzie mocna. Mówi też, że miał okazję się z nią spotkać.

– Poznałem Igę Świątek i jestem szczęśliwy, że mogłem poznać legendę naszego sportu i zagrać z nią w piłkę, to było spełnienie marzeń.

Reklama

Cóż, możliwe, że za kilka lat, ktoś będzie tak mówić o spotkaniu z Jakubem Szymańskim. Bo ten powtarza: na 110 metrów jeszcze nie jestem hegemonem.

Ale mówi, że będzie.

Z TORUNIA
SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Reklama

Czytaj więcej o HMŚ na Weszło:

2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Ekstraklasa

Legia planuje mecz gwiazd na 110-lecie klubu. „Też dostałem informację”

Wojciech Piela
6
Legia planuje mecz gwiazd na 110-lecie klubu. „Też dostałem informację”
Ekstraklasa

Czy od Jagiellonii odwróciło się szczęście? To chyba coś więcej…

Szymon Janczyk
33
Czy od Jagiellonii odwróciło się szczęście? To chyba coś więcej…

Inne sporty